Gdy zabraknie prądu (2): żywność i gotowanie

W przedostatnim filmie opowiedzieliśmy o różnych źródłach światła, z których można korzystać w razie braku prądu. Dziś zajmiemy się zagadnieniem dużo poważniejszym — żywnością i gotowaniem.

Bo gdy prądu zabraknie, przestanie działać nie tylko światło w lodówce, ale także agregat chłodniczy. A problem ten dotknie nie tylko domowe lodówki, ale też cały dzisiejszy system produkcji, magazynowania i dystrybucji żywności.

Bo urządzenia chłodnicze wykorzystywane są do przechowywania ogromnej części żywności: między innymi mięs, owoców i warzyw, nabiału. I już po kilku dniach od wyłączenia prądu ta żywność zacznie się psuć.

Kiedy nie będzie prądu, będzie też kłopot z tym, by w ogóle żywność kupić. Nie będą przecież działać w sklepach terminale płatnicze i kasy fiskalne. To dodatkowo pogłębi problem z żywnością.

Taki kryzys na pewno łatwiej przetrwać mając w domu zapas żywności. Oczywiście na taką ewentualność najlepiej mieć produkty, które nie wymagają do przechowywania warunków chłodniczych, a tylko temperatury pokojowej, lub co najwyżej piwnicy. Przykład takiego taniego zapasu żywności omawialiśmy w tym materiale.

To jednak nie oznacza, że powinniśmy rezygnować z zapasu żywności w lodówce. Wręcz przeciwnie, lodówka powinna być zawsze pełna jedzenia. A jeśli nie da się jej zapełnić jedzeniem, puste przestrzenie należy zająć choćby butelkami z wodą.

Bo nawet gdy lodówka przestanie działać, i tak będzie w niej chłodno i ten chłód utrzyma się tam przez jakiś czas. Tym dłuższy, im więcej produktów znajduje się w lodówce. Analogicznie wygląda sytuacja z zamrażarką. Tam też dobrze jest zapełnić puste przestrzenie choćby kostkami lodu. Można je kupić w sklepie (gdy już prąd zostanie wyłączony, a jeszcze będą działać zasilacze awaryjne do kas fiskalnych), albo po prostu zrobić samodzielnie w domu.  Jeśli masz lodówkę turystyczną zasilaną wkładami mrożącymi, też trzymaj je na stałe w zamrażarce.

Oczywiście po jakimś czasie żywność w zamrażarce zacznie się rozmrażać, ale to też nie jest problemem samo z siebie. Bo żywność rozmrażając się będzie dostarczać chłodu (a tak naprawdę pochłaniać ciepło). Dlatego co jakiś czas należy przełożyć po jeden-dwa produkty z zamrażarki do lodówki. Niech rozmraża się w lodówce, będąc tam źródłem chłodu.

Takim sposobem można utrzymać chłód w lodówce nawet przez kilka dni po wyłączeniu prądu. A to najczęściej wystarczy, bo przecież to właśnie na kilka dni mamy najczęściej zapas żywności w lodówce i zamrażarce.

Jeśli nie będziemy w stanie zjeść wszystkiego nim się popsuje, warto podzielić się z sąsiadami. Można też przerobić to jedzenie na formy nadające się do przechowywania bez lodówki, np. z mięsa zrobić gulasz i zapakować do słoika (zawekować). Nawet mięso mielone można ugotować i z wodą zapakować do słoika, by później użyć je jako bazę do jakiegoś posiłku.

Przygotowywanie posiłków w razie braku prądu

Niemałym problemem gdy zabraknie prądu będzie też gotowanie. Bo oprócz światła i miksera, w kuchni nie będzie działać też elektryczna kuchenka, elektryczny piekarnik i kuchenka mikrofalowa. O ile kuchenki elektryczne w Polsce jeszcze nie są standardem, to piekarniki gazowe zdarzają się znacznie rzadziej.

Inna rzecz, że gdy zabraknie prądu, dostawy gazu również mogą zostać wstrzymane. Wtedy posiadanie w kuchni gazowej kuchenki i gazowego piekarnika nic nie zmieni.

Dlatego koniecznie musisz mieć jakąś awaryjną kuchenkę. Tematu nie będziemy powtarzać, bo w ubiegłym roku opublikowaliśmy trzy filmy i teksty na ten temat:

  1. o kuchenkach na benzynę i spirytus,
  2. o kuchenkach gazowych,
  3. o kuchenkach na drewno (pokazaliśmy też w osobnym materiale jak zbudować prostą kuchenkę z cegieł).

W ostateczności, do zagotowania obiadu wystarczy puszka tuńczyka w oleju, czy nawet własnoręcznie zrobiony palnik z olejem lub parafiną.

W razie braku prądu trudno będzie przyrządzić z mąki coś bardziej wyrafinowanego, niż tortillę albo podpłomyki na patelni. Upieczenie chleba jest wprawdzie możliwe w piecyku słonecznym, ale wymaga odpowiedniej pogody i czasu.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że w razie czego to będzie jadł zimną, surową żywność, bo przecież tak też się da. Trudno się z takim stwierdzeniem nie zgodzić. Z drugiej strony, takie jedzenie może u dzieci i osób starszych wywołać dodatkowe problemy, których chcemy uniknąć w kryzysowej sytuacji.

Poza tym nic nie poprawia morale jak kubek ciepłej kawy. Zwłaszcza, jeśli jest to kawa z mlekiem. 😉

Żywność i gotowanie w razie braku prądu
Żywność i gotowanie w razie braku prądu
Jak zadbać o lodówkę i zamrażarkę, by w razie braku prądu

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

24 komentarze

  1. Piotr napisał(a):

    Jeśli chodzi o chłodzenie żywności, to są dostępne na rynku lodówki absorbcyjne – standardowo zasilane są gazem (bo są przeznaczone do celów turystycznych, przyczep campingowych itp.) i na jednej bulti 10kg potrafią pracować w zależności od modelu i wielkości od jednego do dwóch miesięcy (normalnie pali się tylko „pilot” a termostat co jakiś czas odpala palnik schładzający zawartość – zużycie gazu zależy więc też od tego jak często lodówkę otwieramy).
    W czasach kiedy świat nie był tak zelektryfikowany jak teraz, to w handlu były dostępne lodówki absorbcyjne na naftę – teraz praktycznie nie do kupienia (a szkoda!).

  2. amzel napisał(a):

    Chciałem tylko dodać że chleb można upiec na kuchence gazowej, tylko potrzeba się zaopatrzyć w kilka potrzebnych do tego rzeczy.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      O, to cenna informacja, nie miałem świadomości, że jest to możliwe. Podrzucisz więcej na ten temat?

  3. kulibob napisał(a):

    Przy długptrwałym cofnięciu się do 18 wieku to raczej zamrażarka odpada, trzeba by zapoznać się z tym jak kiedyś sobie radzono i jak budowano chłodnie, generalnie „technologi nie znam”. Zsotają ziemianki, wekowanie. suszenie, itp. Gdy wiem że zanik zasilania będzie długi można ztyndalizować żarcie z zamrażarki na butli LPG w ostateczności zagotować na ognichu. Przygotowanie jedzenia nie powinno być trudne LPG, garnek w kominku, gril 🙂 Byle inni zapachu nie wyczuli więc prawdopodobnie w większości gotowanie mniej wyczuwalne niż smażenie i grilowanie.

  4. ja napisał(a):

    Jeżeli czyimś hobby jest turystyka, to i problem oświetlenia czy gotowania w przypadku braku prądu jest prawie że z automatu rozwiązany. No bo latarki mam, palniki turystyczne mam, kartusze z gazem czekają w szafie na kolejny wyjazd. Do tego mam jeszcze „breżniewkę”, czyli „kostkę” – palnik który zasilany jest m.in. benzyną. Butelkę benzyny ekstrakcyjnej, nafty, trochę rozpuszczalników pozostałych po remoncie. Lampy naftowe, świece. Gdy znacząco spadnie nasze bezpieczeństwo energetyczne rozważę zakup dużej butli gazowej, kuchenki gazowej i promiennika do grzania pomieszczeń. Można też kozę, trochę rur i zapas drewna na balkonie. Ale to już by musiało być naprawdę źle, żebym w bloku stosował takie rozwiązania;) Mięso można wekować, ale najgorzej byłoby z chłodzeniem nabiału. No bo jogurtu ani sera nie zawekuje. Macie jakieś sposoby na konserwację nabiału? Solony biały ser jest bleee. A nabiał jest potrzebny, bo jak nie jem jogurtów przez tydzień to zauważyłem u siebie różne dyskomforty trawienne.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Masz rację! Dlatego przy każdej okazji powtarzamy, by przygotowania na trudne czasy wpisywać w to, co robimy na co dzień. Żeby nie kupować jakiejś superdrogiej kuchenki, jeśli nie jesteś turystą i nie używasz jej co roku na urlopie. A jeśli ktoś taką kuchenkę ma i używa, to kartusze z gazem powinien kupować po sezonie, by zawsze mieć w domu zapas. To chyba też pozwoli przyoszczędzić, bo wydaje mi się, że po sezonie powinny być nieco tańsze.

      Co do jogurtu — powinno dać się przechowywać mleko UHT lub w proszku, a później na bieżąco robić z niego jogurt.

    • Marek W. napisał(a):

      „Macie jakieś sposoby na konserwację nabiału? ” – Źle stawiasz pytanie. Jogurtu nie należy konserwować, tylko robić nowy…

      Wystarczy kilka łyżek „żywego” jogurtu (z bakteriami) dodać do letniego mleka, odstawić pod pierzynę i następnego dnia masz kolejną porcję…

  5. ja napisał(a):

    No jasne, mleko UHT! Psuje się na tyle wolno, że chyba dodam go do mojego backupu żywności. Do tego bakterie jogurtowe w saszetkach.

    A co do pieczywa, to jestem zwolennikiem pieczenia ciast. Można upiec placek jak na pizzę albo tartę i używać jako substytutu chleba. Jeżeli ktoś nie ma piekarnika, to polecam knedle czeskie (knedliki). To gotowane w wodzie ciasto drożdżowe. Wychodzi taki trochę bardziej miękki, blady chleb. Wszystkie składniki knedlików wolno się psują, mogą być więc dobrym zapasem żywności. Potrzeba mąki, mleka (świetny pomysł z tym UHT!), soli, cukru, wody. Do tego drożdże (w saszetce) i jajka. Jajka nawet bez lodówki mogą leżeć miesiącami zasypane solą lub zalane szkłem wodnym.

  6. kulibob napisał(a):

    Jeszcze o jednej rzeczy zapomniałem. Raczej trudno żeby lodówka była cały czas pełna. większości rzeczy w lodówce ma raczej krótki termin warznosci i jest ryzyko pewnych strat spowodowanych przeterminowaniem. Upychanie czegoś na siłę do lodówki to straty energii elektrycznej a to kosztuje 🙂

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Upychanie rzeczy do lodówki powoduje zwiększenie zużycia prądu tylko wtedy, gdy musisz marnować czas na wygrzebywanie gdzieś z zakamarków jakieś produkty. W przeciwnym wypadku jest dokładnie odwrotnie — im więcej w lodówce produktów (i mniej powietrza), tym mniej energii potrzeba do utrzymania w niej chłodu.

      A mnie chodziło tylko o to, że jak ktoś np. trzyma sok w lodówce, to zamiast trzymać jeden karton, może trzymać 3 kartony.

      • kulibob napisał(a):

        A mi chodzi o to że jak nie mam co wsadzić i wsadzę 3 butelki wody o temperaturze pokojowej, a są to rzeczy które nie muszą być przechowywane w lodówce to powoduję niepotrzebne straty ciepła (chłodu) w lodówce, które muszę „naprawić” energią elektryczną.
        Mówię tu o codziennym życiu.wiadomo że przy zaniku zasilania im więcej chłodnych rzeczy mam w lodówce tym dłużej będzie w niej chłodno.

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          Tę stratę chłodu powodujesz raz, na schłodzenie wody z temperatury pokojowej. Wydaje mi się, że jest to nie do uchwycenia na rachunku za prąd.

          • kulibob napisał(a):

            Przy założeniu że te butelki pozostaną tam na długo to tak ale wtedy lepiej kupić mniejszą lodówkę, która zużyje mniej kWh/rok. a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na ryż, mąkę czy inne mniej kłopotliwe produkty.
            Generalnie staram się patrzeć na problemy przez pryzmat ekonomii bo im więcej kasy zostaje tym więcej mogę wydać na życie, przyjemności czy „przezorność” w takim czy innym wykonaniu. Przy dłuższym zaniku zasilania powyżej 24h produkty z lodówki i zamrażarki powinny zostać natychmiast skonsumowane lub przetworzone. A sztuczne hodowanie butelek raczej znacznie tego nie wydłuży a zajmie miejsce w lodówce które kosztuje jak i podniesie koszty eksploatacji.

  7. amzel napisał(a):

    D o upieczenia chleba potrzebujmy piekarnika, ktorego można w łatwy sposób
    wykonac samemu.
    Musimy mieć większy garnek -taki przynajmniej 30 cm
    podstawkę która pasuje do środka garnka (taką drucianą jak do odstawiania goracego garka) o wysokosci 4-5cm.
    Podstawka posłuży nam do postawienia foremki z
    ciastem chlebowym, a także można na niej wędzić rybę.
    Garnek należy przykryć pokrywką w którą zamontowany jest termometr o zakresie
    temperatur do 25o°

  8. bura2 napisał(a):

    W bloku i tak nie ma co za długo się dekować, gdy w mieście zabraknie prądu, więc wystarczy turystyczna kuchenka gazowa na takie kartusze wielkości farby w spray’u,i klika takich kartuszy. Akurat w momencie gdy zjemy ostatni posiłek z łatwo psujących się produktów, podejmiemy pewnie decyzję o wyjeździe.

    Co warto mieć na taką sytuację (poza domem na wsi)
    – kuchenkę na gaz i zapas gazu, tak na 12 h gotowania.
    – dobry termos – pozwoli cieszyć się herbatą/kawą dłużej oszczędzając paliwo
    – podgrzewacz do herbaty – jak wyżej
    – dodatkowy worek czy dwa węgla do grilla – dużo ludzi ma grile i dużo ludzi wpadnie na pomysł wygrilowania swojego żarcia zamiast wyrzucenia do kosza, więc węgiel może być trudno kupić. A przyrządzamy jedzenie na grilu dopóki się da – zapas węgla łatwiej odtworzyć niż gazu.
    -lodówkę i grzałkę na 12 v. Zawsze można pójść na parking i odpalić samochód. Niestety te samochodowe lodówki to raczej spowalniają ogrzewanie niż chłodzą. To taka ostateczność – lepiej już tam ładować telefon.

    Generalnie wygrani są ludzie żyjący na wsi, używający jeszcze takich starych kaflowych kuchni – bardzo dobrze kumulują ciepło i długo je oddają, niewielka ilość drewna wystarczy, żeby nie szło dotknąć płyty ręką.
    Trwałością zapasów bym się nie martwił bo przecież budujemy je z produktów trwałych, nie potrzebujących lodówki.

    • Piotr napisał(a):

      Jeśli chodzi o lodówki awaryjne, to mam znajomego, który w przyczepie campingowej zamontował sobie lodówkę absorbcyjną firmy DOMETIC (modelu nie pamiętam) – dawała nieźle radę tego lata (koniec czerwca). Pojemność około 40l (więc nie jest to jakiś „gigant” ale do turystyki w sam raz, niestety „na trudne czasy” mała, ale lepsza taka niż żadna, a są też większe gabarytowo modele). Działa na prąd (zarówno z sieci 230V jak i z akumulatora 12V) i na gaz. Zużycie gazu jest stosunkowo małe, butla turystyczna 2kg spokojnie wystarczyła na tygodniowy wypad (lodówka cały czas pracowała na gazie aby nie zajeździć akumulatora), czyli taka duża butla 10kg spokojnie wystarczy na ponad miesiąc pracy takiej lodówki non stop. Mocy dużej nie ma (chłodzi wolniej niż zwykła lodówka domowa) ale za to do znacznie niższej temperatury niż proste lodówki samochodowe na ogniwach Peltera (przy około 20-25 stopniach temperatury otoczenia potrafił pojawić się w środku szron).
      Od 3 miesięcy zastanawiam się, czy takiej sobie nie sprawić, ale ma niestety dwie wady, pierwsza to cena (około 1300PLN za stosunkowo małą pojemność, do użytku domowego się nie nadaje, używałbym jej sporadycznie maksymalnie 1-2 razy w roku – nie wiem czy warto) a drugie to zasilanie butanem, który w razie W ciężko byłoby zdobyć/wyprodukować, a przerobienie jej na palnik spirytusowy czy olejowy jest trudne.
      Kiedyś (w czasach przed powszechną elektryfikacją) były produkowane tego typu lodówki absorbcyjne na naftę i takie coś bym chętnie kupił gdyby… to było gdzieś dostępne i ktoś to produkował. Przeszukałem internet i nic nie znalazłem (poza starymi egzemplarzami kolekcjonerskimi w cenach „z kosmosu”).

  9. bura2 napisał(a):

    Jeśli chodzi o lodówki już w miejscu docelowym. Przedłużacze do sąsiadów , ściepa na paliwo do agregatu (można spuścić z baku) i podłączamy kilka lodówek na kilka godzin aż się schłodzą, w międzyczasie korzystamy z nadmiaru prądu ładując telefony i akumulatorki, wyłączamy agregat i powtarzamy operację w miarę potrzeb. Oczywiście można by samemu ale to marnotrawstwo paliwa. Moc pojedynczej lodówki to 100-200 W.

    Oczywiście podłączamy lodówki pojedynczo, tzn. Nie robimy „choinki” przedłużaczy i wszystkie do gniazdka w agregacie od razu tylko: 1.odpalamy agregat. 2. podłączamy przedłużacz-rozdzielacz z jedną lodówką-najmocniejszą. 3. czekamy kilkanaście sekund, podłączmy kolejną. 4.powtarzamy pkt. 3 aż skończą się lodówki lub wyłączy się agregat. Jeśli wyłączył się agregat, to 15 minut przerwy dla sprzętu, powtarzamy punkty.1-3 ostatnią lodówkę sobie odpuszczając.

    Widziałem podobne rozwiązanie na dużym obozie harcerskim w górach, pogadałem z wychowawcami i okazało się, że Sanepid wymusił posiadanie chłodni, więc mieli taką przyczepę i agregat. Jak temperatura w przyczepie za bardzo rosła to odpalali agregat na kilka godzin. Oni sami w okresie przed rozwinięciem obozu i po zwinięciu (parę dni to trwało, duży obóz) trzymali swoje jedzenie w potoku.

    Jak się 4 sąsiadów zgada, to można za max 1 l paliwa dziennie mieć działającą lodówkę. (Latem, jak jest zimniej to i lodówka dłużej trzyma)

  10. mamut napisał(a):

    Witam wszystkich! Jeśli rozpatrujemy brak pradu na czas dłuższy, to znaczy że mamy scenariusz „w razie W”. Wówczas nie będzie ważna lodówka, kuchenka gazowa itd. Ważne bedzie uratowanie własnej dupy i naszych najbliższych. Zakładam że skoro tu jesteśmy, to jesteśmy przygotowani na wszystko. Mamy przygotowany cel ucieczki i kilka alternatywnych tras dotarcia do naszej ostoi. Mamy tam dostatecznie dużo wszelkich zapasów żeby przeżyć he he jakiś czas… Jeżeli jesteście z małego miasteczka albo wioski to problem jest dużo mniejszy. Jeśli mieszkacie w dużym mieści i zabraknie prądu, to problem bedzie dużo większy. Po pierwsze. Musimy wyjść z miasta i mamy na to 24 do 48 godzin. Dlaczego? Ponieważ już w kilka godzin po zaniku prądu utworzą się bandy i będą plądrować wszystko. Ponadto znając „potęgę” naszych sił zbrojnych, możemy się spodziewać szybkiej blokady naszych miast. Zablolkowane miasto staje się wielkim obozem gdzie żywność natychmiast zniknie ze sklepów a woda mkże być nie do użyku. Zanim ktokolwiek zajmie się naprawą minie trochę ( od tygodnja do mkesiąca) czasu. „Gkściom” nie będzie zależało na szybkiej naprawie awarii. A jak zwykle bedziemy mieli „gości” z za Odry i Buga i wiemy co oni potrafią. A jak pójdzie wszystko źle, to jeszcze nasi kochani uchodźcy się dołożą. Więc na gotowanie przyjdzie czas jak dotrzemy do schronienia. A wczasie wyjścia z miasta lepiej być na suchym. Czekolada, snikersy, woda, konserwy… Należy pamiętać, że odległość do naszego azylu należy pomnożyć przez trzy. A czas dotarcia może być kilka razy dłuższy od zakładanego. Miejmy świadomkść że możemy stracić samochód, dom czy mieszkanie może zostać zajęte przez „gości” . A broń? Mamy ? Czy jesteśmy goli bezbronni? Zapewne tak. Więc albo nabędziemy he he albo zdobędziemy. Nie ma się co przejmować, prawo nie będzie działać dopuki nie zechcą „goście”, albo nasze służby nie opanują zawieruchy. Jedzenie. MUSICIE MIEC PRZY SOBIE ZAPAS 2000 kalorii na każdy dzień ucieczki dla każdej osoby. Słodycze dla dzieci jeśli są (dzieci). Słodkości poprawiają samopoczucie. Zapewne będziecie iść na piechotę. Wszystkie scsenariusze rozpatrucie od jak najgorzej strony, weźcie pod uwagę że możecie być zmuszeni zmniejszyć racje żywnościowe. A wodę będziecie musieli odkażać i racjonować. Czy jesteście na to przygotowani? Czasem lepiej posiedzieć w ukryciu kilka dni… W zimnie na głodniaka niż zginąć. A temat gotowania i przechowywania żywnlści choć bardzo ważny przemyślmy w samortnlści. Pogadajmy lepiej o tym jak przeżyć w mieście, w lesie, jak złapać pożywienie, jak łowić ryby na „nic”. Jak zająca oprawić i czym i jak zabić. Jak rozpoznać ścieżki zwierząt w lesie. Jak się ubrać, kamuflaż czy cywilki, i co zrobić jak masz przy sobie tylko nóż taki nie duży… woda nnważniejsza. Bez wody masz trzy dni, bez żarcia wytrzymasz tydzień. ŻEBY GOTOWAĆ PRZECBCKWYWAĆ ŻYWNKŚĆ, MUSICIE PRZEŻYĆ. POWODZENIA

  11. bura2 napisał(a):

    @mamut, na tym blogu jest poruszone wiele z tematów o których mówisz. Pamiętaj, też, że ewakuacja kiedyś się kończy i tam trzeba zacząć normalnie żyć. Jak najbardziej normalnie, bo tak jest najefektywniej. Jak siedzisz w lesie z nożem i złapiesz zająca to go oskórujesz i upieczesz na kiju nad ogniskiem. Jak upolujesz zająca i wrócisz z nim do domu, to możesz go ugotować i zjeść ugotowane mięso – masz dwudaniowy obiad. jak masz jakąś lodówkę to możesz go przechować na później i jeść po kawałku, a nie wp****lić całego na raz. Możesz zająć się podrobami, futerkiem. Masz 2-3 x więcej z zająca. Jak siedzisz w lesie to gonisz z miejsca na miejsce.

    Mam 48 godzin żeby uciec z miasta bo kilka godzin po zaniku prądu powstaną bandy i zaczną plądrować wszystko? Czy u Ciebie kiedyś prąd wyłączyli? Przez pierwsze kilka godzin to ludzie wychodzą z domu popytać się sąsiadów, „czy u was jest prąd”, ponarzekać na energetykę i spekulować co mogło być przyczyną i kiedy wróci. 24 godziny po będą wkurzeni i zaczną rozmrażać lodówki, a przestępcy będą się zastanawiali jak wykorzystać brak prądu, ale nie będą szukać jedzenia, wody, leków i paliwa tylko elektroniki, pieniędzy, dóbr luksusowych itp. 48 godzin po ludzie będą wkurwieni ale wciąż będą wierzyć, że za 15 minut włączą prąd.

    Jak wyjadę drugiego dnia po wyłączeniu prądu to najprawdopodobniej dojadę do celu w miarę bezpiecznie. Przestępczość będzie większa, ale nie do tego stopnia, ze na ulicach będą stały barykady założone przez gangi uzbrojone w bron palną. Ludzie wciąż będą mieli z tyłu głowy to światło wróci za chwilę i władza się z tymi zbyt zuchwałymi rozliczy.

    „Bron trzeba nabyć hehe albo zdobyć” – bron palną można w Polsce, łatwo legalnie nabyć bez pozwoleń a pozwolenie też nie jest nieosiągalne dla normalnego człowieka.Co prawda bez pozwolenia to jest rewolwer czarnoprochowy, ale w kraju gdzie głownie bałbym się dresów z pałami wystarczy. A propo „zdobyć” – wytłumacz mi proszę bo jestem głupi. Jak to jest, że w jednocześnie boimy się każdej grupki łysych karków ale zdobywamy bron palną? Właściciele broni stoją samotnie plecami do bramy i czekają aż ich tam wciągniemy i im ją odbierzemy?

    Stosowanie zielonego survivalu w Polsce, jako remedium na krach cywilizacji jest śmieszne – lasy są małe i ubogie w żywność a musisz jeść. Dodatkowo zimą pozostaje Ci tylko polowanie/łowienie ryb. Jadłeś kiedyś cały dzień, tylko to co zdobyłeś? Przed następną wycieczką nie idź do sklepu po konserwy i kabanosy, nie rób kanapek, idź do lasu niedaleko i nazbieraj jedzenia. Bo przecież jest TYLE jadalnych roślin. I BEZ PROBLEMU można się wyżywić ze zbieractwa. Umiesz polować i rozpoznać rośliny jadalne – plus dla Ciebie, sprawdziłeś tę wiedzę w terenie znajdując kilka sztuk – kolejny plus, następny jeśli skosztowałeś tego czegoś, ale dopiero kiedy najesz się tym co nazbierałeś to jest sukces.

    Nie rób na siłę podkładu pod latanie z nożem jako najważniejszą rzecz na świecie. Warto mieć te umiejętności, ale to nie wszystko. Powiedz mi szczerze, jak mi wyłączą na kilka godzin prąd to mam już być spakowany i z łukiem w ręku i nożem przy pasku osłaniać rodzinę jak wychodzimy z bloku? Bo przecież to jest ten czas kiedy już zaczyna się plądrowanie. Jak podejmę decyzję o ewakuacji to zapakuję się do samochodu z rodziną i wyjadę. Fakt faktem, każdy ma swój plecak pod ręka w razie W i jestem gotowy na ucieczkę pieszo, nóż pod ręką a jak się dorobię to i jakaś lepsza bron, ale schowane. I jadę. I wyjeżdżając miedzy 24 a 48 godziną blackoutu dojadę do celu w kilka godzin z niewiele mniejszym prawdopodobieństwem niż dziś. jeśli wyruszymy w południe to ja o 20.00 będę rozpakowany pił herbatę z teściem i liczył zapasy a moja zona będzie kładła dzieci spać (wariant). Gdybym miał „taktyczne klapki na oczach” to byłbym zmęczony, moja rodzina wyczerpana i przestraszona i siedzielibyśmy w lesie po ciemku (ogień ułatwi wykrycie) mając perspektywę tego że jak dobrze pójdzie to dotrzemy za 4 dni do celu z jedzeniem na 8 dni w plecakach. (w samochodzie możesz zabrać mnóstwo zapasów i sprzętu w porównaniu z ucieczką pieszo).

    Trzeba się najpierw nauczyć gotować, szyć, siać i zbierać,przechowywać, naprawiać, majsterkować a potem kamuflować, walczyć i polować (oraz gromadzić do wszystkiego szpej), żeby w najgorszym wypadku użyć tego w odwrotnej kolejności.

  12. bura2 napisał(a):

    Przepraszam temat był o gotowaniu, poniosło mnie

    • mamut napisał(a):

      Witam, że ewakuacja kiedyś się kończy zdaję sobie sprawę. Wiem też, że należy zacząć „normalnie” żyć. Gotować, prać, kochać… Jedna tylko sprawa, piszesz w swoim poście w taki sposób, jakbyś takie scenariusze przeżywał codziennie. Piszesz spokojnie, bez emocji, bez żadnych obaw. Zapomnialeś o jednym – o psychologii zaszczutego, zestresowanego, bezbronnego, wystraszonego, odpowiedzialnego za rodzinę człowieka. Pomijasz najważniesze dla przeżycia sprawy. Skoro rozpatrujemy „W” , to sama informacja z mediów zwali Cię z nóg i tak zestresuje, że w pierwszych chwilach bedziesz popełniać same błędy. Chyba że zawodowo jesteś przygotowany na takie sprawy. Normalny gość najpierw będzie musiał „zmienić majty” zanim się ogarnie. Opisujesz jak to sąsiedzi bedą wyglądać i pytać – czy u was też nie ma światła? Rozpatrujemy najgorsze scenariusze? Czy zwykłą awarię? Bo jeśli awarię, to masz rację i możesz mój post skasować. Ale jeśli tym blogiem chcesz ludzi do czegoś przygotować, to pokazuj jak najgorsze scenariusze. Popytaj ludzi z byłej Jugosławii jak to było u nich. Albo z Somalii, Afgańczyków albo Irakijczyków. Teraz będziesz mieć szanse popytać uchodźców. Jak przeżyli i jak to zrobili. W razie „W”, zapewniam Cię, wystarczy że nie będzie kas fiskalnych w Lidlu i Biedronce, a bandy sformują się w kilka godzin po informacji o „W”. Obejżyj relacje z niedawnych awarii na „zachodzie”. Tym co piszesz, moim zdaniem wprowadzasz w błąd. Ale to tylko moje zdanie. Psychologia tłumu mówi co innego. Chyba, że opierasz się na jakiejś innej dziedzinie nauki. Krytkujesz „zdobywanie” broni… Większość z nas nie ma kasy na zakup czrnoprochowca. Zdobycie licencji też nie jest takie proste. Nawet jeśli zdasz egzaniny to ostatecznie decyduje komendant policji, jednoosobowo. Więc masz szanse pół na pół. A jak bedziesz widział realne, realne zagrożenie swojej ukochanej rodziny, broń zdobędziesz. I nie obrażaj swojej inteligencji, gwarantuję Ci że będziesz wiedział jak. Piszesz, że zielony survival jest śmieszny. Ok. Ale jak bedziesz się śmiał, jeśli przyjdzie Ci pobyć w lesie, polskim lesie kilka dni? Pytasz czy jadlem dary lasu, ano jadlem. Rybki też jadłem łowione bez wędki. Ponieważ jestem mieszczuchem nie znam ścieżek zwierzyny. Nie rozpoznaję ich. Ale pracuję nad tym. Naprawdę wystatczy żarcie vege i rybki. Da się przeżyć tydzień, a może i dłużej. Spróbuję w przyszłym sezonie. Gorzej w zimie. Ale zapewniam Cię, żaden dowódca (rozsądny strateg) nie wygna swojej armii na podbój w zimę. Chyba że będzie to Władimir Władimirowicz. Wtedy naprawdę będziemy się bać. Do swojego azylu mam 50 km i szeroką rzekę do przejścia. Z synem wzięliśmy żarcia na dwa dni i ruszyliśmy pieszo. W dzień nas nie bylo, szliśmy w szarówkę poranną i wieczorną. Poszliśmy celowo bez kasy. Dotarliśmy po pięciu dniach. Jedliśmy kłącza pałki wodnej, różne przydrożne rośliny, pokrzywę, liście babki zjedliśmy też ptaszka zestrzelonego z wiatrówki. Doszliśmy i głodni nie byliśmy. Wiem, że w lesie jest zakaz biwakowania. Ale dla chcącego… a, ogień paliliśmy pod pałatką. Dało radę ugotować i ogrzać się. Tak więc ja spróbowalem i dałem radę. Jak będzie w stresie, z wystraszoną kobietą u boku, nie wiem. Wiem, że ja dam radę. Piszesz, że „taktyczne klapki” na oczach powodują zmęczenie itd. Jeśli lubisz improwizację, życzę powodzenia. Ja wolę przemyśleć, wypróbować trasę – trasy ucieczki i wolę być przygotowany na utratę auta zaraz po infirmacji o „W”. Mieszkanie w mieście też możesz stracić kilka godzin po ogłoszeniu o wizycie „gości”. Mój plan to natychmiastowe opuszczenie miasta, tak, z nożem w zębach, piłą wokół pasa i łukiem z rury pcv. W aucie mam żarcia i opału (gaz) na miesiąc, a wodę oczyszczać mogę w ilościach prawie przemysłowych. Więc ja jestem gotowy zarówno na ucieczkę samochodem, jak i na piechotę… A w swojej ostoi mam agregat, zapas paliwa, narzędzia, laptopa z wszelką wiedzą „jak żyć” (drukarkę też mam) i wolę położyć nacisk na przygotowanie ucieczki. Potem przyjdzie czas na naukę życia w początkach XIX wieku. I potraktuję to jako terapię antyszokową dla swoich bliskich. Jeśli chodzi o szycie i gotowanie, jest tam jedna kobieta, a dotrą jeszcze trzy… Więc szyciem i gotowaniem nie bedę sobie zawracał d, głowy. Mam szpej przy pasku, w aucie, w plecaku i w swoim azylu. Tak samo jest wyposażona żona i syn, choć każdy ma szpej zmodyfikiwany. Co jeszcze? A co chcesz wiedziec? Chętnie się podzielę wiedzą zdobytą i ćwiczoną. Proszę, sprawdź też zachowania tłumu, jednostki i żołnerzy w stresie. U żołnierzy sprawdź jeszcze stres pola walki. Przeanalizuj tę wiedzę pod kontem tego co i jak chcesz przekazać na blogu. I ostatnia sprawa, po co Ci wiedza „jak żyć” jeśli nie zdążysz dożyć?

  13. bura2 napisał(a):

    Temat jest o braku prądu, nie o wojnie i myśląc o wyłączeniu prądu pisałem swoje posty.

    Powiem tak, w internecie jest sporo napalonych gówniarzy którzy myślą, że nowoczesny survival to gra komputerowa i umiejętności wojskowe oraz duży nóż wystarczą, więc reaguje ostro.

    Zielony survival w Polsce jest możliwy, ale trudny nawet w czasie P, jak się zwiększy konkurencja to będzie jeszcze gorzej. Ja znam na razie jedną roślinę jadalną, po którą ludzie nie sięgają – jarzębinę. Śmieszne, że tylko jedna i śmieszne, że jarzębina, ale znam to dla mnie znaczy, że zrobiłem wszystkie punkty o których mówiłem.

    Są sytuacje kiedy warto mieć w małym palcu zielony survival i maskować się i „latać z nożem”. I iść pieszo i w ogóle. Kiedy jednak jest taka możliwość uważam, że należy wykorzystać ile się da z tego co już mamy – np. wziąć samochód. Dlaczego, wiesz i sądzę, że się ze mną zgodzisz.

    Nowoczesny survival, prepping czy jak to zwać, zakłada również istnienie pomniejszych problemów i tutaj mamy : gdy zabraknie prądu. Wielokrotnie przeżywałem, jak każdy z nas blackouty i najczęściej były one krótkie, kilka było dłuższych i powtarzających się ale nigdy nie podano informacji o planowanym terminie przywrócenia prądu. To bardzo zmienia postać rzeczy. Gdyby ktoś powiedział, nie ma prądu i nie będzie przez minimum 2 tygodnie, to nie byłoby przyjaznego sąsiedzkiego narzekania na energetykę, i ja też bym działał inaczej, tak samo jak w sytuacji innych kataklizmów, pandemii/wojny/itd. Przez pierwsze kilka godzin wyłączenia prądu nikt ie podejmie kroków tak drastycznych jak mówisz. O wyłączeniu prądu jest temat i tego się trzymajmy.

    „Taktyczne klapki na oczach” dla mnie oznaczają to, że ktoś myśli – kryzys? to nóż w zęby i do lasu. Na tym się świat nie kończy są sytuacje kiedy to nie działa, po prostu. Ja też nie zakładam, że wszędzie dojadę samochodem i nie spotkam się z agresją. Uwierz mi: jestem sprawny fizycznie, mam elementarne przeszkolenie z walki wręcz, trenuje strzelectwo, wybieram się na „przechadzki do lasu i patrze podczas nich, czy jestem w stanie rozpoznać coś jadalnego, biegam i chodzę na orientację, ale mimo to wiem że są setki życiowych sytuacji, kiedy ta moja wiedza i te umiejętności na nic się nie przydadzą. Czasem lepiej jest wiedzieć skąd wziąć prąd, jak coś naprawić, jak opiekować się osobą z ostrą biegunką. Jak podnieść komfort, przebywania w domu gdy padnie ogrzewanie itp. Jedno i drugie jest ważne, a w przypadku samego braku prądu, nie wojny, uważam, że te drugie trochę bardziej. Po co rozbijać namiot na podwórku? nie lepiej spać chociażby w garażu?(to przenośnia, jest późno i ja w tym widzę teraz przenośnię, ale na wszelki wypadek wolę napisać… 😀 )
    W internecie jest gdzieś opis przeżyć gościa, preppersa który przeżył huragan Katrina. Wcześniej myślał że przygotowania to właśnie ten „nóż w zębach”, potem pisał, że najważniejszym przedmiotem był – laptop.

    Co do czarnoprochowca, łączę się w bólu, jedziemy na tym samym wózku – też bym kupił ale mnie nie stać i najbliższe przynajmniej półtorej roku jak nie wygram w totka to też nie będzie. Analogicznie z pozwoleniem. O zdobywaniu nie piszmy, ja wolę nie polegać na tym, że „mogę” coś zdobyć, zwłaszcza takiego, za małe szanse.

    Ćwiczysz, jesteś dorosłym facetem, myślisz poważnie, przygotowujesz się na serio a ja odczytuje Cię jako napalonego gówniarza piszącego na blogu w czasie przerw między partyjkami w jakąś strzelankę. Albo ja źle czytam albo Ty źle piszesz albo jedno i drugie.

    • mamut napisał(a):

      Właśnie Cię poznałem. Zobaczyłem młodego człowieka siedzącego na bagażniku pikapa. Zbyt pochopnie oceniasz, ale cóż, każdy mierzy własną miarą. Ja, facet 50+ z kondycją mieszczucha, brzuszkiem i półwiecznym bagażem doświadczeń przebywania na tym świecie zdecydowałem się tu napisać ponieważ uważam cel tego bloga za absolutnie słuszny. Chciałem jednak rozszerzyć Twoje scenariusze właśnie o wojnę. W obecnych czasach trzeba poszerzać wiedzę o zagrożeniach, nie zamykać dyskusję tylko do gotowania jak zabraknie prądu. Uważam, że równie ważny jest powód braku prądu. jeśli to będzie awaria to zaręczam Ci, nie opuszczę miasta. Zejdę do auta wezmę kuchenkę, kartusze, promiennik jeśli jest zima i dam radę. ZAWSZE mam 10 butli po 6 litrów wody. Jeśli wykorzystam jedną idę dokupić. Żarcia w domu mam na miesiąc, w samochodzie na drugi miesiąc. (Mam busa) Pisałem o możliwościach uzdatniania wody. No cóż zwykłą awarię elektrowni i brak prądu nawet kilkutygodniowy przeżyję mając świadomość że jest pokój i „spokojnie , to tylko awaria”. Ale ważne jest to co odsuwasz od siebie, czyli powód tej awarii. przykro mi że oceniasz mnie jak oszołoma. Ale chętnie bym poszedł w las na tydzień lub dwa i zobaczył co potrafisz. Ale bez pikapa, busa, z plecakiem ucieczkowym. Chętne zobaczyłbym jak się ubierasz na taki wypad, czym dysponujesz. Albo inaczej. Taki mały alarm i za godzinę w umówionym punkcie w pobliżu lasu. Pewnie to nie realne więc zapytam, ile kalorii dziennie przeznaczyłbyś na zdobywanie pożywienia? Jaki sznur i jak długi masz w plecaku? Jakie i ile masz haczyków na ryby, jak zdobywasz i przechowujesz wodę? Jak śpisz w lesie? na czym i w czym gotujesz wodę. I czy igła i nici służą Ci tylko do naprawy ciuchów. Jakie masz buty coś o stopach. I czy używasz victorinoxa. Cieszę się że zdajesz sobie sprawę iż umiejętności walki wręcz czasem są bez znaczenia. Dobrze jest umieć się obronić jak również zbudować prądnicę ze starego roweru, zszyć rany albo umieć porozumieć się z agresywnym bandytą albo sołdatem. Ważne jest spojrzenie kompleksowe na problem. A mam wrażenie że swoim dążeniem do zawężenia oglądu sytuacji usypiasz swoich czytelników. Znowu deprecjonujesz zielony survival. Potraktuj to na równi, a będziesz bardziej wiarygodny. Nie neguje możliwości korzystania z garażu itp. Wiedz też, że pod moim domem las się nie zaczyna. Muszę przejść całe spore miasto żeby się wydostać i wejść w las. Więc może określenie szary survival będzie na miejscu. Piszesz że nikt nie podejmuje drastycznych kroków w pierwszych godzinach braku prądu. Jeśli to tylko awaria to masz rację. Będą komunikaty że mogą być „trudności, niedogodności itd”. Ale jeśli jest komunikat o „w” to ja spadam z miasta natychmiast. Wiedza choćby mojej żony jest nie do przecenienia w czasie odbudowy. to takie moje przemyślenia chaotyczne. Piszesz, (…) że ktoś myśli – kryzys? to nóż w zęby i do lasu. Na tym się świat nie kończy(…) Jeśli kryzys, to ok. ale jeśli wojna, to właśnie świat się kończy i Twój nowoczesny survival ja sobie w buty wsadzę. Jeśli się interesujesz światem dookoła to na pewno wiesz kiedy i jak zmodyfikować plecak i wyposażenie auta. A w ASG też się bawię, więc chyba jednak jestem gówniarzem.

  14. mamut napisał(a):

    I jeszcze jedno… Jeśli ktokolwiek w czasie „w” sięgnie po moje żarcie lub wodę, nie będę miał skrupułów i ubiję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner