Survival a libertarianizm

Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność.

Benjamin Franklin

Pisząc o nowoczesnym survivalu i uczestnicząc w dyskusjach na ten temat (ostatnio na przykład tutaj i tutaj, na blogu Doxy), staram się podkreślać aspekty wolności i niezależności w całym zagadnieniu. Dlaczego tak na tym mi zależy? Bo uważam, że mocne przywiązanie do własnej wolności i niezależności jest kluczem do zapewnienia sobie bezpieczeństwa nawet w trudnych czasach. Już tłumaczę dlaczego.

Survival a oczekiwanie na pomoc od państwa

Nowoczesny survival uczy ludzi, by przygotowywali się na gorsze czasy. By sami wzięli swój los w swoje ręce i przygotowali się na to, że nie zawsze będzie im tak dobrze, jak teraz. Że kiedyś mogą nadejść gorsze czasy, bez względu na to, czy będzie to bezrobocie, klęska żywiołowa, czy atak zombie. By zaczęli myśleć od przyszłości i pozbyli się postawy „jakoś to będzie, a w razie czego, pomoże mi państwo”.

O OUTRO LADO DO MEDO É A LIBERDADE (The Other Side of the Fear is the Freedom)

Poświęcenie części wolności nie zapewni nam bezpieczeństwa...

Bo państwo w gorszych czasach nie będzie w stanie nam pomóc. Proponuję uświadomić to sobie jak najszybciej. A jak ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech przypomni sobie, jak państwo i właściwe służby radziły sobie w czasie tegorocznej zimowej awarii prądu w Małopolsce i dwóch tegorocznych powodzi.

Jeśli sami nie przygotujemy sobie wyjścia awaryjnego, państwo z całą pewnością nie przybędzie nam na ratunek. Zasiłek dla bezrobotnych jest niski i jest wypłacany tylko przez jakiś czas. Przed klęskami żywiołowymi państwo nas nie ochroni, ani nie pomoże nam odbudować dobytku i całego naszego życia. O ataku zombie nawet nie warto wspominać.

Niezależność kluczem do bezpieczeństwa

Tak długo, jak będziemy od czegoś lub kogoś zależni, tak długo nie będziemy w pełni bezpieczni.

Nie będę bezpieczny, dopóki nie będę miał własnego źródła energii elektrycznej. Choćby małego, awaryjnego. Jeśli szlag trafi transformator we wsi, będę musiał czekać aż go zakład energetyczny naprawi, podczas gdy ja nie będę mieć prądu, który jednak w życiu się nam bardzo przydaje, a niekiedy bywa niezbędny.

Nie będę bezpieczny, dopóki nie będę mieć dość pieniędzy na funduszu awaryjnym, aby utrzymać się przez co najmniej kilka miesięcy albo rok. Bez takiego zabezpieczenia finansowego szybko będę musiał sprzedać dom czy mieszkanie, bo nie będę wstanie spłacać rat kredytu hipotecznego. Albo będę musiał go wynająć i samemu mieszkać pod mostem z dzikimi zwierzętami.

Nie będę bezpieczny, dopóki nie będę mieć zapasów żywności oraz porządnego ogrodu, aby produkować żywność na swoje własne potrzeby. Cóż mi po złotych lub srebrnych monetach na handel, jeśli nie będę miał od kogo kupić tej żywności? Co mi po broni i amunicji, jeśli nie będę miał komu tej żywności ukraść?

Ideałem byłaby pełna samowystarczalność, którą trudno osiągnąć. Ale mimo to, warto do niej dążyć.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

23 komentarze

  1. Wojciech Majda napisał(a):

    Racja, jak się jest na swoim i większość potrzeb we własnym zakresie się załatwia to człowiek widzi, że to państwo jest tylko od tego by na doić. Myślę, że poprzez survival najłatwiej stworzyć libertarian.

  2. panika2008 napisał(a):

    „Cóż mi po złotych lub srebrnych monetach na handel, jeśli nie będę miał od kogo kupić tej żywności” – whaaaat? Że nagle co, cały świat przestanie produkować żywność? Kiedy tak było, że nie można było kupić żywności? OK – kojarzę jeden przypadek – holodomor na Ukrainie, ale na taki scenariusz nie istnieje hedge. Poza tym jednym przypadkiem zawsze i wszędzie, bez względu na poziom rozkładu społeczeństwa, prawa i porządku, żywność można było kupić.

    • panika2008 napisał(a):

      Chociaż, przynajmniej przez pewien okres Holodomoru, za złoto, srebro i diamenty MOŻNA było kupić, i to w oficjalnych sklepach, żywność; za http://www.faminegenocide.com/resources/was_it_holodomor.htm :

      „It is estimated that some 66 tons of gold, 1439 tons of silver as well as a store of diamonds and other precious antiquities were extracted from Ukraine through special Soviet stores that only accepted such precious commodities in exchange for coupons that could be used to buy bread.”

      Także hmmm, nie wydaje mi się żeby nawet wtedy kitranie czerwońców było dla Ukraińców aż taką kiepską strategią…

    • panika2008 napisał(a):

      Jak można przeczytać np. tutaj: http://books.google.pl/books?id=5bXGWKUd6MgC&lpg=PA123&ots=7X5uNOi_3Y&pg=PP1#v=onepage&f=false, ceny żywności w Torgsinach nawet u szczytu głodu na Ukrainie były „zaledwie” 3.3x wyższe, niż za granicą na wolnym rynku. Oczywiście żeby dostąpić „zaszczytu” przeżycia dzięki zakupom w Torgsinach, trzeba było mieć złoto albo srebro, ewentualnie dolary (co wtedy prawie na jedno wychodziło).

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Już sam ten fakt, że żywność kilkukrotnie podrożeje powoduje, że ja jednak wolę mieć własne źródło tej żywności. Co by jednak nie mówić, jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której tego żarcia po prostu nie będzie.

      Założenie ogrodu nie będzie dla mnie kłopotliwe ani kosztowne, więc to nie jest tak, że albo oszczędzę pieniądze, albo założę ogródek. Sądzę, że bez problemu to pogodzę. A jak wiadomo, two is one and one is none, czyli lepiej mieć dwa źródła żywności, niż jedno.

      • artur xxxxxx napisał(a):

        „Założenie ogrodu nie będzie dla mnie kłopotliwe ani kosztowne”
        No to gratuluję, bo dla mnie było kosztowne, kłopotliwe i czasochłonne. I dalej jest.

        • Survivalista (admin) napisał(a):

          Czasochłonne pewnie będzie, ale to inna historia…

          • panika2008 napisał(a):

            I jak zwykle wracamy do kluczowego tematu wartości czasu. Dla większości ludzi istnieją bardziej efektywne sposoby spożytkowania czasu, niż ogrodnictwo/rolnictwo, które praktykowane na małą skalę są siłą rzeczy mało efektywne.

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            Dokładnie… Dla mnie bardzo istotna jest ta niezależność, stąd jestem skłonny na poświęcenie własnego czasu, by ją osiągnąć.

  3. artur xxxxxx napisał(a):

    Koszty też są nie małe. Na produktywny ogród potrzebujesz sporo roślin, jeżeli ma być zgody z zasadami permakultury naprawdę dużo, a to są konkretne koszty. Nie wystarczy zasadzić parę drzewek owocowych i zapomnieć. Do tego dochodzi przygotowanie gruntu, pergole na pnącza, szklarnie itp. Jeszcze jedna sprawa: w ogrodzie nie wszystko udaje się za pierwszym razem, rośliny potrafią zwiędnąć, zamarznąć itp.

  4. Iulius napisał(a):

    A propos kupowania żywności: w „Kwaterze bożych pomyleńców” Zambrzycki opisuje sprzedaż świeżych pomidorów pod koniec Powstania Warszawskiego. Cena – świnka za kilo.

    • panika2008 napisał(a):

      Ło. Niezłe, acz brzmi surrealistycznie. Rozumiem że chodzi o sprzedaż w oblężonej Warszawie? To kolejny argument za posiadaniem twardego pieniądza – ani wtedy, ani teraz, mieszkańcy Warszawy nie daliby rady wyżywić się produkując samemu żywność. Duże miasto bez handlu nie może istnieć dłużej, niż parę dni.

      • Survivalista (admin) napisał(a):

        Kolejny argument by wyprowadzić się z miasta. 🙂

        • panika2008 napisał(a):

          A ja mam parę kontrargumentów, np. kilkakrotnie wyższe płace, bliskość szkół, przedszkoli, żłobków, kin, teatrów, szpitali… takie „szczegóły” 😉

  5. Sokomaniak napisał(a):

    Nie trudno wyobrazić sobie sytuację w której wielkie miasta, pełne ludzi nie produkują żywności tylko są zaopatrywane przez cały kraj bo nawet okolice nie są w stanie go wyżywić. No i teraz przychodzi np mróz, opady śniegu, wzrost cen ropy, strajki tirów – cokolwiek co uniemożliwia transport żywności. Lub susza, powodzie czy inny nieurodzaj powodujący brak żywności. No i mamy scenę: 2 osoby – piekarz z ostatnim bochenkiem chleba i gościu z workiem srebra. Pytanie – czy piekarz sprzeda mu swój ostatni bochenek?

    Wtedy Ci którzy posiadają zapasy lub środki by produkować żywność przetrwają i się wzbogacą, reszta zbiednieje lub pomrze z głodu.

    A nawet przy łagodnym scenariuszu: tylko wzrost cen żywności. Fajnie mieć kilka drzewek czy zagon pomidorów bo: a) oszczędza się nie kupując tych produktów b) nadwyżki można sprzedać korzystając z wysokich cen.

    • panika2008 napisał(a):

      Sokomaniak, wiesz, zawsze można jechać na wieś, nawet 50 km za miasto, i kupić; żeby dokonać tej niesamowicie trudnej i skomplikowanej operacji wystarczy mieć w samochodzie 10-20 litrów paliwa (ja np. staram się zawsze mieć min. połowę baku) a w portfelu trochę dolarów/euro/CHF/złota/srebra. Ciągle wydaje mi się to prostsze (w sensie nakładu czasu i pieniędzy), niż utrzymywanie ogródka z żywnością gdzieś w mieście czy na przedmieściach. Jasne, jakieś zapasy TRZEBA mieć, ale zawartość lodówki z reguły w tej roli starcza – parę dni się pociągnie, jak sytuacja będzie tragiczna to się kupi za miastem, jak się uspokoi – to się kupi w mieście.

      Gdzie Ty widziałeś w historii taką sytuację, że piekarz nie chce sprzedać bochenka chleba za worek srebra?

  6. HansKlos napisał(a):

    @Sokomaniak
    „Fajnie mieć kilka drzewek czy zagon”

    Ogólnie skłaniam się ku poglądowi paniki2008, że w sytuacji mieszkańców blokowisk raczej mija się to z celem. Tym nie mniej mam znajomego, któremu na balkonie w skrzynce rośnie machorka i to tak bujnie, że nie jest jej w stanie przepalić, nie mówiąc o tym, że palenie wydaje się być bardziej ekologiczne;-) Przynajmniej mi ten dym nie przeszkadza tak, jak ze zwykłych papierosów.

    • panika2008 napisał(a):

      A, tu oczywiście pełna zgoda. Tak jak pisałem wcześniej – głównym (jedynym?) argumentem, jaki widzę za prywatnym ogrodnictwem na małą skalę jest JAKOŚĆ żywności, czy też – w tym przypadku – używek (oraz, przy okazji, rozrywka, której ogrodnictwo dostarcza). Nie oszukujmy się, ceną nigdy nie będziecie w stanie konkurować wydajnościowo z dużymi producentami, natomiast jakością konkurować jest, szczególnie ostatnio, bardzo łatwo.

    • artur xxxxxx napisał(a):

      HansKlos, Panika2008
      Wyraźnie nie złapaliście bakcyla ogrodnictwa. 🙂

      • Patison napisał(a):

        Podsumowując:
        Jeśli uprawa ogrodu ma być motywowana jedynie myśleniem survivalowym, to zdecydowanie za mało, gdy się spojrzy na czas i koszt utrzymania.
        Jednak jeśli owa motywacja zbiega się z innymi, to już warto ogród zaplanować:
        – zdrowsze warzywa/owoce (dużo mniej chemii niż w tej sklepowej)
        – zdrowsze mięso, jajka (kury, króliki, ślimaki 🙂 – jakoś tego nie widzę)
        – niemodyfikowana genetycznie (tak się łudzę 🙂 )
        – większa niezależność

        Z drugiej strony, jeśli ktoś nie chce zakładać ogrodu, może zdobyć lepszą żywność znajdując jakieś pewne źródło od osoby na wsi. Dzięki temu może zaopatrywać się w:
        – zdrowsze warzywa/owoce
        – zdrowsze mięso, jajka
        – ceny tylko nieco wyższe(?) od cen skupowych

        Zdecydowanie najlepiej mieć oba te źródła żywności.

  7. Miriad napisał(a):

    Apokalipsa podaje wzrost cen 12 razy w stosunku do normalnej. Jesli to miało by być jakimś odniesieniem dla armagedonistów 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner