Domowy Karaluch Challenge 2: przygotowania do testu zestawu ucieczkowego

Niemal dokładnie 3 lata temu, w październiku 2012 r., razem z Larsem Otzenem i Przemkiem Słomskim wybraliśmy się na pieszą wycieczkę z Warszawy do mojego celu ewakuacji. Celem tego eksperymentu miało być m.in. sprawdzenie, czy stworzony przeze mnie bug-out bag, czyli zestaw 72-godzinny, ma sens. I czy jestem w stanie fizycznie dotrzeć piechotą do mojego celu ewakuacji, gdyby taka potrzeba się pojawiła.

Okazało się, że nie.

Że mój zestaw jest złożony bez sensu i że nie jestem w stanie pokonać takiego dystansu pieszo. Marsz na dystansie ok. 60 km rozłożyliśmy na 3 dni. Pierwszego dnia przeszliśmy 21 km. Kolejnego dnia nie byłem prawie w stanie dalej chodzić ze względu na obolałe kostki.

Ja podsumowałem wnioski, opisałem je na blogu, naczytałem się, jak bardzo żałosne to było i jak wielkim amatorem jestem. A potem zająłem się innymi sprawami.

Teraz wreszcie udało nam się znów spotkać z Larsem i ten eksperyment powtórzyć i na łamach tego oraz kolejnych filmów Wam o nim opowiem.

Ale zanim opowiem o samym eksperymencie, cofnijmy się jeszcze na moment do jesieni 2012 r, do naszego pierwszego podejścia.

W zasadzie od samego początku nie traktowałem tego eksperymentu poważnie, bo ucieczka z miasta pieszo byłaby dla mnie ostatecznością. Gdybym musiał wynieść się z miasta, w pierwszej kolejności wybrałbym stojący pod blokiem samochód. Gdybym nie mógł go użyć, wybrałbym komunikację publiczną, rower, albo nawet i próbowałbym złapać stopa. Nie czułem więc, że muszę być w stanie dotrzeć do celu ewakuacji pieszo, niosąc na plecach zestaw 72-godzinny.

Ale porażka tego eksperymentu sprawiła, że zacząłem traktować pieszą ucieczkę nieco poważniej. Nie będę ukrywać, brutalne zderzenie moich wyobrażeń z rzeczywistością trochę mnie zmartwiło i przestraszyło. Dlatego postanowiłem eksperyment powtórzyć za jakiś czas i tym razem przygotować się do niego solidniej. Ten artykuł i umieszczony w nim film podsumowuje właśnie te przygotowania.

Widząc, że nie bardzo będę w stanie dotrzeć do celu ewakuacji pieszo, uznałem, że trzeba zwiększyć szanse na ucieczkę samochodem. Rozpoznałem kilka nowych tras, którymi nigdy wcześniej się nie poruszałem, co zmniejszyło moje szanse na to, że w razie czego utknę gdzieś w miejscu, z którego mogę uciekać dalej tylko pieszo.

Ale najważniejszą, którą zrobiłem, była przeprowadzka. Przeniosłem się w inne miejsce miasta, kilkanaście kilometrów bliżej do mojego celu ewakuacji. Teraz mieszkam też po właściwej stronie Wisły. To nie jedyny powód przeprowadzki, rzecz jasna. Mam teraz też bliżej do pracy, jeżdżę do domu dużo krócej i nie muszę stać w korkach ze względu na remonty mostów. To ta codzienna korzyść z decyzji podjętej także pod kątem trudnych czasów.

Na poważnie zacząłem się przygotowywać do powtórki eksperymentu rok temu, w październiku 2014 r. Poszedłem za radą Seby, z którym w kilka tygodni po pierwszym podejściu rozmawiałem na łamach bloga.

Najpierw określ w czym masz problem i co chcesz osiągnąć. A potem niezwłocznie bierz się do roboty. Zasuwaj tak jak potrafisz i „ile wlezie”, a teorii – douczysz się w międzyczasie. Najpierw działaj – potem będziesz teoretyzował i ględził.

Mój problem polegał na tym, że kostki nie wytrzymały obciążenia. Uznałem, że najprościej i najszybciej będzie je obciążać po prostu więcej chodząc i biegając.

Zacząłem od biegania, bo mi było szkoda czasu na chodzenie. Gdy za pierwszym razem poszedłem biegać, nie byłem w stanie przebiec kilkuset metrów bez zasapania się i zrobienia przerwy. W ciągu 3 tygodni doszedłem do tego, że udawało mi się przebiec ciągiem ponad 3 km, już bez żadnych przerw.

A potem zapisałem się z dziewczyną na kurs tańca towarzyskiego. I okazało się, że po półtorej godziny tańczenia raz w tygodniu przez kilka kolejnych dni tak bolą mnie kolana, że ledwo chodzę po schodach, więc i bieganie musiałem przerwać.

Nie bolały mnie przy chodzeniu, więc skupiłem się na tym i zacząłem po prostu wracać piechotą z pracy do domu.

I to w zasadzie pozostało moją główną aktywnością aż do tej chwili.

Z pracy do domu mam ok. 6 km, gdybym szedł najkrótszą trasą. Szybko mi się ona jednak znudziła i zacząłem chodzić nieco bardziej naokoło, nadkładając trochę dystansu. Czasem wypożyczałem rower miejski by nim odjechać dalej i wrócić sobie piechotą na trasie, której jeszcze nie znałem.

Maksimum, do którego dobiłem, było 15 km pokonanych pieszo w ciągu jednego dnia, przed i po pracy.

Dzięki temu poznałem trochę okolicę. Przyjrzałem się, którędy można przedostać się pieszo, samochodem, rowerem. Wiem, skąd mogę zaczerpnąć wodę, a skąd brać jej nie powinienem. Nie mam jeszcze rozpoznanych wszystkich istotnych miejsc dookoła, ale wiem o nich dużo więcej, niż rok temu.

Także w wolne dni i w wakacje trochę łaziłem. Ćwiczyłem określanie położenia z użyciem mapy. Przekonałem się, że nie do końca mogę polegać na wodzie znalezionej gdzieś na trasie, bo tej może wcale nie być.

Na początku października wystartowałem w ulicznym biegu na 10 km, Biegnij Warszawo. Uznałem, że będzie to ciekawe doświadczenie. Że skoro jestem w stanie przebiec nieco ponad 3 km, to pewnie i 10 km dam radę. Że zobaczę, na ile mogę to, co uważałem za granicę swoich możliwości przesunąć.

Chciałem się trochę do tego biegu przygotować, zwiększając stopniowo przebiegane dystanse, ale jakoś mi to nie szło. Nie było czasu, okazji, ciągle coś mi nie pasowało (choć akurat nie była to pogoda, w deszczu też mi się zdarzyło biegać). Jedyne, co mi się udało osiągnąć, to przebiegnięcie 4 km ciągiem. A potem był ten bieg uliczny.

Na biegu czułem coś w rodzaju presji, by ten dystans cały przebiec. Wystartowałem w nim z dwójką przyjaciół, którzy biegli zupełnie osobno (w innych sektorach czasowych). Nie zakładałem, że cały dystans przebiegnę bez przerwy. Raczej spodziewałem się, że po kilku kilometrach będę musiał iść, by trochę odpocząć, a potem znowu będę biegł.

Myślałem, że przebiegnę 4 km. Potem przebiegłem piąty kilometr. I szósty. Z każdym kolejnym czułem, że głupio byłoby robić przerwę teraz, skoro już tak dużo przebiegłem. Większość ludzi dookoła mnie biegła. Więc i ja biegłem dalej. Skończyło się na tym, że przebiegłem cały dystans bez przerwy.

Była motywacja, były sprzyjające okoliczności, dałem radę wycisnąć z siebie więcej, niż się spodziewałem. Gdybym uciekał z miasta pod ostrzałem, pewnie też bym dał radę.

Zapomniałbym powiedzieć o rowerze, bo zacząłem trochę jeździć na rowerze. Niewiele, ale jednak. W poprzednim roku nie jeździłem prawie wcale, teraz założyłem sobie konto w warszawskiej sieci rowerów miejskich Veturilo i zdarzało mi się jeździć do pracy albo z powrotem.

Łącznie w ramach tych przygotowań

  • przebiegłem 46 km (wliczając Biegnij Warszawo),
  • pokonałem rowerem 168 km,
  • przeszedłem 465 km.

Rekordowym miesiącem był lipiec, gdy przeszedłem 112 km.

W kolejnym materiale opowiem o samym eksperymencie, a następny będzie zawierać podsumowanie i wnioski. Na razie możesz przejrzeć artykuły napisane przez Larsa u niego na blogu. 🙂

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

32 komentarze

  1. GNOM napisał(a):

    Mieszkasz po „właściwej”stronie Wisły 🙂 czyli byle dalej na zachód i dalej od „braci” ze wschodu. 🙂

  2. LosowyNick napisał(a):

    Chodzenie to bardzo fajna idea. Sam od pół roku chodzę codziennie do pracy i z powrotem, ale mam tylko 2 km. Mimo to człowiek uczy się, że ulubione buty wcale nie są najlepsze. Że faktycznie warto skorzystać z oferty sklepów sportowych i dobrać lepsze obuwie. Uczy się ile waży torba po przejściu kawałka i że im dalej tym jest cięższa. Uczy się, że zawsze trzeba mieć przy sobie okulary przeciwsłoneczne a i mała butelka wody się przydaje. Uczy się, że w zestawie EDC powinien być plaster na otarcia stóp itp.

    Przy okazji sugestia artykułu – autor mógłby zebrać od czytelników info co jest w waszych zestawach EDC.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Niezły pomysł. Może zrobimy kiedyś ankietę i porównamy, co kto nosi. 🙂

      • Rafał M. napisał(a):

        Najważniejszy jest ręcznik, jak to zostało przedstawione w filmie i książce „Autostopem przez Galaktykę” 🙂

        A tak na poważnie, to koc (i agrafka) jest absolutnie niezbędny. Może służyć za okrycie (nawet w lato potrafi być 10 stopni w nocy), za posłanie i śpiwór, oraz za… ręcznik.
        Są dostępne za kilka zł bardzo lekkie koce polarowe, takie z przyciętego kawałka materiału bez obszycia.
        Zastanawiam się, czy podobnej funkcji nie pełniłby szybkoschnący ręcznik turystyczny, będę musiał to przetestować.

        Oczywiście niezbędna jest też woda. I kompas, choćby mały (te w telefonach rozładowują baterię).
        Coś do rozpalania ognia już mniej w trakcie ewakuacji, bo może nie być czasu na zbieranie chrustu, a jak się idzie to też jest ciepło.

        Z butów, to istotne by miały na podeszwie gumę pod pietą i palcami, niektóre sportowe mają podeszwę z samej pianki i ta szybko się ściera.

  3. Leszek LJM napisał(a):

    Czytając waszego bloga zawsze dziwiłem się, że wśród umiejętności jakoś pomijacie właśnie te umiejętności związane z pracą fizyczną bez cywilizacyjnych udogodnień. Najoczywistsza oczywistość to właśnie chodzenie – przecież jest ogromne prawdopodobieństwo, że w trudnych czasach nie będzie benzyny, samochodu itp.
    Ja sobie śmigam dziennie z psem, dzięki czemu wzrosła moja tolerancja na długi wysiłek niskiej intensywności i jednocześnie mogłem rozejrzeć się po okolicy.
    No i myślę, że czasem warto się „wypróbować” w pracy narzędziami ręcznymi, bez użycia narzędzi elektrycznych. Wtedy jest okazja do potrenowania mięśni i jednocześnie pomysłowości, bo prędzej, czy później zaczniecie kombinować, jak mimo braku sprzętu elektrycznego sobie ułatwić życie.

  4. Witeq napisał(a):

    myślę, że b.dobrym testem będzie jak spróbujesz dostać się bez samochodu na drugi koniec miasta, (wraz z zestawem ucieczkowym), 11 listopada. podczas tzw marszu niepodległości.
    ogólne zamieszanie, tłumy, korki, przeciążona komunikacja miejska, wyłączone ulice z ruchu, policja na ulicach, grupki podejrzanych „patriotów” – warunki idealne na tego typu testy.
    odpowiesz sobie (i mam nadzieję czytelnikom) na pytania – jak zaplanować trasę, jak dynamicznie reagować na zmiany sytuacji, co zabrać, jak się ubrać?

    • Rafał M. napisał(a):

      Lepiej wtedy piechotą niż samochodem. Samochód może utknąć w korku, jest też łatwym celem.

  5. jurek napisał(a):

    To jest właśnie smutna prawda o zachodzie (do którego tak aspirujemy), społeczeństwo nie jest przygotowane do przejścia jednego dnia więcej niż 20 km. Można się rozpisywać o survivalu na wszelkie sposoby, ale bez kondycji, która pozwoli Ci przenieść własne dziecko na plecach (lub jak kto woli 20 kg prowiantu/sprzętu), można zwyczajnie utknąć w niewłaściwym miejscu, w nieodpowiednim czasie. Na nic się zda znajomość rozpalania ognia, budowania schronienia, etc.
    Czekałem na poruszenie tego tematu, bo moim zdaniem jest jednym z najważniejszych w sztuce przeżycia.

  6. ja napisał(a):

    Te trzy lata temu, czytając relację z pierwszej wyprawy, śmiałem się, że autor bloga nie wie jak się spakować i nie potrafi przejść kilkudziesięciu kilometrów z tym co zabrał, czyli posiada wiedzę i kondycję mniejszą niż np. kilkunastoletni harcerz parę miesięcy po wstąpieniu do drużyny. Ale widzę, że wnioski zostały wyciągnięte, plan poprawy kondycji wdrożony w życie i za to należy się autorowi szacunek.

    Może to nie jest odpowiedni wątek, ale napiszę tu bo to ważna sprawa: Szczepionki. Parę miesięcy temu wpadłem na pomysł, aby zaszczepić się na tężec, błonicę i krztusiec (skojarzona szczepionka DTP). Zwłaszcza na tężec się przydaje bo można złapać nawet od byle zadrapania. No i szkoda, że się wtedy nie zaszczepiłem, bo kilka tygodni temu ukąsiło mnie chore zwierzę. Na izbie przyjęć dostałem anatoksynę przeciwtężcową a teraz biorę obowiązkowe szczepionki przeciwko wściekliźnie. W takim przypadku wszystko jest darmowe. Daje odporność na wściekliznę przez 5 lat a na tężec przez rok. Planuję wziąć jeszcze dwie dawki przeciwtężcowe (koszt rzędu 2×100 zł), co uodporni mnie na tę chorobę na kolejne 10 lat.

    Pokąsanie przez znajome lub nieznajome zwierzę albo skaleczenie czymś brudnym może zdarzyć się każdemu i powinno skończyć się na izbie przyjęć w szpitalu. I tężec i wścieklizna są chorobami śmiertelnymi, trudnymi do leczenia.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Odnosząc się do pierwszego akapitu — dokładnie takiej postawy nie rozumiałem wtedy i nie rozumiem dziś.

      Rozumiałbym naśmiewanie się ze mnie i krytykowanie, gdybym:
      1) był kiedyś harcerzem,
      2) prowadził blog o turystyce pieszej,
      3) udawał eksperta w tej dziedzinie,
      4) dużo chodził.

      Tymczasem nigdy czegoś takiego nie robiłem. Nigdy w życiu nie łaziłem z plecakiem, a pakowałem go tylko na wyjazdy samochodowe. Łażenie nigdy nie było moją ulubioną aktywnością, wolałem jazdę na rowerze, albo ewentualnie airsoft.

      I teraz patrząc z perspektywy tych lat, korzystniej byłoby dla mnie w ogóle o tym temacie nie wspominać. Przemilczeć eksperyment. Nie narażać się żarty i docinki.

      A ja wtedy pomyślałem, że lepiej o wszystkim pisać otwarcie i publicznie, bo to może zmotywuje ludzi w takiej sytuacji jak ja, do wyciągnięcia podobnych wniosków.

      • Piotr napisał(a):

        Krzysiek, odpowiedź jest prosta: prowadzisz stronę na temat survivalu (a przynajmniej tak ją nazywasz) a survival to przede wszystkim sztuka utrzymania się przy życiu i w dobrym zdrowiu (fizycznym i umysłowym) niezależnie od okoliczności (bez tego cała reszta typu zapasy, łączność itd. nie ma znaczenia) – dbanie o ciało (kondycja, wytrzymałość, odporność itd.) to jeden z podstawowych elementów. To jest trochę tak, jakbym ja prowadził stronę o zdrowym odżywianiu i nie wiedział co to jest kaloria a na ewentualne „śmiechy” innych bym odpowiedział, że rozumiałbym, gdybym był:
        a) dietetykiem
        b) trenerem sportowym
        c) technologiem żywności
        d) właścicielem restauracji
        tymczasem nigdy czegoś takiego nie robiłem, ja tylko sobie stronę o zdrowym odżywianiu prowadzę 😀

        Większości praktyków survivalu (teoretyków czy „chomików” jest wielu :D) po prostu ćwiczy, często łącząc kilka rzeczy w jedno (na przykład zamiast biegania/kolarstwa uprawiają sztuki walki – ilość przeznaczonych na trening godzin ta sama, ale oprócz kondycji wynosi się dodatkowe umiejętności). Po prostu bez zahartowanego ciała w dobrej kondycji oraz odpornego umysłu jest znacznie trudniej przetrwać. Jeśli trafi się coś w rodzaju „zimy stulecia” (śnieżyce takie, że większość dróg jest nieprzejezdnych jak to było zimą 1978/79 – totalny paraliż komunikacyjny, cała Polska przysypana 50-80cm warstwą ubitego śniegu a „zaskoczonym drogowcom” udrożnienie kraju zajęło około miesiąca, mimo rzucenia na drogi wszystkiego co się dało wliczając czołgi z jednostek polskich i radzieckich stacjonujących w Polsce) – jeśli w takich warunkach ciało nie wytrzyma kilkunastogodzinnego marszu do celu ewakuacji, to zapasy jedzenia, paliwa i amunicji do „kałacha” zgromadzone w celu ewakuacji nic nie pomogą (tak samo jak nie pomoże zabrane do plecaka ucieczkowego na drogę jedzenie, woda, kuchenki i apteczki).

        • Survivalista (admin) napisał(a):

          Problem polega na tym, że my z Krzyśkiem nie prowadzimy serwisu o tradycyjnym survivalu w lesie czy górach, tylko o przygotowaniach na trudne czasy (survivalu nowoczesnym). Jedno z drugim ma tyle wspólnego, co sprawiedliwość ze sprawiedliwością społeczną, albo krzesło z krzesłem elektrycznym.

          W survivalu nowoczesnym chodzi o to, by w kryzysowej sytuacji poradzić sobie we własnym domu czy mieszkaniu, mieć co jeść gdy w sklepach będą puste półki, mieć wodę, gdy wodociąg przestanie funkcjonować. I móc się ewakuować, gdy zajdzie taka konieczność. Rzecz w tym, że większość czytelników tej strony ma rodziny, którymi będzie chciała się zająć w kryzysowej sytuacji. Opieranie się na marszu z plecakiem w sytuacji, gdy trzeba zabrać ze sobą 90-letnią babcię i 65-letnich rodziców, jest nierealne. Dlatego trzeba zorganizować sprawny samochód i ewakuować się nim odpowiednio wcześnie.

          Oczywiście warto być sprawnym fizycznie, choćby po to, by móc przynieść wodę z beczkowozu na 10-te piętro bloku. Ale kilkudziesięciokilometrowy marsz z plecakiem jest prawdopodobnie jedną z ostatnich rzeczy, którą ktokolwiek w kryzysowej sytuacji będzie chciał zrobić. I w pierwszej kolejności należy się przygotowywać do tego, by nie być zmuszonym ewakuować się pieszo.

          • Piotr napisał(a):

            A ja biedny i naiwny cały czas myślałem, że zarówno w nowoczesnym jak i w tradycyjnym survivalu regułą numer jeden jest utrzymanie ciała przy życiu i cała reszta jest temu podporządkowana i że celem zarówno nowoczesnego jak i tradycyjnego survivalu jest zapewnienie przetrwania niezależnie od okoliczności 😀 Tymczasem dowiaduję się, że tradycyjny survival polega na wycieczkach z plecakiem do lasu czy w góry a nowoczesny na siedzeniu w domu w mieście obok pełnej lodówki – no bez jaj 😀 Zarówno w nowoczesnym jak i w tradycyjnym podejściu trzeba sobie umieć poradzić wszędzie (kryzys nie zawsze dopada w domu gdy siedzimy w kapciach na fotelu i nie zawsze jesteśmy w stanie przetrwać siedząc w domu) a podstawowa różnica jest taka, że tradycyjny survival stawia na pragmatyzm i minimalizm (w myśl zasady, że rezygnuję z wszystkiego, co nie jest niezbędne; czy jak to niektórzy mówią: co nie jest niezbędne, jest zbędne :D) a nowoczesny survival stawia na komfort i zapewnienie w sytuacji kryzysowej warunków życia jak najmniej odbiegających od sytuacji normalnej (czyli odwrotnie: rezygnuję z wygód tylko wtedy, gdy jest to niezbędne, gdy jestem do tego zmuszony).
            A co do wędrowania z 90-letnią babcią: a co jeśli nie da się jechać samochodem (bo na przykład zawiało śniegiem i nie ma szans na przejazd) a ewakuować się trzeba, bo zaczynają krążyć bandy gotowe na wszystko aby przeżyć? Zostawisz babcię z zapasami na pół roku czy weźmiesz ją w śpiwór i pociągniesz za sobą po śniegu? Czy masz wystarczająco dużo siły aby móc skorzystać także z drugiego wariantu czy też będziesz w 100% zależny od samochodu i jak samochodem się nie da, to „dupa i kamieni kupa”?
            Tak z innej beczki – mój dziadek ma teraz 92-lata i mieszka sam w domku na wsi (inna rzecz, że kilkaset metrów od moich rodziców, więc w razie czego pomoc jest) i jest jeszcze samowystarczalny, hoduje kury, kaczki, psy i koty, sam przy sobie wszystko robi itd. a jeszcze 10-15 lat temu, to na pielgrzymki do Częstochowy chodził – odległość około 300km a tempo 25-35 km dziennie (i tak nie jeden dzień, tylko kilkanaście dni dzień w dzień, niezależnie od tego czy słońce czy deszcz), a teraz „młodzi” w miastach mają problem żeby na przykład kilometr czy dwa piechotą przejść (musi być podwózka samochodem/autobusem, albo przy powrocie z imprezy taksóweczka :D).
            Moim zdaniem lepiej jest wziąć przykład z Krzyśka i wziąć się za siebie, niż usprawiedliwiać się produkując wymówki (bo nawet najlepsza wymówka jest skuteczna jedynie na potrzeby dyskusji, ale już nie pomoże na przykład uciec przed zgrają bezpańskich psów czy napastnikiem z nożem w ręku).

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            To nie pierwsza i pewnie nie ostatnia dyskusja na temat jednego i drugiego survivalu, jaką tu toczymy na łamach komentarzy.

            I im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że granica między jednym a drugim podejściem leży u każdego z naszych Czytelników gdzieś indziej.

            Dla mnie osobiście, survival tradycyjny z budową schronienia w lesie i zaimprowizowanymi metodami rozpalania ognia, nie ma niemal nic wspólnego z przygotowaniami na trudne czasy. Umiejętność budowy tego schronienia i rozpalenia ognia nijak mi życia nie uratuje w sytuacji kryzysowej, na jakie się przygotowuję, bo nie będę w stanie utrzymać przy życiu siebie i swojej rodziny w lesie.

            Co do ewakuacji, to na tak zadane pytanie musi sobie odpowiedzieć każdy sam.

          • Piotr napisał(a):

            Nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie wydarzy się sytuacja kryzysowa. Ja wolę umieć sobie poradzić zarówno w mieście jak i na przysłowiowym zadupiu w lesie (bo gdy w tym lesie „stanę” ze względu na przykład na zwarcie w instalacji elektrycznej i pożar samochodu, to wolę umieć sobie poradzić także bez tego wszystkiego, co miałem przygotowane w bagażniku).
            Co do subiektywności „linii granicznej” survivalu tradycyjnego, to nie pozostaje mi nic innego jak się z Tobą zgodzić – dla mnie survival tradycyjny to nie to samo co bushcraft, survival wojskowy czy tzw. turystyka ekstremalna, dla Ciebie zaś survival tradycyjny to nawet mniej niż bushcraft.
            W pełni się też z Tobą zgadzam, że większość ludzi nie będzie w stanie przetrwać w lesie, tak samo jak nie będzie w stanie przetrwać w mieście.
            Osobiście nie przygotowuję się na konkretne typy kryzysów i konkretne scenariusze, bo tak na prawdę nie mam szans przewidzieć i przygotować się na wszystko co może mnie spotkać w perspektywie powiedzmy 10-ciu lat i czy będzie to utrata dochodów, krach gospodarczy w skali kraju czy europy, uszkodzenie/pożar samochodu na odludziu, pożar (lub atak terrorystyczny) w zwyczajnym markecie, awaryjne lądowanie samolotu na Syberii czy atak „zimy stulecia” – bazowa wiedza i umiejętności utrzymania swojego ciała przy życiu oraz sprawność fizyczna są ważne zarówno w tradycyjnym jak i w nowoczesnym survivalu, bo niestety sytuacji kryzysowej się nie wybiera 😀

        • djans napisał(a):

          Piotr, robisz chłopakom zarzuty, jakby prowadzili blog ekspercki z płatnym dostępem, a w poruszanych tematach wypowiadali się ex cathedra, nie pozwalając komentującym na cień krytyki.

          Tymczasem jeden z nich nie ma nawet harcerskiego doświadczenia, drugi zainteresował się survivalem po zagraniu w Fallouta. To z nich nie robi autorytetów, ale przecież oni nie odczytują wykładów, tylko dzielą się swoimi doświadczeniami na bieżąco, zdobywanymi w ramach czynionych eksperymentów.

          Dla mnie to ma o wiele większą wartość, bo w autorytety nie wierzę, a i nie znajduję przełożenia prawideł turystyki ekstemalnej na kryzysową codzienność. Poza tym, w najgorszym razie: dobry zły przykład jest o wiele bardziej pożyteczny, niż zły dobry przykład 😉

          • Piotr napisał(a):

            Nie, nie robię zarzutów, wręcz przeciwnie, Krzysiek ma w moich oczach dużego „plusa” za podejście (czyli jest problem, to nie szuka ucieczki od niego, tylko go rozwiązuje). Ustosunkowałem się tylko do tego czemu ludzie zareagowali jak zareagowali na pierwszą edycję „Karaluch Challenge”. Znam paru survivalowców/preppersów, którzy spędzają czas na siedzeniu przed kompem i kupowaniu „przydasiów” oraz na niekończącym się debatowaniu na temat miliarda różnych scenariuszy i dziesiątkach tras ucieczkowych i myślą, że do osiągnięcia celu wystarczy dobry plan teoretyczny (czy to na kartce, czy w głowie) a potem nigdy tych planów nie weryfikują w praktyce (nawet nie sprawdzą, jak to jest siedzieć 48h w domu bez prądu). Krzysiek przynajmniej część weryfikuje, chociażby tak jak w tym wpisie sprawdza swoje możliwości fizyczne i nad nimi pracuje – i bardzo dobrze a ja się tego nie czepiam, tylko pochwalam. Wyjaśniłem jedynie z mojego punktu widzenia czemu się ludzie czepiali poprzedniej „wyprawy”: Krzysiek skupił się wtedy na sprzęcie, planowaniu trasy itd. zapominając o najważniejszym elemencie, czyli przygotowaniu samego siebie (co dla każdego piechura jest „elementarzem”, bo to przede wszystkim człowiek idzie a nie plecak na jego plecach czy mapa i kompas w garści :D).

  7. djans napisał(a):

    Bardzo się cieszę, że zgodnie z moimi sugestiami na innym forum ;), przykładasz sporą wagę do codziennego chodzenia.

    A tak serio, jak pisałem tam, żeby wyrobić sobie dobrą kondycję marszową wcale nie potrzeba biegać w maratonach. W warunkach ewakuacji nie będziemy przecież biec, ani nawet dreptać, tylko maszerować wydłużonym, szybkim krokiem.

    Bieganie jest zbyt kontuzjogenne i wymusza posiadanie sylwetki Masajów, czy innych sawannowych Murzynów – suchej, lekkiej, tyczkowatej. Tymczasem nam raczej zależy na takiej jak z rzeźb doby antyku. No może niekoniecznie Herkules Farnezyjski, ale jak Grupa Laokoona, czy chociaż dyskobol.
    Zresztą z kilkudziesięcio kilogramowym plecakiem, to i Masaj nie pobiegnie, a pomaszerować można i posiadając piwny mięsień.

    Byłbym baaaardzo ostrożny w liczeniu na auto, jako środek ewakuacji. Jeśli nie ma ono jakiejś większej zdolności terenowej, pozwalającej ujechać choćby przez zaorane, niezabronowane, wilgotne pole, to klops. Nie wspominając już o pokonywaniu najmniejszych rowków melioracyjnych.
    Normalne drogi zakorkują się w ciągu kilkudziesięciu minut.

    Za to polecam rower. Jadąc nawet najwolniej zawsze będziemy szybsi od biegnącego, czy maszerującego, a zmęczenie w porównaniu znikome. W gorszym terenie możemy go zwyczajnie prowadzić, po uprzednim obwieszeniu bagażem, a w ostateczności nawet zarzucić na ramię i nieść, np. przez bród, czy nasyp kolejowy (warunek – zamknięta rama).
    Sam w ten sposób złaziłem swego czasu dolinę Bystrzycy.

    • Piotr napisał(a):

      Dokładnie. Nie chodzi o bieg przez pół godziny czy godzinę, tylko o wytrzymałość (długotrwały wysiłek o małej lub średniej intensywności, na przykład marsz z plecakiem przez 10-12 godzin).

      • djans napisał(a):

        Nawet nie to. Po prostu bieganie maratonów, czy uprawianie innych wyczynowych sportów w pewnych sztucznych, na potrzeby tych sportów wykreowanych, warunkach słabo się przekłada na prawdopodobny kryzys i statystycznego Jana.

        Bo przecież nie o to chodzi, by przebiec na pusto kilkadziesiąt km bez przystanku, albo wspiąć się po kilkusetmetrowej pionowej ścianie. Oczywiście fajnie, jak ktoś potrafi jedno i drugie, ale raczej chodzi o jakieś optimum, jak kondycja pozwalająca na wspomniany przez Ciebie długi marsz z ciężkim plecakiem, czy siła potrzebna do wspięcia się na przeciętny mur.

        • Fomalhaut napisał(a):

          Całkowita zgoda co do tego co pisze „djans”. Dorzucił bym jeszcze jeszcze jako alternatywę to roweru (nieco gorszą ale ma swoje plusy) wózek ala Tesco lub wózek dziecięcy. Choć w wózku się samodzielnie nie pojedzie to jednak ich ładowność jest znacznie większa niż sakw rowerowych. Mają tę zaletę (marketowy) ,że nie złapią gumy choć wymagają utwardzonej nawierzchni (marketowy) bo dziecinny z dużymi kołami to nawet po górach daje radę. Można je łatwo doczepić do roweru jako przyczepkę. Bezdomni często przemieszczają się z różnymi wózkami – rzadziej z rowerami. Przy powolnym marszu nawet lżej iść z wózkiem niż jechać rowerem który wymaga jednak jako takiej sprawności i wysiłku. Na wózku można się oprzeć jak na „chodziku” i osoby które nie są w stanie samodzielnie chodzić – mogą się przemieszczać. Wolno bo wolno ale zawsze i to o własnych siłach. W przypadku szybkiej ucieczki (ewakuacji) rower wydaje się optymalny. Ale już w przypadku „eksploracji” jakiś terenów wózek zdaje się będzie lepszy. Oczywiście wózek ze „skarbami” jest pokusą dla złodzieja, szabrownika choć i to można rozpatrywać jako element „kamuflażu” i strategii. W razie zagrożenia porzucamy wózek i stawiamy napastnika w sytuacji wyboru „gonić go czy zbadać wózek ? Jeśli pogoń to wózek zostawię na pastwę innych” Przecież nikt nie każe nam mieć najcenniejszych rzeczy w wózku. Mogą być w plecaku ,a w wózku np. drugi koc ,większy zapas wody itp. Coś co czego strata nie jest krytyczna. Taka strategi jaszczurki odrzucającej ogon. Sprawdzone w przyrodzie.

          • Krzysztof Lis napisał(a):

            Na tym biegu ulicznym widziałem kilka osób, które biegły właśnie z takim wózkiem, który można używać jako duży i wygodny wózek dla większych dzieciaków, albo jako przyczepkę rowerową.

            Odrobina modyfikacji pozwoli ciągnąć go za sobą idąc pieszo. Myślałem o zakupie takiego urządzenia, ale na razie nie mam pieniędzy.

          • Fomalhaut napisał(a):

            Rozważając dalej sposoby przemieszczania się dochodzę do wniosku ,że rower trójkołowy w sporym stopniu posiada zalety zarówno roweru dwukołowego jaki wózka marketowego. Można na nim jechać ,ale też ma ładowność wózka. Co prawda jest ciężki (zależy jaki) ale stoi o własnych siłach i da się na nim przewieźć osobę chorą lub ranną, co pozostałych przypadkach jest bardzo trudne lub niemożliwe. Oczywiście nie jest taki wąski jak zwykły rower więc raczej jest na jakieś drogi. Tu artykuł o takich rowerach:
            http://wrower.pl/porady/jaki-rower-kupic-rowery-trojkolowe,3225.html
            Może więc coś składanego z możliwością wyboru – kosz czy fotel było by dobrym optimum do przemieszczania się w trudnych czasach ?

          • djans napisał(a):

            Dla mnie konieczność korzystania z dróg przy użytkowaniu wózków dyszlowych, czy rowerów trójkołowych w zasadzie je dyskwalifikuje. Chyba, że traktować wózek na zasadzie tego ‚ogona jaszczurki’. Wówczas to może być całkiem dobra opcja prostego zwiększenia ładowności.

            Rzeczy niezbędne w sakwach rowerowych, w plecaku, etc., nadprogramowe bonusy w wózku. Bardzo fajna opcja.

            Sam rower wolałbym jednak taki, który mogę prowadzić przez las, zachwaszczoną łąkę, czy nieść na ramieniu. W przypadku ewakuacji bez roweru, jedyny wózek na jaki bym się zdecydował, to także bardzo mobilny składany wózek bagażowy/transportowy. Taki np. co ważąc 2 kg ma 70 kg udźwigu.

          • Fomalhaut napisał(a):

            Jeszcze jeden link, tym razem film o dosyć ekstremalnym rowerze którym co widać wszędzie się dojedzie i to dosyć szybko .
            Normalnie sama radość:

    • Pawel napisał(a):

      Djans skoro zlaziles doline bystrzycy jesteś prawdopodobnie z okolic Lublina .
      Jeśli temat survialu jest nadal aktualny daj znac jestem z Lublina może wymienimy doświadczenia.
      pozdrawiam Pawel.

      • djans napisał(a):

        Nie jednemu psu – Burek 😉

        Miałem na myśli Bystrzycę – lewy dopływ Odry. Znam też trochę Bystrzycę Kłodzką, ale nad tą z okolic Lublina nigdy nie byłem.

        Pozdrawiam.

  8. Oskar napisał(a):

    Witaj , mam kilka wątpliwosci tzn. Oglądałem twoje filmiki różnie raz po kolei a raz to co uważałem za interesujace , ALE dosyć częśto w róźnych twoich poradnikach , jest nawiazanie do gromadzenia zapasów , ( nie mówie, że to głupota ) Ale jeśli mamy taką sytuacje :
    Mamy godzine na spakowanie się , bierzemy B.O.B ( zestaw ucieczkowy na 72h) , to po jakiego grzyba mielismy gromadzić zapasy jeśli i tak z nich dajmy na to, nigdy nie skorzystamy ?
    Uciekamy na działke bo , wybuch chemiczny był , albo wojna , to zostawiamy wszystko i uciekamy do naszego punktu ewakuacji , a z 100 litrami wody , i 200kg jedzenia trudno uciec , nawet autem. Oczywiście w razie powodzi to świetna sytuacja , ale juz zestaw BOB to tylko zawadza, bo jak mamy zapasy to siedzimy w domu ( ja mam duży dom piętrowy to moge ) i juz BOB zawadza .
    Dlatego Mam pytanie , jeśli mamy z góry jakiś obrany cel , czy też miejscówke na ucieczke to po co robić zapasy , i czy warto ? A moze nie robić BOB a zrobić zapas żywnosci ?
    Ogladałem różne poradniki , i dużo takich surwiwalów , i nie dokońca jestem przekonany , gdyż nie wiadomo co sie moze stać , a lepiej mieć lepszą „Bazę” niz górę jedzenia która się zmarnuje , po ucieczce

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Nie każda sytuacja zmusi Cię do ucieczki z miasta i dlatego w wielu przypadkach zapasy, które masz w domu, będą przydatne.

    • djans napisał(a):

      W razie pożaru uciekasz z domu, czy chwytasz za gaśnicę? Wszystko zależy od konkretnej sytuacji, prawda?

  9. bura2 napisał(a):

    I bardzo dobra decyzja. Od siebie dodam tylko, żebyś nie robił sobie przerwy przed testem. Ja będąc całkiem sprawny fizycznie miałem 4 mies przerwy i po udziale w dłuższej imprezie na orientację załapałem lekką kontuzję.

    Dobry trening pomocniczy to marsze na orientacje – są różne trasy od 10 do 100 km, jedne bardziej hardcorowe inne bardziej rodzinne. Możesz wybierać.

    Jasne, że lepiej jest dotrzeć do celu autem niż z buta. Chociażby dlatego że nawet jakieś stare kombi zapewni nam miejsce do schronienia się przed deszczem, energię elektryczną i możliwość zabrania tylu zapasów, że przez miesiąc nie trzeba troszczyć się o nic.

    Ale po prostu lepiej być sprawnym – chociażby do sypania worków na wały powodziowe, ewakuacja to nie wszystko.

  10. amzel napisał(a):

    Nie mam gdzie się ewakuować i w zasadzie nie mam takiego zamiaru.
    Pozostanę w swoim mieszkaniu w mieście.
    Pomimo tego nie zrezygnowałem z
    zestawu ucieczkowego ,który teraz leży w szafie i czeka.
    Może być że będę jednak musiał z jakiegoś powodu to mieszkanie
    opuścić to się przyda.
    Ja uważam podobnie jak Piotr że musimy łączyć survival miejski z innymi .
    Leśny może być w określonych sytuacjach nam bardzo przydatny
    kiedy będziemy musieli zrobić schronienie czy rozpalić ogień.
    Uważam też że dobrze jest mieć
    jakąś wiedzę z zielonej kuchni.
    Nigdy nie przewidzimy co może się
    zdarzyć i co będzie nam potrzebne.
    Jakiś wózek do transportu to super
    pomysł.
    Lepiej ciągnąć jak targać na plecach .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner