Listy od czytelników (2)

Kilka razy pojawiały się tu już artykuły podsyłane przez czytelników, albo odpowiedzi na ich pytania. Dziś będzie list od czytelniczki, który dostaliśmy przed świętami. Publikuję go w całości, bez komentarza z naszej strony.

Witam.

Wczoraj przestudiowałam prawie całą Twoją stronę 🙂 bardzo, bardzo mi się spodobała nie tylko pod względem treści, ale i przejrzystości, sposobu formułowania myśli, dbania o sensowne komentarze itd. – to nieczęste na prywatnych (?) stronach!

Trafiłam na nią szukając listy przedmiotów, jakie powinne znaleźć się w podręcznym zestawie przetrwania. Bardzo Ci dziękuję za prezentację Swiss Tech 12-in-1 na korbkę 🙂 Mam taki pomysł, żeby w te Święta najbliższej rodzinie sprezentować własne zestawy, takie do powieszenia w jednym, określonym miejscu, do złapania i wybiegnięcia na wypadek pożaru, ewakuacji, jakiegoś wypadku itp. Każdemu zestaw trochę inny: na przykład siotrze i szwagrowi wzbogacony o kilka przedmiotów dla małych dzieci (dzięki za pomysł!) 🙂 …Plus serdeczne życzenia, aby ten prezent nigdy nie był potrzebny! ;-)))

Dla siebie też od razu szykuję taki zestaw – miejski – pozbawiony elementów typu haczyki na ryby i linka-piła do drewna (czyli śmiech z zestawów a la Bear Grylls), za to wzbogacony np. o rzeczy dla moich 2 psów. Mieszkam na 2 piętrze starej kamienicy, i w zeszłym roku przeżyliśmy dwa pożary w naszym budynku, a dwa inne w pobliżu, oprócz tego np. poważne zagrożenie powodzią dwa lata temu. Mam taki pomysł, aby skombinować moim psom uprzęże, w których w razie zablokowania wyjścia przez klatkę schodową będę mogła spuścić je z balkonu. Plus mocny, odpowiednio długi pasek parciany (nie linę, jak słusznie wskazano na Twojej stronie, która może być trudna do ogarnięcia w chwili paniki i poranić ręce przy spuszczaniu obciążenia (wierzgające psy każdy po 15 kg…)). Oprócz tego intensywnie działam we wspólnocie mieszkaniowej, żeby poprawić bezpieczeństwo całego budynku, po tych pożarach zrobiliśmy porządny remont… Po przygodach z pożarami wiem też, że po ogarnięciu samej siebie zaczynam zajmować się innymi ludźmi, to miłe. Ale wiem też, że do tej pory nie miałam w domu latarki!!!

Poza tym zaciekawiły mnie teksty o zabezpieczeniu auta: co tydzień regularnie podróżuję autem Wawa-Mazury i regularnie wzbogacam swoje auto o potrzebne rzeczy np. do pierwszej pomocy lub przydatne w przypadku utknięcia w zaspie np. śpiwór. Kilkukrotnie w swoim życiu ledwo się z potężnych opadów śniegu wykaraskałam… np. kilka lat temu w okolicach starej poniemieckiej autostrady k.Elbląga niespodziewanie po sylwestrze nadeszły takie opady, że ludzie, którzy jechali godzinę po mnie utknęli na kilkanaście godzin i wojsko musiało ich wydobywać. A po mnie wyjechał ojciec… traktorem, i holował mnie w aucie do domu jak w wielkich sankach ;-)))

Mam taki plan, aby mój osobisty zestaw wisiał sobie przy drzwiach wyjściowych, jak jestem w Wawie, a przy dalszym wyjeździe będę go zabierać ze sobą, żeby leżał w aucie.

Gdy przeczytałam Twoją stronę oraz inne podobne, zdałam sobie sprawę, że intuicyjnie zrobiłam w życiu wiele rzeczy, żeby się zabezpieczyć przed czymś niespodziewanym, a wręcz końcem świata, jaki znamy, jak Ty to określasz. Mam m.in. rewelacyjne własne miejsce ewakuacji i bardzo ogarniętą rodzinę (myśliwi i rolnicy), mam kopie dokumentów, mam dobry zmysł organizacji i talent do panowania nad tłumem, znam drogi ewakuacji, itp. Jak słyszę np. o tsunami, to nie wchodzę na YouTuba, żeby zobaczyć jakieś sensacyjne obrazki, tylko po to, żeby zobaczyć JAK wygląda tsunami, jak realnie szybko nadchodzi i jakie zniszczenia powoduje… w końcu jeździ się co jakiś czas do ciepłych krajów, co nie? Ale kilka konkretnych rzeczy jeszcze przede mną: latarka, dobry nóż, podstawowy zestaw ratunkowy, zapas wody i żarcia, dodatkowe źródło ogrzewania, plus kilka zmian w życiu np. zawsze pełny bak w aucie i – co gorsza – zmiany w gospodarowaniu finansami. Bez większej przesady – nie jestem hobbystycznym fanem survivalu ani strachulcem – po prostu naprawdę trzeba wyciągać wnioski z przeszłości i myśleć o przyszłości…

W szczególności teraz trzeba się przygotować na ewentualny kryzys ekonomiczny; Twoje zdecydowane zalecenia np. zapas gotówki aż na 3 miesiące trochę mnie zszokowały, ale dają do myślenia: skoro inni ludzie o takich sprawach myślą, to i ja powinnam przemyśleć moje stanowisko.

[Tylko te złote monety to moim zdaniem ściema, znacznie lepsze chyba są… złote pierścionki! I żona się ucieszy! :-P]

Z okazji 30 rocznicy stanu wojennego, chciałabym się z Tobą podzielić wspomnieniami mojej mamy 🙂 Otóż w dniu ogłoszenia stanu wojennego była sama w domu z dwójką małych dzieci (9 mies. i 3 lata). Mój ojciec był w podróży na drugim końcu Polski. Mama zrozumiała z przekazu w TV, że jest słabo, że jest ryzyko, że wybuchnie wojna. W pierwszej kolejności próbowała się oczywiście z kimkolwiek skontaktować, żeby dowiedzieć się, co się dzieje (mieszkała trochę na uboczu, nie w mieście). Gdy okazało się, że telefony nie działają, zdała sobie sprawę, że wraz z dziećmi skazana jest sama na siebie. W pierwszej kolejności sprawdziła zapasy jedzenia, opału i benzyny – miała. Następnie zaczęła kombinować, że jeśli wybuchnie wojna, to męża wezmą do wojska, i znowu będzie sama, 100 km od jakiejkolwiek rodziny. Wzięła więc mapę i wstępnie wytyczyła sobie trasę do swoich rodziców; z uwzględnieniem opcji lasów, gdyby drogi były ostrzeliwane i nieprzejezdne! Pomyślała, że zabierze ze sobą porządny zapas jedzenia, paliwa (wszyscy mieli wtedy karnistry), ciepłe ubrania oraz kosztowności, oraz koniecznie broń. Dziadkowie będą się opiekować wnukami, a ona będzie polować po lasach i zdobywać pożywienie. I koniecznie kupi sobie kozę (piec). Nieźle, co? …Znając moją matkę, w razie prawdziwej wojny wprowadziłaby ten plan w życie…

Cóż, kluczową rolę w tej opowieści odgrywa broń, do której wobec zakazu noszenia broni w RP tak wzdychają liczni polscy „survivalowcy” 😉 Oboje moi rodzice to myśliwi, siostra ze szwagrem też. Ja, dla odmiany, od lat wegetarianka i pacyfistka; tak sobie jednak wyobrażam, że w razie totalnej katastrofy i przysłowiowego ataku zombie nie stroniłabym od narzędzi obrony lub polowania; na szczęście w tym akurat moja rodzinka by mnie z powodzeniem wyręczyła (gdybym do nich dotarła). Oglądałam na YouTube kilka 5-minute bug out tests i trochę mnie zniesmaczyło, że Amerykanie w pierwszej kolejności pędzą do sejfu i wyciągają jedną, dwie, trzy lufy, jakieś strzelby, pistolety, wyglądające naprawdę strasznie. Myślałam nad tym, i ja w momencie jakiś potężnych społecznych rozruchów wolałabym jednak być otoczona społecznością, która nie ma takich zapasów broni przy sobie… Nie chciałabym OSOBIŚCIE walczyć o coś z red neckiem od małego wyuczonego do posiadania i strzelania z broni palnej, wyposażonego na dodatek w swoje bezwzględne przekonania. Wolałabym spokojnych, uprzejmych, zorganizowanych Japończyków 🙂 Co Ty o tym sądzisz?

(Nota bene, broń myśliwska prezycyjnie strzela i zabija nawet na 200 m, pistolet – na 50m. Osoba nieprzyuczona do strzelania moim zdaniem praktycznie nie ogarnie broni i nie trafi śmiertelnie żadnego dzikiego zwierzaka).

Miałam w swoim życiu kilka sytuacji, gdy rozważałam, co by było, gdyby ktoś mnie wprost zaatakował. Przede wszystkim, mam po części takie doświadczenie niestety: dwukrotnie ktoś mnie próbował terroryzować, jeden raz naprawdę poważnie (gość trafił do pudła), drugi raz finansowo. I, ku mojemu zdziwieniu, taka sytuacja powoduje, że zmieniam się: z relatywnie łagodnej kobietki przeistaczam się w osobę, która w 100% nie poddaje się terrorowi. Oczywiście, boję się. Ale dosłownie druga myśl, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: nie poddam się. Trzecia: jakie mam sposoby obrony? To mnie cieszy, że natura wyposażyła mnie w taką cechę, bo, przynajmniej w obu przypadkach, które osobiscie przeżyłam, skutecznie się wybroniłam: jedna osoba zapłaciła za swoje, druga natychmiast odstąpiła od ataku jak tylko wysłałam jasny komunkat: nie boję się, rób co chcesz, nie przeraża mnie to, odwdzięczę ci się z nawiązką.

Nie przeżyłam natomiast nigdy ataku fizycznego – i obym nigdy nie miała takiego problemu! 😉 – jako kobieta wbrew pozorom czuję się np. w nocy na ulicach miasta bezpiecznie, bo statystycznie najczęściej dochodzi do bójek lub obrabowań między mężczyznami. Choć wielokrotnie włóczyłam się po nocy po jakichś zakamarkach, czasem nawet samotnie lub „pod wpływem”, staram się ograniać sytuację i nie pchać w najbardziej ryzykowne miejsca, ale też i nie przesadzać z ostrożnością – trzeba przecież bawić się i żyć z godnością; to nie sztuka siedzieć w bunkrze – nawet świętym w drodze na mszę może cegła spaść na głowę 😉 Jak słyszę ludzi, którzy wręcz boją się wyjść z domu po zmroku, to jestem zaskoczona i zniesmaczona. Albo te rady z kobiecych pism, żeby na imprezy nie chodzić w szpilkach lub miniówkach, tylko w torbie mieć spodnie i tenisówki na powrót. Uważam, że w dużym stopniu „drapieżnik” wyczuwa, czy czujesz się potencjalną ofiarą, czy nie. Ja się nie czuję…

Na wypadek sytuacji wielokrotnie widzianej „w filmach”, gdy np. ktoś przystawia pistolet do głowy i mówi „rób co ci każę” wyobraziłam sobie, że jeśli trafi mi się taka kiepska sytuacja, to ja nie zrobię tego, co mi każe. Zaatakować w samoobronie lub uciec nie mam szans, na 99% byłby to ktoś sprawniejszy ode mnie i bardziej zdeterminowany. Postanowiłam się, że gdyby ktoś mnie chciał uprowadzić, to zatrzymam się i będzie musiał mnie wlec, jeśli będzie chciał mnie gdzieś przemieścić. Na zasadzie: skoro nie zabił mnie od razu, to pewnie jestem potrzebna mu żywa. Jak mnie zaprowadzi w jakieś ustronne miejsce, moje szanse stopnieją, on będzie w pełni panem sytuacji. Gdyby natomiast zaatakował mnie ktoś i chciał odebrać jakiś przedmiot, to generalnie – ale po próbie głośnej słownej przepychanki, która może zadziałać odstraszająco – raczej oddam. Lepiej być zubożałym, ale całym i żywym, niż z kosą w żebrach. Tak to sobie wyobrażam – takie ćwiczenia w wyobraźni działają na mnie wzmacniająco, choć zdaję sobie też sprawę, że w realu mogę zachować się dowolnie – stracić głos, poddać i posikać, zemdleć i dać pociąć na centymetrowe plasterki…

Najlepszy przykład, że gdy ostatnio – cóż, mini-bohaterska akcja, byłam kiedyś zuchem 😉 – broniłam bezdomnego przed dwoma łobuzami rzucającymi w niego kamieniami, to realnie się tych dzieciaków – nie wiem, takich wymoczków 9-10 letnich?! – bałam. Bałam się, że się odwiną i rzucą kamieniem we mnie lub zaczają i porysują w odwecie mój samochód. Ale wyprostowałam się jak kogut, podniosłam głos i dałam sobie radę – zmięli w ustach jakieś przekleństwa, ale zostawili dziadka i odeszli. To zdarzenie mi jednak sugeruje, że na widok wściekłego red necka z shotgunem użyłabym chyba pieluszki z zestawu ratunkowego mojej siostry ;-)))

Jeszcze ostatni przykład, że moim zdaniem po prostu powinno się starać nie czuć jak ofiara: gdy remontowałam mieszkanie założyłam alarm na wypadek długich wyjazdów. Handlowiec starał się mnie przekonać do bardziej wypasionego systemu, takiego, co potrafi „załączyć” całe mieszkanie oprócz wybranej strefy, np. sypialni. Wyobraziłam to sobie: kładę się spać we własnym mieszkaniu w centrum Wawy, a czuję się jak zastraszony bogacz w odludnej willi z panic roomem w szafie. Przecież to by wpłynęło na moją psychikę, czułabym się, jakby co noc czyhało na mnie realne zagrożenie! Czasami, gdy czytam komentarze „survivalowców” np. na YouTubie, to mam wrażenie, że spora część ludzi żyje w poczuciu ciągłego strachu. Przecież to nie o to chodzi! Trzeba znać własne ograniczenia, i zaakceptować ewentualność porażki, a wręcz śmierci, ale ogólnie mieć poczucie własnej mocy, siły sprawczej.

Natomiast mam też takie doświadczenie, gdy nie doceniłam żywiołu. 200 m w linii prostej od mojego domu Wisła potężnie podmyła wały podczas ostatniej powodzi. W trakcie tej powodzi rodzina z Mazur bombardowała mnie telefonami, żeby odprowadzić auto w bezpieczne miejsce itd., ale olałam to. OK, kupiłam zgrzewkę wody i sprawdziłam zapas żarcia na 1-2 dni. Jednak ogólnie wydawało mi się, że niemożliwe, żeby woda się przedarła, widziałam, że policja zabezpieczała taśmami tylko mały odcinek. Gdy woda opadła, poszłam zobaczyć i… oniemiałam, widząć potężną wyrwę w wale, dziurę w ziemi głęboką na kilka metrów i zatrzymaną tylko kilkanaście metrów od najbliższego budynku, który do tego znajdował się w dole. Gdyby rzeka się przedarła, pod naporem takiej ilości wody wyrwa w kilka sekund zrobiłaby się olbrzymia i pewnie powódź rozlałaby się po okolicy nie do zatrzymania. Zrozumiałam, że zagrożenie było realnie duże i że ja je zlekceważyłam. Insza inszość, że mam dobrze ubezpieczone auto i mieszkanie i tak ogólnie na 2 piętrze kilka ulic od rzeki nie groziło mi bezpośrednie niebezpieczeństwo – jednak teraz już wiem, że potrafię zachować się lekkomyślnie.

Na koniec jeszcze tylko krótki powrót do kwestii ekonomicznych: warto byłoby popytać starszych członków rodziny, jak sobie poradzili z galopującą inflacją i horrendalnymi odsetkami od kredytów na przełomie socjalizmu i kapitalizmu. Zarówno psychicznie, jak i w praktyce.

Jeszcze raz – dziękuję za bardzo ciekawą, wspaniale prowadzoną stronę. Mam nadzieję, że moje opowieści wywołały uśmieszek i zainspirują Cię do dalszych przemyśleń.

No i najważniejsze, mam nadzieję, że moja rodzinka doceni tegoroczne „ratunkowe” prezenty, choć mogą się wydawać nieco hardkorowe 😛 Apteczka, kilka dodatkowych gadżetów dopasowanych do danego domu/danej rodziny i wypasiony „Swiss Tech BodyGuard Survivor 12-in-1” na korbkę przydać się może przy wielu okazjach, nie tylko tragicznych, co nie?

Pozdrawiam, wesołych Świąt i powodzenia w nowym roku!

(hehe, chyba wg Majów ostatnim, co?)

Ela

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

24 komentarze

  1. przechadzka napisał(a):

    Ja w kwestii latarki. Jak nie masz, to kupuj latarkę czołową. Zakładasz na głowę i masz obie ręce wone.
    A poza tym, to fajny list „normalnego człowieka” na temat survivalu.

    • hmm, polecisz jakąś dobrą czołówkę? marka/cena?

      czy ewentualnie brać coś w markecie z przeceny?

      • Ciek napisał(a):

        Z latarkami jest jak z każdym innym sprzętem elektrycznym. Noname to loteria, czasem podziałają kilkanaście miesięcy, a czasem w ogóle ich nie włączysz po wyjęciu z opakowania. Marka również niestety nie daje żadnej pewności ale chociaż zwiększa prawdopodobieństwo dłuższego terminu użytkowania, no i dochodzi możliwość serwisowania. Dostaję sporo latarek zrobionych na gadżety reklamowe / promocyjne i ich żywotność jest krótka. W rękach dzieci potrafią zakończyć żywot tego samego dnia, którego zostały pierwszy raz włączone i to bez rzucania – trochę potrząsania i koniec. Również szybko i znienacka traciłem latareczki nieznanych firm kupione w Castoramie oraz czołówkę z Lidla za 20 zł (popularny model na 7 diod dostępny też w Casto i na Alle czasem nawet za 10 zł). Ogólnie gra nie jest warta jak dla mnie „świeczki” 😉

        Z drugiej strony mam też 2 czołówki Petzla – Tikkę (nie pamiętam już jaki to był konkretnie model – cena ok. 130 zł chyba) i Myo RXP (220 zł) i ciężko powiedzieć o nich złe słowo. Tikka działa już 3ci rok, Myo kupiłem w zeszłym sezonie. Obie sprawują się bez zarzutu, a używam często i czasem też w terenie, gdzie warunki bywają różne, dodatkowo Myo bardzo ładnie i mocno świeci. Warto przemyśleć zakup bo droższe modele mają jakiś mechanizm, który pozwala na współpracę z akumulatorkami, podczas gdy tańsze lubią się raczej z tradycyjnymi bateriami więc jeśli dużo się świeci to oszczędności na bateriach zaczynają być zauważalne.

        W każdym razie ja polecam jednak wyższą półkę, chociaż mnie akurat najwyższa (LED lanser, zebralight itp.) nie była potrzebna. Na rynku popularne są również czółka firmy Mactronic i ludzie też je sobie chwalą. Ja kupując drugą czołówkę (potrzebne mi były 2 bo zapominałem zabierać czasem z domu na letnisko i był problem) zdecydowałam się na Petzla głównie ze względu na kompatybilność z akumulatorami. Z dokumentacji producenta wynikało też, że Myo powinno dłużej świecić niż brany przeze mnie pod uwagę model Maca ale wiesz jak to jest z opinią – jak z dupą; każdy ma swoją i nie ma sensu od razu pokazywać 😉

  2. K napisał(a):

    Bardzo ciekawy list – został poruszony tam jeden epizod ze stanu wojennego. Co trzeba byłoby zrobic gdyby chłopa/męża zabrali do wojska. Problem mobilizacji w czasie wojny, problem świadczeń wojskowych, militaryzacja zakładów pracy, rodziny bez ojców, godzina policyjna, rekwizycja samochodów itd – to wszystko to są istotne sprawy do które trzeba omówic.

    p.s spotkaj sie z autorką listu, napewno warto 😉

  3. gorylekto napisał(a):

    straszny bełkot – o wszystkim i o niczym. może fajna korespondencja ale to kiepski pomysł żeby wrzucić to jako notka.

    • anonimowy napisał(a):

      1. To samo myślę, bełkot, i nie chce się wierzyć że to napisała kobieta o_O Czytając do połowy nie rozumiem celu tego listu, ani tym bardziej potrzeby podzielenia się z nim.
      2. Plecaki ucieczkowe – jako prezent dla rodziny – i to jeszcze od kobiety – to już tak kosmiczne że albo list jest wymyślony, albo koleżanka z księżyca spadła (a może z Japonii), albo powinna leczyć paranoję. Ja rozumiem, fajnie dostać lub podarować dobrą latarkę, krzesiwo, radio(najlepiej na korbkę) lub podobne gadżety ale zestawy ucieczkowe ?? WTF ? (lepiej już by było ubezpieczyć rodzinę)
      3. Dodatkowo myślę że przeciwnie – strona nie idzie w dobrym kierunku (bez urazy), zamiast testu sprzętu, dobrych i konkretnych porad surivalowych (choćby zerżniętych z książek), mamy ogóły i niejednokrotnie tylko reklamy produktów.
      Przykładowo ostatnio mieliśmy duże mrozy, a nic na stronie nie zauważyłem – jak sobie poradzić np. z problemami dostaw ciepła. To dużo bardziej prawdopodobne niż pożar, i czasami bardziej dokuczliwe niż ewakuacja. Więcej informacji dostarcza własne życie (i książki) niż ten blog. Przykładowo, ostatnio kilkukrotnie spacerowałem „dla przyjemności” po mrozie -25C i to naprawdę byłoby nie do zniesienia gdybym nie odkrył wazeliny (dobrze robi na twarz i wargi) i komina (kominiarki), ciut za dużych butów, aby zmieściły się dwie pary skarpetek, prawdziwej kurtki z grubym wypełnieniem (a nie szmatki jaką autor reklamuje). Ostatnio „odkryłem” także to że b. tanio można kupić węglowe filtry do wody pitnej więc uzdatnianie może stać się dużo prostsze, np. wodę brudną (może być z akwarium), zanieczyszczoną możnaby najpierw potraktować nadmanganianem potasu, a później przefiltrować. Przez survival domowy rozumiem takie różne metody głównie pomagające przetrwać w domu, a nie tylko UCIEKAĆ.
      Zamiast dobrych rad, śmierdzi tu głupiutką komerchą, coś jakby słuchać Grylsa (najgorszy survival, jaki oglądałem), i kupować jego „markowe” sprzęty.

      • Krzysztof Lis napisał(a):

        Odniosę się do kilku poruszonych przez Ciebie kwestii, podsumowanych w tym fragmencie:

        Dodatkowo myślę że przeciwnie – strona nie idzie w dobrym kierunku (bez urazy), zamiast testu sprzętu, dobrych i konkretnych porad surivalowych (choćby zerżniętych z książek), mamy ogóły i niejednokrotnie tylko reklamy produktów.

        Nie przypominam sobie tutaj wpisów stanowiących „tylko reklamę produktów”. Reklamy na blogu sobie wiszą, ale nie traktuj ich na takiej zasadzie, że my polecamy cokolwiek z produktów, które pojawiają się w tych bannerach. Jak coś będziemy POLECAĆ, to dlatego, że mieliśmy to w ręku, korzystaliśmy z tego i uznaliśmy, że jest warte polecenia.

        Testy sprzętu robimy w tak szerokim zakresie, na jaki możemy sobie pozwolić. Nie mamy budżetu na prowadzenie tego bloga, z którego moglibyśmy kupować co miesiąc coś fajnego. Nie bardzo mamy też możliwości, by fizycznie przetestować najróżniejsze rzeczy, które CHCIELIBYŚMY przetestować. Bo pracujemy, mamy rodziny, itd. Nie mam warunków by np. przetestować jakiś zimowy śpiwór, bo nie zamierzam nocować w taką pogodę na balkonie i nabawić się zapalenia płuc tylko po to, by zadowolić jakiegoś anonimowego czytelnika.

        Przyjęliśmy też zasadę, że nie będziemy pisać o rzeczach, na których choć trochę się nie znamy. Nie lubię spacerować po mrozie, nie mam dobrego sprzętu, nie mam dobrych doświadczeń, czy rad, którymi mógłbym się podzielić. Dlatego o tym tu nie piszę… Jednocześnie staramy się publikować teksty z innych źródeł, jeśli są dla czytelników użyteczne.

        Wpis o awaryjnych źródłach ciepła na ponadprogramowe mrozy z pewnością się tu pojawi, zwyczajnie nie mogę się do niego zabrać ostatnio, bo mam inne rzeczy na głowie. Nie dostajemy zbyt wiele sygnałów od czytelników odnośnie tego o czym chcieliby poczytać, a części z nich zwyczajnie nie jesteśmy w stanie zrealizować. Warto jednak nam o tym pisać, bo nie czytamy w Waszych myślach. 😉

        I na koniec — pamiętaj proszę o tym, że to jest tylko blog pisany po godzinach przez dwóch mężczyzn, którzy niewielką część swojego czasu mogą poświęcić na domowy survival.

        • Peccator napisał(a):

          Co do przygotowań zimowych.

          Ja ostatnio kupiłem pięć ciepłych śpiworów dla całej mojej rodziny (żona i trójka dzieci). W końcu trzeba mieć jak spać, gdyby przyszło uciekać gdzieś zimą. W życiu też się przydadzą, na wyjazdy pod namiot, gdy wakacje w ośrodku z wygodami będą za drogie dla mnie z powodu kryzysu – namiot pozwala korzystać z podróży bez wysokich kosztów noclegu.
          Poza tym kupiłem Kelly kettle 1,7 i kupię jeszcze jeden duży. Mają dwa będę mógł w razie braku wody na jednym robić sobie herbaty (woda z jeziora przefiltrowana przez Lifesaver), a na drugim gotować wodę (przefiltrowaną z pomocą piachu i węgla drzewnego) do kąpieli.
          Warto mieć piłę łańcuchową, piły zwykłe i siekierę, by naciąć lub w razie braku paliwa narąbać drewna na opał.

          Koniecznie trzeba mieć piec – ja mam dwie kozy stalowe z zapasem szamotu, gdyby ten w środku się pokruszył. No i rury do komina z kolankami.

          Kupiłem sobie też zapad porządnej odzieży zimowej, ocieplane spodnie nieprzemakalne, kilka zapasowych czapek, par rękawic i cały czas uzupełniam coraz większy zapad budów na wszelkie pory roku. Jak kryzys walnie na całego nie będę musiał kupować drogich śniegowców, bo mam ich już 3 pary w zapasie.

          Ostatnio zacząłem sobie też kupować elektronarzędzia. Piły tarczowe, szlifierki itp. Po dwa egzemplarze, gdyby jeden się zepsuł. Drugi może się przydać albo się go sprzeda – w czasach kryzysu wszelkie narzędzia idą w górę. Zamierzam też kupić 3 czajniki elektryczne i 3 farelki. Jedno i drugie u mnie jest bardzo często używane i zwykle te rzeczy nie mają dekad trwałości, więc kolejny zakup mniej. Jak ktoś ma – tak jak ja – większą piwnicę, to warto sobie zrobić tam mały magazynek sprzętu AGD, bo ten sprzęt się przyda a fabrycznie zapakowany będzie można też dobrze sprzedać.

          • anonimowy napisał(a):

            Fajnie skompletowany sprzęt.
            Ja bym nie radził jednak tak wydawać na sprzęt AGD, ten zwykle tanieje, dodawane są nowe funkcje, odsprzedaż zwykle nie będzie korzystna bo w przypadku większości rodzajów kryzysów raczej spadnie jego wartość. Wtedy na wartości zyskują klasyczne rozwiązania czyli np butla na gaz, i może klasyczny czajnik czy szybkowar dla oszczędności gazu.

            „warto mieć […] siekierę”
            Powiedziałbym że warto mieć nawet kilka siekier i klinów (może być z uszkodzonych siekier). Trzeba uważać co się kupuje, większośc nowych siekier ma dużą twardość i kruchość, stare prawdziwe siekiery kute, są nie do zdarcia (mam taką z początku XX wieku i do dziś daje radę)

          • artur xxxxxx napisał(a):

            Może lepiej butla + promiennik i palnik, niż farelka i czajnik. Raz, że jak padnie sieć farelka i czajnik do niczego się nie nadadzą, dwa ilość produkowanego ciepła przez promiennik jest bez porównania wyższa.

          • Pozyskiwacz napisał(a):

            Widzę że planujesz w dłuższej perspektywie.Bardzo dobre podejście, a rzadko spotykane.Przeważnie większość ludzi myśli że wystarczy plecak ze sprzętem i umiejętność rozpalenia ognia i zbudowania schronienia, do tego teoretyczna umiejętność 🙂
            Nastawiając się na dłuższą eksploatacje „kozy” pamiętaj że rury kominowe tez się przepalają, zależy jak je eksploatujesz,jakim paliwem palisz itp. ale co 2-3 lata przepala się początkowy odcinek lub kolanko. Warto mieć zakonserwowane zapasowe,tym bardziej że nie są drogie. Poza tym czasami może zajść potrzeba przestawienia piecyka w inne miejsce.Wtedy też przyda się więcej rur kominowych.No i im dłuższa rura w pokoju tym lepiej taki piecyk grzeje.

        • „Przyjęliśmy też zasadę, że nie będziemy pisać o rzeczach, na których choć trochę się nie znamy”

          Popieram – przyjąłem u siebie analogiczną zasadę. Lubię uczciwość wobec czytelników i sam także nie chciałbym wyjść na idiotę w jakiejś kwestii.

      • night_rat napisał(a):

        a ja nie myślę, że stronka zła. ma sygnalizowac i pobudzać myslenie, zdrowy rozsądek i zdolność do improwizacji- i to robi. jestem w stanie zrobić stronkę z istnym kompendium kindyniki, survivalu i walki- tylko po co?
        jakby czytać suchy artykuł ze 100-ma poradami w temacie jak się ubierać na zimę (co chyba oczywiste???) to by dopiero była nuuda…
        z Twojego posta też można się czegoś nauczyć- na co dzień grozi nam pogoda, wypadki etc. warto zacząć od tego zamiast od schronu na wypadek wojny atomowej 😉

    • night_rat napisał(a):

      przesadzasz, i to bardzo. pogratulować Autorce listu. w dzisiejszych czasach tylko narzekania i kozactwo zamiast normalnego życia- normalnego bo jesteśmy Gotowi i dzielnie walczymy.

  4. Reflect napisał(a):

    Chyba najdłuższy wpis na blogu. Fajnie że nie pocięty. Super pomysł z zamieszczeniem go tutaj!

    Pozdrawiam

  5. polu napisał(a):

    „Cóż, kluczową rolę w tej opowieści odgrywa broń, do której wobec zakazu noszenia broni w RP tak wzdychają liczni polscy “survivalowcy” Oboje moi rodzice to myśliwi, siostra ze szwagrem też. ”

    i

    „Nie chciałabym OSOBIŚCIE walczyć o coś z red neckiem od małego wyuczonego do posiadania i strzelania z broni palnej”

    Czy tylko ja widzę tu moralność Kalego: jak ja mam broń i moja rodzina to ok… jak sąsiad to już nie…
    Broń łagodzi obyczaje. Ciężko mi sobie wyobrazić masowe ludobójstwo gdy ludzie mieli by broń…

  6. Peccator napisał(a):

    “Nie chciałabym OSOBIŚCIE walczyć o coś z red neckiem”
    To całkowicie zrozumiałe – kobiety nie są od fizycznej walki. Dlatego powinny mieć przy sobie uzbrojonego mężczyznę. Ten jednak nie jest uzbrojony, bo prawo tego zabrania, a prawo takie wprowadzili politycy wybrani przez zniewieściałych mężczyzn i delikatne kobiety. Więc prawo do głosowania powinni mieć tylko twardziele tacy jak my tutaj zaglądający. 🙂 Logiczne.

  7. Pozyskiwacz napisał(a):

    Bardzo ciekawy wpis. Problem przetrwania widziany oczami kobiety, do tego z pewnymi doświadczeniami w tej dziedzinie jest niezwykle interesujący.I rzadko spotykany.A przez to cenny dla nas.
    Mam wrażenie że dużo ludzi zakłada że potencjalne kłopoty spotkają ich, młodych,zdrowych i do tego latem,przy dobrej pogodzie. Do tego mało kto sie zastanawia co będzie po paru miesiącach trwania kataklizmu.
    Dobrze że tu tak nie jest i naświetla sie sprawy z różnych punktów widzenia.

  8. HansKlos napisał(a):

    Post raczej od mężczyzny [Tylko te złote monety to moim zdaniem ściema, znacznie lepsze chyba są… złote pierścionki! I żona się ucieszy!] albo taka dziwna wstawka Admina.-)

    @artur xxxxxx
    „Może lepiej butla + promiennik i palnik, niż farelka i czajnik.”

    U znajomych w bloku widziałem taki ekologiczny kominek na jakiś rodzaj alkoholu. Zaciekawiło mnie to z dwóch powodów – jak mozna palić wódką zamiast ją pić.-) i dlatego, że wynikiem spalania jest w zasadzie woda (para wodna). Problemem spalania gazu, nafty itd są możliwe toksyczne produkty, głównie CO. Podobno przy spalaniu etanolu uzyskanie tlenku wegla – czadu – jest niemozliwe.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      @HansKlos: nie no, naprawdę, autentycznie dostaliśmy ten e-mail od czytelniczki. Albo czytelnika, to prawda, bo nie zadałem sobie trudu, by zweryfikować tożsamość. 😉

    • anonimowy napisał(a):

      Z tego co się orientuję to kominki na etanol mają głównie zastosowanie ozdobne są całkowicie bezpieczne, ale płaci się za to niewielką ilością ciepła i drożyzną, nieporównanie cieplej i taniej będzie na kożystając z gazu, a jeśli ktoś się boi czadu, no to niech sobie kupi czujnik za 50zł.

  9. Peter napisał(a):

    Jest to możliwe, bo etanol, jako związek organiczny spala się do tlenku węgla (IV), tlenku węgla (II), czyli czadu lub do węgla w zależności od ilości tlenu. Może tu chodzi o ilość alkoholu? Albo o konstrukcję paleniska by zawsze było dużo tlenu? Nie wiem, może ktoś na forum będzie wiedział i się podzieli tą informacją. 🙂

  10. Ciek napisał(a):

    „Nie chciałabym OSOBIŚCIE walczyć o coś z red neckiem od małego wyuczonego do posiadania i strzelania z broni palnej, wyposażonego na dodatek w swoje bezwzględne przekonania. Wolałabym spokojnych, uprzejmych, zorganizowanych Japończyków Co Ty o tym sądzisz?”

    Odpowiedzi sama sobie udzieliłaś, pisząc o walce z „dzikim” redneckiem i alternatywie w postaci kulturalnego Japończyka. Pomijając fakt, że to kiepski stereotyp i warto się wyedukować z najnowszej historii, ot, choćby na temat przygód spokojnych, uprzejmych i zorganizowanych Japończyków w okupowanej podczas IIWŚ części Azji, wciąż piszesz o ludziach, a nie broni. To z ludźmi się walczy, a nie z bronią, źródło problemów leży zatem w głowie, nie w tym co się trzyma w ręku. Jeśli ktoś jest zdeterminowany cię zabić to zrobi to równie skutecznie sztachetką od płotu, kamieniem, albo choćby gołymi rękoma, co strzelbą, jedyna różnica jest taka, że w drugim przypadku musi podejść bliżej. W zwarciu jako przeciętna kobieta nie masz szansy z przeciętnym mężczyzną. Broń palna wyrównuje szanse.

    Nie ulega jednak wątpliwości, że to delikatny temat i jak ulał pasuje tutaj powiedzenie „nie ma róży bez kolców”. Niestety, umysł ludzki działa w ten sposób, że sportowym samochodem częściej się przekracza prędkość. Ja broni w rękach ludzi również się boję, jednak jestem zwolennikiem powszechnego do niej dostępu. „Za” przeważyły argumenty historyczne. Wiesz, że w chwili wybuchu Powstania Warszawskiego połowa walczących nie miała w ogóle żadnej broni, a w chwili gdy nasi przyjaciele zza Odry rozpoczęli pierwszą fazę integracji europejskiej we wrześniu ’39 broni nie miał praktycznie nikt prócz wojska, służb mundurowych i myśliwych? Powszechny dostęp do broni z pewnością pociągnąłby wystąpienie jakiś ofiar co jakiś czas, jednak straty te, acz niewątpliwie bolesne, zupełnie nie odpowiadają skali strat wywołanych brakiem broni w chwili gdy była ona niezbędna. W latach 39-45 straciliśmy jak dobrze pamiętam 6 mln ludzi. Czy ktokolwiek zdecydowałby się nas najechać wiedząc, że tubylcy są uzbrojeni po zęby? Czy gdyby każdy Żyd miał karabin maszynowy to w ogóle byłby holokaust? Bez dostępu do broni społeczeństwo jest jak jajka w kurniku, kto przegoni kury (wojsko) ten może sobie wybierać jajeczka do woli; część do gazu, część do lasu, trochę pogwałci, mniejsze rozbije o ścianę bo wygodniej niż wieźć do obozu… Tyle razy to przerabialiśmy i wciąż ludzie boją się wyciągać wnioski. Najboleśniejszy incydent ostatnich lat – masakra w Norwegii również ma swoje drugie dno, do którego mało komu z mainstreamu udaje się dotrzeć. Ile ofiar by było gdyby kilka osób z kilkuset uczestników masakry miało broń i umiało się nią posługiwać? W ramach realizacji socjalistycznego mitu kilkadziesiąt osób oddało życie na ołtarzu „powszechnego bezpieczeństwa” – nie mieli się czym bronić, nie byli przeszkoleni. W ramach państwa opiekuńczego czekali jak bydło w rzeźni na swoją kolej, a państwo nie było w stanie się nimi zaopiekować, udało się to dopiero po ponad godzinie, co obnażyło słabość systemu.

    Sprawa jest prosta – jeśli odbierasz ludziom możliwość obrony musisz im zagwarantować im bezpieczeństwo, co jest zupełnie nierealne i nigdy w dziejach się to nie udało, bo kto zna przyszłość, czy wojny nie będzie, terroryzmu, czegokolwiek innego? W momencie gdy przyjdzie czas i ludzie nie będa mieli jak się bronić to ten, który ich rozbroił w imię swoich ideałów jest współwinny śmierci. Dla mnie byłaby to zbyt wielka odpowiedzialność, ale jak widać rządzące nami kryptokomuchy nie mają problemów z sumieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner