Prawdopodobieństwo i skala zagrożenia

Pod ostatnim artykułem o przetrwaniu w grupie nastawionej na pozyskiwanie (żeby nie napisać, że chodzi o rabunek) zasobów pojawiło się sporo komentarzy. Zdaje mi się, że trochę umknął jeden z komentarzy autora zacytowanego przeze mnie listu, szczególnie istotny.

Mianowicie chodzi mi o tę wypowiedź (wytłuszczenia moje):

Nie no ludzie brak mi słów…Myślicie, że czasy shtf to będzie sielanka? Czytanie, gdybanie, kupowanie super drogiego sprzętu jest bez sensu…
Zobaczcie co ruskie robili w czasie wojny… Gwałcili, rapowali, mordowali… Człowiek jest zdolny do wszystkiego i tylko najsilniejsi są w stanie to wytrzymać… Człowiek któremu doskwiera głód jest w stanie zabić nawet własną rodzinę, więc nie gadajcie mi, że to co robie jest złe… życie pokarze kto miał racje… Nie ma co się pieprzyć w razie sthf trzeba działać ostro i zdecydowanie, a przygotowania trzeba zacząć już teraz… bo albo ja albo oni..

Takie podejście w moim odczuciu kompletnie rozmija się z ideami nowoczesnego survivalu i przygotowania się na gorsze czasy.

Bo gorsze czasy mogą być różne. Pod akronimem SHTF mieści się kupa trafiająca w wentylator (shit hits the fan), czyli zdarzenie o daleko idących, niekorzystnych skutkach. I do tego trudne do przewidzenia. Na poziomie globalnym takich wydarzeń nie będzie wiele, może wymieniłbym globalną wojnę jądrową, duży meteoryt, pandemię.

Ale my nie powinniśmy się przygotowywać wyłącznie na zdarzenia o takim poziomie oddziaływania. My musimy być gotowi na zaspokojenie naszych potrzeb w każdym przypadku. Bo na poziomie pojedynczej rodziny takich zdarzeń typu SHTF może być znacznie więcej. Każde z nich wywróci do góry nogami życie tej rodziny i spowoduje poważne kłopoty.

Przykłady? Bardzo proszę, mam bujną wyobraźnię, oto kilka moich pomysłów.

Utrata pracy. Rodzina 2+2, mama w domu, tata pracuje. Tata przestaje pracować. Z czego spłacać kredyt za mieszkanie lub płacić czynsz za wynajem? Za co kupować żywność? Mając poduszkę finansową i zapas żywności rodzina będzie mieć więcej czasu na reakcję i poszukanie dobrej pracy na miarę potrzeb i aspiracji. Zmniejszy się ryzyko tego, że tata przyjmie pierwszą lepszą pracę, co odbije się na poziomie życia rodziny (np. konieczności przeprowadzki do mniejszego mieszkania, sprzedania samochodu, itd.).

Śmierć małżonka. Rodzina 2+2, oboje pracują, jedno umiera. I okazuje się, że przez miesiąc nie ma dostępu do jego konta, bo coś tam, a jako że zawsze z tej jednej karty kredytowej były robione zakupy, to nie ma co włożyć do garnka. Tu znów pomógłby zapas żywności i zapas gotówki w domu.

Run na banki. Banki wstrzymują wypłaty, sprzedawcy w sklepach nie przyjmują płatności kartami. Brak gotówki = brak jedzenia. Albo awaria systemu autoryzacji transakcji kartowych — przestają działać bankomaty i terminale płatnicze. Skutek ten sam.

Brak wody. Wodociąg przestał działać, albo jest w remoncie. Rodzina 2+1,5 (małe dziecko, drugie w drodze, kobieta pod koniec ciąży siedzi w domu). Tata w delegacji przez najbliższe 2 tygodnie. Wodę dowozi beczkowóz, ale jak kobieta w 8. miesiącu ciąży wniesie na IV piętro bez windy wiadro z wodą? A co jeśli ma w domu tylko jedno wiadro i jedną miskę, bo normalnie nie były potrzebne? Dołóżmy do tego taką pogodę jak teraz (37-stopniowe upały) i katastrofa gotowa.

Brak prądu. Bo piorun uderzył w transformator. Jak ogrzać dom w środku zimy nie mając prądu, gdy w domu jest tylko pompa ciepła? Skąd brać wodę? Czym naładować telefon komórkowy? Albo niech ten brak prądu będzie o szerszym zasięgu… Za parę lat zimą ma zabraknąć prądu, więc trzeba będzie liczyć się nie z jednorazowym, ale powtarzającymi się brownoutami (spadki napięcia lub częstotliwości) i blackoutami (wyłączenia prądu).

Pożar domu, skutkujący koniecznością wyprowadzki. Tak się akurat złożyło, że zmuszeni byliśmy opuścić mieszkanie w piżamie. Kto nas przygarnie, jeśli mieszkamy sami w obcym mieście, nie mając tam jeszcze przyjaciół? Gdybyśmy tylko mieli zestaw ucieczkowy z zapasem gotówki, to moglibyśmy na kilka dni przenieść się do hotelu i w tym czasie coś zorganizować.

SHTF to nie tylko zdarzenia o zasięgu globalnym, wskutek których wymrze połowa ludzkości. To też małe zdarzenia, które mocno wpłyną na życie pojedynczych miejscowości, dzielnic, bloków, rodzin.

Co więcej — im bardziej lokalny charakter zdarzenia, tym większe prawdopodobieństwo jego wystąpienia. Brak prądu czy wody przeżył chyba każdy z nas. To tylko kwestia czasu, gdy się powtórzy. Skoro tak, dobrze jest mieć w domu świece i latarkę, oraz choćby minimalny zapas wody.

Ideą nowoczesnego survivalu jest przygotowywanie się na gorsze czasy w sposób, który podnosi jakość naszego życia na co dzień. Przykładowo: robimy własnoręcznie zapasy żywności pod postacią kiszonych ogórków czy wekowanego gulaszu, a w zamian otrzymujemy wysokiej jakości żywność, którą możemy spożyć gdy nie chce się nam robić obiadu. Kupujemy złoto po to, by służyło nam w czasach katastrofy finansowej, ale pomoże nam ono ochronić się przed podatkiem inflacyjnym. Montujemy w domu piecyk kominkowy by mieć awaryjne źródło ciepła, ale rozpalamy go także dla spędzenia romantycznego wieczoru z żoną i butelką wina.

Dlatego trzeba koncentrować się na zaspokajaniu potrzeb, a nie na przygotowaniach na jeden konkretny scenariusz, jak w Doomsday Preppers.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

28 komentarzy

  1. Jasio napisał(a):

    Zabrzmi to ironicznie: przygotowanie na wypadek utraty pracy nazywa się surwiwal ? I mam gromadzić puszki z kukurydzą tudzież zakopywać rury z ryżem na ten czas ? To tak na poważnie ?

    Byliście zmuszeni uciekać z domu w piżamach – nieprzyjemna sytuacja, ale co komu pomoże jakiś zestaw ucieczkowy skoro nawet nie mogliście włożyć ubrań ? Będzie w tych piżamach rozbijać namiot i rozpalać ognisko pod blokiem ?

    Poza tym mam wrażenie, że ten cały surwiwal sprowadza się do straszenie różnymi mniej lub bardziej absurdalnymi katastrofami (burze słoneczne, peak oil, itp.) po to żeby ludzie kupowali rzeczy, z których nigdy nie skorzystają. Tudzież chodzi o usprawiedliwianie kupna kolejnego noża, scyzoryka, itd.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Survival to sztuka przetrwania. W każdych warunkach. Nie tylko w nieznanym otoczeniu, gdy Twój samolot rozbije się w Andach, zostaniesz rozbitkiem na bezludnej wyspie, albo utkniesz w samochodzie w zaspie śnieżnej na tydzień. Nie okłamujmy się, te scenariusze są mało realne. Ale to także sztuka przetrwania w nietypowych okolicznościach w znanym otoczeniu. Czyli właśnie — w mieście w przypadku pandemii, awarii zasilania na dużej przestrzeni, albo katastrofy pociągu przewożącego chemikalia.

      Ja jednak uważam, że trzeba ten temat rozciągać jak najszerzej — właśnie na przetrwanie w każdej sytuacji, o ile to jest możliwe.

      Jeśli mamy rodzinę 2+2 i jedna osoba straci pracę a budżet przestanie się dopinać, zapas żywności też będzie przydatny. Pozwoli zmniejszyć na jakiś czas wydatki na żywność, przez co możliwa będzie np. regularna spłata rat za mieszkanie. Oczywiście trzeba mieć też zabezpieczenie finansowe, ale nawet w takim przypadku ten zapas żywności się przyda.

      W pewnym zakresie zgadzam się z Twoim spostrzeżeniem na temat survivalu. Bo nie okłamujmy się — ilu z nas w ciągu swojego życia będzie musiało skorzystać z żyłki i haczyka w zestawie survivalowym, by złowić sobie rybę? Jeśli wykluczyć jakiś globalny kataklizm, to bardzo mała część z nas będzie miała szansę z niego skorzystać. Dlatego my tu staramy się nie koncentrować na gadżetach, a na różnych metodach na zaspokojenie naszych potrzeb. Przede wszystkim tych, które wymagają najmniejszych inwestycji.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Zapomniałem odpisać w kwestii piżamy i zestawu. Ja w zestawie ucieczkowym mam komplet ubrań na zmianę — więc po prostu miałbym się w co przebrać. Zakładam, że kurtkę i buty mógłbym wziąć z szafy uciekając — ich nie mam w zestawie.

      A nawet jakbym nie miał — wolałbym móc się owinąć w piżamie śpiworem, niż nie mieć nawet tego śpiwora. 😉

    • bajcik napisał(a):

      Mam podobne odczucia, strona o survivalu domowym, ale większość artykułów o przygotowaniach na kolaps cywilizacji.

  2. filo napisał(a):

    Przy okazji „apokalips dnia codziennego” (bez kosmitów, laserów i zombie): pamiętajcie, że mając centralne ogrzewanie i piec na węgiel/drewno/pellet/olej/whateva, w instalacji jest pompka cyrkulacyjna, która tłoczy wodę po kaloryferach. Pompka jest oczywiście na prąd. Przy braku prądu mając nawet tonę węgla w zapasie w środku będzie zimno, cholernie zimno 🙂 Pompka nie ciągnie wiele prądu, więc można zainwestować zawczasu w jakiś UPS z dużym akumulatorem, albo mały agregat (albo drugi niezależny piec/kominek, ale tym możecie nie ogrzać komfortowo całego domu).

  3. Kaktus napisał(a):

    Otóż to! Czasami, a nawet często mam wrażenie, że rodzimi preppersi myślą tylko o apokalipsie w stylu zombie lub inwazji ufoludków,która pociągnie za sobą całkowite zdziczenie, wolną amerykankę i wszechobecny kanibalizm. Na szczęście takie rzeczy to tylko w e… kinie. Dużo łatwiej o wspomniane awarie i zdarzenia losowe lub. np. ewakuacje z powodu odkopanego pocisku z II WŚ; wybuchy gazu, czasowe podtopienia lub zasypania śniegiem. Są to sytuacje, w których nijak nie da się biegać z klamką na wierzchu i rabować (czy też rapować ;))na ulicy a żyć i przeżyć jakoś trzeba. Dlatego pomysły o tworzeniu gangów na czas końca świata włóżmy tam, gdzie zombiaki, czyli między bajki. A na co dzień pamiętajmy o podstawowych potrzebach, by było co, i za co do garnka włożyć i czym ten garnek podgrzać.

    Szczelnych słoików życzę!

    • Rafał napisał(a):

      Prawdopodobieństwo zdarzeń globalnych też jest. Choćby 3 Wojna Światowa, na 90% wybuchnie w ciągu najbliższych 20 lat, bo światowy system ekonomiczny jest w fazie zawalania się i bezrobocie wśród młodych w Europie sięga 30…50%. Aktualne wskaźniki ekonomiczne są gorsze niż przed wybuchem 2 Wojny Światowej, tylko media o tym nie mówią. Choć politycy za kulisami mówią, jednym się wydaje że „jakoś samo się ułoży”, inni nie widzą jak może się ułożyć i nawet członkowie Komisji Europejskiej organizują spotkania z obywatelami poszczególnych krajów i szukają pomysłów na wyjście z kryzysu.
      Titanic tonie, a muzyka gra…

      • Rafał napisał(a):

        A tak na wszelki wypadek, to nawet w Polsce zaczynają „przypadkiem” iść miliardy na armię i zupełnie „przypadkiem” przegłosowano ustawę ograniczającą prawo do zgromadzeń publicznych, a zaraz potem ustawę o możliwości użycia wojska w tłumieniu zamieszek ulicznych. W Polsce, bo w innych krajach europejskich co kilka tygodni są już jakieś zamieszki lub strajki generalne, w Polsce też jest szykowany taki strajk, pierwszy od czasów PRL-u.

  4. filo napisał(a):

    Inny fajny „bajer” jaki odkryłem z cyklu survival food: kociołek łowicz. Słoik z gotowym daniem, warzywami, ryżem, mięchem, sosem. Wystarczy wsadzić do mikrofalówki na ~5 minut i jest gotowy obiad (spokojnie dwie osoby wypycha). Opinie o smaku w necie są podzielone, ja lubię orientalny i węgierski, ew. meksykański, „tradycyjny” smakuje jak przysłowiowe …. po przeleceniu przez wentylator. Termin przydatności z ponad rok, cena przystępna, może leżeć w garażu, jest w prawie każdym sklepie w mojej okolicy i co ważniejsze – mi smakuje. Kupowanie jakiegoś żarcia typu tona zboża i pakowanie tego na 20 lat wydaje mi się dobre dla [posiadacza] osła. Staram się rotować 10-15 takich słoików w garażu, raz-dwa w miesiącu zjadam. Bardzo proste rozwiązanie na tydzień śniegu stulecia, najazd niezapowiedzianych gości, czy niespodziewane katastrofy typu jakieś nowe święto, tak ważne, że zamykają wszystkie markety….

    Macie jakieś inne fajne odkrycia w cywilnym żarciu, które ma długie terminy przydatności (pomijam chamskie konserwy, bo to będę jeść dopiero po wiewiórkach i psach sąsiadów)?

  5. darnok napisał(a):

    hmmm….ja się na takie duperele nie przygotowuję.akurat nie mam takiego problemu bo mieszkam w takim miejscu,że nie ma możliwości dotknięcia mnie przez nie.głównie produkcja żywności jest moim priorytetem bo prąd mi nie potrzebny,źródło wody jak i piec z obiegiem grawitacyjnym posiadam.

  6. Siergiej napisał(a):

    Konserwy:
    – Wieprzowina(lub wołowina) w sosie własnym standardowy skład to nawet 92% mięsa (np Lidl cena ok 3zł) termin przydatności jakieś 2 lata smak 7/10
    – Sardynki (w oleju/sosie pomidorowym) marki tesco cena 2.29/2.89zł skład lepszy niż KingOskar smak 9/10, termin przydatności też ponad 2 lata.
    – Łosoś w sosie xxx (puszka z Lidla) droga 8zł ale smak 10/10 poza tym prawdziwy łosoś atlantycki z morza a nie z hodowli w Finlandii, termin przydatności też ponad 2 lata.

    Ogólnie staram się gromadzić bardziej półprodukty bo z żoną robimy sami jedzenie i zwracamy uwagę na to co jemy (zawsze czytam etykiety). Powyższe produkty są bez konserwantów i całej tablicy Mendelejewa, także polecam do waszych zapasów.
    A jeśli ktoś lubi pichcić to polecam robić sobie samemu rzeczy do zapasów:
    – wekowane mięso (np. http://gotuj.skutecznie.tv/2011/06/sloikowka-czyli-lopatka-ze-sloika/) zajmuje trochę czasu ale efekt naprawdę super (tylko nie pieczcie słoików w piekarniku bo lubią sobie strzelić :p) do kanapek czy jako sos do makaronu na obiad.
    – maca – czyli mąka, olej, woda, sól + dodatki (sezam, słonecznik, siemieniem lnianym, makiem, itd), zmieszać wszystko, rozwałkować pokroić, upiec i przekąska gotowa, która suchary beskidzkie lub wojskowe bije na łeb na szyje.
    – chałwa – deser który przetrwa wojnę atomową a przygotowuje się w 15 min. Prażysz sezam, mielisz dodajesz trochę miodu i gotowe.

    Jak ktoś zainteresowany szczegółami dajcie znać.

  7. Jasio napisał(a):

    @Admin:
    W przypadku utraty pracy lepszy od zapasu żywności jest zapas gotówki. Żywność zawsze może się zepsuć, gotówka już nie za bardzo.
    Poza tym i tak na żywność musimy wydać pieniądze, wiec oszczędność tu żadna.

    P.S. Gdybym pojechawszy do kogoś w odwiedziny i dostał jakieś żarcie ze słoika to więcej już bym się do takiej persony nie wybrał. Tak, wiem – nie jestem surwiwalistą [bo taki potrafi z uśmiechem na ustach komara na surowo skonsumować].

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Co to znaczy, że zapas gotówki jest lepszy? Każdy ma swoje miejsce. Gotówki nie zjesz, w odróżnieniu od żywności z zapasu. Są sytuacje, w których nie będziesz mógł skorzystać z zapasu gotówki (np. jeśli Cię epidemia zmusi do zamknięcia się w domu na miesiąc).

      Oszczędzenie na zapasie żywności jest możliwe, ale trzeba przyznać uczciwie, że te oszczędności wielkie nie będą. Po prostu korzystaj z różnych promocji, by kupować to, co się u Ciebie w domu zjada. Te pieniądze na żywność wydasz tak, czy siak — a czy wydasz teraz, czy za 2 lata (gdy będzie mijać termin przydatności do spożycia), nie ma większego znaczenia. No może pomijając to, że żywność nie bardzo chce tanieć.

      A co do żarcia ze słoika w gościnie u kogoś — równie dobrze możesz na takie sytuacje mieć zapas gotowych dań przygotowanych samodzielnie (np. gulaszu). Albo ciastek różnego rodzaju. Też mają dość długi termin przydatności…

      • bajcik napisał(a):

        Jaka epidemia? To już survival nie-domowy bo p-stwo małe. Nawet jak była ospa we Wrocławiu w 1963cim , to kwarantanna objęła 4 szpitale.

        Jakieś zapasy jednak warto mieć, aby nie polegać tylko na sklepach. Bo te mają małe zapasy i z byle powodu może towaru braknąć:
        – lokalna katastrofa naturalna (zawieja, powódź, wichura)
        – brak prądu -> brak kas
        – perturbacje z dostawą
        – panika zakupowa z byle powodu

    • red napisał(a):

      Trzeba również zaznaczyć iż w obecnej sytuacji gospodarczej robiąc zapasy jedzenia oszczędza się pieniądze ceny cały czas rosną i to nie mało np. kupowałem do zapasu 30 konserw z 5 letnim okresem przydatności w cenie 4,19 półtora roku temu, aktualnie kosztują 5,49 to ponad 25% wzrostu ceny czyli kupiłem je o 1/4 taniej niż Ty mając odłożoną jedynie gotówkę i kupując je teraz. Oczywiście gotówkę trzeba mieć np. w razie utraty pracy na rachunki na jakiś okres czasu, paliwo do auta żeby aktywnie móc tej pracy szukać itp. Natomiast zgromadzone zapasy jedzenia, kupowane wcześniej w niższych cenach lub często w promocjach wszelkiego typu to czysta oszczędność pieniędzy, w skrócie kupując wcześniej za te same pieniążki zjemy więcej.

  8. kluski z makaronem napisał(a):

    @Jasio

    Możesz nakarmić niezapowiedzianych gości spaghetti. Każdy prawdziwy survivalista ma w domu makaron;D Sos też jest do kupienia w słoikach, niedrogi, ma przyzwoity termin i sporo kalorii. Oczywiście możesz łatwo zrobić go sam i wlać do słoika. Trochę mięsa, sera i czego tylko chcesz raczej się znajdzie. Masz dobry i pożywny posiłek na zapas, a jego wymiana będzie przyjemnością:)

  9. p napisał(a):

    Widząc niektóre komentarze, wydaje mi się, że powinniście opublikować tekst „jak czytać ze zrozumieniem i jak wielkie znaczenie ma ta umiejętność w warunkach kryzysowych”. 😉

  10. realista napisał(a):

    Na początek przyznaję- szacunek dla Was Autorzy bloga- coś Wam się chce, w coś wierzycie, coś robicie. Ale naprawdę, nie kumam tej obsesji zbieracko- kolekcjonerskiej. W czym te zapasy żarcia, śpiwory, czy wielofunkcyjne scyzoryki pomogą na wypadek utraty pracy, śmierci, ciąży, awarii. Od tego są ubezpieczenia i oszczędności. Kolekcjonować wory ryżu, i beki wody, kiedy pod dostatkiem jej w kranie i w sklepie obok. To chyba nie survival?
    Lepiej zostawić swoim bliskim kasę by nie musieli opychać się makaronem i żarciem w proszku.
    Po co do tego kuriozalna ideologia, niech survival będzie survivalem- wypadem w dzicz, ogniskiem, łapaniem rybek, męską przygodą. Inwazja zombie, śmierć cywilizacji zapewniam Was- nie nastąpi. Jak wyłącza prąd, to za dwa dni włączą, padną banki to powstaną nowe, od pożaru są ubezpieczenia, jak walnie atomówka- po prostu wyparujesz razem ze zgromadzonym żarciem.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Według mojego rozumienia, survival to sztuka przetrwania — w każdych warunkach. W życiu 97% z nas bardziej prawdopodobne jest, że trafimy na nietypową sytuację w znanym nam otoczeniu (brak wody, brak prądu, śmierć małżonka lub utrata przez niego pracy, utknięcie samochodem w zaspie w środku pustkowia), niż że rozbijemy się na bezludnej wyspie i będziemy rozpalać ogień patykami.

      Nie mam nic przeciwko łażeniu po dziczy, żywieniu się znalezionymi jagodami i złowionymi rybami, spaniu w szałasie, itd. Jest i na to miejsce w życiu (choć muszę uczciwie przyznać, że mnie to za bardzo nie kręci). Ale umiejętności nabyte w taki sposób nie pomogą nam w przetrwaniu scenariuszy SHTF.

      Dla mnie nowoczesny survival, o którym tu piszemy, ma łączyć przygotowywanie się na zaspokojenie naszych potrzeb razie SHTF, przy jednoczesnej poprawie jakości naszego życia na co dzień. Zapas żarcia w razie utraty pracy pozwoli dłużej żyć z oszczędności i zwiększy szansę na znalezienie dobrej pracy (a nie byle czego, żeby tylko było z czego wyżywić rodzinę). Na co dzień pozwala zaś na niewielkie zmniejszenie kosztów życia (kupowanie hurtem tego, co w danym momencie jest na wyprzedaży, przygotowywanie własnych przetworów w sezonie, itd.).

      Piszesz o tym, że po wyłączeniu prądu włączą go za 2 dni. Nie tak dawno temu były w Polsce miejscowości, w których prądu nie było przez kilka tygodni w środku zimy. Gdy latem wyłączą w mieście wodę, w sklepach tego samego lub następnego dnia zabraknie wszelkich nadających się do picia napojów. Uważam, że dziś za bardzo jesteśmy uzależnieni od prądu z sieci, wody z kranu, regularnych dostaw do sklepu i internetu. Obawiam się, że to uzależnienie może spowodować nam spore kłopoty. Dlatego wolę w miarę możliwości starać się od nich uniezależnić.

    • bajcik napisał(a):

      Co do tej wody, maleńki przykładzik: sroga zima, żona w ciąży, przyniosłem dwa baniaki. Gdyby rura strzeliła to nie musiałaby wychodzić na mróz do beczkowozu i dźwigać wody.

    • Krzysiek napisał(a):

      A kim ty jesteś, że nas tak zapewniasz, co nastapi, a co nie? Panem Bogiem? Bo mnie się wydaje, ze jesteś dzieciakiem, dla którego najwiekszą katastrofą życiowa jest ciąza partnerki. Żenujące!

  11. Jasio napisał(a):

    @admin:
    Pisałem wyraźnie o utracie pracy, a nie o kosmitach, przebiegunowaniach burzach słonecznych i innych pomysłach małych i dużych dzieci.

    @kluski:
    Wizyta gości – poważnie traktujecie coś takiego jako surwiwal ? A goście o tym wiedzą ? 🙂

    @realista:
    Surwiwalizm polega na nadawaniu pozorów racjonalizmu swoim obsesjom, przykład: z pewnością nastąpi krach cywilizacyjny [tutaj powołujemy się na dowolny argument mający pozory sensu], wobec czego kupuje maczetę z tytanu bo na pewno mi się przyda podczas przedzierania się przez gęstwinę uciekinierów z miast [bo oczywiście wszystkie mieszczuchy rzucą się do mieszkania i polowania w lasach].

  12. makaron z kluskami napisał(a):

    @Jasio
    Zapas żywności to oszczędność w naturze. Jeżeli masz pieniądze, to i tak będziesz musiał kupić za nie jedzenie a to może być trudne. Mamy w roku kilka świąt i wtedy sklepy są zamknięte, może to być też późna pora. W moim mieście wiele osób mieszka na terenach zagrożonych powodzią. Gdyby ona się wydarzyła ja miałbym sucho, ale panowałby spory chaos. Może zdarzyć się duża śnieżyca, kiedy będzie opracować część sklepów i utworzą się kolejki. posiadanie jedzenia uchroni Cię przed problemami z jego zdobyciem. Jak widać jest wiele sytuacji, gdy lepiej mieć trochę jedzenia pod ręką. Admin wielokrotnie polecał, żeby mieć zapas tego co jemy. To ułatwi jego wymianę i nie odczujemy zmiany przy jego wykorzystaniu. Mi nie raz zdarzyło się gościć kogoś lub u kogoś kiedy zrobienie zakupów było trudne. Wolę też mieć mały zapas żywności lekkiej i łatwej do przygotowania, ponieważ zdarzało mi się wyjeżdżać i nie mieć czasu na zakupy. Uważam, że warto mieć zapas tego, co jemy na czas np. 10 dni i trzymać to w kuchni, tak jak robi to każdy tylko w nieco większej ilości i trzydniowy zapas jedzenia lekkiego i łatwego w przygotowaniu, w innym miejscu, gdyby trzeba było uciekać, jechać na biwak (mi zdarza się to często) lub kuchnia spłonęłaby.

    Nowoczesny surwiwal to może być też zapas paliwa-przypomnij sobie, co działo się po huraganie Sandy, lub strajki w branży paliwowej. Warto też mieć awaryjne ogrzewanie, gdyby zabrakło prądu, gazu lub pękła rura ciepłownicza, z czegokolwiek korzystasz.

    Zestaw EDC to np. agrafka, którą zepniesz uszkodzone ubranie, woda na wypadek upału itp. Bron tutaj pominę, ale wolałbym ją mieć, niż nie. Warto też pomyśleć, co zrobimy w razie ewakuacji miejsca pracy np. alarm bombowy i nie ma szans wziąć swoich rzeczy do końca dnia, dodajmy jeszcze silny mróz-zdarza się każdego roku.

    Jest jeszcze mnóstwo innych spraw jak nauka pierwszej pomocy, zapobieganie kradzieżom, dbanie o zdrowie. Konieczności oszczędzania też nie trzeba chyba nikomu normalnemu tłumaczyć.

  13. night_rat napisał(a):

    Więcej filozofowania 😉
    : są i inne ekstremalne zdarzenia losowe i to nawet nie z wyobraźni, potencjalne ale takie, o których słyszymy na codzień.
    Wszelkie pomyłki państwa, komornik, możliwość aresztu, wypadki, ciężka choroba, nawet zatargi z bandziorami- może dotknąć wszystkich a skala wcale nie jest mała, by mówić o nieprawdopodobieństwie. Na wszystko trzeba mieć własne procedury i gotowych bliskich. Nieraz życie takich ludzi to prawdziwy survival i z chęcią by się zamienili z innymi, by w ramach rekreacji uczyć się jadania korzonków…
    Największym problemem jest tu oczywiście stan nagły i nasze kompletne nieprzygotowanie. Nieszczęścia mogą chodzić parami a to może zniszczyć i najsilniejszego.
    Dla mnie to kwestia odpowiedzialności- większość z nas żyje wśród bliskich ale bagatelizuje problemy, póki sie nie pojawią, bo po co chodzić w stroju płetwonurka na wypadek deszczu. Jedno jednak jest pewne: problemy będą, możemy zaś być przygotowani lub uczyć się na własnych błędach. Samemu można i biegać z maczetą za łupem i to rzeczywiście nie ma sensu, bo ludzkie istnienie szuka celu a przetrwanie jest tylko niezastąpionym środkiem. Trzeba mieć i po co przetrwać i żyć. Nie bez powodu tyle osób nie chciało żyć dalej np. w czasach wojny czy zamordyzmu, nie widzieli sensu ani perspektyw.
    Takie ludzkie dramaty zdają się miec mało wspólnego z survivalizmem. Dla mnie to jednak tylko kwestia opakowania- spójrzmy na naszych rodziców, dziadków- uczyli się od innych samodzielności, samowystarczalności, zapobiegliwości zwłaszcza na wypadek wszelkich kłopotów, czy chodziło o robienie przetworów, leki, zapasy gotówki i żywności, czy znajomości, nie liczyli na innych, nie ufali bankom itp. czy emeryturom. A masa sytuacji wpływała na ilość ich zapasów w spiżarce i w skarpecie, czyli wprost na ich życie i bezpieczeństwo. Co się naprawdę zmieniło na lepsze, że wierzymy telewizorowi? Może taki postęp, ze prostego rzemieślnika nie stać na szóstkę dzieci a brak kasy na ajfona byłby wstydliwą tragedią życiową?

  14. am napisał(a):

    teraz takie czasy – można żyć z dnia na dzień, bez oszczędności, planów na przyszłość, na zasiłku i z pretensjami do wszystkich jak coś się stanie

  15. Krzysiek napisał(a):

    Nie sądzę, zeby ktokolwiek z sasiadów odmówil ciezarnej sasiadce wniesienia wiadra na IV piętro, no bez jaj!
    Błedem w waszym podejsciu do surviwalu jest liczenie tylko na siebie/najbliższą rodzinę. Samoluby nie przetrwają! Tylko grupa ma szansę. Im większa, tym lepiej. Łączyć się w grupy, wybierać najbardziej kumatych na przywódców i walczyć z innymi grupami o zasoby. Na tym to polega.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      To będzie mocno zależało od sytuacji. W większym kryzysie sam fakt, że ktoś jest czyimś sąsiadem może nie być wystarczającym argumentem, by mu pomóc.

      Przecież nawet dziś w gorszych blokach ludzie okradają swoich sąsiadów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner