PowerPot 5 – recenzja garnka, który może ładować telefon

W dzisiejszym materiale pozostajemy w temacie gotowania. Ale nie w temacie kuchenek, jak ostatnio, bo bohaterem dzisiejszego tekstu i filmu jest PowerPot 5, czyli garnek, który podczas gotowania wytwarza prąd.

Garnek ten ma w środku tak zwane ogniwo Peltiera. Jest to składający się z półprzewodników wynalazek, który po podłączeniu prądu może służyć do transportu ciepła. W tym celu wykorzystywany jest na przykład do chłodzenia procesorów w komputerach.

Tutaj ogniwo Peltiera działa na odwrót. Dzięki występującej podczas pracy garnka różnicy temperatur, wytwarza ono prąd, którym można ładować na przykład telefon komórkowy.

PowerPot 5 podczas pracy wytwarza prąd o napięciu 5V i natężeniu do 1A, czyli o mocy 5W. Stąd jego nazwa. Jest też większy PowerPot 10, który jest w stanie wytwarzać 10W energii elektrycznej.

W zestawie dostajemy gustowne etui, miskę, kable, oraz sam garnek PowerPot 5. W dnie garnka znajdują się dwa (o ile dobrze rozumiem schemat ze strony producenta) ogniwa Peltiera. Dzięki ogrzewania dna na kuchence i odbierania ciepła przez wodę znajdującą się w garnku powstaje różnica temperatur, która umożliwia pracę tych ogniw.

Garnek jest w stanie wytwarzać do 5W energii elektrycznej. Im mocniej go grzejemy, im zimniejszą mamy wodę, tym więcej. Producent zaleca, by do środka wlewać wyłącznie wodę, choć osobiście nie obawiałbym się chyba gotowania tam kawy zbożowej czy herbaty. Może też odważyłbym się ugotować ryż, w większej ilości wody. Istotne jest, by dbać, aby nic się do dna garnka nie przypaliło. Ogniwo Peltiera w dnie garnka może ulec uszkodzeniu, gdy zostanie przegrzane, czyli gdy ciepło we wnętrzu garnka nie będzie dostatecznie szybko odbierane. Z tego samego względu, nie wolno uruchamiać garnka (stawiać go na kuchence) bez wody w środku. Nie można też wylewać z niego całości wody, dopóki nie przestanie się go ogrzewać.

Producent zaleca, by woda w PowerPot 5 była możliwie zimna. To się oczywiście kłóci z sensem istnienia garnka do gotowania wody. Ale jeśli po przygotowaniu posiłku chcemy dalej ładować telefon, czy inne urządzenie, to dolewajmy do niego zimnej wody. Można (a nawet warto) dołożyć śniegu czy lodu. Chodzi o to, że im większa różnica temperatur między dnem garnka a zawartością, tym wydajniej może on wytwarzać prąd.

Producent wspomina też, by garnka nie otaczać płomieniami. Czemu? Między innymi po to, by ogniwa Peltiera nie przegrzać, ale też po to, by nie uszkodzić na przykład kabli wychodzących z dna. Poza tym dno do samego garnka przyklejone jest jakimś silikonem, który poddany bezpośredniemu działaniu płomieni może ulec uszkodzeniu. Ma to znaczenie, gdy używamy garnka na ognisku.

PowerPot 5 przy pracy na kuchence z dwóch puszek.

PowerPot 5 przy pracy na kuchence z dwóch puszek.

Ponieważ ogniwa Peltiera znajdują się na środku dna, producent zaleca, by tu właśnie koncentrować płomień. Jest to oczywiście łatwiejsze w przypadku kuchenek turystycznych (choćby i hobo stove ze stalowego ociekacza na sztućce), niż w przypadku ogniska.

Po co preppersowi PowerPot 5?

Po co komu taki garnek? Po co preppersowi taki garnek – zapytacie. I to jest całkiem rozsądne pytanie! Ze wszystkich urządzeń, które można użyć do wytwarzania prądu w kryzysowej sytuacji, to jest chyba jednym z najmniej wydajnych. Wymaga sporego wkładu energii, by wytworzyć w sumie niewielką ilość prądu.

No to po co to komu?

Amerykańscy prepersi mają takie fajne powiedzenie:

Two is one. One is none.
Three is for me.
Four is even more.
Five keeps me alive.

Odnosi się ono do tego, by każdą z naszych potrzeb zaspokajać kilkoma urządzeniami, na kilka sposobów. I właśnie jedną z ostatnich warstw przygotowań na brak prądu do ładowania telefonu komórkowego (czy innego tego typu urządzenia) może być właśnie PowerPot 5.

Jeśli często jeździcie na spływy kajakowe, albo wędrujecie z plecakiem i namiotem, to sytuacja wygląda inaczej. W takim przypadku przecież zawsze macie ze sobą jakieś naczynie do gotowania. Biorąc właśnie ten, możecie zrezygnować z ładowarki na korbkę. Oczywiście, potem może się okazać, że do użycia garnka potrzebujemy zużyć więcej gazu, benzyny, czy drewna, ale to inna rzecz.

W domu jest oczywiście masa innych rozwiązań, by naładować telefon komórkowy. Choćby taka ładowarka na baterie. Gotowanie przez godzinę wody na domowej kuchence nie będzie najlepszym wyjściem.

Pewien niewielki kłopot przy eksploatacji garnka wynika z zastrzeżenia, by nie wylewać z niego wody, dopóki nie przestanie wytwarzać prądu. Trzeba więc podczas gotowania czegoś zestawić garnek z kuchenki, ostudzić dno, stawiając na przykład na ziemi, a gdy zgasną diodki na gniazdku do ładowania, można garnek opróżnić. Nie jest to bardzo kłopotliwe, ale jednak trzeba o tym pamiętać.

PowerPot 5 kosztuje w popularnym serwisie aukcyjnym na A ok. 350 złotych i bądźmy szczerzy, to jest kupa pieniędzy. Za te pieniądze można złożyć mały zestaw fotowoltaiczny, który wytworzy prądu znacznie więcej, niż ten garnek. No ale ten garnek nie został stworzony dla preppersów, tylko dla ekstremalnych turystów, którzy mają czas, by gotować wodę o godzinę dłużej, bo nie mają prądu dla telefonu komórkowego. Osobiście, będąc kimś takim, wolałbym nosić ten garnek, niż ładowarkę na korbkę, czy zwijaną w rulon baterię słoneczną. Może w najbliższym sezonie będę miał okazję go przetestować.

Nie mam za bardzo możliwości sprawdzenia, jaką realną wydajność prądową ma ten garnek i ile czasu trzeba byłoby ładować telefon. Do tego trzeba byłoby zorganizować jakiś układ pomiarowy.

Jak widać na filmie, garnka do pracy na kuchence z puszek nam się zmusić nie udało, pomimo spalenia całego zapasu paliwa w kuchence. Obstawiam, że to dlatego, że nie byliśmy w stanie skierować całego płomienia na środek dna garnka. Gdyby kuchenka była lepiej osłonięta, powinno to być możliwe. Na kuchence gazowej u Artura w kuchni garnek zadziałał błyskawicznie i jesteśmy głęboko przekonani, że identycznie zadziałałby na omawianej ostatnio kuchence na paliwa ciekłe.

Krzysztof Lis
PowerPot 5
41star1star1star1stargray

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

15 komentarzy

  1. Bunkier napisał(a):

    Niestety jak dla mnie – bez sensu. Gadżet, zupełnie bezużyteczny. Ogniwa Peltiera nie słyną z wydajności, a prąd 1A ładuje mój telefon do pełna przez około 6 godzin. Powerbank można kupić za 60 zł, ja ostatnio dostałem, pozwala co najmniej dwukrotnie naładować telefon. Więc takie urządzenie ładowane ogniwami słonecznymi będzie dużo skuteczniejsze, wydajniejsze i tańsze.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Jakkolwiek zgadzam się co do wydajności tego urządzenia, to nie zgadzam się, że powerbank z bateriami słonecznymi będzie od niego lepszy. Oczywiście, dwa razy Ci telefon naładuje, ale potem co? Ile później trwa naładowanie powerbanka wbudowaną baterią słoneczną?

      • Bunkier napisał(a):

        Nie wbudowaną. Dołączaną 🙂 Tak kalkulujesz, żeby było szybsze. W dzień masz telefon przy sobie, powerbank się ładuje, w nocy ładujesz telefon 🙂

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          Jasne, że tak. Zresztą wspomniałem w filmie, że za 350 zł to już można fajny zestaw fotowoltaiczny złożyć. 🙂

        • Piotr napisał(a):

          Co do tych 6 godzin ładowania – trochę chyba jednak przesadziłeś (albo masz strasznie niewydajny układ ładowania w telefonie). W moim telefonie mam baterię 1,3Ah i ładowarką dołączoną do telefonu (5V/500mA) ładuję ją w około 2-3 godziny (a potem telefon pracuje na niej 2 tygodnie, a przy małym użytkowaniu i w miejscach o silnym sygnale, to nawet trzy), a jeśli podepnę do ładowarki samochodowej (5V/2A) to ładuję niecałe dwie godziny (telefon bierze z ładowarki maksymalnie 1A – nie da się naładować szybciej).
          Kolejna rzecz to praktyczność powerbanków – piszesz, że w dzień masz telefon przy sobie a powerbank się ładuje: owszem, można tak, ale nie w sytuacji gdy się przemieszczasz z miejsca na miejsce (naładowanie telefonu w domu czy w samochodzie to żaden problem, powerbank nie jest do tego potrzebny). Jeśli na przykład wybieram się na wypad pokroju tego https://www.youtube.com/watch?v=uOBezpxPY_k (czyli próba pokonania pieszo 350km bez zaopatrywania się w sklepach, mieszkania w domach itd., czyli długa piesza ewakuacja z „niepozornym” bagażem), to wolałbym mieć garnek z pelterem i raz na kilka dni sobie podładować telefon przez 3 godziny na ogniu niż się bawić w panele fotowoltaniczne (zwłaszcza że te małe produkują niewiele energii, zwłaszcza zimą gdy dzień jest krótki i gdy musisz unikać „ekspozycji” na otwartym terenie). Garnek tak czy siak jakiś się zabiera – dokładając do tego garnka kilkadziesiąt gramów ekstra masz wystarczająco dużo prądu aby na bieżąco podładowywać telefon (czy na przykład małą ręczną radiostację, GPS-a itp.) – podładowując telefon (nie smartfon, tylko taki zwykły, prosty w rodzaju Samsung Solid) codziennie przez pół godziny (normalnie gotując dwa razy dziennie wodę na herbatę itp.) w wystarczającym stopniu zrekompensujesz energię jaką zużywa telefon w ciągu dnia.
          Powerbanki są ok, ale nie na każde warunki, ogniwa Peltera w postaci garnka (czy na przykład kuchenki BioliteStove) są świetnym ich uzupełnieniem, bo na panelach fotowoltanicznych nie zawsze (nie w każdej sytuacji) można polegać.
          Wiadomo, że najlepiej jest mieć i jedno i drugie, ale jeśli miałbym wybierać tylko jedno z tych urządzeń do plecaka ucieczkowego, to wolałbym mimo wszystko zabrać ze sobą PowerPot-a niż powerbank (może dlatego, że telefon którego używam, Samsung B2710, nie jest jakoś specjalnie prądożerny i przez pierwszy tydzień odcięcia od prądu mogę w ogóle nie myśleć o ładowaniu telefonu).

          • djans napisał(a):

            Po pierwsze, to po co Ci prąd podczas takiego przemarszu?

            Ja osobiście na taką drogę zabrałbym minimum sprzętu – kawałek papierowej mapy, plus ewentualnie jakiś kompas., jeśli kto potrzebuje. Żadnych GPSów, radiostacyj, etc. Na wszelki wypadek wyłączony telefon w kieszeni i jakaś słaba ledowa latareczka (w nocy się nie łazi). Tym bardziej zamiast takiego gara – lekki, cienkościenny kubeczek stalowy, ot na kawę.

            Co się zaś tyczy rozwiązania uniwersalnego, na każdy czas, to:

            – powerbank oparty na paluszkach AA, które możesz kupić, znaleźć, ukraść jak już padną akumulatorki z zestawu, albo gdy ich nie będziesz miał okazji naładować

            – ładowarka na korbkę, bo nie potrzebujesz się zatrzymywać, rozpalać ognia, szukać strumieni, czy modlić się o wiatr

            – ładowarka solarna

            Taki zestaw to oczywiście nieduża sprawność i duże straty, za to ogromna elastyczność i uniwersalność.

          • Piotr napisał(a):

            Co do sprzętu na wspomniany wypad – wszystko zależy od kontekstu, jeśli to ma być turystyczny wypad i idą sami „zaprawieni w boju” to można z przysłowiową puszką survivalową wielkości paczki papierosów się wybrać czy pozwolić sobie na niemaszerowanie w nocy; no ale jeśli kontekst jest nieco bardziej realny typu idziesz z rodziną, dziećmi (być może dziadkami) i jest to na przykład ucieczka przed wojną/zanieczyszczeniem/rewolucją czy czymkolwiek innym, to cienkościenny mały kubeczek może być za mały, no a w dodatku zimą przy krótkim dniu marsz po zmroku może się opłacać, tak samo może opłacać się kontakt telefoniczny na przykład z rodziną/znajomymi za granicą (do której się przykładowo udajemy) czy orientacja w rozwoju sytuacji kryzysowej poprzez słuchanie wiadomości nadawanych przez rozgłośnie radiowe (czy na przykład nasłuch komunikacji zwykłych ludzi na CB czy PMR lub powiedzmy komunikacji służb takich jak OSP).
            To nie znaczy, że takie rzeczy są niezbędne do przeżycia – owszem, nie są, ale z drugiej strony Peltier w niewielkim stopniu zwiększa masę czegoś, co i tak bym zabrał ze sobą (podobnie jak 150-gramową radiostację 2m/70cm z szerokopasmowym odbiornikiem, czy „normalną” latarkę czołową).

          • djans napisał(a):

            Chodziło mi o tę konkretną wyprawę testową.

            W sytuacji ewakuacyjnej tym bardziej bym nie polegał na tak mało wydajnym źródle prądu, a do grzania większej ilości wody wolałbym jakiś samowar turystyczny, bo ten garnek i pod tym względem nie jest zbyt wydajny.

          • Piotr napisał(a):

            Samowar? Moim zdaniem jest zbyt mało uniwersalny, w zasadzie nadaje się tylko do gotowania wody, ciężko w nim na przykład śnieg czy lód stopić a już na przykład o gotowaniu ryżu można zapomnieć, poza tym waży znacznie więcej niż wspomniany garnek i jest znacznie mniej „pakowny”. Używałem kilka razy KellyKettle – do gotowania wody rewelacja, ale… w zasadzie tylko do tego (i raczej do wożenia w samochodzie niż noszenia w plecaku). W terenie zwykle nie ma problemów z opałem więc to, że trzeba spalić nieco więcej knieja do zagotowania wody w garnku niż w samowarze nie stanowi problemu.
            A prądu dużo nie zużywam, niemniej jednak trochę się go przydaje (do komórki i radia, ewentualnie latarki) i te „trochę” można uzupełniać nawet z tak „kiepskiego” źródła praktycznie w nieskończoność jednocześnie tylko nieznacznie zwiększając masę bagażu.

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            Lars z Karalucha w swoim Kelly Kettle gotował też makaron. 🙂

          • Piotr napisał(a):

            @Survivalista: raz to można ugotować ryż czy makaron, ale weź to później umyj tak, żeby przy następnym użyciu za kilka godzin nie zarazić się bacillus cereus 😀
            To jest podobnie jak z tym, że w naczyniu/butelce PET można zagotować wodę – owszem, można ale… część butelek PET z napojami jest od wewnątrz spryskiwana cieniutką warstwą specjalnego lakieru chroniącego przed przenikaniem promieni UV (dlatego też i SODIS z niektórymi butelkami nie działa!) i lakier ten ma „temperaturę topnienia” około 80-90 stopni – można się nieźle przejechać stosując PET-a do awaryjnego gotowania wody (podobnie jak stosując puszkę aluminiową po napojach itp. – też są lakierowane od środka).

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            Dlatego jestem ogromnym zwolennikiem kuskusa, który większość tych problemów rozwiązuje. 😀

          • djans napisał(a):

            Zup nigdy w terenie nie gotowałem. Tym bardziej kasz, czy makaronów – szkoda wody, szkoda zachodu. Ziemniaki czasem do upieczenia. A tak, to chleb, czy suchary. Wrząca woda, to mi jedynie na kawę/herbatę potrzebna i od tego blaszany kubeczek w którym się gotuje kolejno dla dwu, trzech osób. Przy większym stadzie, to taki samowar by mógł mieć rację bytu.

  2. bura2 napisał(a):

    Jak się człowiek ewakuuje to nie rozbija obozu z ogniskiem na cały wieczór i wszelkie gotowanie i inne prace obozowe ogranicza się do minimum. Nie ma czasu. Liczą się pokonane km. I w nocy się idzie jak najbardziej. Ale zwykła czołówka ze świeżymi bateriami wystarczy na tydzień.

    Ucieczka z buta to ostateczność, a jeśli mamy rower to juz mamy dynamo czyli znacznie lepszą rzecz, bo i tak musimy się ruszać. Nie wspominam o gniazdach zapalniczek w samochodach. Zresztą na tydzień przebywania w terenie to można zabrać ze sobą baterii i powerbankow. Jeśli musimy być dłużej w drodze bez dostępu do jakiegokolwiek gniazdka to pewnie przestaną być potrzebne.

    W domu czyli w warunkach stacjonarnych jest mnóstwo innych sposobów ładowania elektroniki. Lepszych. Gdyby ten garnek dawał prąd podczas normalnej pracy to jeszcze. Ale jak tam trzeba na siłę trzymać zimną wodę…

    • djans napisał(a):

      Też wychodzę z założenia, że jak się ucieka, to się nie pichci zupek przez godzinę. Baterie zwykłe i aku wolałbym zabrać, zamiast takiego garnka, jednak jakieś źródło ich ładowania chciałbym też mieć. Bo nie wiadomo ile się z tego tygodnia urodzi.

      Te nocne marsze, to raczej jako jednorazowy wyjątek, niż zasada. Tempo będziemy mieć gorsze, niż za dnia, spać i tak czasem musimy, więc czemu nie w nocy, no i światłem możemy kogoś niepotrzebnie zainteresować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner