„Oblężone” w Leningradzie, czyli co się dzieje, gdy ludzie głodują

Miałem niedawno okazję i wątpliwą przyjemność przeczytać wydaną nakładem PWN książkę zatytułowaną „Oblężone”. Książkę tę stanowią zapiski trzech kobiet, które znalazły się w oblężonym w okresie 09.1941-01.1944 Leningradzie.

Piszę o wątpliwej przyjemności nie dlatego, że książka jest zła, tylko dlatego, że jest przerażająca! I z tego właśnie powodu uważam, że muszę o niej tu napisać.

koczyna bergholc ginzburg oblężone leningrad

Książka jest przedrukiem dzienników pisanych na bieżąco w czasie oblężenia przez trzy autorki. Jelena Koczyna, Olga Bergholc i Lidia Ginzburg dzielą się w nich swoimi spostrzeżeniami i przeżyciami. Mam wrażenie, że dopiero lektura nie wspomnień, ale właśnie wrażeń zapisanych bezpośrednio w czasie jakiegoś zdarzenia, pozwala naprawdę ocenić jego skutki dla przeciętnego zjadacza chleba.

Bo nawet milion ofiar podawanych przez Wikipedię to tylko niewiele znacząca liczba. Trudna do odniesienia do nas samych, nawet jeśli się uwzględni, że przed II Wojną Światową w mieście mieszkało 3,5 mln osób.

Dopiero kiedy człowiek czyta o tym, co dzieje się z pojedynczymi ludźmi w obliczu bombardowań, śmierci, zimna, ale przede wszystkim głodu, dociera do niego okropieństwo wojny i tego oblężenia. Dopiero, kiedy człowiek widzi, co ludzie byli skłonni zjeść, by nie umrzeć z głodu. Dopiero wtedy, gdy czyta o mężczyźnie, który poszedł do piekarni odebrać przydziałowe pieczywo dla swojej rodziny, a w drodze powrotnej zjadł. Bo nie był w stanie się powstrzymać…

Mnie książka ta utwierdziła w dwóch przekonaniach, które noszę w sobie od dłuższego czasu.

Po pierwsze, zapas żywności jest dla mnie czymś tak absolutnie podstawowym, że nie mieści mi się w głowie, żebym miał go nie mieć. Oczywiście nie sposób zrobić zapas żywności na okres 900 dni (na pół roku — owszem), ale nawet zapas samych tylko tanich wysokokalorycznych mógłby znacząco zmienić jakość życia osób oblężonych w mieście. Kto wie, może za część takiego zapasu żywności dałoby się wykupić miejsce w pociągu, którym ludzie z Leningradu byli ewakuowani?

Po drugie, rząd ma zawsze ograniczoną możliwość pomocy obywatelom. W Leningradzie w najgorszym momencie racje żywnościowe dla osób niepracujących fizycznie wynosiły ledwie ok. 300 kcal, z domieszką celulozy i bawełny. Nic w tym dziwnego, bo po prostu nie było fizycznej możliwości zorganizowania zaopatrzenia dla oblężonego miasta. A kto wie, może Stalin widział jakiś głębszy sens w zmuszeniu mieszkańców miasta do głodowania?

Przeczytajcie „Oblężone”. Dajcie do przeczytania bliskim. Warto.

Artur Kwiatkowski
Jelena Koczyna, Olga Bergholc, Lidia Ginzburg: Oblężone
5

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

9 komentarzy

  1. Hardkor napisał(a):

    Czołem miejskie partyzanty!

    W temacie troski władzy o obywateli, a w szczególności władzy sowieckiej zacytuję Wisarionowicza – u nas ludiej mnoga.

    Z innej beczki. Wspomnienia ludzi, którzy przeżyli 2wś są jednymi z najlepszych materiałów edukacyjnych do surwiwalu. Tyle przetestowanych scenariuszy: przeżycie w lesie, w mieście, powstania, front przewalajacy się kilka razy przez tę samą okolice, głod, niemieckie obozy śmierci itp. Wszystko w ekstremalnych warunkach bez dostępu do popularnych środków cywilizacyjnych: bez żywności, leków, prądu, komunikacji itd.
    I najważniejsze wnioski: komu udało się ww. przetrwać?

    Samo życie. Żadne tam rozważania co się stanie jak ajfonik mi się rozładuje albo fejsik nie będzie działał.

    • Piotr napisał(a):

      Co do 2wś, to jest zasadnicza różnica. Po pierwsze przeciętny człowiek był przyzwyczajony do życia bez prądu, telefonu komórkowego, radia, lodówki, supermarketów, leków itd. – to była norma a nie wynik wojny (oczywiście okupacja też robiła swoje, ale nie w kontekście „cofnięcia cywilizacyjnego”), a po drugie przeciętni ludzie mieli zupełnie inny zestaw umiejętności niż teraz, na przykład wiedzieli jak konserwować żywność prostymi środkami, znali lepiej okolicę (nie poruszali się samochodami czy metrem), mieli większą wytrzymałość fizyczną (więcej chodzili pieszo, wykonywali więcej prac fizycznych itp.), lepiej się znali z sąsiadami (teraz w mieście ma się więcej kolegów w pracy niż w bloku/na osiedlu), prawie każda dziewczyna/kobieta potrafiła szyć ubrania, każdy facet wiedział jak się używa młotka i gwoździ czy siekiery i noża aby wykonać podstawowe prace stolarskie itd.
      Moim zdaniem tego typu książki są świetne jeśli chodzi o uświadomienie ludziom, że wszystko to na czym obecnie polegają, może zniknąć, ale jeśli chodzi o „materiał edukacyjny” to jednak trochę się na świecie zmieniło i raz że wojny wyglądają inaczej a dwa że ludzie podczas współczesnych okupacji dysponują zupełnie innymi środkami (sprzęt + wiedza + umiejętności) niż 70 lat temu.

  2. Marek W. napisał(a):

    Właściwie to całkiem niezłe podsumowanie rozważań co lepsze – zapasy czy ucieczka.
    Nieważne jak dobrze się przygotujesz, w razie wojny – nieważne klasycznej, czy hybrydowej – lepiej być daaaleko…

  3. amzel napisał(a):

    Obecne społeczeństwo cofnie się cywilizacyjnie o wiele bardziej niż to z okresu 2wś.
    Będzie w duzo gorszej sytuacji w związku z tym że za bardzo przyzwyczaiło się do
    wygód jakie niesie za sobą rozwój cywilizacji. Te zwykłe umiejętności mało kogo teraz interesują.
    Moim zdaniem to wielki błąd. Należy pamiętać że te zwykłe proste prace mogą pomóc nam w przetrwaniu.
    Pozdrawiam

    W

    • piotrm1975 napisał(a):

      Jak mocno się cofniemy to nie wiadomo tak naprawdę. Jedno jest pewne że nastąpi selekcja naturalna pośród tych co ptzeżyją pierwszą fazę.

  4. djans napisał(a):

    Z tymi zapasami, to jednak trzeba uważać.

    Raz, by one nie dawały złudnego poczucia bezpieczeństwa i nie stanowiły „kotwicy” – „no nie będę uciekał z domu, skoro – poza wszelkimi innymi dobrami – mam w nim zachomikowane parę tysięcy zł w konserwach”.

    Dwa – w przypadku kryzysu z ujawnionymi zapasami na pewno stałoby się to samo, co z majątkami klasztorów i zakonów podczas tzw. kasat. Pod pretekstem upaństwowienia na szczytny ludowy cel zostałyby one przejęte, w dużej części „zdefraudowane”, a w jakieś trafiły do niezapobiegliwego ogółu. Przy czym bardzo możliwe, że za nieujawnienie w terminie groziłaby antyspołecznemu posiadaczowi-kułakowi jakaś dotkliwa kara…

    • Piotr napisał(a):

      To co piszesz w pierwszym akapicie (o „kotwicy”) chyba można rozszerzyć jeszcze bardziej, taką kotwicą może być nie tylko zbytnie przywiązanie do zasobów, ale też zbytnie przywiązanie do opracowanego wcześniej scenariusza/planu. Jak to powiedział kiedyś generał Eisenhower: Przygotowując się do bitwy zawsze orientowałem się, że plany są bezużyteczne, mimo że planowanie jest nieodzowne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner