Scenariusz: brak gazu

Dzisiejszy scenariusz jest zainspirowany bezpośrednio artykułem, który przeczytałem niedawno w serwisie Niebezpiecznik.pl. Jest to artykuł o tym, jak to mały błąd może zatrzymać pracę jakiejś instalacji przemysłowej. Może to być linia technologiczna do produkcji jogurtów, może to być tłocznia gazu ziemnego.

Więc dziś zastanowimy się nad podobnym zdarzeniem w ramach cyklu survivalowych scenariuszy. Cyklu, który wymyśliliśmy po to, by skłonić Was do przeanalizowania Waszych przygotowań na trudne czasy pod kątem zdarzeń, jakie mogą Was spotkać.

Zasady tego cyklu są następujące:

  • my wymyślamy założenia jakiegoś scenariusza,
  • zaś Wy opisujecie w komentarzach pod tekstem swój sposób postępowania w razie wystąpienia takiego scenariusza,
  • staracie się pisać możliwie dokładnie, bo Wasze odpowiedzi mogą zainspirować i innych,
  • bierzecie jednak pod uwagę tylko te działania, które zostały przez Was dokonane do tego czasu — a więc jeśli masz pusty bak w samochodzie, bo chciałeś go zatankować jutro, to na potrzeby tego scenariusza nie zakładaj, że jest inaczej.

Zaś scenariusz na dziś wygląda tak…

Zima. Styczeń. Temperatura ledwie kilka stopni poniżej zera. Ale za kilka dni prognoza pogody przewiduje dość poważne ochłodzenie. Na szczęście jest i ma być zimno, ale słonecznie.

Jakaś bliżej niesprecyzowana awaria rozłożyła zaopatrzenie w gaz ziemny w Twojej okolicy. Gazu praktycznie nie ma. Praktycznie, tzn. jego ciśnienie w instalacji jest znikome. Dość powiedzieć, że palniki gazowe w kotłach i kuchenkach już nie działaja, ze względu na zbyt niskie ciśnienie. Ale jak odkręcić kurki w kuchence, czuć, że odrobina gazu się ulatnia.

Służby zarządzania kryzysowego informują, że awaria prawdopodobnie nie zostanie usunięta w ciągu najbliższego tygodnia, a z oczywistych względów nie ma jak dystrybuować gazu ziemnego innymi sposobami. Z tego względu, w celu pomocy ludziom, organizowane będą za 2 dni inne działania — np. zorganizowany zostanie nocleg w pobliskich szkołach, które na szczęście ogrzewane są z miejskiej ciepłowni albo z własnej kotłowni węglowej. Będą tam też wydawane posiłki z wojskowych garkuchni.

Czy jesteś w stanie ogrzać swój dom inaczej, niż tylko z użyciem gazu? Czy masz na czym ugotować posiłki w razie braku gazu? Na szczęście, póki co, z prądem nie ma problemów. Ale czy umiesz ugotować ziemniaki i mięso w kuchence mikrofalowej? 😉

* Wersja utrudniona: dwa dni później po awarii zaopatrzenia w gaz, siada także zaopatrzenie w prąd. Ludzie dogrzewają się kupionymi naprędce i powyciąganymi z piwnic elektrycznymi grzejnikami i farelkami, przez co sieć dystrybucyjna w Twojej okolicy jest przeciążona i siadają transformatory. Czy będziesz w stanie poradzić sobie także w razie braku prądu?

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

43 komentarze

  1. Zenek napisał(a):

    Odpalam grzejniki elektryczne 😀 tudzież palę w kozie.

    • Kasztelan Mirmił napisał(a):

      Dopóki jest prąd to problem ma jedynie część przemysłu. Ja gotuję na małej kuchence elektrycznej (kupiłem na wczasy, jakoś przeżyję bez piekarnika), bo szkoda mi kartuszy z gazem, ogrzewanie zastąpiłbym farelką.

      Koza najlepszą przyjaciółką małego i dużego prepersa 🙂 Działa bez prądu, raczej się nie zepsuje, łatwo zmagazynować paliwo, jest tania a w ostateczności można załatwić opał w lesie czy śmietniku.

  2. Bunkier napisał(a):

    Jazda do sklepu po butlę gazową, reduktor i dysze do kuchenki pozwalające na jego użycie… Ogrzewanie miejskie, gorzej z ciepłą wodą, ale i ten problem da się rozwiązać…

    • djans napisał(a):

      Gratuluję pomysłu – przy założeniu, że populacja Twojej miejscowości jest znacznie mniejsza, niż ilość butli gazowych do nabycia u lokalnych dostawców 😉

      Przy okazji – te miejskie ogrzewanie, to z ciepłowni opalanej czym?

  3. Michał napisał(a):

    Mam płytę indukcyjną a dom ogrzewam piecem (gorzej jak nie będzie prądu)

  4. ja napisał(a):

    Wracam do domu z pracy, a tu nie ma prądu, bo moja elektrociepłownia wytwarza 100% prądu z gazu. Włączam radio albo idę do sąsiadów spytać się co się dzieje. Robię zapas wody we wszystkich baniakach jakie mam, bo jak nie ma prądu to może wkrótce nie być wody. Jeżeli już teraz nie ma wody to biegnę do sklepu kupić. Przy okazji dokupuję trochę świec, bo mam mało. Zapas wody w domu mam, ale co najwyżej na 3 dni. Jest mróz, więc wszystko z zamrażarki wywalam na balkon (lodówka bez prądu nie działam, więc podkładam pod nią szmatę). Jedzenia na tydzień mam, w tym przetwory w piwnicy, które przynoszę do domu (bo w piwnicy może spaść temperatura poniżej 0 i wtedy słoiki mi popekają). Mieszkam w dobrze zaizolowanym bloku (mam zwykle zakręcone kaloryfery), ponadto moja elektrociepłownia korzysta w 60% z węgla. Więc w domu powinno być ciepło mimo zmniejszenia mocy kaloryferów. Gotował będę na breżniewce (benzynówka) w jakimś wyznaczonym pokoju (bo paląca się benzyna trochę śmierdzi). Mam też ze dwa kartusze gazowe i dwa palniki turystyczne. Na tydzień starczy. Jeżeli nie ma ciepłej wody to dziecko i żona mogą się myć w wodzie podgrzanej najpierw na słońcu (przezroczyste baniaki stawiam na oknie) a potem dogrzanej na kuchence gazowej lub benzynowej. Prysznic zaimprowizuje się z wiadra, rurki i spinacza do bielizny. Ja się mogę się nie myć lub iść się umyć do pobliskiego szpitala (ma własne ujęcie wody i kotłownię, więc woda w umywalce na korytarzu powinna być). Kupę robimy do kibla wyściełanego workami na śmiecie a potem wywalam to do śmietnika daleko od domu. Oświetlamy się świecami i latarkami (baterii mam sporo). Wieczorem nie wychodzimy, bo moja dzielnica niebezpieczna, zwłaszcza bez światła. Gdyby kryzys trwał dłużej to idę z flachą do pobliskiej kamienicy, gdzie ludzie palą węglem – zagrzeją mi garnek wody. Jeżeli robi się naprawdę źle to siedzimy w domu zagrzebani w kurtki i śpiwory (mam ich z 5). Mogę też przynieść z piwnicy styropian i kartony. W dzień jeżeli jest słońce to dogrzewa dom przez okna. W nocy okna zakrywam kartonem, styropianem lub dywanem żeby zminimalizować straty ciepła. Z „pomocy”, czyli jedzenia i noclegu w szkole nie korzystam, bo smród tam jest pewnie nie do zniesienia – za pewne wszystkie miejscowe żule już tam są. Może pójdę tam wziąć coś ciepłego do zjedzenia (dla oszczędności paliwa w domu), ale tam nie jem, tylko pakuję w menażkę/termos i jak najszybciej do domu. Gdyby były zamieszki, to mam dość mocne drzwi, mieszkam wysoko, ciężko więc się do mnie włamać. Generalnie dla mnie to raczej fajna przygoda niż poważny kryzys.

    • banczuk napisał(a):

      Inspirujace. Ty, ale woda jest, gazu nie ma, więc po co ta akcja z kupą w worku? Nie kąsam.

      • djans napisał(a):

        Co się czepiasz? I tak dobrze, że wpadł na to, iż można muszlę wyścielić workiem i siada na regularnej desce klozetowej, bo do tej pory to chcieli na krawędzi wiaderka siadać. Masochiści…

      • ja napisał(a):

        U mnie w mieście brak gazu chyba spowodowałby brak prądu, bo moja elektrociepłownia wytwarza 100% prądu z gazu. No a brak prądu to wkrótce możliwy brak wody w sieci miejskiej no bo czym zasilić pompy na dłuższą metę? Woda w wieży ciśnień szybko się skończy.

        • Survivalista (admin) napisał(a):

          Prawdopodobnie nie byłoby tak źle — wyłączenie jednej elektrociepłowni nie spowoduje braku prądu w mieście. Po prostu zaopatrzenie w prąd przejmą inne źródła energii.

          Może to natomiast być początkiem jakiejś kaskadowej awarii sieci elektroenergetycznej, gdyby się okazało, że cała sieć i elektrownie akurat w tym momencie były przeciążone. Póki co takie przeciążenia zdarzają się raczej latem, niż zimą. Ale taka sytuacja może mieć miejsce i dlatego dodaliśmy to jako dodatkowy, trudniejszy wariant do tego scenariusza.

  5. PI napisał(a):

    Moje rozwinzanie butla spropane 2 stuki palini .
    ogzewanie drewno i wengiel własne zasilanie ponp cyrkulacyjnyh.
    film opisane.

    . ZapiszAnuluj
    Koletory i fotowoltaika instalacja off grid .

  6. Mateusz napisał(a):

    Wyciągam z szafy promiennik elektryczny, szukam gdzie schowałem redukcję do piecyka od wody (na gaz w mieszkaniu tylko podgrzewanie wody. Podpinam butlę pod piecyk, i cieszę się że kiedyś trafiłem na tę stronę.

    Jak wysiądzie prąd wyciągam dodatkowo kuchenkę 2 palnikową, promiennik gazowy i jadę po 2 butlę do garażu.

  7. rkzm2012 napisał(a):

    Nie są mi straszne obie wersje. Mam w domu piece kaflowe, a kuchenka jest na butle gazową. W razie braku gazu w butli idę do sąsiada wymienić.

  8. Piotr napisał(a):

    Jeśli chodzi o gotowanie, to jest zapasowa butla którą mogę podłączyć do kuchenki gazowej. Mam też kuchenki turystyczne na paliwa ciekłe (jestem w stanie wykorzystać do gotowania spirytus, naftę, wszelkie paliwa samochodowe, oleje silnikowe, oleje spożywcze, rozcieńczalniki do farb itp.), nie wszystkim da się palić w domu (śmierdzące lub wręcz toksyczne spaliny) ale jak się skończą „czyste” paliwa, to mogę palić czymkolwiek. Jest też kuchnia/piecyk na drewno w domku gospodarczym a lasów w okolicy nie brakuje (do najbliższego mam dosłownie 20m od płotu) więc i paliwa też nie zabraknie. Jeśli z jakichś powodów ogrzewanie w domu padnie i nie da się go „na szybko” naprawić, to mogę mieszkać w domku gospodarczym opalanym drewnem.
    Jeśli zabraknie prądu, to mam lampę naftową, kilka latarek elektrycznych (wraz z zapasowymi bateriami), dwa worki tealightów + trochę „zwykłych” świec oraz kilka akumulatorów żelowych, które normalnie służą do awaryjnego zasilania laptopa czy sprzętu radiowego, ale do oświetlenia też można wykorzystać.
    Nie mam ogrzewania gazowego, więc pod względem ogrzewania problem braku gazu nie istnieje. Jeśli zabraknie prądu (także w „UPS-ach”), to ogrzewanie chodzi też grawitacyjnie a piec ma też prosty sterownik mechaniczny (na podstawie temperatury cieczy reguluje dopływ powietrza) – sprawność i moc mniejsza, ale generalnie da się żyć.
    Zimą NIE WYKORZYSTUJĘ akumulatora samochodowego do zasilania awaryjnego (ewentualnie podłączam coś jeśli pracuje silnik i alternator ładuje). Samochód zawsze może się przydać (na przykład aby zawieźć kogoś do lekarza), a rozładowany akumulator zimą może bardzo utrudnić uruchomienie samochodu (ze względu na śnieg/mróz może być nawet niemożliwe uruchomienie samochodu „na pych”, bo się koła będą ślizgać – miałem 20 lat temu tego typu przygodę :D).

  9. linkolm napisał(a):

    ogrzewanie domu mam z pieca centralnego na węgiel i drewno więc brak gazu to nie problem a gotować mogę w kotłowni na starej angielce brak prądu też nie jest problemem ponieważ woda w instalacji jest rozprowadzana oprócz pompki grawitacyjnie a zawartość lodówki i zamrażalki wynoszę na dwór gdzie mrozi i po problemie 😉

  10. czlowiek_z_lasu napisał(a):

    Coraz durniejsze te scenariusze. Wymyślono coś takiego jak reduktory i gaz w butlach, kozy za grosze albo palniki turystyczne z nabojami do kupienia w każdym markecie.

    Chcecie bardziej zaskakujący scenariusz który wymaga myślenia zamiast wyprawy do sklepu? Awaria linii trakcyjnej/torów/wypadek i pociąg w środku zimy zatrzymuje się na totalnym zadupiu w polu, najbliższa cywilizacja 20km w linii prostej, śniegu po pas, temperatura -20C za dnia. Co zazwyczaj wozisz ze sobą w plecaku na tego typu podróże tego możesz użyć w rozwiązaniu sytuacji.

    • banczuk napisał(a):

      Przesadzasz. Pusc wodze fantazji. Gosc pare wpisow wyzej pakuje ekskrementa w worki a ty marudzisz.

    • Piotr napisał(a):

      Scenariusz wcale nie jest taki durny jak Ci się wydaje. Gotowanie to akurat detal, ale jeśli ktoś w mieście w bloku ma ogrzewanie zależne od gazu i prądu, a padnie jedno i drugie, to „kozą” sobie nie napali (najpierw musi ją kupić, czyli musi mieć kasę i sklep w którym ta koza będzie – jeśli wszyscy wpadną na ten sam pomysł, to dla wszystkich nie wystarczy, trzeba będzie poczekać na dostawę), do tego opał, niby banalna sprawa, ale też skądś go trzeba wziąć i gdzieś go trzymać (przecież po dwa wiaderka nikt węgla nie będzie kupował).

      Co do scenariusza „pociąg w środku zimy” – mam coś takiego za sobą, początek lat 90-tych ubiegłego wieku (telefonów komórkowych jeszcze nie było), mróz nieco większy, bo około -30 i nie awaria torów, tylko śniegu tyle, że lokomotywa utknęła, a do najbliższej wioski „nieco” więcej niż 20km, bo to w Rosji było, a że czasy pierestrojki, to był ogólny bałagan wszędzie i kolejarze zorientowali się, że pociąg nie dojechał dopiero wtedy, gdy miał ruszać w drogę powrotną 😀 Linia niezelektryfikowana a ogrzewanie wagonów rozwiązane w ten sposób, że każdy wagon miał swój składzik węgla, małą kotłownię i swojego palacza, w zaspie w lesie staliśmy ponad 24 godziny, węgiel się zaczął kończyć, więc palacze „oszczędzali” obniżając temperaturę w wagonach.
      25 lat temu na zadupiach Rosji to była przygoda, ale teraz w Polsce coś takiego to żadna sytuacja kryzysowa, dodatkowe 2-3 godziny bez jedzenia i wody przeżyjesz bez problemu, ubranie zimą jakieś ze sobą każdy ma (tak na wypadek jakby w wagonie padło ogrzewanie), po prostu czekasz w pociągu na skład zapasowy w międzyczasie dzwoniąc z komórki do znajomych, że się spóźnisz (ewentualnie nie dojedziesz) i tyle 😀 Jeśli to nie awaria trakcji/torów tylko wypadek, to pomoc dotrze jeszcze szybciej.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Jak widać po odpowiedziach, wszyscy nasi Czytelnicy mieszkają w domach jednorodzinnych i każdy ma kilka źródeł ciepła do ogrzewania.

      Tymczasem statystycznie rzecz ujmując, niemal dokładnie tyle samo gospodarstw domowych w Polsce zlokalizowanych jest w budynkach wielorodzinnych powyżej 10 mieszkań (43%), co w domach jednorodzinnych (42%, + kolejne 4,3% w zabudowie szeregowej) [źródło].

      Bardzo mnie ciekawią wypowiedzi pod tym scenariuszem ludzi, którzy mieszkają w blokach z wielkiej płyty, zasilanych w ciepło i ciepłą wodę z miejskiej sieci ciepłowniczej. Albo w blokach sprzed 10 lat, w których ogrzewanie jest na gaz z kotłowni w bloku, a gotuje się na kuchniach elektrycznych, bo gazu w domu brak. Albo nawet blokach z lat 1950-tych, w których kiedyś były kuchnie węglowe, później polikwidowane, potem był czas grzania wody własnym piecykiem kąpielowym, a teraz tego też nie ma, bo „niebezpieczne” i ciepła woda i ogrzewanie jest z miejskiej sieci.

      Ciekaw jestem, ilu z tych ludzi ma:

      • możliwość zamontowania w salonie kozy i podłączenia komina gdzieś na zewnątrz i poradzi sobie z tym w awaryjnej sytuacji,
      • luźne pieniądze, by kupić w razie czego kilka grzejników elektrycznych lub farelkę,
      • świadomość, że grzać można się w ostateczności żelazkiem, suszarką do włosów, czy nawet przenoszonym do sypialni garnkiem z wrzątkiem (zagotowanym na kuchence z cegieł pod blokiem).

      Niestety, takich wypowiedzi za bardzo tu nie ma…

      • Survivalista (admin) napisał(a):

        Dodam jeszcze, że nikt z Czytelników nie ma dzieci, podeszłych wiekiem rodziców, a są tu sami młodzi ludzie, dla których przeżycie w lesie tygodnia na mrozie jest równie proste, co dłubanie w zębach…

        Punkt widzenia zmienia się DRASTYCZNIE, gdy musisz zaopiekować się kimś słabszym, z kim nie możesz ewakuować się do lasu.

      • Piotr napisał(a):

        Apropos żelazek, suszarek czy garnków z wrzątkiem – można tym grzać siebie, ale z grzaniem pomieszczenia to chyba byłoby słabo. Na przykład żelazko elektryczne – moc to jedno, ale oddawanie ciepła do pomieszczenia to drugie, niby moc dobrego żelazka to około 2,4kW ale to jest moc szczytowa pobierana z gniazdka, moc średnia wychodzi znacznie mniejsza, no i powierzchnia „styku” powietrza z żelazkiem znacznie mniejsza niż normalnego grzejnika, więc rezystancja termiczna będzie większa. Pomysł ciekawy, ale chyba wydajniejsze będą konwencjonalne „kule grzewcze” (dawniej zwane żarówkami). Zresztą, jeśli jest prąd w gniazdku, to nie ma problemu, gorzej jeśli wchodzi w grę „wersja utrudniona”, czyli padł prąd i gaz jednocześnie.

      • canis_lupus napisał(a):

        Grzania garnkiem z wodą nie polecam. Gwałtownie rośnie wiglotność powietrza a przez to oddawanie ciepła i odczucie zimna. Już lepiej przynosić do domu te rozgrzane cegły. Temperatura wyższa i pojemność cieplna niemała.

        • Survivalista (admin) napisał(a):

          Można użyć też pokrywki. 😉

        • Piotr napisał(a):

          Albo butelek PET czy jakiegoś większego kanistra/beczki, najlepiej metalowego, bo można w nim swobodnie podgrzewać wodę na jakimś improwizowanym palenisku (w PET-ach też się da zagotować wodę nad ogniem).
          W sumie cegły (czy kamienie) też dobry pomysł, wprawdzie ciepło właściwe około pięć razy mniejsze, ale za to da się to skompensować rozgrzaniem do znacznie wyższej temperatury.
          A co do wilgotności powodowanej odkrytym garnkiem – szkoda ścian i sprzętów, para wodna będzie się na wszystkim kondensować (efekt chłodzący będzie znikomy, w niskich temperaturach woda paruje bardzo powoli a powietrze szybko się nasyca, oczywiście mam na myśli niskie dodatnie temperatury, bo przy dużych mrozach wilgotność jest praktycznie zerowa i wszystko fajnie schnie :D, tzn. najpierw zesztywnieje bo woda w ubraniach zamarznie, ale potem lód wysublimuje :D).

        • djans napisał(a):

          Gotowałeś coś kiedyś zimą? 😉

          Mam w kuchni zdjęty grzejnik, jako zbędny, po po pierwsze grzeje lodówka, a po drugie podczas gotowania trzeba uchylać okno – tak się pomieszczenie nagrzewa od parujących garów.

          • Piotr napisał(a):

            A jak się grzeje na gazie, to dochodzą jeszcze gorące spaliny 😀 Oczywiście wietrzyć trzeba aby się nie zatruć, ale ciepło jest 😀

      • djans napisał(a):

        Odnośnie tych procentów, to sprawa nie jest tak oczywista – jest mnóstwo kamienic, gdzie ludzie mają piece co w piwnicach, albo piece kaflowe w mieszkaniach.

        Do adremu

        Sam mieszkam w bloku z gazową kotłownią, z której jest zarówno ciepła woda w kranie, jak i ogrzewanie. Zdarzały się już kilkugodzinne awarie.

        Wymyć się można w stosunkowo niewielkiej ilości wody zagrzanej na kuchence elektrycznej – wystarczy użyć gąbki.
        Jeśli nie mamy osobników szczególnie wrażliwych (dzieciarnia, chorzy, starowinki), to nie ma sensu grzać na siłę mieszkania alternatywnymi metodami do temperatury pokojowej. Wystarczy się ciepło ubrać, przykryć i wrzucić za pazuchę termofor i kubek ciepłego rosołu.

        Jeśli chcemy grzać, to najlepiej wybrać najmniejsze pomieszczenie, tam ulokować wszystkich zmarzluchów i dogrzewać choćby świecami i garnkami z wodą. Jak ktoś ma możliwość, narzędzia i odrobinę chęci, to można po prostu zdjąć grzejnik, zalać go wrzątkiem i zaślepić korkami. Warto też pamiętać o słońcu – mam w salonie dwa duże okna od zachodniej strony. W słoneczny dzień, jeśli nie zasunę białych zasłon, albo odbije mi, żeby zasunąć, ale ciemne, to się nagrzewa ponad miarę. W ten sam sposób można też zagrzać posiłek – nie próbowałem, ale można o solar ovens/solar cookers poczytać.

        Póki nie zabraknie prądu, to awaryjnie można grzać opalarką elektryczną, albo piekarnikiem. Jak zabraknie także elektryczności, to mamy dużo gorzej.

        Posiłki możemy gotować na ogniu z improwizowanej kuchenki olejowej (zbieramy w tym olej jadalny po smażeniu). Stosunkowo najprościej będzie też wynieść – mus, to mus – grylla na balkon. Posłuży nam on jako improwizowane palenisko, na którym możemy gotować wodę do ogrzewania, mycia, oraz przygotowywać posiłki. O ile oczywiście nasze blokowisko znajduje się na bogatych w „chrusty” obrzeżach miasta.

        Oczywiście najprościej mieć agregat z beczką paliwa i dużą butlę gazu z akcesoriami od kuchenki, przez lampy, po nagrzewnicę. W bieda-wersji warto się zaopatrzyć choćby w mini kuchenkę na kartusze, parę latarek i aku-baterii.

        Za grosze można kupić solarne lampki ogrodowe, które co prawda mieszkania nie oświetlą, ale są niezwykle cenne w warunkach idealnej ciemności, jako swego rodzaju latarnie, dzięki którym nie musimy zużywać świec, nafty/oleju w lampie czy baterii w latarkach do samego przemieszczania się.

        Coś mi się zdaje, że już był taki scenariusz, bo pamiętam jak pisałem o tym palenisku z grilla i ogrzewających garnkach.

    • djans napisał(a):

      Taa, wymyślono nawet przydomowe elektrownie atomowe – masz taką, albo możesz szybko i łatwo kupić w razie potrzeby?

      Rzeczywistość jest taka, jak u mnie na osiedlu, na którego forum internetowym pomstowano na elektrownię, z powodu remontowego wyłączenia zasilania na kilka godzin. Zamożni, wykształceniu ludzie żalili się, że musieli jechać na drugi koniec miasta do znajomych zagrzać dziecku kaszkę, bo jakoś im nie przyszło do głów by zakupić kuchenkę turystyczną, albo jak awaryjnie zagrzać kubek wody.

  11. Najtajniejszy Wspolpracownik napisał(a):

    Mieszkam w bloku i nie moge sie doczekac takiej sytuacji. Wszyscy wymiekna, a ja nie. Na srodku duzego pokoju rozbijam namiot, w ktorym bede spac z żoną. W domu mam zawsze 100 l hermetycznie zamknietej wody. Ubieram sie cieplo, sciany obkladam folia NRC. Oczywiscie srebrem w moją stronę. I zyje. Jest troche zimniej, ale obiady gotuje na kuchence turystycznej ( mam zapas kartuszy ), grzeje sie nieco przy okazji, a gdyby bylo naprawde naprawde zimno adaptujemy jedno z pomieszczen bez okien i tam sie gniezdzimy. Rolety antywlamaniowe opuszczone przez wiekszosc czasu daja dodatkowe 4 stopnie. W najgorszym wypadku wyciagam koze, wystawiam rure za okno i jade weglem, ktorego tez mam zapas.

  12. bura2 napisał(a):

    Ok. Sam mieszkam w warunkach niewrażliwych na takie zdarzenie (domek jednorodzinny, ogrzewany piecem, obieg grawitacyjny jako opcja awaryjna, na gaz jest tylko kuchenka ale skoro mam podwórko to mogę bawić się w gotowanie na ogniu – 500 m do lasu.

    Wcielę się w mojego znajomego – młode małżeństwo – żona we wczesnej ciąży + małe dziecko. Blok zależny od gazu (ogrzewanie i gotowanie) i energii elektrycznej (światło woda kanaliza).
    Wezmę na warsztat wersję trudniejszą – brak gazu i prądu.
    -Nie wyprowadzam się do szkoły, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne – mam małe dziecko i żonę w ciąży a to nie są warunki dla nich

    – Korzystam z garkuchni, ale na zasadzie donoszenia posiłków do domu w termosie (lub jego improwizowanym wariancie – garnek z pokrywką+torba+izolacja np. z ręczników).

    – Staram się maksymalnie docieplić dom – wszystkie szpary zatykam ręcznikami lub starymi ubraniami, mieszkanie jest dwupokojowe, więc po uszczelnieniu wszystkiego przeprowadzam się do mniejszego pomieszczenia, jeśli wietrzę dom to na korytarz. Siłą rzeczy chodzimy wszyscy ubrani po domu. Dogrzewam ewentualnie sposobami opisanymi wyżej. Śpimy razem w jednym śpiworze przykrytym kocami i ubraniami dla docieplenia.

    – Gotowanie garkuchnia to jedno, ale małe dziecko ma to do siebie, że trzeba mu jakąś papkę ugotować+woda do dogrzewania i na chociażby herbatę. Produkty żywieniowe specjalistyczne dla dzieci to priorytet na liście zakupów, ale jeśli by ich nie było to gotowanie na ogniu jednak nie w grillu na balkonie tylko tam gdzie są kontenery na śmieci – każde blokowisko ma takie jakby wiaty obmurowane z min 3 stron zamykane na klucz, poprzestawiać/powystawiać kontenery i zrobić najlepiej wspólny grill dla blokowiska. Na liście zakupów również kuchenka turystyczna.
    -higiena – dorosły człowiek, żeby się umyć potrzebuje 0,5 l wody tzw. kąpiel polarników. Nie jest to stopień umycia się który pozwala iść na randkę, ale taki który zapobiega chorobom i poprawia trochę komfort. Dla dziecka wystarczy kilka litrów wody na normalną kąpiel, w zasadzie ta sama woda może potem służyć dorosłym. Toaleta – worek w muszlę.

    -bezpieczeństwo – jeżeli ludzie zostawią mieszkania to zwiększa się ryzyko, że ktoś będzie chciał je rozszabrować. Sama obecność dorosłego mężczyzny w domu powinna takich złodziei odstraszyć. Dodatkową pomocą są mocne drzwi i ewentualny system samopomocy sąsiedzkiej jeśli chociaż jeden sąsiad został to można kombinować – ja idę po jedzenie z termosem, a on pilnuje naszych mieszkań, drugiego dnia zmiana.

    -Energi elektryczna – telefony mają powerbanki +można je doładować z laptopów póki jest w nich energia. Radio z mp3-ki na jeden paluszek i kilka oszczędnych led-owych latarek załatwia sprawę, zwłaszcza, że mam dosyć baterii.

    -Woda – chodzę po mieście i szukam kranów, gdzie mogę uzupełnić wodę np na cmentarzu kilka ulic dalej, ewentualnie odwiedzam szczęśliwych posiadaczy działających kranów z flaszką i załatwiam sobie „abonament” na wodę, skoro jest śnieg to w transporcie wody pomagam sobie sankami, jeśli go nie ma to obwieszam rower butelkami. W ostateczności topię śnieg/idę nad rzekę
    -opał – 1 km do lasu i jak wyżej sanki/rower. Lub wariant flaszkowy. dużo też tego opału nie zużyje tak naprawdę.

    To wszystko pod warunkiem, że nie da się prościej – nie zdążyłem kupić kuchenki na kartusze, nie ma beczkowozów z wodą itp.

    • djans napisał(a):

      Ja a propos tej kuchni w śmietniku.

      Wszelkie kolektywne rozwiązania wymagają istnienia jakiegoś kolektywu.
      A to nie jest takie oczywiste.

      Np. u mnie, jeśli wypchnąć pojemniki poza wiatę, to trzeba by zająć miejsca parkingowe, których i tak zawsze brakuje. Nie każdemu sąsiadowi to się spodoba, zwłaszcza, jeśli uzna, że zamiast ciepłego posiłku woli sushi, albo będzie szczęśliwym posiadaczem turystycznej kuchenki gazowej.

      W dodatku to jedna wiata na 80 mieszkań – jakiś grafik by musiał powstać, zarówno jeśli idzie o kolejność korzystania z tej „kuchni”, jak i zaopatrywanie w paliwo. Ktoś by musiał tego pilnować, rozliczać z ilości zużytego drewna (jak ustalonej? – po równo na mieszkanie, czy w przeliczeniu na osobę?). Itp, itd.

      To naprawdę masa zagadnień organizacyjnych, które by trzeba rozpracować podczas kilku godzin sąsiedzkich zebrań, na które z reguły mało kto przychodzi, bo np. trudno zgrać terminy.

      • bura2 napisał(a):

        Kolektywna kuchnia to wariant trochę ekstremalny, ale nie każdy blok to blokowisko jak w Warszawie czy Poznaniu z 12 piętrowymi blokami. Akurat pisząc to myślałem o bloku w mieście powiatowym – 4 piętrowy blok, gdzie trochę tego miejsca jest. Jednak Zgodzę się – trudność organizacyjna tym bardziej, że taki kryzys zostanie zażegnany „prawdopodobnie” w ciągu tygodnia-dwóch – tak przynajmniej każdy będzie myślał i „nie będę gotował przy śmietniku jak jakiś żul”. Co innego gdyby było wiadomo, że czekają nas ze dwa miesiące..

  13. soli1 napisał(a):

    Scenariusz raczej prosty a rady jak po „nie przymierzając” EMP.
    Dzień pierwszy: ogarniam co się da w obejściu i notuję co by się przydało jeszcze mieć (zapasowa butla gazowa, kuchenka elektryczna, gazowa, baterie, świece, itp.), zbieram informację o panującej sytuacji i prognozach gdzie się da,
    Dzień drugi (może trzeci, czy piąty): organizuję wycieczkę z rodziną do dużego miasta (ok. 100km) i robię niezbędne zakupy, budżet domowy nadszarpnięty ale jak mus to mus… wracam i mam się dobrze.
    Pozdrawiam

    • djans napisał(a):

      Nazbyt optymistycznie, by nie rzec naiwnie, zakładasz, że taką wycieczkę do sklepu zorganizujesz jako jeden z pierwszych i że zastaniesz coś na sklepowych półkach.

      Taki np. Wrocek, to nieco ponad 600 tys. mieszkańców. Przyjmijmy, że żyją w rodzinach po 5 osób, da nam to 120 tys. rodzin-konsumentów. Załóżmy że z tej liczby jedynie 1/4 zdecyduje się na zakup dodatkowej butli z gazem. Jesteś pewien, że u wrocławskich dostawców znajdzie się te 30 000 butli?

      A co, jeśli na zakup zdecyduje się większy odsetek? Co jeśli na zakupy wybiorą się podobni Tobie przyjezdni? Co jeśli niektórzy zechcą kupić po dwie, trzy butle, albo ze sto, by następnie odsprzedawać z narzutem?

      • Survivalista (admin) napisał(a):

        Na pewno nie będzie popytu na te 30 000 butli, bo z tych 120 000 rodzin mało która gotuje na gazie z butli. A reszta nie będzie miała do czego tej butli podłączyć.

        • djans napisał(a):

          Co za problem razem z butlą kupić kuchenkę, która jest nawet tańsza?

          Nie chodzi zresztą o ten konkretny towar, ale o samą filozofię typu:

          „Scenariusz raczej prosty […]
          Dzień drugi (może trzeci, czy piąty): organizuję wycieczkę […] i robię niezbędne zakupy”

          To nie jest strategia przetrwania. Równie dobrze można nie robić żadnych zapasów, na żadną okoliczność, poza zapasem gotówki, bo są sklepy…

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            Problem będzie zasadniczy — bo pełną butlę to kupisz na każdej stacji benzynowej, a kuchenkę + rurkę gazową + reduktor to już w specjalistycznym sklepie. W sklepie też kupisz butlę, ale pustą.

            Co do reszty — pełna zgoda. Opieranie strategii przetrwania kryzysowych sytuacji wyłącznie na „w razie czego pojadę do sklepu i kupię co trzeba” jest ryzykowne. Co nie zmienia faktu, że sam w razie jakiegokolwiek tego typu scenariusza zapewne ruszyłbym do sklepu po zakupy, ale tylko po to, by jeszcze bardziej ułatwić sobie życie, a nie dlatego, że byłbym do tego zmuszony.

          • soli1 napisał(a):

            Koledzy, scenariusz mówi wyraźne „awaria rozłożyła zaopatrzenie w gaz ziemny w Twojej okolicy”, zatem wycieczka ok. 100km dalece wykracza poza moje rozumienie „okolicy”. Żyjemy w czasach swobody komunikacji więc można jedną wycieczką uzupełnić swoje słabe strony, które wyjdą po kilku dniach życia bez gazu i prądu (bo takie się znajdą). Owszem, zakupowiczów będzie wielu, jednak rozleją się po okolicy i za wyjątkiem wyższych cen nie zakładałbym nagłego wydrenowania niezbędnych towarów. Pamiętajmy też, że są znane portale aukcyjne, gdzie każde „cudeńko” kurier dowiezie pod sam dom. Także rady na przetrwanie nieodwracalnego kataklizmu tu raczej się nie sprawdzą, przy zakładanej lokalnej skali zjawiska. Oczywiście podstawowy sprzęt trzeba mieć (aby np. internet działał) ale opał i zapas jedzenia zawsze będzie priorytetem.

          • djans napisał(a):

            OK, masz rację, nieco się zagalopowałem.

            Ale z drugiej strony wykraczasz poza przyjęte w tej zabawie zasady, bo z założenia chodzi o to, co można zrobić z aktualnie posiadanym sprzętem i zapasami.

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            Niekoniecznie.

            Jeśli ktoś ma pieniądze odłożone w wygodnej do sięgnięcia formie (czyt. w gotówce), zapewne mu one w takiej sytuacji pomogą. Osób uświadomionych jest niewiele. Ważne, by zawczasu wiedzieć, które sklepy odwiedzić, jaką butlę kupić, jaki reduktor, jaką kuchenkę i jak to ze sobą wszystko bezpiecznie i szybko połączyć. Żeby się nie okazało, że pół dnia zmarnujemy na poszukiwanie sklepu, w którym akurat ten brakujący element będzie.

            Natomiast nie opierałbym swojego przetrwania WYŁĄCZNIE na takim sposobie postępowania. Bo w razie tego utrudnionego scenariusza (brak prądu) nie działać będą także sklepy i terminale płatnicze. I pozostanie czekać kilka dni na przesyłkę kurierską?

          • Piotr napisał(a):

            Przesyłkę kurierską też trzeba jakoś zamówić, a jak nie będzie prądu, to trzeba będzie tez jakoś zasilić telefon komórkowy, komputer, mieć skądś internet itp. 😀
            W każdym razie moim zdaniem najprostsze gotowanie awaryjne to gazowe kuchenki turystyczne, ale nie jakieś specjalne ekspedycyjne tylko takie zwykłe jak na przykład ta http://turystykadlakazdego.pl/wp-content/uploads/2012/07/Kuchenka-gazowa-z-kartuszem-nabojem.jpg
            Mogą pracować na popularne kartusze z gazem (do kupienia na każdej stacji benzynowej) a można je także podłączyć pod normalną czy turystyczną butlę z gazem (oczywiście przez reduktor). Są tanie, stabilne i proste w obsłudze, a przy okazji mają solidną walizkę, więc spokojnie można je też wozić w samochodzie i używać podczas różnych wypadów za miasto itp. No i mają zapalnik piezo (ważna sprawa gdy ma się zziębnięte ręce, wtedy z precyzją działań bywa różnie, czasem trudno jest zgrabiałymi rękami odpalić zapalniczkę czy zapałkę).
            Na totalne zimowe ekstremum lepsze są kuchenki na paliwa ciekłe (spirytus czy benzyna) ale chyba nikt w domu nie będzie miał temperatury ujemnej, w której butan się nie rozpręża, więc gazówka wystarczy (ewentualnie można w butli turystycznej propan trzymać, nieco droższy ale świetnie działa nawet przy -30 :D)

  14. PL napisał(a):

    Znalezione w internecie Blackout.
    W coraz bardziej skomplikowanym obszarze jakim stała się energetyka, niewiele już dają jednozdaniowe ćwierknięcia na Twitterze, trzyzdaniowe komunikaty na Fejsbuku czy .
    http://odnawialny.blogspot.com/2015/07/blackout.html

  15. rakaszaka napisał(a):

    Mieszkam w domu jednorodzinnym, w którym głównym źródłem ciepła jest kocioł gazowy kondensacyjny.

    Jako dodatkowe źródła energii cieplnej mam 4x 9 rurowe kolektory słoneczne (z automatyką która umożliwia przekierowanie ciepła bezpośrednio do obiegu grzewczego domu nie tylko do zasobnika na wodę użytkową)

    W razie braku słońca mam zapasowy kociło na gaz drzewny i zapas około 12m3 drzewa w drewutni.

    Do gotowania normalnie mam płytę indukcyjną a w razie czego kuchenkę na gaz.

    w razie braku prądu też jestem zabezpieczony dzięki czemu jestem wstanie przeżyć w cieple parę dni
    -agregat 2,5 KW i 25l benzyny
    – oraz od paru dni uruchomiłem system podtrzymania napięcia do kolektorów i pieca (dwa akumulatory 100AH połączone szeregowo w system 24V, podłączone do inwertera fotowoltaicznego oraz 250W panel na dachu). Zestaw jest o tyle ciekawy, że zawsze mam naładowane akumulatory do pełna gdyż inwerter posiada kompensacje mocy czynnej (np panel daje 150W a potrzebujesz 300W to brakujące 150W idzie z sieci, a gdy nie ma prądu sieciowego to dopiero wtedy brakujący prąd pobierany jest z akumulatora).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner