Posiłki zastępcze (Mana, Soylent, Jake) – czy warto mieć je w zapasie na trudne czasy?

Na rynku jest kilka marek posiłków zastępczych, czyli różnego rodzaju produktów mających zastąpić zwyczajne jedzenie. Mają postać napojów, albo preparatów do samodzielnego przyrządzenia czegoś w rodzaju koktajlu.

Czy warto je kupić i trzymać na trudne czasy? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Najpopularniejszym produktem tego typu jest chyba Soylent, poza nim można kupić też Jake, Eatnano, Bertrand, BlendRunner czy Mana. My wybraliśmy ten ostatni produkt, jako że wytwarzany jest za naszą południową granicą.

Kupiliśmy zapas takiej żywności na 4 tygodnie (28 dni po 2 000 kcal, 5 posiłków dziennie) wraz z zestawem startowym akcesoriów — butelką z podziałką do odmierzania wody i łyżką do odmierzania proszku. Kosztowało to nieco ponad 200€.

Sama Mana na postać proszku w szczelnej torebce i mieszanki olejów w małej buteleczce. Żywność na jeden dzień stanowi jedna torebka i jedna butelka. Z tego można przyrządzić 5 koktajli dodając po 300 ml wody dla każdego.

Żywność tego typu z założenia ma być na tyle kompletna i bogata w składniki odżywcze, że można jeść wyłącznie te produkty przez (teoretycznie) dowolnie długi okres. Dodatkowo, do przyrządzenia wymaga jedynie wody, oszczędza się czas na przygotowywanie posiłków, można ją też przechowywać na półce w pokoju (nie trzeba trzymać w lodówce ani w piwnicy). I właśnie dlatego chcieliśmy taką żywność przetestować.

Założyliśmy, że przez miesiąc będę jeść wyłącznie te posiłki, aby sprawdzić, czy da się wyżyć jedząc tylko Manę. Założyłem, że 2 000 kcal dziennie mi wystarczy (zwłaszcza w świetle tego, że zimą z racji smogu ograniczam aktywność fizyczną na świeżym powietrzu), a jeśli nawet odrobinę schudnę, to tym lepiej.

Po przyrządzeniu Mana smakuje jak zmiksowana owsianka, może z dodatkiem papieru. Nie jest to nic smacznego, ale może też po części dlatego, że ja generalnie nie jadam i nie lubię owsianki.

Oczywiście można dodawać przeróżne rzeczy dla polepszenia smaku. Ja planowałem dodawanie co najwyżej cynamonu albo kakao, bo dodatek cukru istotnie wpłynąłby na kaloryczność tej żywności i zafałszował wynik testu.

Testu ostatecznie nie przeprowadziłem, wytrzymałem tylko tydzień. Pod koniec tygodnia jedzenia Many rozchorowałem się, a wiadomo, że jak mężczyzna ma 37,5°C gorączki, to umiera. I w świetle niechybnej śmierci uznałem, że lepiej będzie podleczyć się rosołkiem i czosnkiem, zamiast męczyć się jedząc tylko Manę.

Tak, to była męka.

Nie dlatego, że jest to jakoś szczególnie niesmaczne. Do smaku byłem w stanie przywyknąć. Nie mogę powiedzieć, żeby mi Mana zaczęła smakować. Po prostu się przyzwyczaiłem. Ale prawdziwą torturą było jedzenie tej paszy w towarzystwie kolegów na stołówce, wcinających schabowego, frytki albo tatara. Zapachy tego normalnego jedzenia były nie do zniesienia. 😉

Po wygrzebaniu się z tej śmiertelnej choroby zacząłem jadać Manę na śniadania i tak mi zostało do dziś. Mieszam ją sobie z odrobiną mrożonych owoców, miksuję i zjadam jako pierwszy posiłek.

Obserwacje i wnioski

Po tygodniowym teście nie zauważyłem jakichkolwiek zmian w funkcjonowaniu organizmu. Być może był to po prostu za krótki okres. Przeziębienia nie wiążę w żadnym stopniu z tym, że zmieniłem dietę.

Mamy więc wrażenie, że to potwierdzałoby teorię, że można żywić się wyłącznie takim produktem przez dłuższy czas. Zwłaszcza, że chyba w prawie każdym scenariuszu, jaki możemy sobie wyobrazić, będzie coś jeszcze do jedzenia.

Za to takie korzystanie z Many na co dzień, jak robię to w tej chwili, pozwala dość sprawnie wymieniać ją przed upływem terminu przydatności. Ten dla partii, którą kupiłem na przełomie grudnia i stycznia, to 20.10.2017 roku. Przyjmując dla ułatwienia rachunków, że jemy 1 posiłek z 5 właśnie w tej postaci, a termin przydatności Many to 10 miesięcy od dnia zakupu, można w łatwy sposób mieć i regularnie wymieniać zapas żywności na 2 pełne miesiące.

To wydaje się nam być dość długim okresem.

Ja chyba zamówię sobie kolejny karton na kolejne 4 tygodnie. Bo mnie całkiem nieźle takie jedzenie pasuje do codziennej diety i do mojej koncepcji przetrwania trudnych czasów.

Czy dla Was to będzie odpowiedni zapas żywności — to już musicie ustalić sami.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

20 komentarzy

  1. ansuz napisał(a):

    Właśnie takie odcinki bardzo lubię, kiedy solidnie sprawdzasz na sobie coś co potem omawiasz. Wygląda to znacznie bardziej profesjonalnie, niż dywagacje na temat sprzętu, którego raz użyłeś w domowych warunkach.;)

    Muszę przyznać szczerze, że wcześniejszej nic nie wiedziałem na temat takiej zbilansowanej żywności w proszku, którą można się żywić przez dłuższy czas. Moim zdaniem żywność ta może mieć zastosowanie podczas wypraw i na krótkotrwałe ekstremalne sytuacje (większa powódź) ale do post apokaliptycznego świata jest zbyt droga a co najważniejsze, ma zbyt krótki termin ważności. Jednak na pewno kupie sobie trochę na krótkie wyprawy, gdyż mało waży, jest prostsza i znacznie szybsza do przygotowania niż pure ziemniaczane, czy ryż. Już mi się podoba…

    • ansuz napisał(a):

      Właśnie przeczytałem, że do Ziemi zbliża się ogromna asteroida i 25 lutego przeleci dosyć blisko naszej planety. NASA wprawdzie uważa, ze szansa na uderzenie jest minimalna, ale gdyby coś, to może w końcu przydadzą się Wam zapasy? 😉

      Teraz poważnie (asteroida zbliża się na poważnie), ale zastanówcie się tak sami dla siebie, czego pożałowaliście kupić na wypadek apokalipsy, aby tylko mieć kasę na lepsze wyposażenie samochodu, lub na dodatkowe 2 m kw mieszkania? Może za kilka dni okazać się, że zamiast lepszego auta, lub balkonu, warto było wydać dodatkowe 5-10 tys na przygotowania do armagedonu? 😉

      Oby to były tylko czysto teoretyczne rozważania, tego nam wszystkim życzę…

      • radośnie napisał(a):

        aby przygotowac sie na armagedon wystarczy wydac 3000 zl na 4 osobowa rodzine. Tylko z glowa.

  2. a.jedlinski napisał(a):

    Dzień dobry. W dużej części zgodzę się z przedmówcą Anus. Wszelkie nowości żywnościowe trzeba testować i cieszę się, że ten odcinek był próba dłuższego testowania założonej racji żywnościowej. Tydzień czasu i tak jest dość miarodajny – odpowiada na pytanie, czy jestem w stanie coś takiego jeść. Ja także w grudniu podczas tygodniowego pobytu na działce postanowiłem przetestować na sobie zapasy żywności o czym wspominam we wpisie
    https://na-kryzys.blogspot.com/2017/01/zimowe-testy-zapasow-zywnosci.html
    To było dla mnie ważne doświadczenie, dzięki któremu zmieniłem trochę asortyment swoich zapasów. Nie sztuka nakupić żywności na kilka miesięcy, której się nie zna. Sztuka i to dość trudną jest tak dobrać zapas był ściśle dobrany do nas samych i starczał na potencjalnie jak najdłużej. Panie Krzyśku! Więcej takich testów – to świetny kierunek. Stały i wierny czytelnik pozdrawia.

  3. Multitactical.pl napisał(a):

    Witam, ciekawy wpis, jak się okazało, dość bezlitośnie eksplorujący wątek przetrwania sytuacji kryzysowej na żywności cokolwiek nieatrakcyjnej. Wydaje mi się, że część z nas woli uniknąć sytuacji zmuszającej do korzystania tylko z tego rodzaju zapasów doceniając pozytyw urozmaicania nie tylko w kontekście wartości kalorycznej ale i smakowej, która ma niebagatelny wpływ na morale. Doceniam poświęcenie i sprawdzam własne zapasy 🙂

    • ansuz napisał(a):

      Moim skromnym zdaniem ta żywność jest SUPER ATRAKCYJNA, jednak nie do tego aby trzymać ją na apokalipsę i codziennie zmuszać się latami do jej utylizacji w żołądku, zanim się zepsuje.

      Żarcie takie jak zaprezentowany na blogu „proszek energetyczny”, wręcz doskonały jest dla Was do plecaków ucieczkowych i dla mnie na wyprawy rowerowe, lub piesze, gdyż bardzo mało waży a szybkość przygotowania posiłku bije na głowę wszystko, co znam, nawet liofilizaty! Uciekając przed śmiertelnym zagrożeniem, lub łażąc po trudnym terenie często nie ma możliwości, czasu, ani siły aby przyrządzić posiłek a proszek przygotowuje się kilkanaście sekund. Uciekając, lub łażąc po górach przez kilka dni, na pewno wytrzymasz paskudny smak, szczególnie gdy będziesz zestresowany, zmęczony, zmarznięty i głodny. 😉

  4. a.jedlinski napisał(a):

    Ja kiedyś poważnie zastanawiałem się nad inną formą żywności w proszku, mianowicie odżywki białkowe (lub innego typu) dla sportowców. Zapas obejmować by mógł wtedy produktu skrobiowe np. ryż, makarony, kasze (których termin jest dość długi) a do uzupełnienia diety właśnie taka odżywka. Osobno jakieś witaminy w formie chociażby popularnych tabletek (typu plusss) których termin jest też dość długi. Kwestia tych odżywek. Nie zgłębiałem tematu. Porzuciłem zagadnienie, ponieważ nie miałem z kim tego skonsultować. Może zagadnienie na kolejny Q&A ?

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      My też za bardzo nie mamy z kim tego skonsultować, dlatego ten temat leży i czeka na lepsze czasy. 😉

      W internecie jest sporo receptur „zrób to sam” na tego typu zastępczą żywność, np. kilka różnych wersji Poylentu:
      https://diy.soylent.com/recipes/poylent-2k

      Jak się przyjrzeć, to właśnie taka odżywka białkowa stanowi największą część kosztu codziennego jedzenia.

      • Fomalhaut napisał(a):

        Materiał jest ciekawy gdyż bardzo „rzeczywisty” ,spraktykowany. Dylemat czy to się nada jako forma posiłków w razie W dotyczy tylko tych co robią taki zapas ;).
        Osobiście wolałbym jeść rzeczy które znam i lubię niż zmuszać się do bardzo monotonnego jedzenia. Niska waga w stosunku do zawartości białek ,cukrów itd. ma tylko znaczenie kiedy zamierzamy się przemieszczać. Gdy mamy plan koczować tygodnie w bezpiecznym miejscu.. ma to wtórne znaczenie. Konieczność zalania wodą – to raczej nie zaleta. Jeśli chcemy to zrobić z wody zdobytej okazjonalnie to i tak musimy ją ugotować ,a zatem narażamy się na postój i rozpalenie ognia. Obie sprawy mogą być ryzykowne. Jeśli mam mieć dobrą wodę ze sobą – zaleta małej masy ginie. Posiłek z puszcze jest bardziej ciężki ale to dlatego ,że część wody jest już w nim. Tego proszku bez wody może w ogóle nie da się zjeść ,a puszkę fasoli lub kukurydzy zjemy bez problemu. Masa puszki jako stali oczywiście działa na niekorzyść ,ale nie oszukujmy się ona będzie stanowić mniej niż 5 procent masy bagażu. Poza tym zabezpiecza nam porcję znacznie uczciwiej w razie np skażenia niż butelka PET czy woreczek z folii. Nic nie stoi na przeszkodzie by mieć oba takie rozwiązania na raz. Sam wolał bym mieć np. musli które zjem i na sucho, i z wodą lub mlekiem. Można kupić musli ciężkie pożywne z orzechami i by nie dźwigać powietrza trochę ja sprasować w nowym pudełku. Do tego miód, czekolady, puszki rybne, orzeszki w polewie, snikersy, suchary. Wszystko wytrzyma bez problemu 2 lata i więcej, jest w każdym sklepie. Zresztą najważniejsza może być odporność na głód – czy potrafimy myśleć logicznie 4 dzień bez posiłku itp.

        • bura2 napisał(a):

          Zabezpieczenie sobie wody to jest podstawa, każdy pokarm wymaga wody do trawienia. Więc to nie jest do końca tak. A jeżeli mamy wodę, zdobytą jakkolwiek podczas ewakuacji to warto by mieć posiłek, który można tą wodą po prostu zalać i się nie przejmować.

          • djans napisał(a):

            Myślę, że każdy tutaj ma świadomość niezbędności wody przy metabolizowaniu pokarmu. Chodzi raczej o swego rodzaju „marnowanie” jej na przygotowywanie posiłku.

            Po prostu pragnienie ugasić może tylko woda. Jak wypijemy zupę, to niby też dostarczamy wodę i fizjologicznie wszystko jest OK, ale pić się chce nadal.

      • a.jedlinski napisał(a):

        Fajny link. Trochę dużo tych składników. W najbliższym czasie robię sobie zadanie. Ide poszukać po sklepach różnych składników do podobnego posiłku. Będę szedł w kierunku owsianka plus mleko w proszku oraz składniki dodatkowe. Jestem zwolennikiem opcji złóż to sam. Cena tych gotowych posiłków jest dla mnie barierą – i nie będę tego ukrywać.

  5. Mirosław Gągalski napisał(a):

    Te posiłki pasowałyby do czegoś takiego: http://theviralhubs.com/bed-will-bury-inside-senses-earthquake-coming/

  6. Fomalhaut napisał(a):

    Sorry ,że wklejam to tutaj pod artykułem o żarciu ,ale on jest akurat ostatni….
    Myślę jednak ,że niektórzy powinni sobie zdać sprawę z sytuacji jak powstaje obecnie – na razie za morzem.

    http://reporters.pl/5463/ciemnosc-nad-imigranckim-multikulti-odcinaja-prad-w-malmo-strzelanina-za-strzelanina/
    I to takie kwestie powinny stać się tematem przygotowań.

    • djans napisał(a):

      Jak czytam podobne informacje, to myślę sobie, że czego by nie mówić o obecnym rządzie i prezydencie (na których nie głosowałem), to gdyby rządzili poprzednicy – mielibyśmy podobne atrakcje…

      • Fomalhaut napisał(a):

        Masz rację jednak i tak nie jest tak różowo. Obecnie w Polsce przebywa kilkaset tysięcy Ukraińców którzy tu pracują mniej lub bardziej legalnie, choć wielu z nich traktuje pobyt tu jako przystań przed wyjazdem do Niemiec. Jest też bardzo dużo Turków i innych „średniokolorowych” jako pracowników i studentów. Sytuacja obecnie jest bardzo spokojna ,ale to się może zmienić w każdej „chwili”. Pokazał to przykład morderstwa za Coka Colę. Praktycznie mamy trudną sytuację ze strony Niemiec, Ukrainy, Szwecji i Norwegii. Choć ostatnie 2 za morzem. Jednak to pokazuje, co nam grozi (rodzaj problemów). U nas władza nie mogła by tak ignorować problemu bo natychmiast „mężni kibice regionalni” urządzili by ustawkę na maczety 😉 i nikt by ich nie powstrzymał. Policja nie ma tyle suk by wozić w zimie prewencję od Krakowa do Suwałk i z powrotem.

  7. Sobsz napisał(a):

    Spośród tego rodzaju produktów polecam Jimmy Joy (dawniej Joylent). W najmniejszym zestawie jeden posiłek kosztuje ok. 8,60 zł, a zestaw na miesiąc ok. 650 zł (koszt wysyłki 23 zł). Jest dostępny w kilku smakach i rodzajach (w tym „kawa” oraz batony).

  8. djans napisał(a):

    Jak zauważył Fomalhaut konieczność rozrabiania z wodą jest wadą. Teoretycznie można by jeść proszek i popijać wodą, ale to dość kłopotliwe.

    Preferuję coś, co mogę spożywać od razu – batony, suszone mięso, suszone owoce, masło orzechowe, etc.

    Zaskakuje stosunkowo niedługi okres przydatności do spożycia – te 10 m-cy wymuszałoby coroczne spożywanie całego zapasu. Zdecydowanie wolę rotować jakieś jedzenie „normalne”.

    Przy czym nie mam miesięcznego zapasu żywności w postaci batonów energetycznych z mielonych orzechów i jajek w proszku. Taki koncentrat jest na kilka dni, na sytuację konieczności nagłego, awaryjnego opuszczenia mieszkania. Reszta w postaci makaronów, kasz, płatków, ryżu, mąki, grochu, fasoli, soczewicy, tłuszczów, cukru, puszek i mrożonek.

    Co innego, gdyby trwałość wynosiła np. 3 lata – wówczas niech sobie zapas leży i czeka na „w”. Jego koszt z 30 zł dziennie spada do 10 zł (jeśli traktować nie jako żywność, a ubezpieczenie).

    Dla mnie wadą jest także fakt, że to żywność oparta na soi. Przez wzgląd na estrogeny sojowe całkowicie wyeliminowałem ją z żywności.

  9. bura2 napisał(a):

    Posiłek w formie koktajlu ma wadę – cena.
    Jakieś joylenty soylenty i inne podejrzewam że powstały jako pokarm szpitalny dla ludzi którzy nie mogą gryźć. Co też może być plusem, gdy zgarniemy lewy prosty akurat w ciężkich czasach.
    Odzywki dla sportowców są spoko, zwłaszcza tzw. gainery – ok 3 zł za „posiłek” węgle + białko. niestety jeśli zalejemy je wodą to dostarczają bardzo mało tłuszczy. Smakowo duzo lepiej bo można sobie wybierać smak jaki się chce.
    Specjalnie robić zapas? nie. Kupować drugi „worek/słoik” gdy pierwszy jest dopiero zużyty w 2/3 gdy i tak je kupujemy bo ćwiczymy – jak najbardziej.
    Do plecaka batony, czekolada, mieszanki bakaliowe. Do domu jesli nie możemy gotować to jeszcze płatki śniadaniowe. Jeśli możemy to ryże, kasze, makarony i słoiki z „treściwym” wypełnieniem.

  10. radośnie napisał(a):

    1. takie jedzenie mozna zrobic samemu, jest wiele przepisów
    2. termin waznosci do bani
    3. drogo
    —-
    ale jest lepsze wyjscie, szczegolnie, ze jak widze akceptujesz takie jedzenie jako dodatek.

    Kupcie bialko dla kulturystow. Termin wazności takiego czegos to grubo ponad rok. Zawiera tylko ekstrakt z jajek i serwatki. Dość dokładnie można wyliczyć ile zawiera kalorii i jest łatwo przyswajalne. Dla każdej osoby strszej niż 14 lat polecam. I to jest lepsze jedzenie surwiwalowe. Kupic i trzymac na półce. zapas na pół roku i do tego koszt jakies 60-100zł za słoik wielkosci kapusty. Wazne by nie przesadzac i uwierzyc w to co tam pisza, bo przytyjecie i to bardzo szybko.
    Smakow jest kilkanascie i mozna mieszac z wieloma rzeczami. Na wyjazdach zjadam z wodą w domu owock i inne bajery. Bardzo polecam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner