O bateriach słonecznych, miastach i parkour, czyli Q&A #5

Z tygodniowym opóźnieniem publikujemy dziś kolejny materiał przygotowany w formule Q&A, czyli odpowiedzi na Wasze pytania.

W dzisiejszym filmie rozmawiamy między innymi:

  • o sensowności i opłacalności zakupu małej baterii słonecznej (a także baterii składanych, przenośnych),
  • o bunkrze Colina Furze,
  • o łączeniu się w grupy przed apokalipsą i po niej, z nowo poznanymi ludźmi,
  • o posiadaniu ula,
  • o sensowności marszu do Warszawy w razie apokalipsy,
  • o tym, gdzie najlepiej udać się w trudnych czasach,
  • o robieniu zapasu amunicji wojskowej.

Miłego oglądania!

 

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

13 komentarzy

  1. Piotr napisał(a):

    Z pszczołami nie jest taka prosta sprawa. Ul to nie jest coś, co stawiasz w ogródku i „samo działa”. Obecnie występujące w Polsce rasy pszczół wymagają opieki pszczelarza, bo inaczej nie przetrwają. Podstawowym problemem jest powszechność szkodnika zwanego warrozą – jeśli nie będziemy walczyć z warrozą w okresie wiosennym, to pszczoły nie dożyją jesieni (a wystarczy że wiosną będzie tylko kilka osobników tego roztocza na ul) – bez posiadania odpowiednich preparatów (o które w trudnych czasach będzie… trudno) trzeba się spodziewać, że pasieka nie wytrzyma roku. Kolejna sprawa to dożywianie pszczół – jeśli chcemy je „obrabować” z miodu, to trzeba im dać jakiś zamiennik pokarmu na zimę, pszczelarze jesienią karmią pszczoły specjalnymi syropami robionymi z cukru aby rój przezimował (ile to zależy od wielkości ula, wielkości roju, na ilu plastrach chcemy go przezimować itd. ale średnio trzeba liczyć około 10kg cukru na jeden ul – w trudnych czasach może być z tym problem, niby bilans jest dodatni, bo z jednego ula możemy uzyskać około 20-40 litrów moidu, zależy od sezonu, no i część tego miodu możemy „oddać” pszczołom z powrotem jesienią, ale trzeba to uwzględnić). Kolejna rzecz, to konieczność sukcesywnego wymieniania plastrów w ulu na nowe, bo inaczej czeka nas walka z kolejnym szkodnikiem zwanym motylicą (nie, nie wątrobową, taką żywiącą się woskiem :D), aby wymieniać te plastry trzeba albo kupować gotową węzę (taki „zarodek” plastra do którego pszczoły dobudują komórki) albo samodzielnie przetwarzać stare plastry (trzeba mieć topiarkę do wosku – słoneczna jest wrażliwa na kaprysy pogody a musi osiągać temperaturę co najmniej 60-70 stopni aby nie tylko roztopić wosk, ale też go spasteryzować niszcząc ewentualną pleśń, motylicę, warozę itp., z drugiej strony elektryczna wymaga sporej mocy prądu, o co może być trudno w czasie kryzysu, z trzeciej strony można topić wosk nad ogniem ale trzeba mieć zapas surowca na opał), trzeba też do samodzielnego wyrobu węzy mieć odpowiednie formy, narzędzia itd. (które swoje kosztują, do kilku uli się nie opłaca). Kolejna rzecz to pozyskanie miodu z plastrów (tak, aby tych plastrów nie uszkodzić, bo trzeba je oddać pszczołom aby mogły nazbierać kolejną jego porcję nie marnując energii na budowanie plastrów od zera), najskuteczniejsze są wirówki odśrodkowe (pozostawiają w plastrach najmniej miodu) ale to też urządzenie, które trzeba kupić albo zbudować – do jednego ula też nie ma sensu. Kolejna rzecz to materiały, narzędzia i umiejętności stolarskie aby naprawiać/wymieniać elementy ula (lub cały ul), zwłaszcza drewniane ramki – tu akurat w przypadku jednego ula można nawet „wystrugać z patyków”, ale gdy chcemy tych uli mieć więcej, to trzeba pomyśleć o bardziej „przemysłowej” produkcji. No i najważniejsze w hodowli jakichkolwiek zwierząt gospodarskich, to wiedza i umiejętności – jeśli ktoś ma ochotę i czas się uczyć, to ok, w rok czy dwa pracy z jednym czy kilkoma ulami pod okiem doświadczonego pszczelarza opanuje wszystko co trzeba (ale trzeba pamiętać, że pszczelarz nie pracuje „w weekendy”, tylko wtedy, kiedy jest odpowiednia ku temu pogoda, może to być środek dnia roboczego :D).
    Podsumowując: czy opłaca się mieć ul? Moim zdaniem jeden czy dwa, to się nie opłaca (w kontekście przygotowań na trudne czasy, bo są oczywiście hobbyści, którzy się tym zajmują ale nie ze względów ekonomicznych, tylko na przykład zdrowotnych aby mieć te kilkadziesiąt słoików rocznie swojego miodu, dodatkowo propolis itp. i nie wnikają w opłacalność finansową czy kaloryczną takiego przedsięwzięcia, a węzę, leki dla pszczół itp. kupią od dużego pszczelarza, który robi zakupy w ilościach hurtowych, no i miód albo u niego w wirówce wykręcą, albo tę wirówkę pożyczą aby „obrobić” swoje 30 ramek w godzinkę wieczorem :D). Moim zdaniem jeśli już bawić się w pszczoły, to nie brać się za to bez dokładnego zapoznania się z tematem u doświadczonego pszczelarza i dokładnego skalkulowania, czy 1-2 ule to skórka warta wyprawki 😀 Wiem że ludziom z miasta często się wydaje, że rolnictwo to takie „zwierzak sam urośnie, najwyżej wolniej niż przy fachowej hodowli” ale najczęściej to nie wygląda tak różowo 😉

    • Coyote napisał(a):

      Tak jak piszesz , wysokowydajne rasy wszystkich zwierząt są bardzo delikatne i wymagają ciągłej opieki . A prymitywne trudno dostępne .
      Słyszałeś o tym eksperymencie w prasie branżowej ? http://gosc.pl/doc/762013.Pszczoly-Reaktywacja .
      Skończył się sukcesem czy kolejna mutacja warrozy pogrzebała sprawę ?
      Jak wygląda sprawa z naszą pszczołą augustowską/środkowoeuropejską wspomnianą w artykule ?

      • Piotr napisał(a):

        Jest w Puszczy Augustowskiej rejon chroniony, w którym prowadzone są cały czas próby zasiedlenia „dzikich” pszczół z Uralu (wprowadzono rejon ochronny z zakazem hodowli innej pszczoły aby nie powstawały krzyżówki) ale ostatnio czytałem o tym w 2014 roku i sprawa zaczęła się rozbijać o koszty (oszacowano, że trzeba będzie w to włożyć jeszcze ponad 1 milion zł i oczywiście bez gwarancji sukcesu) – szczerze powiedziawszy nie wiem czy jest kontynuowany.

    • linkolm napisał(a):

      Ja uważam że jednak warto mieć choćby jeden ul ze względu na możliwości jakie daję posiadanie pszczół (miód to pokarm energetyczny o nieograniczonym terminie przydatności.sam może być używany jako konserwant.pyłek to pokarm białkowy zawierający minerały.kit pszczeli czyli propolis służy do wyrabiania lekarstw czy też opatrunków )Jeżeli by przybyło nieużytków rolnych w następstwie spadu liczby ludności to automatycznie zwiększy się baza pokarmowa dla tych owadów korzystających z kwitnących chwastów .Następna zaleta -nie trzeba codziennie karmić i można ustawić ule na przykład na strychu czy poddaszu budynku gospodarczego i nikt może się nie domyślać że coś takiego posiadamy .Oczywiście trzeba podejść do tematu poważnie i przynajmniej roczna praktyka jest jak najbardziej na miejscu pozwoli uniknąć wielu błędów.Wejdź na stronę „Sukces bartnika” czy „wolne pszczoły” piszą ciekawe rzeczy na temat selekcji pszczół pod kątem odporności na choroby .Nowe ule na OLX widziałem od 180 złotych (10 ramowy wielkopolski)Miodarka używana sprawna od 300 zł ramki nowe od 1.50 zł sztuka Węza od 40 zł kilogram(14-15 ramek) Odkład w zależności od wielkości od 150 zł Strój od 120 zł Podkurzacz około 100 zł. dłuto pasieczne .zmiotka podkarmiaczka maty izolujące .i inne pierdoły stówka .Ja kupuję miód po 25 złotych litrowy słoik od pszczelarza czyli za ten tysiąc miał bym 40 słoików miodu to czy się opłaca zależy od tego ile produktów pozyskiwanych od pszczół zużywamy w skali roku.

      • djans napisał(a):

        Kwestia ile z tego zainwestowanego tysiąca będziemy mieli miodu i przy jakim nakładzie roboczogodzin.

        • linkolm napisał(a):

          Średnio pół godziny na jeden-dwa ule raz w tygodniu.nie można za często grzebać bo to dezorganizuje prace pszczół

      • Piotr napisał(a):

        Policzyłeś tylko koszta startowy. Dolicz sobie systematyczne koszty leczenia warozy (to jest obecnie mus w każdym ulu, praktycznie nie ma ras odpornych na warozę i jednocześnie wydajnie pracujących i na tyle łagodnych aby można je było hodować blisko siedliska bez ryzyka użądleń domowników i osób trzecich). Dolicz koszt wymiany matek co kilka lat (trzeba je sprowadzić z innego rejonu polski aby zapewnić dopływ „świeżych genów” do puli). Dolicz dokarmianie na zimę. A teraz jeszcze wrzuć to w kryzysowe czasy i konieczność ochrony ula przed wandalami i rabusiami i odpowiedz sobie sam czy opłaca się w to inwestować jeśli chodzi o trudne czasy? No i co jeśli masz tylko ten jeden ul i go stracisz (na przykład Ci go ukradną)? A jeśli będziesz miał kilka, to jak lepiej, w jednej lokalizacji (niby łatwiej pilnować, ale jak wejdzie szkodnik czy wandal, to stracisz wszystko na raz), czy może w kilku (jak je wtedy upilnujesz przed rabusiami)? Gdzie te węzy, apiwarole itp. będziesz kupował jak infrastruktura padnie?

        Jak pisałem: w jeden czy dwa ule można się bawić hobbystycznie w normalnych czasach (zysk z tego żaden, z jednego ula zyskasz 20-40l miodu, sprzedasz po 25zł czyli OPTYMISTYCZNIE na jednym ulu będzie przychód 1000zł, weź teraz pod uwagę koszty leków dla pszczół, koszty węzy, ramek itd., koszty cukru na przezimowanie, amortyzację sprzętu czy nawet koszt słoika w którym ten miód sprzedasz i nagle zysk netto już szału robił nie będzie). W normalnych czasach może się opłacać ul jeśli chcesz mieć miód dla siebie (i masz zaprzyjaźnionego pszczelarza ze sprzętem :D) ale aby mieć z tego sensowną kasę trzeba robić to w większej skali (a wtedy przez mniej więcej pół roku nie masz czasu na nic innego :D).

        To jak z budkami z fastfoodami – mając jedną albo musisz mieć wysokie ceny, albo niewiele zarobisz. Aby mieć z tego kasę trzeba się nastawić na mały zysk z jednej budki, ale pójść w ilość, jak takich budek masz 100, to wystarczy że każda zarabia dla Ciebie tylko 10zł czystego zysku dziennie i jesteś „pan biznesmen z pensją 30 tysięcy miesięcznie” (i stać cię na to, aby zatrudniać ludzi do prowadzenia tych budek i dać im 90% zysku z każdej z nich! mają wrażenie, że pracują dla siebie!), ale z jedną budką, w której sam będziesz pracował, to się „zaorasz”, bo będziesz chciał z niej mieć znacznie więcej niż 300zł miesięcznie (no i wyższe koszty, bo nie kupujesz towarów hurtowo, nie stać cię na prawnika, nie stać cię na reklamę itd.). W tego typu przedsięwzięciach myśląc o zysku musisz myśleć o małych zarobkach i dużej SKALI (a nie o dużych zarobkach na jednej sztuce).

        • MaRa napisał(a):

          Jedna rodzina raczej nie skonsumuje 20…40l miodu, więc większość można zostawić pszczołom, wtedy nie trzeba im kupować cukru.
          Pozostają koszty ewentualnych leków.

          • Piotr napisał(a):

            W normalnych warunkach (nie kryzysowych) lepiej jest sprzedać miód a kupić cukier. Mój wujek (pasieka około 80-100 rodzin) sprzedaje miód po 25-30zł a kupuje cukier po około 3zł, czyli za 1l miodu ma 7-10kg cukru – opłaca się wybrać miód i kupić cukier (ale w sytuacji kryzysowej z kupnem cukru będzie problem :D).

            Co do opłacalności w takiej skali jak u mojego wuja: zależy od sezonu, bywały lata że miał 600-700zł netto zysku na ulu, a bywały i takie, że się cieszył że nie dołożył (gdy pszczoły „zapracowały” ledwie na pokrycie kosztów), średnio ma około 350-400zł zysku na jednym ulu (jest to produkcja w większej skali niż domowe hobby, czyli kupuje produkty w cenach hurtowych, ma hurtowych odbiorców w postaci cukierni czy restauracji, ma swoją stolarnię, swoje lasy z których bierze drewno, sam buduje ule, ma swoją w pełni wyposażoną miodarnię itp.). Jak dla niego jest spoko (jest inwalidą-rencistą, nie ma palców lewej dłoni oraz przeszedł poważną operację serca która uniemożliwia mu wykonywanie zawodów typu kierowca itp., bo zdarzają się „osłabienia” i musi odpocząć 2-3 godziny), to ekstra kasa w porównaniu z „głodową” rentą z KRUS – pozwala całkiem nieźle żyć jak na wiejskie warunki a i ma zajęcie zarówno latem (pszczoły) jak i zimą (stolarnia i robienie ramek, uli itp.). Przejął pasiekę po moim dziadku (dziadek nie robił tego hurtowo, miał około 10 uli) więc wszedł można powiedzieć na gotowe a i od dziecka miał z tym styczność (zresztą ja jako nastolatek też dziadkowi latem pomagałem przy pszczołach – to zupełnie co innego niż czytanie poradników w internecie czy oglądanie YouTube :D) a więc wchodząc w to wiedział od razu co i jak oraz w razie czego miał mentora z kilkudziesięcioletnim stażem, sam musiał jedynie wypracować jak zwiększyć 10-krotnie skalę aby samodzielnie dać radę i się nie „zaorać” robotą. Co jakiś czas pojawia się „chętny uczeń” który za darmo chce pomagać po to aby się uczyć, bo sobie przeliczy 30-40l miodu z ula po 30-35zł za litr i „widzi miliony” i kalkuluje, że sam dałby radę z pasieką około 150 uli i stwierdza, że „pensyjka” ponad 100 tysięcy rocznie jest nie do pogardzenia (a przecież pszczoły robią wszystko same, wystarczy ule zrobić i miód kręcić :D), ale jak zobaczą to, czego wcześniej nie widzieli (ile to roboty, ile czasu zajmie rozwój od kilku uli do tych 150-ciu i jakie są koszty tego, o czym wcześniej nie wiedzieli) to entuzjazm opada i każdy po jednym sezonie stwierdza, że to jednak nie jest dla niego 😀

            Przedstawiam tylko swój pogląd, absolutnie nikomu nie mówię, że nie ma sensu próbować, to musi ocenić każdy samodzielnie, piszę jedynie, że moim zdaniem nie ma sensu zabawa w 2-3 ule z powodów finansowych (lepiej kupić miód, wosk, propolis czy co tam z tych pszczół chcemy mieć) a ten sam czas poświęcić na przykład na doskonalenie zawodowe aby zarabiać więcej w tym, w czym jesteśmy dobrzy (ja bym wolał zarabiać 100zł/m-c więcej i miód kupować, niż 100zł/m-c mniej i mieć swoje pszczoły i swój miód :D).

        • linkolm napisał(a):

          koszt leczenia 10 złotych na jeden ul i 42 złote pokarm na zimę (syrop cukrowy lub inwert cukrowy).matkę na wymianę można samemu wyhodować a nieunasienniona kosztuje 15 zł węza nie jest konieczna pszczoły zbudują plastry w ramkach bez węzy.Jednym ulem to raczej pasjonata się opiekuje a rachunek ekonomiczny to powinny tworzyć pasieki które produkują na sprzedaż a nie dla siebie.

          • sewziem napisał(a):

            Kiedyś kiedyś dawno temu chciałem mieć dwa ule, tak żeby pszczoły sobie latały, bo czasu nie mam na ispekcje itd. Ale tata powiedział mi, że przy dwóch ulach chodzenia jest tyle samo co przy dziesięciu.
            50 uli – najmniejsza ilość jaką w ogóle trzeba mieć jeśli chce się żyć z samego pszczelarstwa. 100-150 to już przyzwoita ilość, biorąc pod uwagę sprzedaż samego miodu. To zysk ok 30 tysięcy złotych rocznie netto. A 40 litrów miodu w sezonie z jednego ula to jakiś kosmos. Pewnie są takie ule, licząc że wyciągasz miód 3 razy/sezon. Ale kiedy trafiają się takie sezony? No, ten rok jest bardzo dobry w moich okolicach. Zasadniczo średnio z jednego ula powinno mieć się 20 litrów miodu rocznie. I to jest dobry wynik.
            Ul + ramki to dobry układ (bez kombinowania że można bez węzy albo coś – to bez sensu). Ale jeśli ktoś chce mieć pszczoły to niech sobie przekalkuluje czy ma na to czas. Ktoś napisał, że nie można zakładać samych weekendów. Otóż można i to nie jest problematyczne, ale mając 5-10 uli trzeba KONIECZNIE przeglądać je co tydzień.
            Agresywność pszczół nie ma większego znaczenia. W PL nie ma jakichś bardzo agresywnych, a z możliwością użądlenia trzeba się liczyć.
            Ogólnie, dla pasjonatów mających czas w weekendy polecam 10 uli + znajomego pszczelarza. Ale jeśli ktoś nie wie czy chce się tym zająć, ktoś kto nie czuje pszczół, to słabo widzę ten interes.

  2. MaRa napisał(a):

    Jeżeli maksymalny prąd oddawany przez ogniwo słoneczne nie przekracza 1/10 pojemności akumulatora (np. akumulator 7Ah, ogniwo o prądzie max. 0,7A lub mniejszym), to do ładowania niekoniecznie trzeba kontrolera, wystarczy podłączyć przez diodę (aby w nocy ogniwo nie rozładowywało akumulatora). Oczywiście jeśli napięcie dawane przez ogniwo jest nieco wyższe niż napięcie naładowanego akumulatora (trzeba uwzględnić spadek napięcia na diodzie krzemowej 0,6V, na diodzie Shotky’ego 0,2V).
    Popularne akumulatory żelowe i 12V mają napięcie nominalne 13,6V, przy pełnym naładowaniu do 14,5V, więc uwzględniając spadek napięcie 0,6V na diodzie ogniwo powinno dawać napięcie 16…22V (lepiej nie więcej niż ok. 20V, takie napięcie nie zaszkodzi akumulatorowi, bo on i tak nie przekroczy swojego napięcia).

    Instalacja z małym akumulatorem może się przydać. Można byłoby umieścić akumulator w sypialni, z akumulatora zasilać lampkę nocną (12V, lub 5V USB przez samochodową ładowarkę telefonu). W sytuacjach awaryjnych można byłoby naładować telefon.
    Do akumulatora można też podłączyć radioodbiornik, o ile nie pobiera dużej mocy, np. radiobudzik. Wiele radiobudzików jest zasilanych napięciem 5V, więc w tym przypadku też można użyć ładowarki samochodowej. Może takiej od razu z 2 gniazdami wyjściami USB 🙂
    Gniazdo zapalniczkowe 12V do podłączenia kabelkiem z akumulatorem kosztuje kilka zł.

    Kolejną rzeczą, którą można zasilać z takiego akumulatora jest np. CB-Radio. Jak anteny nie można wrzucić na dach, to ewentualnie można użyć balkonowej, gorzej działa, ale na pewno lepiej niż na samochodzie. A na wyższych piętrach wieżowców potrafi działać całkiem skutecznie.

    Z nadajnikami radiowymi i kontrolerami ładowania akumulatora trzeba uważać na pobór prądu, bo w kontrolerach często jest bezpiecznik lub ogranicznik, więc nadajniki o wyższym poborze prądu trzeba podłączać bezpośrednio do zacisków akumulatora.
    I wybrać takie urządzenie, które pobiera możliwie mało prądu podczas braku odbioru.

    • Piotr napisał(a):

      Wystarczy pull-up converter (zabezpieczony diodą) – wprowadza kilka procent strat (jak każdy element pośredni) ale kosztuje gotowy kilka zł (znacznie mniej niż fachowe kontrolery, a robi w zasadzie to samo, za wyjątkiem automatycznego zabezpieczenia przed głębokim rozładowaniem akumulatora, ale do tego wystarczy mieć podłączony do akumulatora woltomierz). Pull-up (a nie pull-down) bo pull-up convertery będą nam ładować akumulator nawet wtedy, gdy napięcie na panelu jest niższe niż napięcie akumulatora, a napięcie wyjściowe i tak jest stabilizowane (nie ma problemu jeśli na wejściu pull-up convertera jest napięcie wyższe od napięcia wyjściowego). Dodatkowo pull-up (czy pull-down) convertery mają większą sprawność niż konwencjonalne nieimpulsowe stabilizatory napięcia (mniej mocy idzie w ciepło). Prosty gotowy pull-up converter (zmontowana płytka, bez obudowy, tylko podłącza się wejście, wyjście i potencjometrem ustawia napięcie wyjściowe) o zakresie napięć wejściowych i wyjściowych do 45V i prądzie 4A (wystarczający do takiego panela) kupiłem niedawno na Allegro za 9zł (u mnie akurat zastosowanie było inne, kolega chciał sobie do motocykla Dniepr wstawić radiostację Clansman PRC-320 – na potrzeby zabaw w rekonstrukcje no i żeby mieć też CB-radio, motocykl ma instalację 6V a radiostacja wymaga 24V – działa bez problemów :D).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner