Kelly Kettle – prawdopodobnie najlepszy czajnik na trudne czasy (i na biwak)

Mój pierwszy kontakt z czajnikiem Kelly Kettle miał miejsce 5 lat temu, gdy Artur kupił sobie taki czajnik, a następnie przetestował go i wrażenia opisał na łamach bloga. Zobaczyłem go u niego, zachwyciłem się jego funkcjonalnością i uznałem, że sam też sobie taki kupię.

Od tamtego czasu jestem głęboko przekonany, że Kelly Kettle jest najlepszym czajnikiem na trudne czasy, ale też do wykorzystywania na co dzień podczas wyjazdów pod namiot, na działce, na rybach i tak dalej.

Dlaczego?

Istotna jest konstrukcja tego czajnika, który ma formę dwuściennej rury (nieco podobnie skonstruowane są dawne samowary). Między ściankami znajduje się woda, w środku wewnętrznej rury zaś znajdują się płomienie. Dzięki temu, powierzchnia wymiany ciepła jest olbrzymia, w porównaniu do zwykłego garnka, który można byłoby postawić na ognisko. To zaś oznacza, że woda gotuje się szybciej.

Na co dzień nie ma to większego znaczenia. Czy będziemy gotować wodę na kuchence gazowej przez 2 minuty czy przez 5, to znajdzie odzwierciedlenie tylko w rachunku za gaz. Gdy jednak nadejdą trudne czasy i zdobycie opału do gotowania będzie kłopotliwe, będzie istotne, czy do gotowania wody zużyjemy 2 czy 5 kg drewna.

To nie oznacza oczywiście, że Kelly Kettle wymaga tak dużych ilości drewna. Ze względu na swoją konstrukcję, do zagotowania pełnego czajnika wody potrzeba garść opału — patyków, szyszek, ewentualnie kartonu czy papieru.

Rodzina czajników Kelly Kettle i akcesoria do nich

Same czajniki występują w trzech rozmiarach:

  1. „Base Camp” o pojemności 1,6 litra i masie 1,2 kg,
  2. „Scout” o pojemności 1,2 litra i masie 1 kg,
  3. „Trekker” o pojemności 0,6 litra i masie 0,7 kg.

Podane masy dotyczą czajników wykonanych ze stali nierdzewnej. Dostępne są jednak także w wersji aluminiowej, nieco tańszej i o ok. 20-30% lżejszej.

W zestawie z czajnikiem sprzedawana jest podstawka pod czajnik oraz worek do jego przenoszenia. Tu film z unboxingu.

Do tego producent oferuje następujące akcesoria:

„Cook Set” i „Hobo Stove” dostępne są w dwóch wersjach, L pasującej do większych czajników („Base Camp” i „Scout”) oraz S pasującej do mniejszych („Trekker”). Wszystko po to, aby dało się je umieścić wewnątrz czajnika i cały czajnik z akcesoriami przenosić w jednym worku.

Wady i zalety Kelly Kettle

Mimo omówionego powyżej rozwiązania nie można powiedzieć, żeby Kelly Kettle był idealnym czajnikiem do pieszej turystyki. Jest duży i ciężki, jak na ilość gotowanej wody. Natomiast tam, gdzie nie ma potrzeby częstego przemieszczania się czy jego przenoszenia, czyli na dłuższym biwaku albo namiotowym wyjeździe z samochodem, zaczynają mieć znaczenie jego zalety.

A największą jest duża efektywność zamiany paliwa na ciepłą wodę.

W trudnych czasach kluczowe znaczenie będzie miało, ile paliwa musimy zużyć, by zagotować wodę. A przecież gotowanie wody to nie tylko przygotowywanie gorącej kawy czy herbaty. To także gotowanie zanieczyszczonej biologicznie wody w celu jej dezynfekcji (unieszkodliwienia wirusów, bakterii i innych szkodliwych żyjątek), oraz podgrzewanie jej do celów higienicznych. Dorosły to się wprawdzie umyje mokrymi chusteczkami, ale dziecko dobrze jest czasem wykąpać.

Ja swój Kelly Kettle kupiłem pod kątem wykorzystywania w trudnych czasach, jako efektywne źródło ciepłej wody. Ale zamierzałem też używać go na działce i to się sprawdziło. Gdy tylko palę ognisko albo przygotowuję jedzenie na grillu, mogę łatwo rozpalić ogień w Kelly Kettle (wystarczy wrzucić jeden rozżarzony węgielek lub płonący patyk i dodać suchego opału) i szybko z jego pomocą przygotować dużą ilość ciepłej wody. Gdy potrzebuję się wieczorem wykąpać, trzykrotne zagotowanie wody w czajniku wystarcza mi na uzyskanie wielkiej michy pełnej wody o temperaturze idealnej do kąpieli.

Wydaje mi się, że czajnik powinno też dać się wykorzystać do destylacji wody, jeśli tylko zrobić w korku dwa otwory (do odprowadzania pary i doprowadzania wody). W swoim tego jeszcze nie robiłem, bo teraz w nowych korek wykonany jest z silikonu, a ja mam starszą wersję z korkiem z korka, który w dużej części zeżarły mi myszy.

Jako osobie, która te czajniki sprzedaje w swoim sklepie, trochę trudno mi formułować takie podsumowania, ale moim zdaniem czajnik Kelly Kettle jest najlepszym rozwiązaniem na trudne czasy i na stacjonarne biwaki.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

16 komentarzy

  1. LosowyNick napisał(a):

    A jak się sprawdza postawiony w domu na gazie? Obniżenie rchunków za gaz to też fajna sprawa 🙂

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Wstyd się przyznać, ale od kiedy czajnik na działkę zawiozłem, nie mam głowy do tego, by go do domu przywieźć i to sprawdzić. Jakbym już to zrobił, na pewno bym o tym wspomniał w materiale.

      • LosowyNick napisał(a):

        W takim razie gdybyś kiedyś przywiózł go z działki z chęcią poczytam test porównawczy jak długo na gazie gotuje się woda w kelly kettle kontra w zwykłym czajniku na tym samym gazie.

  2. Jerzy napisał(a):

    Wersja aluminiowa wydaje się mało zdrowa. Zaś stal jest ciężka. Czy nie byłoby idealnym rozwiązaniem, gdyby taki czajnik wykonać z tytanu? Antyalergiczny, ok. połowę lżejszy niż stal, nierdzewny, wytrzymały też jak stal.

    • Piotr napisał(a):

      I przy okazji odpowiednio droższy 😉 Kelly Kettle czy rosyjskie samowary działające na identycznej zasadzie to nie są urządzenia do noszenia w plecaku (a w bagażniku samochodu, na półce w piwnicy czy na działce masa nie ma znaczenia – ważniejsza jest trwałość i niezawodność).

    • djans napisał(a):

      Jak Piotr napisał – KK jest tylko ukradzionym pomysłem samowaru. Samowar zaś został wymyślony po to, by zagrzać wodę na herbatę tam, gdzie nie ma ogniska/paleniska/kuchni/pieca etc.

  3. sieroslaw napisał(a):

    W pełni zgadzam się z zaletami, bardzo fajne urządzenie. Posiadam najmniejszy i jeżeli ktoś rozważa zakup to moja sugestia jest taka, aby kupić od razu największy. Jasne, jest nieco większy i nieco cięższy (choć jak już zauważono, spacery z czajniczkiem na stałe są raczej i tak trudne, a stacjonarnie waga jest mniej istotna), ale już na dwie osoby mały czajniczek to po prostu za mało, z pełnego gotowania ledwo dwa kubki herbaty wychodzą, nie wspominając o zalewaniu jakiegoś instanta, owsianki czy odrobinie wody do zmywania. Mniej wody można wlać zawsze, za to większy czajniczek to spora wygoda. Rozważam teraz zakup drugiego, właśnie dużego, bo mały w pełni spełnił moje oczekiwania, poza właśnie pojemnością. Aha i jeden jeszcze ból. Niby można to wymyślić bo sprawa dość oczywista, ale może komuś to pomoże. Kiedyś trekingując po Szwecji nosiłem sobie czajniczek z myślą o ewentualnym pozyskiwaniu wody z otoczenia do picia – to się kompletnie nie sprawdza. Po zagotowaniu mamy – eureka – wrzątek 😉 , którego nie ma jak przelać do butelki, bo się ona zwyczajnie wygina i topi. Oczywiście na trekingu nie masz garnka czy miski do której można przelać do wystygnięcia, więc pozostaje jakaś prowizora w postaci przelewania do kubka, studzenia, do butelki, tak kilka razy, gotowanie kolejnej partii… Robota głupiego. Tu znowu przewaga dużego – można wieczorem zagotować pełen czajnik, zostawić na noc do wystygnięcia, z rana przelać do camelbaga, zagotować drugą porcję i wlewając ją do zimnej uzyskamy ciepłą wodę, ale nie taką która topi plastik.

    • djans napisał(a):

      Trochę nie rozumiem istoty problemu: ile czasu stygnie kubek wrzątku? Zwłaszcza na otwartym powietrzu?

      • sieroslaw napisał(a):

        Po całodziennym spacerze po górach wieczorem myślisz wyłącznie o tym aby rozbić namiot, zjeść i pójść spać. Wykorzystanie małego KK, o pojemności 0,6 (realnie jest to 0,5 bo nigdy na maksa nie wlejesz plus część w trakcie grzania wyparuje) do produkcji wody na następny dzień (mówię o ilości na dzień marszu, więc ilość rzędu 2 litry) to zabawa na dobrą godzinę albo i więcej. Podzieliłem się po prostu moim doświadczeniem, że to był to bardzo upierdliwy proces i więcej się na to nie porywam, chyba że z większym KK gdzie nie będę gotować kilka razy (za każdym razem odpalając ogień, bo zanim jedna porcja wystygnie wystarczająco to w palniku z żaru zostaje tylko popiół) a zagotuję raz większą ilość wieczorem, drugi raz większą ilość z rana, pomieszam wodę i będę miał 3litry na dzień wędrówki. Istota problemu jest taka, że jeśli ktoś – jak ja zakładałem – chciałby wykorzystywać KK nie tylko do podgrzania wody na herbatę, ale również do produkcji wody na następny dzień, to gorąco podpowiadam większy egzemplarz. Ale przecież volenti non fit iniuria 😉

        • djans napisał(a):

          No dobra, naświetliłeś mi. Jednak zakładam, że KK nie jest jedynym naczyniem, jakie się ma. Zatem wrzątek odlewamy do osobnego pojemnika, w którym stygnie i gotujemy następną porcję. Upierdliwe, ale nie tak, jak robienie przerwy w gotowaniu na czas stygnięcia.

          Problem może pojawić się wówczas, gdy te pojemniki na wodę nie tolerują wrzątku… fakt…

          • sieroslaw napisał(a):

            Gdy idziesz na trekking tygodniowy w trudny teren to każdy 100g w plecaku oglądasz trzy razy, więc nadmiarowych garnuszkó za dużo nie masz. Miałem camelbag na wodę, ale on wrzątku nie tolerował, a metalowe kubeczki niewielkie. Raz jeszcze – nie mówię że się nie da, da się, ale to po prostu upierdliwe, więc następnym razem rozwiążę temat inaczej (konkretnie – kupiłem bidon LifeStraw).

  4. Pozyskiwacz. napisał(a):

    Na wrzątek można używać butelek metalowych albo Nalgene. Generalnie problem z wrzątkiem jest taki sam niezależnie w jakim naczyniu go uzyskamy, KK nie ma tu nic do rzeczy.

  5. GNOM napisał(a):

    Jak już kiedyś pisałem posiadam KK kilka lat i używam. Posiadam stalowy, ale kolega posiada aluminiowy, kupione prawie w tym samym czasie. Kiedyś postanowiliśmy je porównać „przy pracy”. Wyniki były lekko zaskakujące- w aluminikau woda zagotowała się ciut szybciej, ale też szybciej stygła (na dolewkę trzeba było znów dogrzewać), czysta woda z aluminiaka miała też dziwny posmak (z kawą się zgubił), mój KK ma się dobrze, a podstawka kolegi niestety już się wypaliła i musieliśmy pospawać nową z grubszej blachy stalowej. Dlatego uważam że lepiej wydać ciut więcej i kupić stalowy.

    a tutaj dodatkowe fajne info o żywności, szczepionkach i żywnościowym pzrekręcie
    http://opinie.wp.pl/kto-chce-wywolac-w-nas-strach-udo-pollmer-mozna-by-szczepic-przeciwko-wszystkiemu-6034193012339329a

    • Piotr napisał(a):

      Udo Pollmera należy czytać ostrożnie – to dziennikarz i autor książek, nakręcanie sensacji zwiększa sprzedaż jego książek i artykułów z których żyje. Dziennikarze piszą, że jest dyrektorem Europejskiego Instytutu Żywieniowego sugerując że jest dyrektorem poważnej instytucji europejskiej („zapominając” podać pełnej nazwy i zapominając wspomnieć, że to nie urząd tylko nazwa stowarzyszenia które Pollmer sam założył :D). Równie dobrze ja mogę założyć stowarzyszenie o nazwie „Polski Instytut Żywieniowy”, mianować tam dyrektorem i potem być przez głupich dziennikarzy uważany za szefa poważnej instytucji 😉
      Owszem, farmacja to w przeważającej większości biznes i farmaceuci, lekarze itd. żyją nie z tego że jesteśmy zdrowi, ale z tego, że jesteśmy chorzy, a choroby przewlekłe to najlepszy biznes dla koncernów farmaceutycznych ale… to nie znaczy że należy wierzyć w słowa oszołomów którzy robią kasę na „sensacjach”.

  6. Michał napisał(a):

    Czy można prosić o namiar na sklep, w którym sprzedajesz czajniki?
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner