Plany przygotowań na kryzysowe czasy

Zainspirowany dyskusją na temat przewidywań dotyczących rozwoju sytuacji w najbliższej przyszłości, które Maczeta Ockhama przedstawił w swoim ostatnim wpisie, pozwolę sobie przedstawić Wam moją koncepcję przygotowań na te kryzysowe czasy.

Najpierw sprecyzuję, co ja mam na myśli pisząc o kryzysowych czasach. Mianowicie przyszło nam żyć w takim momencie, w którym nakładają się na siebie:

  • kryzys energetyczny, spowodowany przez wyczerpywanie się zasobów tanich kopalnych źródeł energii (ropa, gaz ziemny, węgiel),
  • kryzys finansowy, spowodowany przez chciwość bankierów i korupcję rządów (przez co nikt nie pozwoli tym bankom upaść, choć powinien),
  • kryzys społeczny, spowodowany przez napływ na zachód emigrantów ze zgniłego środkowego wschodu, ale także przez przyzwyczajenie społeczeństw do socjału, którego na długą metę nie da się utrzymać.

Dlatego obawiam się, że wkrótce spotka nas koniec świata, jaki znamy, co będzie się wiązało z biedą, głodem i chłodem. A może także z wojnami. I na te ewentualności chcę się możliwie dobrze przygotować.

Oto, jak ja widzę plany przygotowań mojej rodziny na wszelkie możliwe ewentualności.

  1. Nieustanne oszczędzanie gdzie się da i ile się da. Pieniądze kosztem czasu. Autobusem do pracy zamiast samochodem. Dodatkowa praca.
  2. Przygotowanie zapasu żywności, wody (na minimum 2-4 tygodnie), sprzętu — zestaw ucieczkowy, samochodowy, ale też na ewentualność zabarykadowania się w mieszkaniu na dłużej.
  3. Przygotowanie się (psychiczne i zaopatrzeniowe) do awaryjnej przeprowadzki do celu ewakuacji.
  4. Budowa domu jednorodzinnego na działce, która stanowi mój cel ewakuacji.
  5. Przeprowadzka na wieś.
  6. Praca nad zbudowaniem możliwie daleko idącej samowystarczalności i niezależności energetycznej i żywnościowej, czyli:
    • ogród,
    • jakieś zwierzątka w rodzaju królików, kur czy gęsi,
    • odnawialne źródła energii,
    • jakieś poletko wierzby czy topoli energetycznej.
  7. Odcięcie więzów trwale łączących mnie z miastem (praca, dojazdy).
  8. Oczekiwanie na najgorsze. 😉

Na każdą ewentualność z całą pewnością nie sposób się przygotować. W wielu z możliwych scenariuszy przeżycie będzie zależało bardziej od szczęścia niż od poczynionych zawczasu przygotowań.

A jak wyglądają Wasze pomysły na przygotowania na te gorsze czasy?

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

15 komentarzy

  1. Adam napisał(a):

    Jako osoba, ktora jak sadze spowodowala ten wpis (wspomniana dyskusja na Maczeta Ockhama) czuje sie w obowiazku wyrazic swoje zdanie.

    A jest ono bardzo proste – ZGADZAM SIE PRAWIE WE WSZYSTIM z powyzszym wpisem. Sam staram sie wlasnie w ten sposob zaplanowac swoje zycie. Jednak osobiscie mam troche inne spojrzenie w punktach:
    6. nie zakladam, ze po odcieciu wiezi ze wszystkimi bede bezpieczny. Raczej odosobniony i zdany na siebie – o to jak sie zgodzisz Gospodarzu nie jest dobre z punktu widzenia survivalu. Poza tym warto wykorzystywac WSZYSTKIE szanse na przezycie. Odwolajmy sie do najbardziej traumatycznych doswiadczen – wojny. Najlepiej mieli ci, ktorzy mieli zywnosc i kontakt z wsia i mogli to sprzedac w miescie. Tak wiec sugeruje raczej rozstawienie nog na dwoch podporach, niz stawianie wszystkiego na jedna karte.
    7. Tutaj jest :), wiec nie wiem jak to traktowac. Wlasnie takie nastawienie zostalo powodem do dyskusji. Otoz jestem zdania, ze nalezy myslec tak: „jestem przygotowany i sobie poradze” niz „bedzie tragicznie, dostaniemy w d..”. Chodzi o motywacje, ktora jest podstawa do przezycia. W kazdej sytuacji w historii okazywalo sie, ze sa ludzie ktorzy nie tylko sobie poradzili, ale i zostali zwyciezcami. Co wyroznialo tych ludzi? Dlaczego to nie mamy byc my? To troche psychologii, ale jako lekture polecam „Potege podswiadomosci”.

    Poza tym – gratuluje bloga, czekam na nastepne wpisy
    Adam

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Nie chodziło mi o to, by odcinać się od rodziny czy przyjaciół. Raczej o to, by w naszym życiu nie było konieczności regularnego jeżdżenia do miasta do pracy, do zawożenia dziecka do szkoły, czy na zakupy. Głównie dlatego, że dojazdy samochodem nas za kilka lat po prostu zrujnują, a zatem trzeba się powoli przestawiać na pracę zdalną, własny biznes, rentierstwo, itd. 😉

      Jeśli chodzi o uśmieszek na końcu, chodziło mi o to, że to oczekiwanie może mieć kilka postaci.
      1. Czekam na koniec świata, nie biorę się za nic konstruktywnego, za żaden nowy projekt, bo i tak koniec świata nastąpi.
      2. Czekam na koniec świata i nie odkładam pieniędzy, tylko wszystko wydaję, bo przecież i tak świat się skończy i trzeba korzystać z życia.
      3. Życie własnym życiem, czerpanie z niego frajdy, ale uważna obserwacja otoczenia w poszukiwaniu sygnałów wieszczących jakieś kłopoty.

      Myślenie „jestem przygotowany, poradzę sobie” też nie jest zbyt dobre, bo usypia czujność i pozwala osiąść na laurach. A przecież nie o to chodzi, bo w procesie przygotowywania się na gorsze czasy zawsze można coś ulepszyć, poprawić, zmienić…

      Dzięki za miłe słowa odnośnie bloga, mam nadzieję, że będzie dla Ciebie przydatny. 🙂

  2. Adam napisał(a):

    Jak widze po czasie, czekales na ten komentarz 🙂

    Zgadzamy sie w jednym – „nie wkladac wszystkich jaj do jednego koszyka”. W tym wlasnie sensie – odcinanie sie od czegokolwiek jest bledem. Raczej nalezy dazyc do dywersyfikacji i mozliwej niezaleznosci we wszystkich dziedzinach.

    Jestem za ciaglmymi zmianami, ulepszaniem, poprawianiem.. po to przeciez rowniez czytam tego bloga. I wlasnie dlatego nie pasuje mi koncepcja zamkniecia sie na wszystko dookola i w zasadzie wyobcowania.

    A kwestia podejscia – wole miec nastawienie „wygram, dam rade, znajde sposob” niz „na pewno przegramy wszyscy”. A czasem sila woli to jednyne, co pozostaje – szczegolnie gdy przychodza ciezkie czasy. I w kazdym zrodle o przezyciu jest to podstawa – najpierw glowa, potem reszta.

    Po prostu zauwazam, ze ostatnio w blogach dominuja tylko minorowe nastroje, i sa walkowane tylko 2 pierwsze podejscia z Twojej odpowiedzi. Mnie natomiast najblizej jest do 3.

    A blog sie przydaje.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Pełna zgoda. 🙂 Mnie też najbliżej do trzeciego podejścia. 🙂

      • Adam napisał(a):

        No wlasnie, Twoje podejscie da sie zauwazyc. Moze nawet w takiej droblen rzeczy, jak proponowanie malych przydatnych gadzetow, ktore lubia 🙂

  3. panika2008 napisał(a):

    „Odcięcie więzów trwale łączących mnie z miastem” – ale po co? W miastach jest dużo fajnych przydatnych rzeczy, czy to teraz, czy w scenariuszu SHTF. Jak będziesz musiał klamkę kupić pod stołem, to raczej nie zrobisz tego u sąsiada rolnika, tylko u jakiegoś szemranego dilera w mieście… znajomości i kontakty w mieście naprawdę dużo dają!

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Miałem na myśli te więzy, które zmuszają mnie do regularnego jeżdżenia do miasta, czyli głównie pracę. Wyprowadzka poza miasto i dojazdy do pracy do niego już dziś są udręką a pod tym względem będzie jeszcze znacznie drożej. Paliwo w końcu zeżre całą pensję. Jedyne rozsądne rozwiązanie to dojazdy komunikacją publiczną, a w szczególności pociągiem.

  4. piotr34 napisał(a):

    @panika2008

    Tzw.klamki nie trzeba kupowac-moze ja zrobic malomiasteczkowy slusarz wedlug ponizszej instrukcji

    http://tiny.pl/hwpzh

    Moze sie przydac tym bardziej ze w swietnie opisanych ostatnio na Agepo „przygodach” chlopa Kassandra zabraklo moim zdaniem nieuniknionego elementu czyli band glodnych maruderow oraz oddzialow rekwizycyjnych z miasta.

    • panika2008 napisał(a):

      Oj stary, to naprawdę nie jest takie proste jak by się wydawało z tych samouczków… Daj małomiasteczkowemu ślusarzowi pręt ze stali 4140 i powiedz że za miesiąc ma być gotowa precyzyjnie wycięta i elegancko gwintowana lufa, heh. To już znacznie prościej i taniej kupić i używać czarnoprochowca.

  5. Wojciech Majda napisał(a):

    lekturze bloga Ferfala dochodzę do wniosku, że najlepiej mieć domek w dobrej dzielnicy z ogródkiem i kasę na ochronę 🙂

    Wiecie może jak w Argentynie było z bronią? Tzn. czy w miarę łatwo można było mieć broń przez 2001? Czy ludzie wymusili z czasem na władzy ustępstwa?

  6. piotr34 napisał(a):

    @panika2008

    Byc moze choc kiedys kilkakrotnie czytalem ze podczas wojny domowej w Afganistanie w latach 1990tych juz po wyjsciu Rosjan Afgancy sami sobie produkowali „kalasze” w prymitywnych domowych warunkach.Co prawda kalasz to specyficzna bron(duze luzy i duza w zwiazku z tym tolerancja na niedorobki przy wykonaniu)ale jak widac mozliwosci sa.AK takze podczas okupacji w prymitywnych warsztatach robila pistolety maszynowe
    http://tiny.pl/hwlrm

    Oczywiscie najlepiej byloby sie wyposazyc u zrodla(chociazby w arsenalach armii)bo to pewna bron ale w razie czego dobrze miec inne opcje.

    • panika2008 napisał(a):

      Z podanego przez Ciebie linku: „Lufy powstawały przez przycięcie luf karabinowych tego samego kalibru co znacznie upraszczało ich obróbkę.”

      Już kojarzysz, w czym jest problem przy produkcji broni? 😉

  7. piotr34 napisał(a):

    Zas malomiasteczkowy slusarz jak zobaczy krugerandy na stole to sadze iz takze sobie poradzi-pierwsze pare sztuk spartoli ale potem powinno byc niezle.Oczywiscie ciagle nie bedzie to bron najwyzszej jakosci(no karabinu snajperskiego z plywajaca lufa to ta metoda nie zrobimy,zreszta owe afganskie „kalasze” takze mialy mniejsza zywotnosc i gorsze parametry balistyczne niz sowieckie oryginaly)ale to jednak bron dluga i automatyczna.Strzelalem w swoim czasie z roznych rzeczy i bron krotka to dobra jest do 30-40 metrow a powyzej to tylko straszak(szczegolnie czarnoprochowiec ktory ma mniejsza sile razenia).Wiec jak mam do wyboru czarnoprochowca czy domowej roboty „kalasza” to ja wole „kalasza”.Oczywiscie najlepszy bylby kalasz oryginalnie z fabryki-to jednak duzo lepsze parametry ale w tym kraju jest moze z milion sztuk broni i 40 milionow ludzi i moze sie w pewnym momencie okazac ze bron domowej roboty to jedyna opcja dla wiekszosci.
    Ale jak tak siebie czytam to dochodze do wniosku ze my tu szykujemy sie na Peak Oil,III WS,Mad Maxa i inwazje kosmitow jednoczesnie-czy my aby nieco nie przesadzamy?

    • panika2008 napisał(a):

      Wolałbym mieć Glocka zajumanego z zapasów policji, niż domowej produkcji karabin. Jakoś austriackim profesjonalistom bardziej ufam co do umiejętności obliczenia wytrzymałości materiałów i zgodnego z obliczeniami ich wykonania. Zapewniam Cię bowiem, że „krzywe” wycięcie lufy (istotnie odbiegające od idealnie koncentrycznego) powoduje nie tylko żałosny spadek celności, ale – przede wszystkim – zdecydowanie podnosi ryzyko wybuchu broni w Twoich rękach. A materiału pędnego w naboju karabinowym jest minimum 3 razy więcej, niż pistoletowym. Kawałki stali z wybuchającego w rękach kałasza domowej roboty – dziękuję, starczy mi „straszak” 9mm parabellum 😀

  8. Global Warping napisał(a):

    Jesli chodzi o samowystarczalnosc zywieniowa, to przypomne, ze od 2012 bedzie całkowity zakaz uboju gospodarczego. Nowy unijny pomysł. Polecam artykuł Swiniobicie po europejsku http://www.kapitalizm.org/?action=show_article&art_id=6305

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner