Co jest ważniejsze, umiejętności czy sprzęt?

Czytając nasz blog można odnieść wrażenie, że w przygotowaniach na trudne czasy istotne są tylko zapasy i sprzęt. Tymczasem warto inwestować także i w inne rzeczy, o których mowa będzie w dzisiejszym filmie.

Tak naprawdę, to przetrwanie trudnych sytuacji opiera się na trzech filarach:

  • zapasach i sprzęcie, które możemy kupić,
  • umiejętnościach, wiedzy i cechach, które możemy nabyć,
  • procedurach, które możemy opracować i wdrożyć w życie.

I między tymi trzema aspektami trzeba znaleźć odpowiednią dla naszej sytuacji równowagę.

W zapasach i sprzęcie mieści się przede wszystkim zapas żywności, zapas wody, filtr do wody, agregat prądotwórczy, zapas paliwa, sprawny samochód terenowy, ale też i cel ewakuacji ze zbudowanym tam domkiem lub ziemianką.

Jeśli chodzi o umiejętności, to tu mieści się na przykład wiedza o tym, jak do tego celu ewakuacji dotrzeć bez użycia GPSu i mapy, czyli znajomość kilku tras do tego celu. To także zdolność by tam dotrzeć, w razie potrzeby, z plecakiem na plecach, pieszo. Ale również umiejętność rozpalania ognia z użyciem patyków i budowy szałasu z gałęzi.

Mówiąc o procedurach, na myśli mamy np. zasadę, że samochód tankuje się zawsze gdy w baku jest jeszcze połowa paliwa, ale też zwyczaj informowania bliskich o tym, gdy wychodzimy z domu na dłużej, niż kilka godzin, na przykład na wycieczkę do lasu.

Sprzęt, umiejętności i procedury mają się wzajemnie uzupełniać.

Weźmy taki przykład: wybieramy się na cały dzień na wycieczkę do lasu, na grzyby. Planujemy wrócić tego samego dnia. Bierzemy ze sobą tylko niezbędny sprzęt pod postacią zestawu EDC, płaszcz przeciwdeszczowy, coś do jedzenia, wodę. W normalnej sytuacji to, co wzięliśmy ze sobą, nam wystarczy.

Poinformowaliśmy bliskich o tym, do którego lasu się udajemy. Gdyby więc zdarzyła się sytuacja, że nie będziemy się mogli z lasu sami wydostać, np. w razie złamania nogi i braku możliwości skorzystania z telefonu komórkowego, przynajmniej będzie wiadomo, gdzie nas szukać. Umiejętność zbudowania szałasu z gałęzi pozwoli nam wykonać schronienie, które pomoże nam ukryć się przed złymi warunkami atmosferycznymi i przeczekać na przybycie pomocy.

Inny przykład: dotarcie do celu ewakuacji. Tu też można położyć większy nacisk na sprzęt lub na umiejętności. Można zapamiętać jedną lub kilka tras ewakuacji. Każdą z nich pokonać kilka razy w ciągu dnia i w nocy, w każdej porze roku. Wszystko po to, by mieć absolutną pewność, że trasę będziemy znać na pamięć i że nawet gdy będziemy zestresowani, zziębnięci, czy wystraszeni, będziemy w stanie tę trasę odtworzyć w głowie i pokonać.

Kładąc nacisk na sprzęt, możemy kupić GPS z zapasową baterią i ładowarką, albo nawet z drugim zapasowym GPSem, by mieć prawie stuprocentową pewność, że w razie czego ten GPS jak po sznurku nas do celu ewakuacji doprowadzi.

Ale można znaleźć punkt równowagi gdzieś pomiędzy. Znać najważniejszą trasę ewakuacji albo dwie, a do tego mieć mapę, by w razie potrzeby móc z tej mapy zboczyć i szukać innej drogi. Plus oczywiście mieć jakiś sposób odnalezienia swojego położenia na tej mapie. Może to być umiejętność określania kierunków świata na podstawie położenia gwiazd, albo z użyciem słońca i patyków, albo po prostu kompas.

Każdy musi znaleźć swój własny punkt równowagi między sprzętem, umiejętnościami i procedurami. Na przykład dla mnie nie jest jakoś szczególnie ważne, bym umiał zbudować szałas z gałęzi. Ja do lasu chodzę rzadko, nie jest to mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Jeśli już chodzę do lasu, to na krótko. I do lasu, który znam. Ktoś zawsze wie, dokąd idę. Nie ma więc dużego ryzyka, że ja w tym lesie utknę na kilka dni. Dlatego uważam, że mnie osobiście ta umiejętność nie jest potrzebna. Gdybym w lesie bywał częściej, gdybym przewidywał, że mogę być zmuszony pozostać tam przez kilka dni, wtedy byłaby mi bardziej przydatna. Choć pewnie mógłbym tę umiejętność zastąpić, biorąc ze sobą plandekę, pałatkę, czy choćby większy kawałek folii malarskiej.

Zbyt duży nacisk na sprzęt i zapasy

Na początku przygotowań na trudne czasy bardzo łatwo jest kłaść zbyt duży nacisk na sprzęt i zapasy. Nie ma w tym nic dziwnego. Wystarczy wejść do internetu, kliknąć w kilkunastu miejscach, a potem zrobić przelew, by od ręki zrobić zapas żywności na miesiąc czy dwa miesiące. Albo kupić agregat prądotwórczy.

Kupić jest coś łatwo, dlatego wielu od tego właśnie zaczyna.

Błędem jest jednak poprzestawanie tylko na tych zapasach. Możemy być ich pozbawieni, możemy je stracić. Dom z zapasem żywności może spłonąć. Ale też przecież każdy, nawet największy zapas, kiedyś się skończy. Mając np. 150 litrów wody w plastikowych butelkach w domu, muszę liczyć się z tym, że ten zapas się skończy. Muszę wiedzieć, gdzie mam iść z plecakiem, by przynieść wodę do domu. Muszę mieć możliwość uzdatnienia tej wody do picia, by nie zatruć nią siebie i swojej rodziny.

A tu znów możemy to rozwiązać z użyciem sprzętu (filtra do wody, destylarki) albo umiejętności (umiejętności wykonania destylarki z czajnika, rurki i drugiego garnka, umiejętność zbudowania zaimprowizowanego filtra do wody z plastikowej butelki, węgla drzewnego i piasku).

Zbyt duży nacisk na umiejętności

W naszym odczuciu błędem jest jednak kładzenie zbyt dużego nacisku na umiejętności.

Zdarzało nam się czytać opinie typu:

nie będę robić zapasu żywności na trudne czasy, bo w razie potrzeby pójdę do lasu i tam zdobędę żywność, ponieważ umiem polować i umiem oprawiać zwierzynę, a także gotować na ognisku.

To podejście jest krótkowzroczne, bo polskie lasy nie są w stanie wyżywić znaczącej części naszej populacji. A przeczekanie trudnych czasów w lesie, czy zdobycie tam pożywienia, robi się znacznie trudniejsze, gdy mamy na głowie swoją rodzinę. Dużo trudniej jest zdobyć odpowiednią ilość żywności dla kilkuosobowej rodziny, jeśli tylko jedna potrafi polować.

Z drugiej strony przecież nie chodzi o to, by zaniedbywać np. umiejętność rozpoznawania roślin jadalnych. Ona jest bardzo przydatna. Ale umiejętności zdobywania żywności powinny być zbilansowane z naszymi zapasami. Wtedy po jednej stronie mamy na przykład zapas najprostszych w przechowywaniu i najtańszych kalorii (mąka, ryż, cukier, makaron, olej roślinny), a z drugiej strony możemy pójść do lasu czy parku i przynieść trochę roślin, które dostarczą nam witamin.

Istotne jest też to, w jakie umiejętności inwestujemy. W naszych warunkach znacznie bardziej przydatna jest umiejętność wyhodowania żywności — choćby był to tylko jeden zagon ziemniaków, czy nawet jeden pomidor w doniczce na balkonie. To w trudnych czasach pozwoli nam na pozyskanie części niezbędnych kalorii. A w naszych warunkach taka umiejętność będzie bardziej przydatna. Nie muszę chyba dodawać, że można ją też legalnie ćwiczyć i praktykować, w odróżnieniu od zastawiania wnyków.

 

Byłoby fajnie, gdyby każdy preppers był w stanie poradzić sobie bez zapasów, mając przy sobie tylko nóż. I to niezależnie od tego, czy będzie przebywać w lesie, miejskiej dżungli, czy na pustyni. Rzecz w tym, że jest to nierealne zwłaszcza, jeśli ma ze sobą swoją cztero- czy pięcioosobową rodzinę i musi zaspokoić potrzeby tych ludzi. A mogą to być przecież małe dzieci, albo staruszkowie w podeszłym wieku.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

28 komentarzy

  1. Chuck napisał(a):

    Najważniejsza jest zaprawa.

  2. Fomalhaut napisał(a):

    Mam parę spostrzeżeń. Umiejętności to nasza wiedza poparta doświadczeniem. tego nie można komuś przekazać (nie od razu). Jeśli nawet to wymaga to dużo czasu i wysiłku -czasami jest nawet niemożliwe. Sprzęt i zapasy – jeśli go przekażemy – wówczas sami go nie mamy. Jedyną rzeczą którą możemy przekazać bez żadnej straty jest informacja. Oczywiście może być w różnej formie, ale generalnie ona się nie „zużywa” od przekazania ,a nawet „się mnoży”. Umiejętności i wiedzy nie można odebrać – rzeczy materialne można. Warto też zauważyć ,że nie wiemy ile ludzi pozostanie wokół „tych co przeżyją” owe hipotetyczne wydarzenie. Czy ludzi będzie wielu – i wówczas żywność i woda stanie się zapewne produktem numer jeden. Czy populacja skokowo zniknie.. i wtedy sprzętu i żywności będzie multum (na początku). Wówczas umiejętności (i wiedza) wysuwają się na plan pierwszy. Bez względu na to co nadejdzie, co jest celem przygotowań najważniejsze będzie.. przetrwanie samego początku, samego „głównego uderzenia”. Ci co nie dadzą się zaskoczyć, przetrwają na 90 procent i to co potem. Z każdą godziną i każdym dniem człowiek się coraz lepiej orientuje w sytuacji i jest w stanie obrać jakąś taktykę – działać. pozdrawiam

  3. djans napisał(a):

    Dobierając jakieś abstrakcyjne umiejętności łatwo „udowodnić”, że wiedza jest najwyżej tyle samo warta, co sprzęt, albo zapasy.

    Z tego tria sprzęt jest ważny najmniej, chyba, że mówimy o narzędziach tak zasadniczych, jak broń do ochrony zapasów i życia, albo których samodzielne wykonanie jest na tyle czasochłonne, że nawet będąc w tej materii specem lepiej po prostu je zakupić (np. radio, czy agregat prądotwórczy). Natomiast wszelkie gadżety są po prostu źródłem utrzymania dla ich producentów i źródłem zysku dla wysługujących się im reklamobiorców, podczas gdy posiadaczowi służą co najwyżej jako amulety.
    Taki talizman stosowany bez wystarczającej wiedzy może przynieść więcej szkody, niż pożytku, zwłaszcza, że użytkownikowi daje złudne poczucie bezpieczeństwa.

    Trudno sobie wyobrazić przetrwanie, bez wody i pożywienia, dlatego każdy gromadzi jakieś tam zapasy, ale tak naprawdę bez zastanowienia się po co. U Jankesów się spotkałem z takim prostym – mniejsza o to na ile precyzyjnym – chodzi o rząd wielkości – wyliczeniem ile człowiek może przetrwać bez tlenu, schronienia przed warunkami atmosferycznymi, bez wody i bez pożywienia. W każdym przypadku odpowiedź to 3, ale odpowiednio: minuty, godziny, dni i tygodnie.

    Mniej więcej tak to właśnie wygląda: o ile kłopoty nie przytrafią nam się w środku mroźnego stycznia, albo upalnego lipca, to dzień bez picia i jedzenia bez większych konsekwencji dla organizmu jesteśmy w stanie przetrwać. Dlatego np. podczas wycieczki w lesie lepiej potrafić odnaleźć właściwy kierunek marszu i w dobę, czy mniej dość do najbliższego sklepu, niż nosić awaryjny, nadprogramowy zapas konserw i wody.

    • Piotr napisał(a):

      Co do zasady trójek, to jest jeszcze jedna: brak opanowania (panika) może zabić w 3 sekundy.

      Pomijając już kwestię jak to określiłeś „talizmanów”, posiadanie dużej ilości „niezbędnego sprzętu” wrzuca jego posiadacza w błędne koło: sprzęt powoduje utratę mobilności, utrata mobilności powoduje przywiązanie do lokalizacji a przywiązanie do lokalizacji powoduje inwestowanie w sprzęt aby w tej lokalizacji było „wygodnie”. Nie chodzi tu nawet o kwestię pozostania w domu w razie W, ale nawet w kontekście typu „wycieczka do lasu” który podałeś: 15kg „niezbędnego” sprzętu w plecaku powoduje, że nie zrobimy spacerku 20km dziennie (chyba że ktoś na prawdę jest twardy i wytrenowany) tylko powiedzmy 10km, a więc ta sama trasa w dwa dni, a więc dodatkowy sprzęt typu namiot/śpiwór i dodatkowe jedzenie wydaje się jeszcze bardziej niezbędne, przybywają kolejne kilogramy w plecaku, spada tempo marszu itd. i kończy się puentą, że niemożliwe jest pokonanie 20km dziennie choćby nie wiadomo jak się do tego przygotować (w myśl naiwnej zasady: mam więcej zapasów/sprzętu = jestem lepiej przygotowany).

      Z mojego punktu widzenia umiejętności i wiedza są elementem niezbędnym do przeżycia, a sprzęt jest tylko elementem zwiększającym komfort i to też nie zawsze i nie w każdych warunkach, na przykład gdy zachodzi potrzeba ewakuacji, to każdy dodatkowy kilogram jest przeszkodą a nie pomocą.

      • djans napisał(a):

        W sumie o tej spirali, sprzężeniu zwrotnym, nie pomyślałem, ale to też jak najbardziej prawdziwe.

        Jak to było w „World War Z”? „El movimiento es vida”? 😉

  4. tomek21 napisał(a):

    Na pewno bezdyskusyjnie odpowiednie połączenie tych aspektów jest kluczowe i autor to słusznie zauważył, każdy możne na sprawę spojrzeć inaczej co widać powyżej niemniej , wnioski są dość porównywalne jednak pomimo , ze to blog o survivalu i faktycznie jak nie będzie ogrzewania w domu to możemy krzesiwem rozpalić ognisko w domu to jednak warto brać pod uwage inne aspekty życia jak choćby komfort, ekonomia które w dużej mierze determinują nasze , życie. Jeśli uwzględnimy w tym aspekt survivalu wydaje mi się to najwłaściwsze połączenie. Trzymając się tematu ogrzewania Dom ogrzewam specjalnie wszystko palnym piecem wraz blatem grzejnym – było to najtańśze rozwiązanie a jednocześnie mogę nie tylko w razie awarii na nim gotować, grzać wodę- gdyby brakło np. węgla mogę palić np gałęziami- gdyby piec zupełnie odmówił posłuszeństwa używam strej fajerki za 20-30 zł (ogrzewa awaryjnie 1-2 pomieszczenia) ., gdyby nie było prądu a nadal było by zimno i chciałbym coś ugotować to wybrałem w domu specjalnie kuchnie na butlę – można nieco taniej gotować i awaryjnie ogrzewać dom (sprawdza się a z wyliczeń wynika, że wystarczy na ok 2-4 dni grzania ) Oczywiście butla tez w zapasie podobnie jak i zapasy opału i upatrzone miejsca gdzie mozna w razie W zdobyć drewno. Jest tez stara koza schowana której wartość na złomie to może z 5-10zł. Warto też pomyśleć troch pod względem survialu a trochę od strony wygody i ekonomii np. o odpowiedniej izolacji czy budowie większości okien na południe. Tak wiec podsumowując rozsądne łaczenie elementów wiedzy i sprzętu to podstawa

    • Piotr napisał(a):

      Też mam w domu piec na drewno (i mnóstwo lasów wokół), też mam kuchnię na gaz z butli (i zawsze co najmniej jedną pełną butlę w zapasie), też mam kuchenki turystyczne działające na dowolne paliwo ciekłe (spirytus, naftę, benzynę, olej napędowy/opałowy czy nawet olej jadalny – przy tym ostatnim trzeba częściej czyścić „gaźnik”), tylko że to wszystko wymaga zapasów opału i nie wiem czy w razie W daje to przewagę nad kimś, kto mieszka w skromnej, małej, drewnianej chacie, w której ściany nie popękają od przemrożenia, więc nie trzeba jej aż tak mocno wygrzewać, a o ciepło organizmu można zadbać odpowiednim ubraniem, śpiworem i aktywnością fizyczną (lub nawet mieć namiot „polarny” rozstawiony w domu i w nim spać). Komuś, kto zadowala się znacznie mniejszym komfortem ten sam zapas drewna wystarczy na znacznie dłużej (lub wystarczy znacznie mniejszy zapas na ten sam okres).

      Tak jak już kiedyś pisałem – można sobie wymyślać „potrzeby” i ładować energię, czas i kasę w ich zaspokojenie aby w razie W być jedynym w mieście, który może wziąć gorący prysznic i odgrzać jedzenie w mikrofali, tylko że moim zdaniem nie oznacza to wcale lepszego przygotowania (większych szans na przetrwanie kryzysu) i wyśmiewane przez niektórych „mieszkanie w szałasie” wcale mniejszych szans nie daje (a moim zdaniem może być wręcz przeciwnie, temu z dużym mieszkaniem, agregatami itp. szybciej skończą się zapasy opału, paliwa itp.). W przeciętnych warunkach (awaria prądu, powódź, wichury, epidemia itp.) gdzie kryzys jest krótkotrwały, to sobie można pozwolić na wygody, ale przy długotrwałym kryzysie (typu wojna) minimalizm moim zdaniem wygrywa nad maksymalizmem.

      • Fomalhaut napisał(a):

        Ogólnie zgodzę się z Tobą co do przewagi minimalizmu. Choć trzeba mieć na uwadze kogo to i co dotyczy. Na przykład ja mogę nocować w pokoju przy plus 11 stopniach – najwyżej będę spał w „kufajce”. Ale ktoś kto ma 2dzieci po 1 i 2 latka już nie. Dzieci się pochorują na zapalenie płuc i po dwóch dnia ma już emocjonalny i logistyczny dramat. Taki ktoś musi na wstępie celować w komfort – nie w minimum – bo komfort to po prostu przeżycie lub nie.

        • Piotr napisał(a):

          Małe dzieci wbrew pozorom są odporniejsze na niskie temperatury niż dorośli, bo mają przystosowanie ewolucyjne w postaci tzw. brunatnego tłuszczu który jest używany do termogenezy (produkcja ciepła bez potrzeby poruszania mięśniami), niemowlęta i małe dzieci mają go znacznie więcej niż dorośli.

          Te wszystkie zapalenia płuc itd. biorą się najczęściej ze zbyt „cieplarnianego” traktowania dzieci (niezahartowany organizm, podobnie jak z alergiami i zakażeniami od byle czego – układ odpornościowy jest jak mięsień, niećwiczony zanika i potem byle co staje się problemem). Dzieciaki mojego brata będąc w wieku 3 i 5 lat bez problemu nocowały z nami w śpiworach w lesie przy lekkim mrozie (rzędu -2, -3 stopnie) w śpiworach i nie było jakiegokolwiek problemu (tylko kominiarki miały zakładane na głowę aby nosów, uszu itp. części ciała nie odmrozić). 11 stopni to wbrew pozorom bardzo ciepło i w domu (gdzie nie ma wiatru, deszczu itp.) można spać spokojnie „w opakowaniu”, byle izolację od podłoża mieć. Nie dalej jak w niedzielę spaliśmy z kumplami w lesie pod Toruniem bez namiotów (tylko karimata + śpiwór), w nocy było około 4 stopni i jakoś nikt zapalenia płuc nie dostał – odpowiednio wytrenowany i zahartowany organizm bez problemu daje sobie radę w takich warunkach (nawet nie czuje się dyskomfortu). Przygotowywać na kryzysy należy także swoje ciało i umysł, bo niećwiczone „zanikają” (a ostatecznie to nasze ciała i umysły mają przetrwać kryzys w dobrym stanie, a nie nasz dom, zawartość ziemianki czy agregat, zniszczenia domu przeżyjemy, zniszczeń ciała i umysłu już niekoniecznie).

          • Fomalhaut napisał(a):

            Nie chcę tu wchodzić w polemikę na temat warunków termicznych przetrwania dzieci. Nie jestem lekarzem. Jak napisano powyżej „odpowiednio wytrenowany i zahartowany organizm” może wiele znieść. Jeśli – będzie zahartowany.. . Kilku dniowe wypady wg mnie nie są dobrym przykładem. Towarzyszyły im przygotowania i pewne – nie ukrywajmy tego – pozytywne nastawienie. Coś co zwą „duch przygody”. To jak wiadomo dla każdego spory zastrzyk energii. Wasze lub inne dzieci dużo zniosą gdy jadą oto z tatusie mną oczekiwany wypad, maj frajdę, rajd, namioty ognisko itp. Tylko nie wiem czy beðzie tak samo jak najpierw dziecko zobaczy panikę babci. potem płacz matki, potem awanturę w rodzinie bo ktoś o czymś zapomniał, potem nie będzie bajki bo nie ma światła i na dodatek przed blokiem będzie się þół nocy palenie samochodów i bijatyka z kur…mi w rykiem „bydła”. Ludzie.. małe dziecko potrafi się poryczeć i załamać tylko dla tego „że mama płacze”. Wtedy szok psychiczny zje tą wypracowaną odporność w 10 minut. Poczytajcie o wstrząsie, o okrywaniu ciała, o opiece itd. Jeśli wasze dzieci są odporne i zahartowane to gratuluje z całego serca., ale zapewne nie sprawdzacie ich w warunkach stresu prawda ? Poza tym dzieci czytelników to nie wasze dzieci. Wiele ma słabą odporność i wygodny charakter bo takie mamy czasy.. cóż , trudno. Zresztą jak wiadomo odpowiedni poziom komfortu, owe małe dawki optymizmu, przyjemności to najlepszy przyjaciel psychiki – a ta jest najważniejsza w przetrwaniu. Swoim wpisem chciałem zwrócić uwagę na to by mierzyć „trochę pond cel”. By było z czego zejść – jeśli to konieczne. Gratuluje dzieciaków, Pozdrawiam i idę …do dziecka.

          • Piotr napisał(a):

            Dzieci zachowują się tak, jak je wychowujesz (i jak się przy nich zachowujesz, bo ważniejsze jest to jakim przykładem jesteś niż co do nich mówisz). Jeśli rodzice są „słabi” i z byle powodu nie wytrzymują psychicznie (i robią „upust” emocji), to dla dziecka taka postawa będzie czymś normalnym i z byle powodu będzie „scena płaczu”.

            Szok psychiczny nie „zjada” całkowicie odporności. Oczywiście stres osłabia organizm, ale nie aż w takim stopniu, żeby to spadło do zera. To tak jak z siłownią, jeśli ćwiczysz, to nawet podczas niekorzystnych warunków, gdy dajesz z siebie tylko 50%, to i tak będziesz znacznie silniejszy niż gdybyś nie ćwiczył w ogóle. Podobnie z odpornością – jeśli jesteś zahartowany to nawet w chwilach słabości jesteś znacznie bardziej odporny niż ktoś niezahartowany w ogóle.

            A co do „wiele ma słabą odporność i wygodny charakter bo takie mamy czasy, cóż… trudno”, otóż właśnie tu jest sedno sprawy, jeśli w obliczu kryzysu jest panika babci, płacz matki, awantura w rodzinie i jeszcze dziecko rozpieszczone, to ŻADEN sprzęt tego nie zmieni – nie ma co się tłumaczyć „czasami”.

            Wspomniane przez Ciebie „dawki komfortu, małe dawki optymizmu, przyjemności” przestają być czymś ekstra, jakimś dodatkiem na plus, jest wręcz przeciwnie, brak tych „dawek komfortu” staje się tragedią (te „dawki komfortu” stają się elementem niezbędnym, bez których jest poważny problem). Co innego jeśli dasz dziecku cukierka jako coś ekstra, a co innego jeśli jest „ryk” gdy tego cukierka nie ma.

            Owszem, nikt z nas nie zabiera dzieci do Nepalu aby tam przeszły szkołę survivalu – nie o to chodzi, chodzi o to, że dzieciaki się uczą, że bez PS3, bez bajki na dobranoc w TV, bez ciepłej wody w kranie, bez żarcia z McDonalds i spanie na kupie liści w towarzystwie pająków i wiewiórek nie dość że nie jest problemem, to jeszcze może być fajne. Moje dziecko jest w drodze, ale dzieciaki brata nam praktycznie nie odpuszczają, zawsze gdy jedziemy gdzieś bez nich, to musimy się „tłumaczyć” dlaczego ich nie zabieramy (najczęściej powodem jest spożywanie napojów wysokoprocentowych gdy ruszamy jakąś większą ekipą, bo fizycznie jak najbardziej dają radę, a nawet mają po całym dniu więcej energii od nas :D).

        • djans napisał(a):

          Dziecku w mieszkaniu można zaimprowizować namiot z koca termicznego, dać pod kołdrę termofor, albo po prostu spać z nim ogrzewając własną ciepłotą. Dwuletni Eskimos co najmniej jedną zimę musiał jakoś przeżyć 😉

      • djans napisał(a):

        „można sobie wymyślać „potrzeby” i ładować energię, czas i kasę w ich zaspokojenie”

        Ot, to, to!
        Cała filozofia przetrwania, to przecież redefinicja potrzeb czasu kryzysu, w stosunku do tych z codzienności.

  5. Rafał M. napisał(a):

    W nieznanej okolicy (inne miasto, las) kompas i papierowa mapa to podstawa, bo naprawdę łatwo zboczyć z trasy i się zgubić. Zegarek ze wskazówkami mógłby awaryjnie zastąpić kompas, ale nie jest tak dokładny i nie działa w pochmurne dni i w nocy.
    Kilka razy w mieście żałowałem że nie miałem kompasu, nawet u siebie kilka razy obszedłem niezłe kółko, gdy poszedłem nieznaną sobie drogą.

    Co do GPS-a, to w zupełności powinien wystarczyć ten w telefonie. O ile oprogramowanie pokazuje nie tylko mapę z trasą, ale też może kierunek i odległość (to o wiele wygodniejsze gdy się idzie na piechotę). Mapę trzeba zawczasu ściągnąć, gdyż w awaryjnej sytuacji sieć komórkowa może nie działać.
    Kilka własnych GPS-ów to już lekka przesada, bo zazwyczaj członkowie rodziny i znajomi mają swoje GPS-y w telefonach. Przy awarii satelitów GPS byłby bezużyteczny, choć te w telefonach mogą pokazywać przybliżoną lokalizację na podstawie sygnałów sieci GSM (czasem oprogramowanie nie widzi i w opcjach trzeba wyłączyć 4G i UMTS, a pozostawić samo GSM, trzeba sprawdzić jak w konkretnym przypadku).
    Konieczne jest coś do awaryjnego doładowania telefonu (Varta oferuje miniaturowe akumulatorki które można podładować przez USB, bez kabli, oraz ładowarki na baterie paluszki, inni producenci mają inne opcje, choćby akumulator w postaci walca z odczepianym kablem USB, w postaci rozkładanej baterii słonecznej itd).

    Co do samochodu terenowego, to świetny pomysł w USA, bo tam są ogromne płaskie przestrzenie, ale w Polsce nie za bardzo. Prawdziwe terenówki są drogie i niezbyt wygodne na drodze, a SUV-y to tylko zabawki dla szpanerów, potrafi się uszkodzić lub zakopać na zwykłej drodze gruntowej, nie wspominając o zjechaniu z niej. W przypadku terenówek o fakcie rejestracji powiadamiane jest wojsko i w razie czego może zarekwirować.
    Najlepsze byłoby coś o nieco wyższym podwoziu, może crossover, może o hydropneumatycznym zawieszeniu, może Maluch, może Żuk, Nysa, Tarpan, aby dało się normalnie jeździć w trasie, a jednocześnie wjechać na krawężnik i przejechać drogą gruntową, natomiast w prawdziwy teren lepiej nie ryzykować, piechotą przejdzie się szybciej niż samochodem.
    W przypadku wszelkich działań, czy to wojskowych, czy przeciwko zombie, zasada jest taka, że pojazd służy tylko do podwózki w pobliżu miejsca akcji, a dalej to już pieszo. W niebezpieczeństwie pojazd może być pułapką, bo wystawia na widok i ogranicza swobodę ruchu.

    Ze sprzętu na wędrówkę, to zdecydowanie najważniejszy jest jakiś pojemnik z wodą, o tym nie można zapominać. Do spania człowiek zawsze sobie znajdzie jakąś norę, bez jedzenia kilka dni da się przeżyć, bez wody można dostać udaru cieplnego po kilku godzinach.
    W drugiej kolejności coś do rozpalania ognia. Później coś ostrego, choćby mały scyzoryk. Może się przydać kawałek sznurka, a w domu i w samochodzie taśma klejąca. Reszta to rzeczy raczej zbędne.

    • Piotr napisał(a):

      W większości pełna zgoda, natomiast nie zgodzę się co do GPS-a w telefonie. W tych wszystkich nowoczesnych smartfonach bateria pada momentalnie (duże dotykowe wyświetlacze wymagające mocnego podświetlenia do pracy oraz dużej mocy procesory ARM wysysają baterię bardzo szybko, mam znajomego paralotniarza, bierze zawsze ze sobą dodatkowe akumulatory do zasilania smartfona, a loty trwają maksymalnie po kilka godzin). Nawet niższej klasy GPS-y (ale markowe, a nie jakieś tandety „w breloku”) spokojnie mogą pracować ponad 24h non stop (cały czas śledzenie pozycji i włączony ekran), tymczasem o czymś takim w smartfonie można zwyczajnie zapomnieć (oczywiście można włączać GPS w telefonie tylko co jakiś czas aby przedłużyć czas pracy baterii, ale dokładnie to samo można robić z konwencjonalnym GPS-em), do tego outdoorowe GPS-y są pancerne (nie boją się wody, upadków, od byle czego się nie rozlecą) i można je zasilać zwykłymi paluszkami, więc można łatwo i tanio mieć większy zapas prądu. Swojego Garmina Vista HCx katuję już prawie 10 lat bez jakiegoś specjalnego oszczędzania (woda czy mróz nie są mu obce a i nie raz glebę zaliczył) – ma się bardzo dobrze i nadal działa (ślady „użytkowania” na obudowie są, ale funkcjonalnie nadal sprawny w 100% i się nie rozszczelnił), tak na prawdę głównie używam go do zapisywania tracków z wycieczek i jako barometru, do nawigacji rzadko, bo mam zwyczaj najpierw planowania wszystkiego na mapie, a wtedy GPS do nawigacji praktycznie nie jest potrzebny (bo trasę wraz z punktami charakterystycznymi mam „w głowie”). Piszę rzecz jasna o wyposażeniu torby ucieczkowej czy plecaka wycieczkowego (turystyka outdoorowa piesza i samochodowa), bo w codziennym życiu dodatkowy GPS nie ma sensu (i tu zgoda, jeśli zgubimy się w mieście, to taki GPS w telefonie wystarczy).

      Jestem zwolennikiem podejścia, że nawigację należy prowadzić przede wszystkim konwencjonalnie, bo wtedy chcąc nie chcąc mamy większą świadomość tego gdzie jesteśmy i nie ma opcji, że się całkowicie zgubimy w przypadku awarii sprzętu (możemy nie znać swojej precyzyjnej lokalizacji, ale zawsze „mniej więcej” wiemy gdzie jesteśmy). GPS-em ewentualnie możemy się co jakiś skontrolować, ale tzw. „ślepa nawigacja” (poleganie w 100% na wskazaniach elektroniki, bez swego rodzaju intuicji i świadomości gdzie się jest) to kiepskie podejście, elektronika (nawet ta najlepsza) może czasem zawieść. Niemniej jednak jeśli już GPS na sytuacje awaryjne, to raczej nie taki w smartfonie, który od byle upadku, mrozu czy wpadnięcia do wody się rozleci lub przestanie działać (no chyba, że taki GPS jak w Samsungu B2710 ale tam standardowo jest tylko podawanie współrzędnych, trzeba doinstalowywać aplikacje typu TrekBuddy itp. i kombinować z budowaniem swoich zestawów map albo korzystać z GoogleMaps jeśli jesteśmy w zasięgu sieci komórkowej i możemy pracować on-line ale wtedy też dosyć szybko prądu w baterii ubywa :D).

  6. bura2 napisał(a):

    Zawsze jak się piszę na stronach prepperskich na temat „sprzęt czy umiejętności” to się zaczyna licytacja, kto mniej szpeju potrzebuje ( „ja to tylko nóż i źródło ognia i butelka z wodą i świat zwojuje, bo spałem w lesie nieraz i to nie tylko w lipcu, więc luz”). Ja jestem urodzony i wychowany w mieście i od dziecka pracuje z techniką i wiem jedno- wolę mieć sprzęt niż go nie mieć.

    „nie trzeba nic do spania człowiek sobie norę znajdzie, pojemnik na wodę, nóż i ogień”

    A ja powiem tak – do ewakuacji:
    – mapa+kompas+latarka (przemieszczanie się)
    – pojemnik na wodę z wodą 1,5l.
    – multitool +2 zapalniczki
    -Mały zestaw do higieny osobistej + apteczka bogato wyposażona (zwłaszcza leki).
    -Śpiwór +przycięta karimata
    – 2 zmiany gaci i skarpet 1 koszulka.
    – 1 kg jedzenia „na trasę” (batony suchary konserwy) + 1 kg jedzenia na miejsce (ryż kasza fasola) .
    – Gdybym miał chociażby rewolwer CP to wziąłbym go razem z amunicją.

    To jest akurat to co chciałbym mieć, gdy będę uciekał i właśnie w takiej kolejności (najważniejsze na początku, broń trochę poza konkursem). Dlaczego?

    Bo to wszystko razem waży ok 6-7 kg (bez broni). To jest jeszcze takie obciążenie które nie wpływa za bardzo na moje dzienne tempo. A gdybym po dotarciu do celu spotkał moją kryjówkę uszkodzoną, np okradzioną z większości cennych rzeczy i z wybitymi szybami to wolę mieć tego żarcia na parę dni i śpiwór żeby spać jako tako komfortowo.

    Podsumuje tak: hardcorujcie/minimalizujcie
    Zawsze się norę znajdzie? latem pewnie tak. A nic nie jest tak dobre jak regenerujący sen w ciepełku ( względnym). Lepszy niż budzenie się co pół godziny z zimna.

    W kategoriach przebycia 50 km to można by wziąć tylko mapę, kompas, wodę i kilka batonów. Wtedy jest tym lepiej im lżej. Ale gdy idziemy dłużej (niekoniecznie dlatego, że planowaliśmy) to na drugi dzień będzie szybciej szedł i mniej się gubił ten kto się dobrze wyspał.

    Dalej, jak weźmiemy nic to po dotarciu do celu mamy nic + to co przygotowane w miejscu docelowym. Jeśli np. moja trasa ewakuacji to uciekać z dużego miasta do rodziny na wieś to warto byłoby coś ze sobą mieć, żeby nie być gołodupcem i zbędną gębą do wyżywienia. Czy to będzie złoto, leki czy broń to każdy wybierze sam.

    A w domu? w domu szpeju w opór! zwłaszcza zapasów. zapasowa paczka baterii to jest to, ale 20 takich – to jest spokój ducha ( i zabezpieczamy sobie czas, kiedy używając umiejętności przestawiamy się na tryb „prymitywny”).
    Lepiej mieć w domu piec, kuchenkę i Bóg wie co jeszcze niż marznąć jak dupa. Zawsze Można zagrzebać się w śpiworach, na łóżku w jednym pokoju, a jak śpiwory liche lub ostry mróz to koców nakłaść. Jak ktoś nie ma koców w domu (bo w sumie ktoś powie po co? w moim domu nikt pod kocem nie spał -prześcieradło i kołdra jak biali ludzie) to ma tej pościeli ze 2-3 kpl ręczników plażowych, a nawet ubrań od groma i z tego zrobić sobie ciepły barłóg. uszczelnić szmatami/ręcznikami okna drzwi.

    To jest ZAWSZE bardziej ekonomiczne pod względem komfortu/ciepła/zdrowia niż jakiś szałas.
    Hardkorujcie/komandoście/bushcraftujcie i minimalizujcie ile wlezie. Tylko pamiętajcie, że stara biznesowa prawda „stanie w miejscu to krok do tyłu” spełnia się w wielu dziedzinach. A ja wolę być na wygranej pozycji.

  7. djans napisał(a):

    Wy, od GPS-ów – jesteście z pierwszego rzutu spadochroniarzy poprzedzającego desant na Normandię i boicie się błądzić po lesie przed odnalezieniem miejsca zbiórki?

    W warunkach Polski, żeby zgubić się aż tak, by potrzebować GPS, to trzeba najpierw świadomie i celowo taką głuszę znaleźć i się w nią zagłębić. A zakładam, że jak ktoś już tak robi, to nie bazuje jedynie na tym kawałku kwarcu ze zwojem kabelków.
    Chyba jedynie nagła konieczność pieszej ucieczki na odległości kilkuset km (za granicę objętego wojną kraju) narzucałaby konieczność posiadania takiego urządzenia. Przy założeniu, że działa sieć energetyczna i nadajniki. W pozostałych przypadkach awaryjnych zupełnie powinien wystarczyć telefon który można doposażyć o power bank zasilany z paluszków, bądź z ładowarką solarną. Zresztą nawigacji w telefonie chyba nikt rozsądny by nie używał do kierowania się nią na bieżąco, a raczej sprawdził swoją pozycję i wyznaczył cel, a potem wyłączył telefon.

    Zmianka bielizny (wyłączając skarpety) w zestawie ucieczkowym to nieporozumienie, takie samo, jak ryż, czy fasola. To w końcu uciekamy, czy mamy czas (opał, wodę, bezpieczne miejsce) na zmianę gaci i gotowanie fasoli?
    Jedzenie to tylko w skondensowanej, kalorycznej i niewymagającej obróbki termicznej postaci – np. orzechy, rodzynki, paski suszonego mięsa.

    Im mniej, tym więcej można wziąć – taki paradoks.

    • Piotr napisał(a):

      Właśnie chodzi o to, by nie „błądzić po lesie przed odnalezieniem miejsca zbiórki” czy po prostu przeżyć (wiadomo, w Polsce po prostu idąc przed siebie dotrzesz do cywilizacji zanim umrzesz z głodu :D).
      Jeśli jesteś w dobrze znanym Ci terenie i wędrujesz w dzień (dobra widoczność), to nie trzeba nic. Inaczej sprawa się ma gdy kryzys zastanie Cię w terenie (pozamiejskim) w którym jesteś pierwszy raz i daleko od domu (na przykład podczas urlopu w drugim końcu polski). W takim przypadku moim zdaniem mapa to podstawa jeśli chcesz szybko i skutecznie dotrzeć do obranego celu – mapa oprócz ogólnej orientacji w terenie (gdzie są jakie miejscowości itd.) zawiera też mnóstwo informacji pomocnych w nawigacji (drogi, rzeki/strumienie, linie kolejowe, numery oddziałów leśnych, wzniesienia itd.) więc już na podstawie samej mapy wiesz gdzie się znajdujesz i możesz się poruszać w kierunku celu optymalną drogą. Gdy jednak taka sytuacja zastanie Cię przy niekorzystnych warunkach (na przykład nocą gdy niebo jest pochmurne i Księżyc w nowiu albo nad ranem dopadnie Cię gęsta mgła z widocznością do kilku metrów) to masz już dwa wyjścia, albo trzymać się liniowych obiektów mapy (drogi, rzeki, tory kolejowe itp.) i nadkładać drogi albo… skorzystać z kompasu do utrzymywania azymutu i iść „na skróty” (iść w linii prostej do celu a nie po obiektach mapy). Jeśli masz GPS, to masz dodatkowo BARDZO ułatwione zadanie w takich warunkach, bo idziesz w zasadzie jak po sznurku a błąd nawigacyjny nawet na odcinkach rzędu kilku kilometrów nie przekroczy 10m.
      To nie jest tak, że bez GPS-a czy kompasu nie da się przeżyć – owszem, da się, ale… na przykład mój zestaw Recta DP10 i Garmin Vista HCx waży razem 200gr (i to i tak „ciężkie klamoty”, bo na przykład zestaw Foretrex 401 + Silva Ranger SL waży około 100g) więc zupełnie nie widzę powodu aby nie mieć ich ze sobą w plecaku czy samochodzie. Turystycznie zabieram do plecaka z różnych względów, przede wszystkim gdyby mi lub komuś z grupy się coś stało, to można ratownikom podać bardzo dokładnie swoje położenie (na szczęście nigdy nie miałem potrzeby z tego skorzystać), do tego lubię mieć tracklogi z pieszych wycieczek aby mniej więcej znać swoje możliwości fizyczne (tempo poruszania się w zależności od terenu, pory roku itd.) i mieć pamiątkę ;), do tego czasem się po prostu nie chce myśleć, tylko się gdzieś wyrusza rekreacyjnie aby sobie zrobić biwak „daleko od cywilizacji”.

      Co innego dźwiganie ciężarów typu 5kg wody, termos z kawą, trzydaniowy „uwodniony” obiad (typu fasola czy bigos w słoiku :D), puszki na śniadanie i kolację, kartusze z gazem do kuchenki i pierdyliard innych rzeczy (dla komfortu) a co innego dodatkowe 100-150g na urządzenie nawigacyjne, które w nieznanym lub mało znanym terenie (albo przy bardzo niekorzystnej pogodzie) sprawia, że idziesz prosto do celu, bez błądzenia, oszczędzając w ten sposób czas.
      A jak będzie trzeba, to wiadomo, będę uciekał tak jak stoję i też sobie poradzę 😀

      • djans napisał(a):

        Nie mówię, że 100 g w plecaku ucieczkowym, to zawada. Mówię, że to narzędzie, które nie jest nieodzowne w 95% sytuacji. W zasadzie to jedynie dla amatorów wypraw w głuszę, albo gdy ktoś planuje przeżyć wypadek lotniczy na nieznanym obszarze 😉

        Inaczej po prostu trudno się w PL na dłużej zgubić 😉

        Te same pieniądze lepiej – moim skromnym – wydać na rewolwer cp – przydać się może w większym spektrum kryzysowych sytuacji…

        • Piotr napisał(a):

          Zgoda (nie jest nieodzowne), dlatego nie jest częścią mojego EDC, natomiast w plecaku noszę (jak napisałem, z różnych względów).
          Moim zdaniem te 99% „typowych” sytuacji, to nie są tak na prawdę kryzysy a jedynie sytuacje które wymagają od nas nieco więcej niż zwykle. Prawdziwy kryzys to właśnie te 1% sytuacji typu wypadek samochodowy zimą gdzieś na odludziu, szyby wyleciały więc nie masz schronienia przed zimnem/wiatrem, akumulator nie działa, komórka zgnieciona, masz zranienia czy złamania kości itp. – wtedy docenia się te „nie nieodzowne” rzeczy jak druga „pancerna” komórka (żadne tam smartfony z dotykowym wyświetlaczem, które padają od tego, że spadną ze stołu na podłogę) czy outdoorowy GPS (czasem to czy masz do pokonania w takim stanie 1km czy dwa to sprawa życia lub śmierci, nie możesz sobie pozwolić na błądzenie).
          Na co dzień tego nie noszę, ale w podróży zawsze.

          Co do broni CP – moim zdaniem jest odwrotnie, większość kryzysowych sytuacji nie ma związku z wojną, a dotyczy bardziej sytuacji typu wichury (zniszczony dom), awarie pojazdów, wypadki drogowe, problemy zdrowotne podczas turystyki (typu złamania/skręcenia podczas łażenia powiedzmy po górach, zatrucia, udary cieplne/odmrożenia), gęsta mgła, awarie infrastruktury (brak prądu, wody…) i temu podobne. W większości tych sytuacji broń jest zbędna.

        • Piotr napisał(a):

          Jestem jak najbardziej za minimalizmem, ale bez popadania w skrajność. Co innego umieć sobie poradzić nie mając nic, a co innego nic nie zabierać gdy masz wolny wybór odnośnie tego co ze sobą zabierzesz (na przykład planując jakiś wypad). Jak wspomniałem wcześniej, co innego brać kilogramy konserw czy fasoli a co innego GPS ważący 150 gramów (gdy się wyrusza w nieznane).

  8. bura2 napisał(a):

    w zestawie ucieczkowym podałem 1 kg żarcia typu fasola na jedną konkretną okazję – docieram do miejsca ewakuacji a tam d*pa – okradzione, szyby wybite, drzwi wyłamane z zawiasów. jeśli mam zakopane 50 m obok zapasy to ok. ale ja nie mam.

    • djans napisał(a):

      Ja się nie czepiam ilości żarcia, tylko rodzaju. Stosunek masy do wartości odżywczej nie najlepszy. Lepiej mieć paczkę niesolonych fistaszków i drugą – rodzynek.

  9. brock napisał(a):

    Najważniejszy jest realny trening. A ten w całym ruchu jest bardzo hmm indywidualny, co zawsze powoduje tendencję ‚równania w dół’ a przez to może obronną postawę usprawiedliwiania swojej strategii.

    Jeśli preperstwo ma mieć wartość, trzeba wyjść poza zabezpieczenie lokum, czyli bycie ochroniarzo-medykiem z zapasami.
    Dla rozwoju umiejętności korzystniejsze będzie wyjście od biwaków i minimum, by się nauczyć jak najwięcej i skonfrontować, dalej idąc w jakimś kierunku. Inaczej zostaniemy tylko specjalistami w obsłudze sprzętu albo od wszystkiego. Dom w warunkach kryzysu to niemal zabezpieczony biwak a trzeba wiedzieć i potrafić, czuć- to co istotne. Zaczynając od drugiej strony, można mieć pałac ze służbą, zapasami i schronem (czyżby najbogatsi byli prepersami, sami o tym nie wiedząc?) tyle że i tak wtedy powinna się zacząć prawdziwa nauka. W cieple domowym trudno wyszkolić kluczowe umiejętności, popracować nad sobą czy wdrukować sobie jakoś piramidę ważności. Trudno i docenić podstawy, choćby pałatkę, nie mówiąc o testowaniu siebie czy sprzętu; GPS też sam nie nosi plecaka. Może dlatego kursy przetrwania robi się w terenie a nie u kogoś w domu?

    W Polsce jest spora luka pokoleniowa z biwakowaniem, dawniej zresztą siedzenie w domu było karą, dziś odwrotnie. Na Zachodzie lukę częsciowo wypełniał ruch kamperowo-karawanowy, jest i armia, kadeci, przygotowujący się łażą z plecakiem 3x w tygodniu w jakimś celu poza samą rekreacją.
    Jako dzieciak sporo bawiłem w terenie, co było świetną zaprawą i pomogło w kolejnych doświadczeniach. Dziś wiem, że poradzę sobie i w domu i poza, czy mam plecak czy nie. Zjechałem kawał Polski mając tylko to, co w kieszeniach. Przeżycie na ulicy i w obcych miejscach też znacząco się różni od tego, co poznamy wyposażając dom czy trenując ewakuację. Bezpieczny dom to kwestia nakładu ale co dalej? I gdzie w tym rozwój umiejętności czy żyłka przygody? Bo wyposażanie piwnic i czytanie internetu to średnie hobby.

    Wpis odbieram tendencyjnie jak i swoje uwagi. Balans pojawia się sam ale co promować? Bo coś warto, poza wytknięciem błędów. Skoro są błędy to są i poprawne wzorce. A rada wypośrodkować sobie, co się samo każdemu ‚środkuje’, to jakby mało. Sam blog raczej polega na dzieleniu się wiedzą, poza wskazaniem wartości zapasów. Wg mojej sofistyki wszystko powinno promować umiejętności 🙂

    Wszystko stoi na celowości i realnych umiejętnościach a sprzęt to przydatny dodatek. Ma pomagać ale sam za nas nic nie zrobi. Paradoksalnie, im mniej ma się czasu w realu, tym powinna być większa rola umiejętności. Zwłaszcza na wypadek nieprzewidywalnego. Jeśli wyśmiewa się łażenie po lasach/ terenie to trzeba pamiętać, że zostanie łażenie po mieście. To też trzeba umieć ale mało kto potrenuje przeżycie na ulicy a przecież zwykła przechadzka mało czego nauczy. Warto potrafić coś więcej, niż zamknąć się w domu, co wyceniam na więcej niż dodatkowo kupioną konserwę. Oczywiście jest granica między samym przygotowaniem (minimum) a robieniem z tego hobby (wyjście dalej). A do tych umięjętności można też dodać nasze kontakty i banki przysług, bo kapitałem jest nie tylko lokum plus trening.

    Nie uwierzę, że nacisk na umiejętności jest błędem, bo to trudno przecenić a jeśli do czegoś namawiać, to właśnie do tego. Hobbystów zwłaszcza. Inaczej można się zmienić w karykaturę, np. trenować picie wody z zapasu w piwnicy 😉 W pomidora balkonowego też nie uwierzę chyba, że ktoś się uczy, jak sadzić roślinki. Szczęśliwie jednak i trochę można trenować ‚domowo’, choćby pompki.

    las-schron-strzelnica 🙂

  10. powolniak napisał(a):

    Bez jednego i drugiego to i tak dupa. Tak naprawdę to wszytko zależy od rodzaju i długotrwałości kryzysu.

  11. bert04 napisał(a):

    Hej, moj drugi komentarz na witrynie, wiec i tu moje trzy grosze.

    Grosz pierwszy: praktyka wazniejsza od teorii. Dotyczy to nie tylko sprzetu – twoj scyzoryk jest tyle wart, ile zdolnosc jego wykorzystania bez zlamania ostrza albo samookaleczenia. Ale tez i umiejetnosci – zrobic palsteka na parakordzie patrzac w ksiazke to co innego, niz umocowanie sznurkiem tarpu do drzewa zimnym wieczorem. Umiejetnosci tez trzeba cwiczyc „w terenie”, a nie tylko na kanapie.

    Grosz drugi: umiejetnosci sa „tanie”, ale czasochlonne w opanowaniu. Odwrotnie niz sprzet – kupujesz i dostajesz. Preferencje do jednego lub drugiego IMHO bardziej zaleza od sytuacji zyciowej, niz od racjonalnych pobudek. Przykladowy student – kawaler ma czas na trenowanie rozpalania ognia krzemieniem, patykiem czy nawet soczewka wlasnorecznie zrobiona z lodu. Przykladowy zonaty inzynier kupuje zapalniczke szturmowa, bo nie ma czasu na zabawy zima w lesie.

    Grosz trzeci: Dyskusja w kategoriach „albo / albo” jest co najmniej niemadra. Z roznych ogolnych wzgledow (pare bylo podanywch wyzej) i jednego zasadniczego: niebezpieczenstwo zludnego poczucia bezpieczenstwa. Dotyczy to przede wszystkim „sprzetowcow” – nie ma nic smieszniejszego, niz kupiona w internecie najtansza „puszka przetrwania”, ktora sie otwiera dopiero w sytuacji kryzysowej. Ryzyko samookaleczenia zestawem wedkarskim jest wieksze, niz szansa na zlowienie pstraga. Ale i „skillowcy” nie sa od tego wolni: owszem, umiejetnosci krzesania ognia czy robienia szalasu tylko z natury to fajna sprawa, ale prosta zapalniczka czy tarp skracaja czas z godzin do minut. Jezeli sa to minuty przed zapadnieciem zmroku po forsownej wedrowce…

    Podsumowujac: wole miec zapalniczke i jednoczesnie umiec krzesac ogien przynajmniej na jeden sposob.

  12. joe napisał(a):

    Wszystko pięknie – tylko gdzie chcecie uciekać ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner