Od czego zacząć zakupy na trudne czasy?

Dzisiejszy materiał jest odpowiedzią na pytanie jednego z widzów na YouTube:

Jeżeli zaczynam się przygotowywac to w co zainwestostowac przyslowiowe 500zł oprócz wiedzy i umiejętnosci czyli co kupić albo zgromadzić na początek

Postanowiliśmy temat nieco rozszerzyć i przyjrzeć się mu na łamach osobnego materiału.

Pełna lista, o której mowa na filmie, dostępna jest tutaj.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

36 komentarzy

  1. ansuz napisał(a):

    Lightowe filtry typu LifeStraw NIE ODFILTROWUJĄ WIRUSÓW!!! Nadają się TYLKO na turystyczne wypady w czystej okolicy a nie na trudne ekspedycje do tropików a tym bardziej nie nadają się jako pewne źródło wody podczas jakiejś apokalipsy. Filtr który daje szansę przeżycia w trudnych warunkach i któremu można zaufać MUSI ODFILTROWAĆ WIRUSY.

    Przykładem takiego filtra może być wojskowy LifeSaver, który w skrajnych wypadkach może kilkakrotnie przefiltrować nasz mocz… jednak nawet on nie pozbędzie sie wszystkich zanieczyszczeń chemicznych a co najwyżej je zredukuje.

    http://www.youtube.com/watch?v=wDJhtAFZPpM&t=1s
    http://www.youtube.com/watch?v=qo1vs1oKxc4
    http://www.youtube.com/watch?v=4tm9tFvu6g4

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      To prawda, z oferty Lifestraw tylko dwa filtry (Mission i Family) usuwają z wody wirusy.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Natomiast co do LifeSavera — o ile dobrze czytam dokumentację tego filtra, to on usunie z moczu zanieczyszczenia biologiczne, ale nie usunie zawartych w moczu soli i z tego względu picie przefiltrowanego moczu nie jest dobrym pomysłem.

      • ansuz napisał(a):

        Rożnica pomiędzy lekarstwem a trucizną tkwi w dawce. 😉

        Mówiąc w wielkim uproszczeniu, do pewnego stężenia (teraz dokładnie nie pamiętam jakiego) roztwór wody z solą nie jest szkodliwy a dopiero po przekroczeniu stężenia, „wyciąga” wodę z komórek poprzez dyfuzji przez błony komórkowe i prowadzi do odwodnienia.

        Mocz zdrowego człowieka powinien być całkowicie jałowy.;)

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          A to nie jest tak, że jeśli pijesz taki sam roztwór wody z solą, jaki z organizmu usuwasz, to nie nawadniasz go w żaden sposób, a tylko dodatkowo obciążasz kolejną porcją soli, którą musisz z organizmu usunąć? To nie jest ten sam problem, co z piciem wody morskiej?

          • ansuz napisał(a):

            Dwa środowiska z roztworami soli o rożnym stężeniu, oddzielone półprzepuszczalną błoną komórkową dążą do ujednolicenia roztworu soli. Czyli ze środowiska o niższym stężeniu soli woda przenika do środowiska o wyższym stężeniu, aby wyrównać stężenia.

            W komórkach organizmu mamy słony elektrolit a pijąc wodę o większym stężeniu soli niż elektrolit w komórkach powodujemy „wyciąganie” wody z komórek, czyli odwadniamy organizm,
            Analogicznie, pijąc wodę słoną, ale nawet odrobinę mniej słoną niż ta w komórkach, nawadniamy organizm, zamiast go odwadniać!

            Na deser mam dla Was na forum zadanie intelektualne. ;D

            Jest w 100% pewny (sprawdzony w praktyce) sposób przetrwania. Podkreślam, że nie mam na myśli destylacji wody, gdyż jest mało wydajne i w prymitywnych warunkach nie jest w stanie uzupełnić strat. Podpowiem, że znowu ma tutaj znaczenie zjawisko osmozy. 😉
            Rozwiązanie wkrótce…

          • Piotr napisał(a):

            Nie do końca ten sam co w przypadku wody morskiej. Stężenie soli w oceanach to około 3-4% a w morzach… tu rozpiętość jest duża, bo od prawie bezsolnych 0,3% do 5% i niektórą wodę morską można pić 😀

            Co do picia moczu dla zaspokojenia pragnienia… krew ma około 0,9% soli a mocz w normalnych warunkach około 1,5% (przy odwodnieniu znacznie więcej!) więc… odpowiedź jest chyba oczywista w którą stronę będzie wędrować woda aby wyrównać stężenia.
            W praktyce gdy człowiek jest odwodniony, to organizm sam odzyskuje z moczu tyle wody ile się da (można zrobić eksperyment i nie pić płynów przez kilkanaście godzin, a potem sprawdzić jaki jest mocz :D), więc picie moczu gdy już jesteśmy odwodnieni, to tylko pogorszenie całej sprawy.

          • Coyote napisał(a):

            Ciekawostka , zasolenie Bałtyku waha się między 0,2 a 1,2 % . Średnio przy naszym wybrzeżu 0,7 % . Rozrabiając dla bezpieczeństwa pół na pół z wodą słodką awaryjnie da się pić .

            Odwrócona osmoza fajna sprawa , jak ma się membranę . Tej ze śmieci w przeciwieństwie do destylarki nie sklecimy .
            Instalacje uzdatniania wody morskiej powinny być na większości większych jachtów i statkach . Najlepiej jak by się tu jakiś marynarz wypowiedział .
            Zwłaszcza w temacie żywotności membran i czy wyszabrowana z jakiegoś porzuconego przy nabrzeżu wraku byłaby cokolwiek warta .

      • fomalhaut napisał(a):

        Dobry odcinek, trochę porządkujący priorytety w organizacji zasobów na trudne czasy. Dodałbym ze swej strony -„stan zdrowia” jako numer jeden, czyli doprowadzenie się do pełni sił i pozostanie w tym stanie jako elementarna sprawa do „miecia” w sytuacji kryzysowej. Wielu młodych zdrowych ludzi w ogóle nie ma takiej potrzeby ,gdyż uważają ,że po prostu „są zdrowi” i tak zawsze będzie – a jedynie nie są „zdiagnozowani”. Należy po prostu sprawdzić zęby, zrobić małe RTG klatki piersiowej, wyleczyć jakieś wiecznie chore zatoki, czy inne ignorowane przez lata dolegliwości i zaszczepić się np . przeciw żółtacce. Broń palną przesunął bym też „wyżej” na liście potrzeb niż jakikolwiek „zapas” gdyż nic nam po nich ,gdy nie możemy go obronić. To już lepiej – bezpieczniej nic nie mieć niż mieć i być bezbronnym. Pozdrawiam

  2. ansuz napisał(a):

    II temat.

    Kilka lat temu zamierzaliśmy z kumplem pozyskać ZA DARMO opuszczone gospodarstwo w Portugalii, niedaleko Atlantyku. Warunkiem tego pozyskania było zagospodarowanie nieruchomości i osiedlenie się, przynajmniej czasowe.

    Niestety wśród naszych znajomych nie ma takich świrów jak my, wiec plan upadł, gdyż wymagał zbyt dużego zaangażowania czasu i środków. Jednak gdyby na tym forum znalazły się jakieś świry, które chciałby wziąć udział w zagospodarowaniu tej nieruchomości a potem poświeciły dwa miesiące w roku aby tam pomieszkać, można by powrócić do tematu…

    Oczywiście wymaga to wolnej pracy, którą można zabrać ze sobą na 2-3 miesiące do Portugalii. Trudno tez liczyć, że wyjazdy będą tylko w słoneczne wakacje, gdyż trzeba by tam bywać rotacyjnie przez cały rok. (Warunek darmowego pozyskania)

    • fomalhaut napisał(a):

      Mam doświadczenie rodzinne w wyprowadzaniu z totalnej ruiny tzw. starego gospodarstwa (w Polsce) i wiem ,że nie jest to ani, szybkie ani proste. Przede wszystkim jeśli ktoś coś daje „za darmo” to jest ku temu istotny powód. Same chęci i praca nie wystarczą ,bo jedynie zyskujesz brak kosztu zakupu. Zakup materiałów na remonty jest znacznie droższy niż zakup czegoś starego ,ale działającego. Same dojazdy na zadupie i koszty auta bardzo to zwiększają. Lepiej już w Polsce kupić jakieś takie gospodarstwo bez ziemi za 200 tysięcy niż ruinę za darmo gdzieś daleko. A i to też jest mega ryzykowane. Znając obecne propozycje z tego tematu i ceny rynkowe nie kupił bym nic co nie kosztuje minimum 300 tysięcy. Wszystkie tańsze propozycję to prawdziwe pola minowe. Pozdrawiam.

    • Coyote napisał(a):

      Do tego kolejny problem .
      Masz tam kogoś z rodziny ?
      Kumpli z którymi latami pracowałeś przy międzynarodowych projektach ?
      Jest tam silna Polonia ?
      Albo chociaż diaspora rosyjsko-serbsko-czeska , po prostu słowiańska ?
      Jeśli odpowiedź brzmi „nie” bylibyście tam Obcy .
      Póki wszystko jest dobrze nikt by wam złego słowa może nie powiedział .
      W gorszych czasach obcy automatycznie jest winny kradzieży , suszy , gradobicia i co tam tylko się wymyśli .
      Nikogo nie obejdzie jak go obrabują albo spłonie mu gospodarstwo . Sam sobie winny , czemu wśród swoich nie siedzi ?

      Zbyt stabilny etnicznie region świata też to nie jest .
      Tak trochę z deszczu pod rynnę .

      • ansuz napisał(a):

        – Mam skromne (amatorskie) doświadczenie w remontowaniu domów.
        – Nie mam tam rodziny.
        – Opuszczone nieruchomości przekazuje nieodpłatnie samorząd
        – Polonii tam nie ma, więc również nie ma opinii o Polonii…
        – Warunkiem otrzymania nieruchomości jest zamieszkanie tam

  3. linkolm napisał(a):

    Inwestować w zdrowie,zdrowie i jeszcze raz zdrowie.Lepiej mieszkać w starym wagonie czy innym wozie Drzymały na działce będąc zdrowym niż w willi męcząc się z chorobą jaka by nie była.Oczywiście nie mam na myśli jakiegoś przeziębienia tylko choroby przewlekłe .Z niezaleczonego zęba może wyniknąć zakażenie a w konsekwencji śmierć i żadna broń czy zapasy żywności nam nie pomogą.To oczywiście tylko przykład,bo możliwości zejścia z tego świata w wyniku chorób są setki jeśli nie tysiące.

    • ansuz napisał(a):

      Bez urazy kolego, ale dżentelmeni nie rozmawiają o rzeczach oczywistych. 😉

      (Gdy nie potrafisz się obronić, nie masz zapasów, lub brak Ci odpowiedniego schronienia to w sytuacji kryzysowej umrzesz… ZDROWY) 😉

      • Multitactical.pl napisał(a):

        Fakt, najpierw schronienie i obrona tego schronienia, zdrowie jest szalenie ważne ale jednocześnie oczywiste.

        • linkolm napisał(a):

          Uwierzcie,że nie takie oczywiste,ludzie często czekają i zwlekają z wizytą u lekarza do ostatniej chwili.Przykład mojej sąsiadki,w zeszłym roku jak już było bardzo źle pozwoliła się zawieść do szpitala jak już ją wyleczyli miała regularnie stawiać się na kontynuację leczenia (Chora wątroba)co zaniedbała.W grudniu minął rok o pierwszej wizyty w szpitalu a w przyszłą sobotę jest jej pogrzeb.

  4. ansuz napisał(a):

    Coyote pisze:
    „Odwrócona osmoza fajna sprawa , jak ma się membranę . Tej ze śmieci w przeciwieństwie do destylarki nie sklecimy .”

    WSZYSCY JĄ MAMY!
    Nawet jest znany przypadek wykorzystania tej membrany do nawadniania organizmu za pomocą wody morskiej. Mamy tę membranę w d… 😀
    Dokładnie tak w d…, jelita potrafią pobierać wodę ze skażonej biologicznie i chemicznie brei, która tam zalega.

    Powszechnie znany jest przepadek pary emerytów, którzy przeżyli bez słodkiej wody, gdyż robili sobie lewatywę z wody morskiej. Przypadkiem mieli w bagażu zestaw do lewatywy. Oczywiście taki zestaw nie jest konieczny, gdyż w skrajnych wypadkach można posiłkować się rożnymi śmieciami a nawet łodygami roślin. Ograniczeniem jest jedynie inwencja. 😉

    • Piotr napisał(a):

      Często są też wyciągane przez media/dziennikarzy zbyt pochopne wnioski typu: robili lewatywę z wody morskiej i przeżyli => przeżyli dzięki lewatywie z wody morskiej 😀 To niestety tak nie działa – to którą stroną wprowadzasz słoną wodę do jelita grubego (czy doustnie czy doodbytniczo) nie ma jakiegoś specjalnego znaczenia, w obydwu przypadkach osmoza działa dokładnie tak samo.

      • ansuz napisał(a):

        Kolego Piotrze nie upraszczaj, jelito nie jest tylko prymitywną błoną półprzepuszczalną, taką jak ścianki „zwykłych” komórek. Jelito jest zaawansowanym organem, który nie tylko wchłania na drodze dyfuzji, ale również na zasadzie transportu aktywnego! Czyli wchłaniane są SELEKTYWNIE składniki odżywcze, do naczyń krwionośnych i limfatycznych.
        …ale przyznaję, dzielnie próbowałeś… 😉

        • Piotr napisał(a):

          Wiem o tym, ale to w jaki sposób dostarczysz słoną wodę do jelita nie ma znaczenia i tylko do tego się odniosłem, a to że ludzie potrafią stworzyć legendy typu „smarowałem się końską kupą i wyzdrowiałem, końska kupa pomaga”, to tak, tu masz rację, przeczytasz w internetach różne rzeczy. Tak samo jest z tą lewatywą z wody morskiej, oni przeżyli POMIMO robienia lewatywy z wody morskiej a nie dlatego, że to robili. Tak samo z piciem moczu – wielokrotnie były przypadki zasypania górników pod ziemią na kilka dni i zwykle ci, którzy pili swój mocz byli w znacznie gorszym stanie niż ci, którzy się od tego powstrzymali.
          Prosta sprawa, przyjmijmy że masz wodę o zawartości 2% soli, we krwi masz 1% soli (a więc tyle samo będziesz miał w jelicie cienkim) a w jelicie grubym na drodze „transportu aktywnego” jesteś w stanie osiągnąć stężenie 4% soli (nie wiem czy to prawda, zweryfikuję pod koniec tygodnia z lekarzem, ale przyjmijmy że masz rację i załóżmy „ratio osmotyczne 4:1”). Pijesz 1 litr wody o zawartości soli 2%, w jelicie cienkim zachodzi odwrócenie normalnego kierunku osmozy i woda idzie z krwi do jelita aby wyrównać stężenia, czyli z krwi do jelita pójdzie litr wody aby „rozcieńczyć” sól, czyli masz 2 litry „solanki” o stężeniu 1%, następnie te dwa litry idzie do jelita grubego i tam „transportem aktywnym” woda idzie z jelita do krwi aż osiągnie „ratio” 4:1 (w stosunku do stężenia soli we krwi, czyli do 4% stężenia soli w jelicie), czyli z 2litrów solanki o stężeniu 1% zrobi się 0,5l solanki, czyli jelito grube wchłonie 1,5 litra wody – bilans: 1l poszedł z krwi do jelita cienkiego i potem 1,5l z jelita grubego do krwi, czyli „zyskałeś” 0,5 litra wody. Teraz od razu sobie robisz lewatywę z 1l wody o stężeniu 2% do jelita grubego, przy tym samym ratio 4:1 też zejdziesz do 4% stężenia soli w jelicie grubym, czyli z litra solanki o stężeniu 2% pójdzie 0,5 litra wody do krwi a w jelicie zostanie solanka 4%. Niezależnie od metody wprowadzenia tej solanki do organizmu (czy ją wypijesz, czy zrobisz lewatywę) docelowo dostaniesz w jelicie grubym to samo stężenie solanki a więc ogólny bilans ruchu wody będzie taki sam i w tę samą stronę. Oczywiście to ratio 4:1 jest wyssane z palca, nie wiem jak to jest w rzeczywistości (i nie sądzę aby to ratio było aż takie duże) ale coś musiałem przyjąć dla wyjaśnienia w czym rzecz.

          Przyznaję, „dzielnie próbowałeś” ale skonsultuj swoje rewelacje z lekarzem znającym się na rzeczy, bo bardzo łatwo jest łyknąć z internetu sensacje typu „robił sobie lewatywę z solanki i przeżył” jako „przeżył bo robił sobie lewatywę z solanki” (to dwie różne rzeczy, prawdziwość pierwszego stwierdzenia nie oznacza z automatu prawdziwości drugiego. Wprowadzając jednorazowo doodbytniczo większą ilość wody do jelita grubego w pierwszej kolejności wywołasz efekt lewatywy, czyli doprowadzisz do wypróżnienia a nie do przyswojenia przez organizm zawartej we wlewie wody (zawartość soli nie ma znaczenia, w szpitalach przed poważniejszymi operacjami jest wykonywana lewatywa z wody destylowanej, nie ma w ogóle soli a działa tak samo – wypróżniająco).

          Są ludzie, którzy wierzą, że na przykład wyzdrowieli, bo wypili cudowną wodę od Zbigniewa Nowaka, ale to jest albo przypadek któremu ludzie nadają znaczenia, albo na przykład efekt placebo, są na przykład ludzie, którym zabieg chirurgiczny placebo (operacja, w której chirurg nic nie robi za wyjątkiem otwarcia i zamknięcia czaszki) pomaga na chorobę Parkinsona; są przypadki rozbitków, gdzie załoga dzieli się na dwie tratwy ratunkowe (taka sama ilość ludzi w przeliczeniu na tratwę, takie same zasoby na tratwie, robią to samo itd.) i w jednej wszyscy przeżyją w znakomitej kondycji a w drugiej połowa nie przeżyje, mimo wykonywania tych samych rozkazów kapitana (tratwy związane kilkumetrową liną), bo różnica jest w… morale, że „na naszej tratwie jest kapitan” (a więc nikt nie pozwala sobie nawet na chwilę słabości).
          Radzę więc uważać na różnej maści „rewelacje”, bo legend miejskich (także w dziedzinie survivalu) są dziesiątki jeśli nie setki tysięcy.

        • Piotr napisał(a):

          PS: Dobrze się wstrzeliłem z tym ratio 4:1 w jelicie grubym. Właśnie zapytałem laboranta – ludzkie odchody zawierają około 4% soli 😀

  5. bura2 napisał(a):

    Dobrze położony akcent na to, że trudne czasy to nie tylko, wojna atomowa i kompletny chaos. Kasa jest potrzebna, bo co by się nie wydarzyło, zawsze jest jakiś początkowy okres w którym da się coś kupić za zwykłe złotówki. Warto też pamiętać aby część tych pieniędzy była w formie gotówki, najlepiej małych nominałów np banknotów 10 zł. Nie pójdę w czasie kryzysu na zakupy machając stówkami.

    Można by też coś napisać o ciepłej odzieży – kryzys najbardziej dokucza zimą. W końcu to zimą umierają najczęściej biedni, samotni i bezdomni. Nie trzeba od razu nie wiadomo czego, ale jakiś komplet polarowej bielizny , dwie pary ciepłych skarpet i jakiś buff spokojnie można zmieścić się w stówce. Lepiej nie marznąć dojeżdżając do pracy. Im jest nam zimnej tym więcej jemy i tym mocniej palimy w piecu. Idąc tą logiką – ciepłe ubrania dają oszczędność w jedzeniu i paliwach.

    Uzupełnić i zorganizować domową apteczkę w podstawowe leki – jakiś paracetamol, aspiryna, coś na biegunkę itp. zwykłe plastry i duża ilość jakiegoś odkażalnika np wody utlenionej czy spirytusu salicylowego.

    Co do żywności – nie zachęcam do bycia wege, ale nastawiam się na to w czasie kryzysu. Dziś kupuje praktycznie tylko „czyste mięso” pierś z kurczaka, karkówka, mielone z dużą ilością miesa itp. Przy pogorszeniu się mojej sytuacji – podroby, ścinki i porcje rosołowe. A wiekszość białka w diecie to fasola groch itp.

  6. Lucas napisał(a):

    Pierwszy krok wykonany. Dziś mi przyjechały 103 paczki makaronu 🙂

    • ansuz napisał(a):

      He, he, he… Teraz będziesz jadł go codziennie latami, albo wywalisz go za kilka lat. 😀 ZNACZNIE ZA DUŻO!

      Codziennie czytacie i oglądacie rożne surwiwalowe media i nikt Wam nie powiedział, że do przetrwania drobnych klęsk, zapasy z przetworzonych produktów wcale nie muszą być wielkie, wystarczy maksymalnie zabezpieczenie na miesiąc, lub dwa. Jednak aby przeżyć w świecie post apokaliptycznym (wojna) to nawet 100 paczek makaronu będzie zbyt mało.

      Podzielę się z Wami moim patentem:

      – Na wszelkie krótkie wypady turystyczne i ekspedycje rowerowe, takie do tygodnia zrobiłem dzienne zestawy żywności najlżejsze, najsmaczniejsze, najzdrowsze i bez oglądania się na koszty. Kupowałem co najlepsze. 😉

      – Na drobne problemy z zaopatrzeniem, takie na miesiąc, lub dwa (oszczędnie nawet na 4 miesiące wystarczą) mam zapasy mniej więcej takie o jakich Wam mówi Krzysiek, gospodarz bloga.

      – Na poważne problemy mam dwa worki zboża kupowane od znajomego rolnika, które każdej jesieni wymieniam za dopłatą na świeże.

      • linkolm napisał(a):

        A te zboże to do zjedzenia czy na zasiew.I jaki gatunek?

        • ansuz napisał(a):

          Do zjedzenia, mieszkam w lesie, więc siać mogę jedynie grzyby… 😀 (albo trochę warzyw na polance)
          Żyto i pszenica, kiedyś brałem samo żyto.

          • Piotr napisał(a):

            Do jedzenia to akurat wolę mieć zapas mąki niż zapas ziarna (zapas ziarna też mam, ale jako paszę dla zwierząt, głównie drobiu, no i na zasiew). Otrzymanie dobrej mąki domowymi sposobami i bez użycia prądu jest bardzo pracochłonne i czasochłonne, a w kryzysowych czasach właśnie na oszczędzaniu energii, czasu i kalorii powinno nam zależeć, dlatego moim zdaniem w pierwszej kolejności należy magazynować produkty, które można zjeść od razu (bez przygotowywania), czyli konserwy itp., w drugiej kolejności produkty wymagające krótkiego gotowania (makaron, puree ziemniaczane – takie gotowe w proszku itp.), w trzeciej kolejności produkty wymagające dłuższego gotowania (ryż, surowa fasola, ziemniaki itp.) a dopiero w czwartej kolejności produkty wymagające dużo energii i czasu na przygotowanie (mielenie własnego ziarna w celu pieczenia własnego chleba itp.).

          • ansuz napisał(a):

            Każdy woli mieć do jedzenia dobre puszki, mrożonki i makarony niż ziarno, to oczywiste. Takie zapasy o których piszesz zrobiłem na 2 miesiące (oszczędnie gospodarując wystarczą na 4).

            Ziarno znacznie lepiej przechowuje się niż mąka a po za tym ziarno mogę wymienić następnej jesieni na świeże a mąki nikt zdrowy ode mnie nie przyjmie a nie zamierzam latami żywić się samą mąką, aby ją zużyć. 😀
            Kolejną zaleta ziarna jest niska cena i możliwość natychmiastowego powiększenia zapasów nawet 10-krotnie, gdy zacznę mieć podejrzenia, że coś złego wisi w powietrzu a gdy nic się nie stanie to bezkarnie zwrócę nadwyżkę ziarna z niewielką stratą.
            Wygoda, prostota, cena. 😉

          • Piotr napisał(a):

            Spoko, nie krytykuję zapasów ziarna jako takich. Odniosłem się do tematu vloga, czyli od czego ZACZĄĆ zakupy na trudne czasy. Moim zdaniem od ziarna nie powinno się zaczynać pomimo tego że jest tanie w zakupie i pozornie łatwe w przechowywaniu (pozornie, bo i tak należy je zabezpieczyć przed szkodnikami, wilgocią itd.), bo jest trudne i pracochłonne w przetwarzaniu domowymi sposobami do postaci nadającej się do spożycia (surowego ziarna/mąki nie można jeść ze względu na ryzyko poważnego zatrucia bacillus cereus https://pl.wikipedia.org/wiki/Bacillus_cereus – czasem zjesz i nic nie będzie a bywają przypadki, że się kończy śmiercią, zbyt duża loteria aby ryzykować zjadanie większych ilości bez pieczenia czy gotowania). Uzyskanie kilograma mąki metodą „tłuczenia na kamieniach” (jak to robili nasi przodkowie) to na prawdę bardzo dużo pracy, a odpowiednie młynki „na korbkę” mało kto teraz posiada. Mimo wszystko zamiast tego zapasu pszenicy wolałbym na początku kupić ekwiwalent kwotowy ryżu czy fasoli (i przechowywać w plastikowej beczce czy ryż nawet w zużytych butelkach typu PET po wodzie mineralnej).

          • ansuz napisał(a):

            Przyznam szczerze, ale nadal nie kupiłem, żadnego, taniego, ręcznego młynka do tego zboża. Albo zapominałem, albo mówiłem sobie, że jakoś to będzie i co najwyżej będę je rozgotowywał, jak pęczak na ryby. 😉
            Dyskusja ta przypomniała mi aby rozejrzeć się na portalu aukcyjnym za jakimś młynkiem na korbę.

          • linkolm napisał(a):

            Do mielenia zboża kup jakiś ręczny sprawny,ale zabytkowy młynek.Istnieje duża szansa,że jego wartość wzrośnie z czasem,a i może się okazać trwalszy od nowych konstrukcji.Dorzucił bym jeszcze nasiona strączkowych żeby w razie W mieć jakieś źródło roślinnego białka i i kukurydzę bo łatwo ją pielić.Jak mieszkasz w lesie to nasadź po partyzancku naokoło różnych orzechów i drzew owocowych,a grzyby to nie taka zła opcja,raczej urozmaicenie.

          • ansuz napisał(a):

            Strączkowe mam w zapasie tym na 2 miesiące, tym który zjadam na bieżąco. Ten zapas na 2 miesiące jest bardzo urozmaicony, ponieważ z niego korzystam na co dzień, zużywając najstarsze produkty. Wygląda dosłownie jak mały sklepik domowy, znajomi szyderczo pytali, czy płacę kartą, gotówką, czy „na zeszyt”. 😀

            Miesiąc temu zbudowałem małą farmę akwaponiczną na 20 warzyw. Jest przystosowana do powieszenia na ścianie w kuchni, tak aby mieć pod ręka stale świeże warzywa. Niestety ostatnio chorowałem i nie posadziłem jeszcze roślin, posadzę dopiero po niedzieli. Farma będzie doświetlana specjalnymi promiennikami LED, wiec rośliny będzie można uprawiać nawet w całkowitej ciemności. Jeżeli farma się sprawdzi to zabuduję całą ścianę w kuchni i napisze Wam na forum info.

            Farmę przygotowałem tak, aby wyglądała elegancko i nowocześnie, abym nie czuł dysonansu estetycznego, wieszając ją na ścinie w kuchni. Aby była możliwie mobilna, skalowalna i podatna na modyfikacje. 20 roślin mieści się na powierzchni 1000X600 mm, mniej więcej wielkości drzwi od chłodziarki mieszczącej się pod blatem.

  7. Pozyskiwacz. napisał(a):

    Mały młynek do zboża to nie jest prosta sprawa. Sam aktualnie rozgryzam temat. Mam żarna, ale dają raczej razową mąkę, no i są dość duże. Szukam czegoś mniejszego, domowego. Niestety, jeżeli jest coś fajnego to cena spora – zaczynają się od ok. 1500 zł. Do tego wszystko na prąd. Jak by ktoś mógł polecić jakiś sprawdzony, ręczny model, z napędem ręcznym lub nożnym to byłbym wdzięczny.

    • Piotr napisał(a):

      Z małych ręcznych i tanich to będą niestety tylko śrutowniki. Zdobycie młynka (a nie śrutownika) z napędem ręcznym nie jest takie proste, bo zboża na mąkę w polskich domach nie mieli się od kilkuset lat (od tego były i są duże młyny), domowo to tylko się śrutowało zboże jako paszę dla zwierząt (lub na potrzeby domowej produkcji alkoholi :D).

      • linkolm napisał(a):

        A właściwie jaka jest różnica między młynkiem a śrutownikiem(walcowy,bijakowy),bo nic na ten temat nie znalazłem.Dziadek miał patent na mąkę ze śrutownika bijakowego,mianowicie z jednej strony zakładał sito o oczkach na tyle małych,że przelatywała przez nie tylko mąka a drugie trochę większe przez które wylatywały grubsze części ziarna typu łuski.Po przesianiu przez sito mąka była czysta jak ta ze sklepu.Zresztą mąka z całych ziaren jest zdrowsza.Po za tym ziarno może być spożywane także w innej postaci niż mąka i produkty z niej np płatki,kasza czy nawet całe ziarna.Powinno stanowić część zapasów z powodu jednej podstawowej przewagi nad ryżem mianowicie można je wysiać(200 kg na hektar)i odnowić zapasy.Zastanawia mnie także czy młynkiem do słodu dało by się zrobić w miarę przyzwoitą mąkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner