Co nam grozi — kataklizm, czy powolne zmiany na gorsze?

Dzisiejszy wpis tworzę zainspirowany bezpośrednio komentarzem Delwina, pozostawionym pod tym wpisem. Brzmiał on tak:

Nie ma sensu szykować się przesadnie czyli na wojnę nuklearną czy coś podobnego. Za to ma bardzo duży sens przygotować się na nasze „lokalne” wynalazki czyli powodzie i podtopienia (skutek: utrata dostępu do świeżej wody tudzież odcięcie energii – zwłaszcza elektrycznej) czy gwałtowne zjawiska meteo (ze skutkiem w postaci np. utraty dostępu do sieci elektronergetycznej). Taki bardzo domowy surviwal jest niezbędny dla każdego. Nawet jak mieszkasz z dala od rzeki to nie oznacza to, że gwałtowne deszcze nie załatwią Ci dodatkowych rozrywek…

A ja mam wrażenie, że wcale nie powinniśmy się przygotowywać tylko na jednorazowy, nagły kataklizm. Że większa jest szansa, że ten kataklizm przyjmie postać trwałych, ale powolnych zmian na gorsze.

Gdy ktoś mnie pyta, kiedy moim zdaniem na świecie i w gospodarce będzie lepiej, odpowiadam, że lepiej to już było. Że w przyszłości będzie się nam żyło coraz trudniej, coraz biedniej. Że bezrobocie będzie coraz większe, towary coraz droższe (w tym towary pierwszej potrzeby, jak żywność i energia). I że będziemy zmuszeni żyć w coraz niższym standardzie.

Mnie osobiście to specjalnie nie przeraża. Ja planuję się niebawem wyprowadzić na wieś, do małego domu (docelowo autonomicznego energetycznie), wydawać mało pieniędzy i wieść spokojne życie bez żadnych zmartwień.

Przygotowywać się na nagłe kataklizmy jest łatwo. To żaden problem zrobić zapas żywności na kwartał, czy nawet na rok. Żadnym problemem jest zabezpieczenie sobie awaryjnego źródła energii elektrycznej, czy ciepła, które zaspokoi potrzeby całego domu w razie kataklizmu. Żaden problem wymienić samochód na terenówkę-pickupa, aby się nim ewakuować po bezdrożach w razie w. To tylko kwestia poświęcenia na to czasu i pieniędzy.

Ale przygotować się na to, że będzie się nam już zawsze żyło gorzej, jest trudno.

Ja chcę mieć dom autonomiczny energetycznie. W gorszych czasach nie będą mnie boleć ceny energii elektrycznej. Ale będę musiał drastycznie ograniczyć jej zużycie. Już nie będę mógł pozostawiać pozapalanych świateł w całym domu. Już nie będę mógł siedzieć przy stacjonarnym komputerze i dużym monitorze, zużywających ponad 300 W energii elektrycznej. Zamiast tego, będę musiał siedzieć przy małym, niewygodnym netbooku, który zużywa ledwie 20 W. Z klimatyzacji też raczej będę musiał zrezygnować, bo nie będę mieć dość energii elektrycznej, by ją napędzać…

Trudno mi przyzwyczaić się do myśli, że nie będę mógł sobie pozwolić na jazdę samochodem. Że ropa kosztująca 20-30 lub więcej PLN za litr po prostu odbierze mi tę możliwość. I że samochodem będę jeździć tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, np. żeby zawieźć żonę do szpitala. Ale paliwo dla niego będę trzymać w domu, żeby mi go nikt z baku nie ukradł…

Trudno mi przygotować się na to, że mięso będę jeść raz czy dwa razy w tygodniu. Że będę musiał żywić się głównie samymi warzywami i owocami. Że nie będę mógł zjeść w środku zimy arbuza, bo przestaną być importowane z drugiego końca świata. Że nie będę mieć pieniędzy na drogie hobby ani za dużo wolnego czasu.

Dla mnie wyprowadzka na wieś jest właśnie metodą na przygotowanie się na te gorsze czasy. Bo mieszkania autonomicznego energetycznie sobie nie zorganizuję, a dom taki — jak najbardziej dam radę. A przecież to właśnie energia jest jednym z największych wydatków, jakie rodzina musi dziś ponieść… W pełni przygotować się nie jesteśmy w stanie, możemy tylko kombinować tak, by nasze przygotowania również przydały się po powolnej, trwałej zmianie na gorsze.

Czyli:

  • zamiast kupować zapas paliwa, wymienić samochód na mniej palący, albo kupić rower elektryczny,
  • zamiast tylko robić roczny zapas żywności, założyć ogród (najlepiej permakulturowy) i nauczyć się z niego korzystać,
  • zamiast odkładać wszystkie pieniądze pod poduszkę czy kupować kolejne uncje złota, nauczyć się jakichś umiejętności, przydatnych w gorszych czasach,
  • zamiast agregatu prądotwórczego, jako awaryjne źródło prądu kupić ogniwo fotowoltaiczne, akumulator żelowy, regulator ładowania i przetwornicę…

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

54 komentarze

  1. darnok napisał(a):

    czemu akurat kupować złoto?ono ma tylko wartość umowną tak jak pieniądze diamenty itp. to tylko efekt w głowie.w razie totalnego kataklizmu będzie warte 0

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Jasne, w razie totalnego kataklizmu wartość będzie mieć broń, amunicja, żywność, ew. materiały budowlane, ubrania. Ale z całą pewnością jakiś środek płatniczy się pojawi. Złoto było nim od zawsze, więc nie przypuszczam, by teraz miało się to zmienić.

  2. Ciek napisał(a):

    Totalnego kryzysu nigdy nie było i złoto nigdy nie było bezwartościowe. Przyszłości nikt nie zna, można jednak operować prawdopodobieństwem. Złoto jest najprawdopodobniej dobrym środkiem do ulokowania kapitału. Pieniądze i diamenty najprawdopodobniej nie.

  3. Medival napisał(a):

    @darnok mylisz się. To o czym mówisz prawdopodobnie stanie się z pieniądzem papierowym, ale prędzej spowoduje to właśnie powrót do parytetu złota, bo ludzie będą chcieli mieć jakieś pokrycie w środkach używanych do handlu. A złoto nie ma wyłącznie wartości umownej, ale właśnie praktyczną, jako kruszec którego jest mało i którego nie można se po prostu „dodrukować” jak przyjdzie kryzys. Dlatego jego wartość na rynku jest najbardziej stała i bank centralny walczy o to, by nigdy nie powrócić do jego parytetu.

  4. Godzina napisał(a):

    Kilka moich przemyśleń po przeczytaniu artykułu:

    1) Lepiej być chociaż trochę przygotowanym (małe zapasy, prosty plan działania) niż w ogóle. Daje nam to trochę czasu na „ogarnięcie się” po załamaniu.

    2) Dobrze jest mieć niewielką ilość złota na „ciężkie czasy”. Nie muszą to być złote monety, sztabki – wystarczą pierścionki, obrączki, kolczyki, itp. Będzie można to wymienić na np. pożywienie lub inne potrzebne produkty.

  5. Przekonałem się dwa dni temu o przydatności przygotować w czasie awarii prądu, dopiero co kupowałem lampki LED, testowałem je i opisywałem na blogu – a ty nagle bum – i wszystko się doskonale przydało.

    Co do złota – trzymajcie swoje pierścionki i łańcuszki – dlaczego nie – ale na kupowanie teraz nie rzucałbym się.

  6. i jeszcze jedno – w razie kataklizmu obecny stosunek cen przeliczając:

    – konserwy vs złoto
    – znacznie poprawi się na rzecz konserw

    Sam staram się inwestować w konserwy (i ich rotację), ale tylko takie, gdzie udział mięsa zbliża się do 100%

    Swoją drogą, niezależnie od ‚domowego survivalu’, top bardzo wygodne mieć komplet bardzo dobrej jakości konserw

    wczoraj po 23.00 przyjechała w gościnę teściowa – i trzeba na stół położyć coś dobrego jakościowo – wędlina? o kurczę – wędlina się skończyła! – ale zaraz, zaraz nie ma paniki – w awaryjnym magazynku jest wybór dobrej jakości jadła 🙂

    • Adam napisał(a):

      A to jest dobre – dla Sloneczka (bo patrzec na nie nie można) zamiast mięsa konserwy z długim terminem…tego nie znale, trzeba wypróbować 🙂

  7. darnok napisał(a):

    mówicie że złoto ma wartość bo jest go mało, a innych pierwiastków jest mniej i są tańsze.ja popieram inwestowanie w konserwy będą dużo więcej warte od złota.

    • panika2008 napisał(a):

      Tylko są troszkę mniej trwałe, no i ciut kiepsko zbywalne w świecie, który jak na razie – face it! – ma problem głównie z ogromną nadwagą, a nie niedoborem żywności. Do czasu, gdy staną się towarem płynnym, mogą dość znacznie stracić na wartości…

  8. cedric napisał(a):

    Złoto i srebro będą mieć kolosalne zastosowanie w medycynie. Jeśli admin otrzymał ode mnie email objaśniłem dlaczego? Napisałem tekst o złocie isrebrze dla pokrewnego bloga, nie wiem czy się tam ukaże, ale wysłałem już do paru osób na uczelniach.

  9. Wrobel.Cwirek napisał(a):

    Ja nie wiem co by się musiało stać, żeby złoto straciło wartość – przecież nawet w takich czasach jak II WŚ miało ogromną wartość, ba – ratowało ludziom życie czasami.
    Nawet „powrót do średniowiecza” nie spowoduje utraty przez złoto wartości – tak mi się wydaje.
    Co do konserwy > złoto – na pewno warto mieć zapas i konserw, i złota. Konserwy życia nie uratują jak przyjdzie coś a-la II WŚ i coś w stylu SS (oczywiście jak przyjdą ludzie z karabinami, jedzenie będzie też potrzebne). A za złoto może się uda kupić paszport jakiegoś neutralnego kraju i uciec.

    • panika2008 napisał(a):

      Nom, też nie kojarzę żeby w IIWŚ często się udawało skorumpowanie niemieckich urzędników za konserwy albo kiełbasę… no chyba że w jakichś zupełnie banalnych sprawach, ale żeby się – czy rodzinę – wykupić z transportu, to już niestety była tylko jedna opcja – złoto. Albo dolary – wówczas bliski substytut. No, od biedy marki – też bliski substytut.

  10. Delwin napisał(a):

    Czuje się wywołany do tablicy ;-). Poniekąd podzielam zdanie autora, że raczej to będą (jeśli będą – co niestety jest możliwe z uwagi na obecną kruchą gospodarkę) względnie powolne zmiany na gorsze, wzrost cen paliw, bezrobocie itd. Zmiany te jednak będą przeplatane „lokalnymi” kataklizmami związanymi z ubożeniem państwa/samorządów, które zacznie oszczędzać na:
    – liczebności, wyszkoleniu i wyposażeniu sił porządkowych czy ratunkowych: w efekcie skutki każdej katastrofy będą coraz gorsze: dłuższy czas reakcji czy niemożność przeprowadzenia np. ewakuacji z zagrożonego terenu;
    – infrastrukturze i jej utrzymaniu spowodują częstsze awarie mediów, czas ich usuwania także się wydłuży: oszczędności na odśnieżaniu dróg mogą odciąć co poniektórych od świata;
    – zabezpieczeniach typu wały przeciwpowodziowe czy odstąpienie od budowy zbiorników retencyjnych co podnosi katastrofalność ewentualnych powodzi.

    Źródłem doświadczeń powinny być nasze niedawne komunistyczne czasy niedoboru (wbrew pozorom sporo nas nauczyły – także robienia zapasów) zarówno u nas jak i w krajach gdzie zimą w blokach padało ogrzewanie i ludzie musieli sobie jakoś radzić przez całe tygodnie, uprawiali przyblokowe ogródki itd. Dodatkowo należy popatrzyć na czasy okołowojenne – to tez źródło cennych doświadczeń.

    Nasz świat się zmienił: dwadzieścia parę lat temu jedynymi mediami z jakich korzystało gospodarstwo rolne były dostawy energii elektrycznej oraz ew. butle turystyczne z gazem latem. A nawet utrata prądu na dzień czy dwa to nie była jeszcze katastrofa jak to nie było świeżo po świniobiciu a w domu była zamrażarka czy właśnie nie było młócki. Właściwie prawie wszystko (poza ewentualnym paliwem do ciągnika i węglem zimą – choć na drewnie też dawało się radę) organizowało gospodarstwo we własnym zakresie: można było zapewnić sobie drewno na opał, żywność prawie w całości własna lub z najbliższej okolicy itp. W mieście oczywiście był to trochę inaczej ale powrót raptem 25 lat wstecz nie jawi mi się tak strasznie – ale jakoś to przetrwaliśmy i mamy w ten sposób pewną przewagę nad społeczeństwami bez tego rodzaju doświadczeń…

  11. gość codzienny napisał(a):

    Domy energetycznie autonomiczne to taki nieco bajer na wyrost. W polskiej strefie klimatycznej, gdzie sezon grzewczy trwa i 9 miesięcy, największy nakład energii jest na zapewnienie komfortu cieplnego. Tu najlepszy jest kominek na drewno, bo nawet na wypadek sytuacji W drewno zawsze się pozyska. Woda – sprawa prosta – własna studnia ale bardzo głęboka – nie chcemy niczego „złapać”. Najgorzej jest z prądem – OZE typu wiatrak czy fotowoltaika pracują nierównomiernie, w warunkach polskich ilość dni słonecznych jest niestety mała. Nawet z układem bufora – akumulator kilkaset Ah – dobre dla napędzania pompki, ledów, ostatecznie i lodówki. Ale odpadają pożeracze energii – pralka, odkurzacz, czajnik, mikrofalówka. Długowieczne aku żelowe są na małe obciążenia prądowe – 20-30 A przy 12V (to raptem 200-300W mocy efektywnej na 230V), pociągnięcie z nich głupiego czajnika 2000W nawet mając taką przetwornicę zabije go szybko. Czyli trzeba mieć piec do gotowania i grzania wody na paliwo stałe i balię do prania. Na czas zadymy typu powódź czy odcięcie zasilania przez śnieg lepszy jest własny generator – owszem żre paliwo ale da nam chwilowo kilkaset czy nawet kilka tysięcy wat. Można będzie i dużą pompę napędzić, i nagrzewnicę i jakoś przebidować te kilka dni. Udział oświetlenia w całym poborze energii przy kompaktach czy teraz już LEDach to ułamek, nie to co kiedyś. Zapas paliwa obligatoryjnie – w baku i w kanistrach – ja trzymam 20 i 10. Rotuję je (kosiarka, piła, nożyce, podkaszarka, odśnieżarka), bo jednak paliwo starzeje się i jełczeje.

  12. Delwin napisał(a):

    Inna sprawa czy aby na pewno wieś i dom autonomiczny (jeśli jest osiągalny w naszym klimacie) jest zawsze lepszą opcją niż miasto i blok. Mam wrażenie, że dużo zależy od rodzaju zagrożenia jakie nas może spotkać. Na pewno w razie jakiejś pandemii lepiej mieszkać na wsi – jesteśmy oddaleni od źródła ryzyka ale co z blackoutem? Na ten przykład- prawdopodobieństwo utraty prądu z uwagi na uszkodzenie sieci przesyłowej na wsi jest zasadniczo wyższe niż w mieście i ewentualna naprawa jest mniej priorytetowa: przypuszczalnie mniej ludzi jest dotkniętych problemem. Oczywiście jest to plus „długoterminowy” bo zabezpieczyć się przed taki blackoutem przez kilka dni w warunkach „blokowych” jest niezmiernie trudno. Trzeba też uwzględniać kwestie dojazdu do pracy (bo telepraca w warunkach „padu” elektroenergetyki już jest wątpliwa) – w mieście łatwiej dojdziesz na piechotę czy dojedziesz rowerem. Dojazd ze wsi jest już trudniejszy. Oczywiście wieś bije miasto w przypadku katastrof „wielkopowierzchniowych” – typu awaria elektrowni jądrowej, wyciek trujących substancji i inne takie gdzie n „normalny” problem nakłada sie trudność w koniecznej ewakuacji z miasta.

    • panika2008 napisał(a):

      „w razie jakiejś pandemii lepiej mieszkać na wsi” – gotta be kiddin? Sprawdzałeś ostatnio na odludziu czas odpowiedzi na wezwanie karetki?

      Ludzie, zejdźcie na ziemię. Domy za miastem, autonomiczne energetycznie, dobrze zabezpieczone przed włamaniem i innymi formami agresji, na posesjach dających możliwość przetrwania (ogród, surowce energetyczne) – jak się to wszystko zbierze do kupy, to jest zabawa już nie tyle dla bogatych, co dla BARDZO bogatych ludzi.

      Dla normalnego człowieka, nawet tego trochę powyżej średniej krajowej, optymalnym rozwiązaniem jest średnie-duże miasto, acz nie koniecznie od razu centrum.

      • Delwin napisał(a):

        W przypadku pandemii pomoc karetki niewiele może pomóc bo szpitale nie wyrobią. Liczy się oddalenie od źródeł zakażenia. A to, że dom za miastem „z bajerami” to raczej dla zamożnych ludzi to już inna sprawa…

  13. ani wieś nie jest mitycznym bezpiecznym portem, ani miasto wymarzonym, przez mieszkańców mniejszych miejscowości, rajem

    wszystko zależy od rodzajów zagrożeń i problemów

    nie wiem czy ktoś z tu piszących mieszczuchów, co marzą o domku za miastem, zdaje sobie sprawę z tak elementarnego problemu który jest TERAZ jak masowe okradanie domów poza miastem

    • panika2008 napisał(a):

      Nom. Dobre zabezpieczenie domu przed włamaniem to niekończący się strumień cieknących z portfela $$$.

      W końcu po to wymyślono parę tysięcy lat temu miasta – łatwiej w nich zabezpieczyć się przed inwazją, jak i zwykłą przestępczością. Trudno oczekiwać że po paru tysiącach lat nagle to się odwróci…

  14. Wróbel napisał(a):

    Pozwolę sobie dać linka który może zainteresować kogoś w kontekście autonomicznego domu czy gospodarstwa: http://www.opensourceecology.org . Jest to projekt który ma na celu stworzenie otwartych, udokumentowanych i ogólnie dostępnych projektów trwałych maszyn, dzięki którym będzie można zaspokoić większość potrzeb gospodarstw.

  15. Piotrek napisał(a):

    Największym problemem dzisiejszego Świata jest to, że wszystko jest wirtualne. Pieniądz, praca (sektor IT, reklama, marketing, bankowość i wiele innych). W razie jak to piszecie „W” – te tabuny Wirtualnych zostaną bez niczego – bez środków do życia, bez umiejętności które na to pozwolą. Lat temu jeszcze 20 czy 30 w podstawówce był przedmiot ZPT (zajęcia praktyczno techniczne), na których w skrócie pisząc można było się nauczyć wbić gwoździa czy wymienić gniazdko. Dziś już tego nie ma.
    Nasi dziadkowie do banków zaufania nie mieli, oszczędności trzymali w domu, zapasy też mieli, babki przetwory na zimę robiły, świeczki też każdy miał a wodę… wiaderkiem nosił ze studni.
    Wystarczy sięgnąć trochę pamięcią wstecz i zastanowić się jak sobie dziadkowie radzili w takich czy innych okolicznościach.

    • Wrobel.Cwirek napisał(a):

      Właśnie najbardziej niebezpieczne będą czasy, gdy trzeba będzie się przestawiać – wtedy będzie niebezpiecznie – szabrownicy, wygłodniałe bandy itp. Ci co przeżyją będą żyć tak jak kiedyś – na tyle, na ile pozwoli fakt W – może epoka pary, może średniowiecze. Bo przecież się da tak żyć 🙂

    • panika2008 napisał(a):

      Strrrraszne, wirtualna praca w IT czy reklamie. Nikt Ci chyba nie broni zająć się napierdalaniem łopatą rowów, nie? Więc w ogóle w czym problem?

  16. EAX011F napisał(a):

    Dużo łatwiej jest prowadzić hodowlę kur na jaja i mięso plus kilka królików na mięso na swoje potrzeby niż uprawiać ogródek z warzywami i owocami, który miałby być głównym zaopatrzeniem dla kuchni. Żeby się wyżywić na diecie warzywnej (gdzie rzecz jasna ilości niezbędnej człowiekowi dziennej porcji kalorii nie przelicza się na kilogramy ziemniaków ;)) trzeba mieć naprawdę urozmaicony ogródek, bardzo dobre warunki do przechowywania żywności przez zimę i niemałą wiedzę o tym jak uprawiać warzywa – bez oprysków plony wcale nie będą takie duże, szczególnie jak rok słaby. Trzeba też pamiętać, że nasiona robić samemu wcale nie jest łatwo – a do sklepu się po nie raczej w razie „W’u” nie pójdzie. Prościej i efektywniej jest wykarmiać koniczyną i mleczem kury i króliki, nawet z uwzględnieniem jakiegoś dla nich zapasu siana czy może nawet ziarna na zimę. Dla mieszkańców wsi, kiedy SHTF to warzywa (z wyjątkiem ziemniaków może) będą czymś niespotykanym. Mięso będzie głównym filarem żywnościowym.

  17. Piotrek napisał(a):

    Ja właśnie nap*, może nie rowy – prywatnie u siebie w domu i w „obejściu”. Pracę mam również „wirtualną”, taki to ze mnie chłopo-admin. Z tego powodu myślę, że mogę co nieco napisać. Pisze z perspektywy kogoś kto przez lat ileś mieszkał w mieście a od kilku lat mieszka na wsi.
    Część komentarzy tutaj czytam z przymrużeniem oka. Generalnie ludzie nie mają pojęcia ile kosztuje wytworzenie czegokolwiek – czy choćby prowadzenie ogródka, czy w końcu zapewnienie odpowiedniej ilości opału na zimę.
    Nie wyobrażam sobie mieszczucha, który w razie W pakuje rodzinę w specjalnie do tego czasu schowanego w bunkrze jeepa i zwiewa przez las na polanke do ziemianki, żeby przeżyć tam następne kilka lat inwazji obcych/ruskich/kogokolwiek 😉 – gdzie sam na co dzień nie potrafi wbić gwoździa. W takich sytuacjach jego wirtualne umiejętności będą zupełnie nieprzydatne. O to mi chodziło w poprzednim komentarzu :).
    I żeby nie było że ze mnie jakiś fanatyk wieszczący nadejście końca świata, co to to nie. Tutaj zaglądam od czasu do czasu, ot tak z ciekawości czegoż to autor nie wymyśli. Czasami trafiają się ciekawe pomysły do zaadaptowania we własnych warunkach…

  18. Ciek napisał(a):

    Heh, zabezpieczyć się przed włamaniem nie jest wcale trudno ani kosztownie. Od 5 lat nie miałem włamania do domku nad jeziorem i tylko raz opędzlowano mi garaż z podkaszarki za 600 zł ale przyznam szczerze, że garaż to mieliśmy po poprzednich właścicielach zbudowany ze zbutwiałych desek więc ktoś kopniakiem rozbił ścianę i wlazł więc niejako sami się prosiliśmy. W tym sezonie zbudowaliśmy nowy garaż, bardzo solidny, na podmurówce i mamy wszystko w tutce.

    Bezpieczeństwo zapewniają nam 2 czynniki. Po pierwsze lokalizacja: nie mamy domu na zadupiu w środku niczego tylko w maleńkiej wioseczce. Przy 10 domach na krzyż wszyscy się znają. Poza tym nasz dom nie jest samodzielny, to fragment tzw. czworaka, gdzie na 4 części 2 są zamieszkane przez cały rok. Po drugie, nie bardzo jest co właściwie nam ukraść. Kradnie się rzeczy, które chce się mieć lub można sprzedać, poza tym musi być jeszcze możliwość to zabrać. U nas najwartościowszą rzeczą w domku jest chyba lodówka za lekko ponad dwa tysiaki ale jest tak wielka, że w praktyce aby ją wynieść trzeba zdjąć drzwi z futryny bo się inaczej nie zmieści. Poza tym już nic ciekawego nie ma, jak chcemy mieć komputer to przywozimy ze sobą laptopa, postawiliśmy też jakiś stary telewizor by był, rowery bardzo skromne, używane, nie rzucające się w oczy. W sumie gdybym miał okraść sam siebie to bym zabrał narzędzia bo tych mamy sporo ale nie sądzę żeby ktoś znał ich wartość, a sprzedać to nie jest tak łatwo. Po wpadce z włamaniem do garażu przenieśliśmy warsztat do piwnicy domu, zabezpieczony jest dodatkowo zamykaną na klucz klapą, jak na mój gust nie do przejścia bez łomu. Podkaszarkę kupiłem nową, taką samą jak mieliśmy wcześniej, tym razem lutownicą wygrawerowałem na obudowie silnika informację „Uwaga, kradzione” i telefon do siebie. Ciekawe za ile by się dało teraz sprzedać z takim napisem albo zdemontowaną pokrywą silnika. Za kilkanaście zł w budowlanym kupiłem też atrapę alarmu; taką skrzyneczkę z niby – lampką, którą powiesiłem na zewnątrz na ścianie.

    Oczywiście, jak ktoś sobie chałupę letniskową postawi samotną pod lasem, walnie na dachu antenę satelitarną, a na parterze zaraz przed oknem postawi 60 calową plazmę to bez ochroniarzy 24h przez zimę nie przejedzie ale co począć, głupi zawsze mają pod górę 🙂

    panika2008
    W końcu po to wymyślono parę tysięcy lat temu miasta – łatwiej w nich zabezpieczyć się przed inwazją, jak i zwykłą przestępczością. Trudno oczekiwać że po paru tysiącach lat nagle to się odwróci…

    Kolego Panika, przed inwazją ma zabezpieczać państwo, a przed drobną przestępczością oprócz własnego zdrowego rozsądku najlepszym zabezpieczeniem jest pozostawianie w grupie pewnych ludzi. Roli miasta jakoś tu pomimo szczerych chęci nie dostrzegam, może pomagać ale wcale nie musi. Po 6 latach mieszkania w nowym „apartamentowcu” nie wiem jak się moi sąsiedzi z „apartamentów” obok nazywają, a tych co mieszkają 10 metrów dalej to nawet z widzenia nie kojarzę i to pomimo tego, że z domu wychodzić lubię. No ale zamontowaliśmy głosami większości wspólnotowych lemingów monitoring za lekko ponad 24 tys. zł rocznie więc ludziska śpią spokojnie. W zeszłym tygodniu doszło do potrącenia dzieciaka pod blokiem, sprawca zwiał. Z obrazu z 6 kamer nie można było odczytać rejestracji, wiadomo tylko, że było to ciemne BMW 😛

    • w sumie moja rodzina ma podobnie jak ty – domek letniskowy nie łączony – osobny – ale w środku małego osiedla na dużej wsi gminnej – pod okiem kilku sąsiadów

      z rowerami to samo – sprawne i mobilne starocie, tv i komp nie ma – wożony jak komuś potrzebne

      sprzęty same używane, ale czyste i sprawne, a drzwi takie, że na mocnego kopa otworzysz, sąsiedzi ze wsi w domku mile widziani – każdy widzi, że jest skromniej niż u nich

      włamań nie ma

      natomiast los domków letniskowych poza wsią jest smutny, pod lasem i w izolacji są opędzlowywane minimum raz w sezonie każdy

    • panika2008 napisał(a):

      Wg mnie mylisz się. Głównym czynnikiem, który zapewnił Tobie i Twojemu dobytkowi bezpieczeństwo w ostatniej dekadzie był praktycznie bezprecedensowy w skali historycznej dobrobyt w naszym kraju.

      Anonimowym „apartamentariuszem” nikt Ci być nie każe. Ja kiedyś mieszkałem w kamienicy na Pradze Płn, zarąbista sprawa, wszyscy się znali i trzymali o dziwo niezłą komitywę.

      • Ciek napisał(a):

        W którym miejscu się mylę? Ja piszę o wsi i mieście, nie o dobrobycie albo jego braku. Dobrobyt faktycznie prowadzi do ograniczenia drobnej przestępczości tylko mam bardzo poważne wątpliwości czy my tutaj mamy jakikolwiek dobrobyt. Jak dla mnie otaczająca nas rzeczywistość to bida z nędzą gdzie na jednego, który sobie daje radę jest 5 zupełnie przegranych i bez jakichkolwiek perspektyw, a w długookresowej perspektywie widzę tylko pogłębianie się tego zjawiska i zaciskanie podatkowego sznura. Jeśli miałbym szukać przyczyn względnego spokoju w ostatnich latach to na pierwszym miejscu postawiłbym na eksport ludzi na zachód; spora część przedstawicieli najbardziej aktywnej kryminalnie grupy (młodzi mężczyźni) zwyczajnie wyjechała.

        Jeśli pisząc o dobrobycie identyfikujesz go z zamieszkaniem w mieście to nie masz racji. I na wsi i w mieście są ludzie bogaci i biedni. Kto miał kilka – kilkanaście lat temu łeb na karku i kupił kawał ziemi, która byłą praktycznie oddawana za bezcen, jest już ustawiony najprawdopodobniej do końca życia, a przynajmniej do czasu gdy eurokołchozik funkcjonuje. Przy stale rosnących cenach żywności widzę bardzo szerokie perspektywy wzrostu dla tego typu działalności, dorzuć do tego dopłaty, prawie darmowe ubezpieczenie, preferencyjne kredyty i całą masę innych objawów socjalistycznej paranoi i masz w rezultacie całkiem niezły sposób na życie, dodatkowo będąc w dużo większym stopniu niezależnym od innych, przynajmniej pod względem żywności i wody, często również pod względem energetycznym. W mieście żeby utrzymać się z prowadzenia własnej działalności potrzebna jest mieszanka kapitału i umiejętności doprawiona szczyptą szczęścia, na wsi wystarcza sam kapitał.

        • Jednak sądzę, że aby ten kapitał na wsi się nie zdekapitalizował trzeba także trochę pracy własnej włożyć.

          I gdyby było tak słodko, to nie byłoby takiego parcia ze wsi do miast.

          Piszecie często z perspektywy osoby, która się urządziła w mieście, zarabia w mieście i może dojeżdżać do domku na wsi na urlopy, albo nawet brać pracę ze sobą.

          Jeszcze dobre kilka lat temu net na wsi był sporym cudem – sam brałem na kilka dni komputer i jedynie pracę off-line.

          Kto nie miał takiego luksusu zapitalał fizycznie w lokalnym zakładzie za marny grosz i marzył o lepszym świecie.

  19. Tur napisał(a):

    Bardzo podobał mi się komantarz: zrobic należy coś!
    I to cos warto zrobić. Oczyiwście część nie działa, część nie da si euruchomić, czesc naszych planow nie wypali (paliwo bedzie tylko dla wojska, zywnosc bedzie obowiazkowo kontraktowana i jeszcze na wsi bedzie trzeba ostro tyrac by w ogole ja dostarczyc w odpowienich ilosciach, opady radioaktywne czy po prostu biblijna ucieczka).
    Dlatego warto zrobic to coś.

    kupmy zasoby, urządzenia, zapasy
    nauczmy sie czegoś i poprobujmy choćby i na wakacjach rozpalić ognisko czy ugotowac obiad, wyklepac nóż, wystrugac łyżkę, nauczyc się komputerow. Bo nie wiadomo co sie przyda. Moze bedziemy potrzebowali uruchomic komputer, ktorego nigdy nie widzielismy na oczy. Moze trzeba bedzie podlaczyc prad z panelu, ktory teraz wisi przy autostradzie. Nie wiemy.

    • panika2008 napisał(a):

      „Moze trzeba bedzie podlaczyc prad z panelu, ktory teraz wisi przy autostradzie” – 10/10. Polak potrafi! Armagedon nam nie straszny!

      • Ciek napisał(a):

        Pomysł jest całkiem niezły, tylko na wybudowanie autostrady przyjdzie jeszcze pewnie „troszku” poczekać 🙂

    • zgadzam się, a jakże! 🙂

      dokładnie o takich umiejętnościach jako „inwestycji” pisałem u siebie na blogu ze 2 dni temu

      prąd z panela – hehe – jesteś genialny 🙂

  20. Tur napisał(a):

    @panika2008 no akurat panele to stoja wszedzie i zapewniam, ze wszedzie znikną nie tylko w Polsce.

    Szkoda tylko, ze wiele z ciekawych komentarzy jest kasowanych. Autor bloga nie dba o wiarygodnosc i możliwośc odpowiedzi na kłamliwe komentarze.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Autor bloga nie kasuje tu komentarzy, ale chyba zacznie kasować właśnie takie kłamliwe, jak ten. Może się co najwyżej zdarzyć, że komentarz wpadnie do filtra antyspamowego, na co ja nie jestem w stanie nic poradzić. Mogę co najwyżej ręcznie je stamtąd wyciągać.

      Jak jeszcze raz wyczytam tutaj bezpodstawne zarzuty, że kasuję wypowiedzi czy je cenzuruję, to rzeczywiście zacznę to robić…

  21. Tur napisał(a):

    Proszę więc o przywrócenie moich komentarzy dotyczących wyjaśnienia sprawy boulger gdzie oskarzono mnie ze klamie i nie dano mi możliwosci obrony.

    Moze faktycznie nie kasujesz a tylko dziwnym trafem nie zostaly opublikowane. Czekam na reakcje.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Kasuję tu tylko komentarze, które są spamem. Innych nie kasuję, ale niestety nie mam jak tego udowodnić… Wszystkie Twoje komentarze, które się zapisały, są dostępne na stronie. Jeśli jakiegoś nie ma, oznacza to, że w wyniku jakiegoś błędu musiał się nie zapisać…

      • Tur napisał(a):

        Cóż dziwne, ale tak jak Ty nie masz jak tego udowodnic tak ja nie mam jak sprawdzić. 😉
        Postaram sie zatem zamiescic ponownie komentarz. Zobaczymy czy ten (juz trzeci! bo dwa sie jakos nie zapisały) sie zapisze.

        • słuchaj kolego, bloguję i piszę tutaj od wielu miesięcy już – i potwierdzam słowa Survivalisty – posty często naprawdę giną przez durne filtry – i to te, na których nam zależy

          nie ma co się obrażać ani rzucać podejrzenia na automat

          zapisuj swoje posty w edytorze tekstu, jak piszesz dłuższe, i tyle

          Admin R-O

  22. Crq napisał(a):

    Jak ktoś tutaj wspomniał taka zabawa w autonomiczne domy itp. to zabawa dla bogatych. Jako że jestem biedny (bom głupi) i najzwyczajniej nie stać mnie na kilka domów, samochód i konkretne przygotowania by przeżyć w luksusie stan „W” to zadowolę się tym co mam. Dla mnie energia elektryczna jest zbędna. Ogrzewanie działa z pompką ale po przełączeniu działa też grawitacyjnie. Światło mogę uzyskać z świeczki. Najważniejsze dla mnie jest woda, ogień, żywność i podstawowe narzędzia by przetrwać. Ciężko nie będzie mi się „przestawić” bo jedyną rozrywką jaką mam to bytowanie w lasach po kilka dni. Zdarzało mi się już siedzieć w zimie dwa tygodnie bez ogrzewania bo nie miałem opału. Dogrzewałem jedno pomieszczenie gazem z butli by mieć te kilka stopni powyżej zera lub siedziałem przy piecyku w innej części domu. Kilka takich akcji już miałem więc z doświadczenia już mniej więcej wiem co mi się przyda a co nie i w tym kierunku inwestuję resztki pieniędzy które mi pozostają.

    • Pozyskiwacz napisał(a):

      W sumie bardzo rozsądne podejście. Zamiast kombinować nad samodzielnym wytwarzaniem prądu, może lepiej się zastanowić czy jest on nam naprawdę potrzebny.
      Oświetlenie, no właśnie, świece, lampy naftowe,lampy gazowe ?
      Jakie rozwiązanie najlepsze? A może jednak diody i panele słoneczne/wiatraki/dynama ?
      Tylko zawsze trzeba będzie kupować świece,nafte czy akumulatory.
      Ma ktoś pomysł jak zrobić zupełnie autonomiczny system oświetlenia ?

  23. Crq napisał(a):

    Raczej nie istnieje źródło światła które nie potrzebowało by jakiś tam nakładów. Zależy też od czasu jaki będziemy bez oświetlenia. W razie nagłego zaniku napięcia w miejscach publicznych, wymaga się montażu lamp z akumulatorami które świecą jakiś tam czas by można było z budynku się wydostać. Jeśli napięcie zostanie przywrócone akumulator się doładowuje. Gdyby ten akumulator miał zasilać kilka diod LED to pewnie długo by to świeciło. Na dłuższe okresy bez prądu pozostaje jedynie zrobić zapas świeczek i/lub linię akumulatorową zasilaną słońcem/wiatrem/wodą//siłą mięśni z oszczędnym oświetleniem. O urządzeniach które pobierają jakieś większe moce to nawet nie ma co myśleć

    • panika2008 napisał(a):

      Światło „chemiczne” (ze spalania – np. świecie) jest wiele, wiele, WIELE razy droższe od elektrycznego.

      Prosty myk który mi przychodzi do głowy na czasy niepewnego zaopatrzenia w prąd albo mieszkania na dużym uboczu (problem z przyłączem) – zainwestować w parę akumulatorów siarkowych (muszą być markowe, żelowe) i podłączyć do nich LEDy. Zdecydowanie tańsze, prostsze, bezpieczniejsze i zdrowsze, niż świece.

      Oczywiście, tak jak piszesz, podstawa to oszczędność – świecić jak najmniej i nie przesadzać z zalewaniem okolicy światłem, raczej jak najmniej punktów.

  24. Pozyskiwacz napisał(a):

    Chodziło mi o źródło światła które można samemu wytwarzać w dłuższej (kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt lat)perspektywie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to świece z wosku pszczelego.
    Jaka żywotność maja te akumulatory siarkowe/żelowe ?

    • panika2008 napisał(a):

      Niestety, jak na Twoją skalę, to niską. Kilka lat. Może, gdyby o nie bardzo dbać (jak najbardziej stała, niewysoka temperatura – np. piwnica), dociągną, niezbyt obciążane, do dychy – ale wątpię.

      Powrót do dosłownego palenia światła to wielka auka ekonomiczna. A do tego syf.

    • Wrobel.Cwirek napisał(a):

      Nafta? Lampa oliwna? Kaganek na łój?

      • Pozyskiwacz napisał(a):

        Nafty sam nie zrobię, tzn. może i zrobię ale nie jest to łatwe. Kaganek na olej/łój to dobry pomysł. Może śmierdzi, ale tańsze i może być dostępne w większych ilościach niż wosk pszczeli, który sobie wymyśliłem jako alternatywę.
        Ciekawe czy coś jeszcze, by było?
        Słyszałem kiedyś o jakichś związkach chemicznych które po zmieszaniu „chcą” się rozdzielić i wtedy fosforyzują. Potem sie je znowu miesza i tak w kółko. Podobno w czasie zimnej wony były takie lampy do awaryjnego oświetlenia schronów w USA. Tylko co to były za chemikalia?

        • Mc napisał(a):

          Gdy mieszkałem w Afryce, zmorą były częste wyłączenia prądu.
          ale że był tani olej jadalny, to wlewało się go do słoika,
          knot był włożony do tulejki w korku – taki pływak,
          zabezpieczony 3ma szpilkami aby nie podpłynął do ścianki.
          Nie śmierdziało i b. długo się paliło.

  25. Darek napisał(a):

    Witam,
    Byłem mieszczuchem i przeprowadziłem się do domu pod miastem. Może nie jestem typowym mieszczuchem bo na kilku rzeczach się znam ale trend życia na swoim mi odpowiada. Już poznałem co to ciepło z własnego (kupionego) opału. W swoim domu z działką 900 m2 mogę bez pieniędzy (bo stracę pracę). Sam się ogrzać, słabo bo słabo ale jakoś to drewno z lasu dociągnę, na nim też coś ugotuję. Ugotuję to co zbiorę u siebie, w lesie i na polach (Łuczaj wymienia wiele dziko rosnacych roślin jadalnych) rarytasy to nie będa ale kiedyś w okresach głodu ludzie nawet kłącza perzu jedli. Dołożę do tego kilka kur i kozę aby swoje mleko było. Skończe z telewizją komputerami światłem i ogólnie prądem bo z czego zapłace jak nie będę miał, wieczorem słonko zajdzie i spać trzeba a w zimie trochę przy kominku blasku będzie. Dobre tego strony że zamiast z komputerem zaczniemy rozmawiać z żonami, dziećmi i sąsiadami. A co do wczesnego chodzenia spać po całym dniu walki o drewno, jedzenie i wodę spać zachce nam sie szybko. Po krótkim szoku zaczniemy rozglądac się za rozrywka w tworzących się małych społecznościach, ktoś znajdzie drożdże, komuś zostanie gitara i sie zacznie. Damy radę od poczatku tylko jeszcze oczywiście trzeba sie obronić przed obcymi ale damy radę, jak widzę jest nas coraz więcej.
    Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner