Przeżyłem Kurs Przetrwania Symulacje Survivalowe (część 1)

W dzisiejszym materiale chciałem Wam opowiedzieć o moich wrażeniach z części pierwszej Kursu Przetrwania Symulacje Survivalowe, organizowanego przez grupę Universal Survival. Dla porządku, muszę zaznaczyć, że to chłopaki z Universal Survival odezwali się do nas z propozycją wzięcia udziału w kursie i podzielenia się z Wami spostrzeżeniami. Jako że od jakiegoś czasu myślałem, czy się na coś takiego nie zapisać, zgodziłem się dość szybko. Zapisałem się na termin i czekałem.

Ważne jest też zaznaczenie, że to materiał podsumowujący mój udział tylko w pierwszej części kursu przetrwania. Cały kurs trwa 140 godzin i składa się z trzech części realizowanych kolejno, więc siłą rzeczy na razie mogę opowiedzieć tylko o jego pierwszej, 24-godzinnej części.

Zamierzeniem moim było wykorzystanie nieco okrojonego zestawu 72-godzinnego i ubrań, z których korzystam na co dzień. Przecież jeśli znalazłbym się w sytuacji wymagającej ucieczki do lasu, raczej nie miałbym możliwości się na nią zawczasu przygotować. Mógłbym więc co najwyżej chwycić leżący gdzieś w domu zestaw ucieczkowy. Później, gdy dostałem od organizatorów wytyczne sprzętowe, część zestawu pozostawiłem w domu. To dobra symulacja częściowego wykorzystania, zgubienia albo zniszczenia niektórych elementów zestawu.

Na kurs dojechałem w sobotę rano, po noclegu w Olsztynie. Mieliśmy najmniejszą grupę w historii pierwszej edycji kursu, bo było nas tylko pięciu. Kilka osób zrezygnowało krótko przed szkoleniem, zapewne ze względu na pogodę. Trochę się nie dziwię. Pogodę też, jak się później okazało, mieliśmy mieć najgorszą w historii kursu… Przez cały czas padał deszcz, wieczorem także deszcz ze śniegiem, a w nocy śnieg. Temperatura — nieco powyżej zera.

Muszę jeszcze w tym miejscu zaznaczyć, że z oczywistych względów nie o wszystkim będę Wam mógł na łamach tego filmu opowiedzieć. Kurs ma wiele niespodzianek, których nie mogę zdradzać, żeby nie odbierać Wam szansy na samodzielne ich przeżycie na własnej skórze.

A propos przeżyć — dla mnie ten kurs miał właśnie być przede wszystkim takim przeżyciem. Możliwością wyjścia bardzo daleko poza strefę komfortu, do sytuacji, w której nigdy nie chcę się znaleźć. I zobaczenia, jak mi w tej sytuacji będzie. O tym jeszcze będę wspominać.

Z dzisiejszego punktu widzenia mogę powiedzieć, że zajęcia z różnych technik survivalowych były tylko tłem. Tłem dla zdobywania wiedzy o mnie samym. O moim podejściu. O moich reakcjach na to, co dzieje się dookoła. O tym, jak w praktyce będę w stanie wdrażać w życie te zasady, które przecież doskonale znam. Albo te, które dopiero poznałem na szkoleniu, jak choćby “zasadę 100%”.

Zaczęliśmy od krótkiej części teoretycznej i tu się okazało, że jestem źle ubrany. Że kalesony i bluza nie powinny leżeć w zestawie, tylko powinienem je na siebie założyć. A nie zrobiłem tego, bo uznałem, że będziemy dużo chodzić i ciężko pracować. Myślałem, że będzie mi ciepło.

Wytyczne sprzętowe od organizatorów sugerowały zabranie wygodnych, rozchodzonych butów. To wziąłem moje noszone niemal codziennie od roku New Balance’y. To się wkrótce okazało błędem. Buty dość szybko przemokły, a zaraz później — skarpetki i stopy. Nie wiem, jak to się stało, ale zapasowe skarpetki gdzieś mi z zestawu zniknęły… Wyciągam z tego bardzo istotny wniosek odnośnie zawartości mojego zestawu 72-godzinnego. Powinny się w nim znaleźć buty, które będą chronić przed zimnem i przed wilgocią.

Jednym z najważniejszych zadań praktycznych było znalezienie miejsca na obóz i wykonanie zaimprowizowanego schronienia. Organizatorzy widzieli, że mamy ze sobą różnoraki sprzęt do przenocowania w lesie (plandeki, poncha, folie), ale zasugerowali, byśmy zrobili schronienia z tego, co znajdziemy w lesie i spróbowali w nich przenocować. Ja miałem ze sobą śpiwór (z zestawu 72-godzinnego) i karimatę (którą wożę w samochodzie od ubiegłorocznych wakacji), duży foliowy worek i elastyczny koc ratunkowy — skrzyżowanie koca termicznego z grubą, plastikową folią. No i oczywiście paracord. Uznałem, że zrobię schronienie z gałęzi i liści, a w środku przykryję się jeszcze tym kocem ratunkowym, aby mieć pewność, że nie zmoknę i nie zmarznę.

Byłem z siebie bardzo dumny, bo okazało się, że ja zdecydowałem się na zbudowanie najmniejszego schronienia ze wszystkich. Miało być małe, żeby mi było w nim ciepło i przytulnie. Przy okazji, dzięki temu oszczędziłem sporo czasu na jego budowie, bo musiałem zgromadzić mniej materiału, niż inni uczestnicy. Skończyłem niemal pół godziny wcześniej, niż inni.

Po skończonej pracy wzięliśmy się za szkolenie z rozpalania ognia, a potem wyruszyliśmy z obozu na dalsze ćwiczenia.

Gdy wróciliśmy późno w nocy, rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy coś. A ja założyłem wszystkie dodatkowe warstwy ubrania, które miałem ze sobą, zapakowałem się do szałasu, z radością, że wreszcie będę mógł odpocząć. Szałas okazał się tak mały, że ledwo byłem w stanie rozłożyć w środku śpiwór, wejść do niego i zasunąć suwak. Rozłożenie na nim tego koca ratunkowego okazało się w praktyce niemożliwe.

Schronienie budowałem ponad półtorej godziny, a okazało się i tak za małe, jak na moje potrzeby.

Okazało się też dziurawe. I tu wyszło, że przez zbyt luźne podejście do tej budowy schronienia ja nie jestem w stanie przetrwać w nim nocy. Liczyłem, że w śpiworze i szałasie wreszcie się rozgrzeję. Okazało się jednak, że wcale nie robi mi się coraz bardziej ciepło. Po jakimś czasie zauważyłem, że zaczynam mieć dreszcze, a stopy przestają mnie szczypać z zimna. Uznałem, że to jest moment, w którym trzeba podjąć męską decyzję i przenieść się spać do suchego i szczelnego samochodu, żeby nie zrobić sobie jakiejś krzywdy.

Tak, byłem pierwszym uczestnikiem w historii szkolenia, który nie przetrzymał nocy w lesie. Przypisuję to swojemu głupio ambitnemu podejściu, by iść na szkolenie tak, jak stałem. No i pogodzie. Ostatecznie, organizatorzy umieścili mnie w awaryjnym schronieniu przygotowanym pod tym kątem, czyli po prostu w domu, przy kominku. Pod tym kątem są bardzo dobrze przygotowani, bo w obozie był także do naszej dyspozycji cały plecak z dodatkowymi ubraniami, z którego zresztą też korzystałem kolejnego dnia. Nie bez przyczyny od początku mówili: “to szkolenie jest miejscem, byście mogli bezpiecznie popełniać błędy”.

W każdym razie cała ta sytuacja z szałasem pokazała, że trzeba się jednak stosować do zasady 100%. Miałem prawie pół godziny czasu, który zamiast poświęcić na zebranie kolejnych porcji liści i dodatkowe przykrycie nim szałasu, zmarnowałem na jakieś głupstwa. Byłem już zmęczony i zmarznięty. Przypomniały o sobie stare kontuzje. Dłonie miałem zgrabiałe z zimna, bo przecież nie zabrałem rękawiczek. Uznałem, że szałas jest “dostatecznie dobry”.

Nie był.

Tu trzeba jeszcze jedną rzecz zauważyć. Ponad półtorej godziny budowałem szałas, w którym ledwo byłem w stanie zmieścić się sam. Ile czasu budowałbym szałas, w którym mógłbym bezpiecznie schronić się z całą rodziną? Jak dużym problemem byłoby jego stworzenie, gdyby nie miał mi kto w tym pomóc? A przecież łatwo wyobrazić sobie ciężarną żonę z dzieckiem na ręku, która w takiej sytuacji nie będzie w stanie nijak pomóc przy budowie schronienia…

Na rozmowie podsumowującej szkolenie padła informacja, że w drugiej części kursu są kolejne zajęcia z budowy schronień — tym razem wykorzystujących ogień do utrzymania w środku odpowiednich warunków. Takie schronienie pewnie byłoby w sytuacji uciekania z rodziną lepszym rozwiązaniem.

Będę też musiał się bliżej przyjrzeć tej kwestii schronienia w moim zestawie 72-godzinnym. Przecież nie zawsze będę w stanie znaleźć odpowiednią ilość gałęzi do zbudowania schronienia. Może też na to nie być czasu.

Rano pobudka i kolejne zajęcia. Kolejne ćwiczenia. Kolejne zadania. Kolejne niespodzianki. Kolejne zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością. Najpierw część teoretyczna, wykład, rozmawiamy o rzeczach oczywistych. Oczywistych dla każdego, bo wszyscy chórem przytakujemy. Parę godzin później część praktyczna, niejako sprawdzian z tego samego zagadnienia. I nikt o tych oczywistościach już nie pamięta, bo zżera go stres. A przecież to tylko ćwiczenie, w bezpiecznych, kontrolowanych warunkach.

Dużym wyzwaniem dla mnie było jedno z zadań, gdy trafiła mi się rola lidera grupy. Instruktor sformułował zadanie i poprosił o wyznaczenie lidera. Nikt się nie zgłosił. Reszta grupy zgłosiła mnie. A ja kompletnie nie miałem ochoty na to, by czymkolwiek kierować. Byłem zmęczony i jedyne o czym marzyłem, to pójście spać, a nie ogarnianie całej grupy. Zwłaszcza, że zadanie dotyczyło tematu, w którym kompletnie nie czułem się kompetentny. Ale przecież w sytuacji kryzysowej będzie identycznie. Gdy coś złego się będzie dziać, kto inny, jeśli nie ja, będzie musiał przejąć odpowiedzialność za moją rodzinę? Warto zdać sobie z tego sprawę zanim taka sytuacja nastąpi.

Przy innej okazji śmialiśmy się z chłopakami, że ja do sztuki przetrwania podchodzę niespecjalnie poważnie. Ale to nieprawda. Ja do przeżycia podchodzę bardzo poważnie. Wiem, że w lesie raczej nie przeżyję i że muszę robić wszystko, by się w takiej sytuacji nigdy nie znaleźć. Szkolenie przecież pokazało, że do tego scenariusza w tej chwili nie jestem przygotowany i nad tym trzeba popracować. Tak w zakresie podejścia, jak i sprzętu w zestawie 72-godzinnym.

O szkoleniu mógłbym opowiadać godzinami, ale zostaliśmy zobowiązani, żeby o szczegółach nie opowiadać i nie psuć Wam atrakcji. Chcę, żebyście na poważnie rozważyli takie szkolenie, z kilku przyczyn.

Po pierwsze, to całkiem niezła okazja do sprawdzenia, jak poradzicie sobie w nietypowej, zaskakującej sytuacji. Na tyle niekomfortowej, że większość z Was z własnej nieprzymuszonej woli takiego ćwiczenia samodzielnie sobie pewnie nie zrobi.
Po drugie, możliwość nauczenia się przydatnych sztuczek, jeśli chodzi na przykład o rozpalanie ognia krzesiwem czy budowę schronienia.
Po trzecie, szkolenie to świetne tło do dowiedzenia się wielu ciekawych rzeczy o samym sobie i z tego co wiem, to taka właśnie idea stała za stworzeniem jego programu.

Dla mnie była to też okazja do przemyślenia między innymi sensowności mojego zestawu 72-godzinnego. O tym więcej opowiem kiedyś, w osobnym materiale. Najbardziej brakowało mi nieprzemakalnych butów i rękawiczek.

Ja ciągle uważam, że większości z technik tradycyjnego survivalu nigdy nie wykorzystamy. Że trzeba robić wszystko, by nie musieć nigdy radzić sobie w takim otoczeniu. I po to właśnie jest nasz blog i ten kanał.

A jesienią wybiorę się na drugą część Kursu Przetrwania Symulacje Survivalowe, żeby zrobić drugi test mojego zestawu 72-godzinnego. Już trochę pozmienianego.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

36 komentarzy

  1. linkolm napisał(a):

    Fajna reklama kursu,można chociaż po łepkach zobaczyć jak to wygląda.Pogoda rzeczywiście surwiwalowa,pokazuję to,że w pierwszej kolejności w przygotowaniach trzeba zwrócić uwagę na ubrania.Hipotermia to nic przyjemnego.

  2. yamabushi napisał(a):

    … hmmm… wydaje mi sie, ze jednak „nie przezyles” (tzn. odpadles) a kolejny raz gloryfikujesz ogromny sukces poznania samego siebie.
    Powiedz sobie i nam prawde, ze w terenie (bez samochodu) jestes beznadziejny – ta prawda cie wyzwoli…

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Przecież ja nigdy nie twierdziłem, że w tego typu sytuacjach sobie poradzę. Od dawna wiedziałem, że sobie nie poradzę. I myślę, że nie odbiegam znacząco pod tym względem od profilu przeciętnego czytelnika naszego bloga…

      W każdym razie, mając świadomość stanu rzeczy, starałem się robić wszystko, by się w takiej sytuacji nie znaleźć z rodziną. By przygotowywać się w taki sposób, abym nie był zmuszony do ucieczki do lasu, budowania schronienia z gałęzi, rozpalania ognia pocierając patyki i tak dalej. Po to wożę ze sobą w samochodzie i noszę w EDC różne rzeczy, żebym mógł sobie z ich pomocą poradzić w trudnych sytuacjach. To samo zalecamy z Arturem Wam, bo mamy poczucie, że trzeba koncentrować się na prostych rzeczach rozwiązujących 98% problemów, a nie na rzeczach wyglądających efektownie, niezbędnych tylko w 2% przypadków.

      Oceniając szanse na znalezienie się w sytuacji „jesteś w lesie, nie masz prawie nic” jako niewielkie, nie koncentrowałem się na uczeniu się budowania szałasów z patyków.

      Na szkolenie pojechałem prawie tak, jak stałem, zabierając tylko okrojony zestaw 72-godzinny i karimatę z samochodu. Chciałem zobaczyć, jak mi będzie z takim sprzętem i w takich okolicznościach. Po to, żebym mógł wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość. A że skończyło się to tym, że zrezygnowałem ze spania w lesie obawiając się poważniejszych problemów, to inna rzecz. Mam poczucie, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką mogłem wtedy podjąć.

      Głupotą było wyjście tam w złych butach i złym ubraniu — ale w kryzysowej sytuacji właśnie w takim ubraniu i butach najprawdopodobniej będę.

      • yamabushi napisał(a):

        jako chlopie dowiedzialem sie wiecej o sobie (w podobnym przypadku) podkradajac w deszczowa noc buty i koc z obozu starszych harcerzy – okazalo sie ze jestem „ostatnim ch.j.m” a nie Dzonem Rambo

      • Piotr napisał(a):

        Krzysiek – odnośnie „wiedziałem, że sobie nie poradzę”, w tym właśnie rzecz, że jak masz takie przekonanie, to nie działa „zasada 100%”, bo bez przekonania o powodzeniu nie przeskoczysz podświadomego „po co się spalać, skoro i tak nic z tego nie będzie” 😀
        Tego typu szkolenia nie polegają na tym jak zbudować szałas czy jak używać krzesiwa (tzn. owszem, to mogą być przydatne rzeczy) ale przede wszystkim polegają na nauczeniu się działania przy dalekim wyjściu poza strefę komfortu fizycznego i psychicznego. Tak na prawdę nie ma znaczenia czy szkolenie odbywa się w lesie, na pustyni czy w środku wojny, chodzi o jak największe oderwanie uczestnika od świata który zna (i pod tym względem las jest najprostszym i najbezpieczniejszym środowiskiem).
        To trochę jak trenowanie na orbitreku – wiadomo że orbitrek nie przyda się survivalowo, ale świetnie wyćwiczysz na tym kondycję fizyczną (w bezpiecznych warunkach, bez deszczu, śniegu, ryzyka potrącenia przez samochód, napadu itd.) jak i samozaparcie (pokonywanie bólu, zmęczenia, ćwiczenie systematyczności itd.). Podobnie jest z zielonym survivalem – to najbardziej realny scenariusz w stylu „w mieście rozpierducha, straciłem wszystko, mam tylko to co niosę na plecach – czy przetrwam?”.
        Cały czas na swoim blogu oceniasz w kółko szanse sytuacji „jesteś w lesie, nie masz prawie nic” – jaka to różnica czy jesteś w lesie, na pustyni czy w mieście? Różnica jest praktycznie żadna, bo jest tylko w „technikaliach” (typu w lesie spalisz patyki a w mieście stare meble itd.) ale zasady przetrwania będą takie same: siła fizyczna i psychiczna, dawanie z siebie 100%, priorytetowanie potrzeb, życie w warunkach dyskomfortu, radzenie sobie ze stresem, przywództwo w grupie/rodzinie, przestrzeganie dyscypliny itd. i to są podstawowe sprawy nad którymi należy pracować. Tzw. mindset jest ważniejszy od zestawu technik i zapasów (są ludzie, którzy wychowani w luksusach zachodniej cywilizacji i bez jakiegokolwiek przygotowania, bez znajomości miliona technik rozniecania ognia i budowania szałasów itd. są w stanie przetrwać w skrajnie niekorzystnych warunkach długie tygodnie a nawet miesiące, a są ludzie, którzy… skaczą z mostu bo dziewczyna ich rzuciła, mimo że w obiektywny sposób nic nie zagraża ich przetrwaniu – różnica między tymi osobami leży właśnie w mindsecie, ten pierwszy się nie poddaje i działa na 100% budząc w sobie instynkt przetrwania, a ten drugi już na początku zakłada, że „sam nie podoła, działanie nie ma sensu”).
        Przetrwanie kryzysowej sytuacji (niezależnie od okoliczności) zaczyna się w głowie – jeśli głowa się podda, to cała reszta nic nie da.

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          Pisząc o tym, że wiedziałem, że sobie nie poradzę, miałem na myśli realną tego typu sytuację w moim aktualnym stanie przygotowania. Na szkoleniu trochę wiedziałem, że mogłem liczyć na pomoc instruktorów i to pewnie trochę spowodowało, że nie mogłem się wdrożyć w tę „zasadę 100%”.

          Co do większości Twoich spostrzeżeń się zgadzam. Zwłaszcza co do tego, że najważniejszy jest ten mindset. Nie zgadzam się tylko z tym, że przetrwanie w sytuacji „nie masz nic, jesteś w lesie” różni się tylko szczegółami od „nie masz nic, jesteś w mieście”. W tym drugim przypadku dużo łatwiej o suche schronienie, a jak jest suche, to i ciepłe będzie. A jak nie będzie ciepłe, to na pierwszym czy drugim śmietniku znajdziesz coś, co możesz wykorzystać do ochrony przed chłodem.

          Ja czułem, że życie mnie trochę rozpieszcza i prawdziwych kryzysowych sytuacji, w których mógłbym się sprawdzić, za bardzo w nim nie ma. Sam bym pewnie tak daleko poza strefę swojego komfortu nie wyszedł i to mi się bardzo na tym szkoleniu podobało.

          • Piotr napisał(a):

            Apropos różnicy miasto-las: to jest moim zdaniem kwestia znajomości środowiska i umiejętności improwizowania z tego co masz wokół. Las jest dla ciebie „obcym” środowiskiem, dlatego postrzegasz go jako środowisko niebezpieczne i nie dostrzegasz możliwości jakie Ci oferuje na każdym kroku (nie wiesz ile tam jest żywności, leków, materiałów do szybkiego zbudowania schronienia, izolatorów termicznych, nie wiesz w jaki sposób szybko i łatwo schronić się przed deszczem, gdzie szukać materiałów na rozpałkę gdy jest mokro itd.) i… nic w tym dziwnego skoro cały czas tego środowiska unikasz 😉 i wtedy to się staje trochę samospełniającą się przepowiednią (nie wsiadam na rower, bo mogę się wywrócić, a jak się wywrócę, to mogę sobie coś złamać, a jak coś złamię, to będzie bolało, rozsądne jest więc, że nigdy nie podejmowałem nauki jazdy na rowerze, bo to będzie bolało, ale przecież mogę swoje życie ustawić tak, aby nigdy na rower nie wsiadać i będzie ok, dlatego uważam, że nauka jazdy na rowerze jest w moim przypadku pozbawiona sensu :D).

          • Krzysztof Lis napisał(a):

            Chcesz mnie przekonać, że w lesie jest tak samo łatwo o schronienie, jak w mieście? Naprawdę?

          • Piotr napisał(a):

            Dla Ciebie nie, dla mnie tak – tym się różnimy (mowa oczywiście o sytuacji kryzysowej, gdzie jest „zawierucha” w mieście a nie o to że tak jak dzisiaj, gdzie jest pokój i spokój jakiś bezdomny szuka sobie kąta na przenocowanie).

          • Krzysztof Lis napisał(a):

            OK, teraz rozumiem co masz na myśli.

          • Piotr napisał(a):

            Może zbyt enigmatycznie się wyraziłem. Po prostu ja „koczuję” po lasach od dzieciństwa i czuję się w lesie jak w domu. Poza tym przez sam fakt, że kilka razy w roku spędzam czas w sposób podobny jak ty na szkoleniu, to dla mnie takie warunki są już czymś normalnym (praktycznie w strefie komfortu, zarówno psychicznego jak i fizycznego). Przystosowanie organizmu do niekorzystnych warunków (tzw. zahartowanie) też swoje robi, nawet głupie chodzenie boso, dla mnie chodzenie boso po lesie to nie problem (no może nie w każdych warunkach, bo na mrozie i śniegu dużo nie wytrzymam :D) ale dla kogoś, kto chodzi boso bardzo mało lub prawie wcale, to będzie „szok bodźców” i nie da rady zrobić więcej niż kilku kroków.
            Tak samo ja bez problemu umyję się w śniegu czy zimnej wodzie a wiele innych osób nie da rady i to nie tylko „mieszczuchów”. Pamiętam jeszcze kilkanaście lat temu w Schronisku w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach nie było ciepłej wody, po prostu z prysznica leciała woda pobierana prosto z jeziora, zimą +4 stopnie, jedni, w tym ja, bez problemu w takiej wodzie brali prysznic a inni, nawet znacznie bardziej doświadczeni w górskich wędrówkach, musieli grzać wodę na kuchni, bo nie byli w stanie inaczej się umyć. Na pytanie pokroju „czy uważasz że zimą w zimnej wodzie można wziąć prysznic?” mogę odpowiedzieć, że „niektórzy, w tym ja, mogą a inni nie” – czyli odpowiedź nie jest uniwersalna, ale zależna od kontekstu (danej osoby i to w danym czasie, bo ktoś dzisiaj nie da rady, ale za rok może być to dla niego całkiem ok, jako „orzeźwiacz” znacznie lepszy niż poranna kawa, z drugiej strony ktoś dla kogo jest to normalne w jakimś momencie może nie dać rady, bo na przykład będzie mocno przeziębiony).
            To w jakim środowisku jest łatwiej przetrwać zależy nie od środowiska jako takiego, tylko od umiejętności konkretnej osoby (Buszmen nie przetrwa bez pomocy na Grenlandii a Eskimos nie przetrwa bez pomocy na pustyni – to normalne, każdy będzie twierdził, że JEMU w jego rodzimym środowisku będzie łatwiej przetrwać).

        • kg napisał(a):

          Co powinni robić na szkoleniu ludzie o prawidłowym mindsecie, kiedy trzęsą się z zimna?

          • yamabushi napisał(a):

            SPYTAC PROWADZACYCH SZKOLENIE jakie widza rozwiazania…

            …albo zeby bylo bardziej realnie – ukrasc innemu uczestnikowi (trenerowi) cieple/suche rzeczy a rano dowiedziec sie o innych sposobach…

  3. Multitactical.pl napisał(a):

    Interesujące doświadczenie z punktu widzenia własnych wyobrażeń nt. sytuacji i umiejętności, odważne wnioski pokazują co sam powinienem zmienić i ulepszyć.

  4. Art napisał(a):

    Ta folia ratunkowa – skąd to się bierze, że jak w nocy się nią ktoś przykryje, to mu będzie cieplej? Po godzinie spania pod folią zacznie skraplać się wilgoć i moczyć śpiwór/ubrania/ciało. Na ostatniej zimówce dziewczyny uparły się dołożyć do przykrycia folię – po godzinie tego żałowały.

  5. Pozyskiwacz. napisał(a):

    Krzysiek, piszesz że „wiedziałeś że sobie nie poradzisz”. To po co zaczynałeś ? Jak wiedziałeś co jest nie tak, to trzeba było tak się przygotować żeby sobie poradzić.
    To któraś już z kolei twoja próba w terenie. I nie wyciągasz wniosków, zawsze jest coś nie tak.
    Mimo że zakładasz bardzo małe prawdopodobieństwo znalezienia się w terenie bez góry sprzętu (zresztą jak będziesz miał sprzęt to będzie kłopot z przemieszczaniem, chyba że samochodem), to jak widać taka sytuacja jest dla Ciebie bardzo niebezpieczna.
    Więc, małe prawdopodobieństwo wystąpienia, ale duże zagrożenie jak już dojdzie do takiej sytuacji skłaniało by do poważnego traktowania tematu, a nie ciągłego negowania zagrożenia. Bo jednak istnieje.
    Osobiście uważam że zielony survival to takie abecadło. Może się i nie przyda ,ale znać trzeba.
    Porównał bym to do tabliczki mnożenia, niby nie potrzebna bo mamy kalkulator, jak się zepsuje to kalkulator w komórce, jak braknie prądu to zapasowy akumulator, panel słoneczny i nawet agregat. Ale mimo wszystko warto umieć liczyć posługując się kartką i długopisem.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Krzysiek, piszesz że „wiedziałeś że sobie nie poradzisz”. To po co zaczynałeś ?

      Właśnie dlatego zaczynałem.

      Miałem zawsze pełną świadomość tego, że w kryzysowej sytuacji, zdany na samego siebie i na las, sobie nie poradzę. Że bez tego, co mam w samochodzie czy zestawie EDC będzie mi bardzo trudno. I że muszę zrobić wszystko, by w takiej sytuacji nigdy się nie znaleźć. Na tym skupiłem się w pierwszej kolejności, bo to w moim odczuciu daje najlepsze efekty.

      Wreszcie czując, że inne priorytety mam mniej więcej ogarnięte, dojrzałem do tego, by skupić się na tym temacie. I dlatego zacząłem myśleć o takim szkoleniu.

      Gdy już zdecydowałem wziąć udział w tym konkretnie szkoleniu, chciałem wykorzystać je jako symulację tego, na co byłbym narażony w realnej sytuacji. Dlatego poszedłem na to szkolenie praktycznie tak, jak stałem — bo gdyby taka sytuacja trafiła mnie w rzeczywistości, byłbym właśnie tak ubrany i właśnie z takim sprzętem. Nie chodzę na co dzień w długich butach i wojskowych ciuchach, więc ich założenie na takie szkolenie uważałem za błąd.

      To któraś już z kolei twoja próba w terenie. I nie wyciągasz wniosków, zawsze jest coś nie tak.

      Nie wiem, jak liczysz, że zawsze było coś nie tak. Rzeczywiście, to nie pierwsza moja próba w terenie, bo z tych opisanych tutaj były jeszcze:
      * Domowy Karaluch Challenge,
      * Domowy Karaluch Challenge II,
      * nocowanie w kartonie na działce.

      DKC pokazało, że bez przygotowania nie da się dojść pieszo z miasta do celu ewakuacji, w dodatku z za dużym i zbyt ciężkim zestawem ucieczkowym. Wyciągnąłem wnioski, zrobiłem powtórkę.
      DKC II dowiodło, że po przygotowaniu, po odchudzeniu zestawu, już jest to realne.
      W kartonie do tej pory spałem raz i na razie tego nie powtarzałem.

      Z każdego tego typu ćwiczenia wyciągałem wnioski na przyszłość. A że być może za wcześnie rezygnowałem, zamiast się dokumentnie przy tym upodlić i załatwić sobie jakieś poważniejsze problemy zdrowotne, to inna historia. Ćwiczenia miały dać mi wiedzę i spostrzeżenia, a nie kontuzje czy zapalenie płuc.

      Mimo że zakładasz bardzo małe prawdopodobieństwo znalezienia się w terenie bez góry sprzętu (zresztą jak będziesz miał sprzęt to będzie kłopot z przemieszczaniem, chyba że samochodem), to jak widać taka sytuacja jest dla Ciebie bardzo niebezpieczna.

      To zawsze była kwestia jakiejś analizy ryzyka i skutków.

      Znając swój tryb życia miałbym znacznie większe szanse na śmierć w katastrofie lotniczej (samolotem czasem latam), niż znalezienie się w terenie bez sprzętu, albo na pustkowiu, z dala od zapewniającego względne bezpieczeństwo samochodu. Dlatego nie zapisałem się na kurs dla spadochroniarzy i nie woziłem w bagażu podręcznym spadochronu, ani nie uczyłem się technik „tradycyjnego survivalu”.

      Jestem zdania, że przygotowania na trudne czasy trzeba zaczynać od analizy najbardziej prawdopodobnych scenariuszy i takich działań, które dadzą najlepszy rezultat. Idąc tropem Twojej analogii do liczenia, lepszy efekt uzyskasz kupując drugi kalkulator i instalując odpowiednią aplikację w telefonie, niż ucząc się tabliczki mnożenia. Lepszy, bo prostszy do uzyskania, skuteczniejszy, dający mniejszy margines błędu. A jak człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za siebie samego, będzie starać się szukać rozwiązań skutecznych, a nie efektownych.

      • Piotr napisał(a):

        Odnośnie ostatniego akapitu i przykładu z mnożeniem: właśnie kalkulator jest tu moim zdaniem nieoptymalnym rozwiązaniem, bo skupiasz się jedynie na prostocie uzyskania efektu końcowego nie biorąc pod uwagę niezawodności zastosowanego rozwiązania. Kupując kalkulator (lub nawet 1000 kalkulatorów) i rezygnując z nauki mnożenia „ręcznego” moim zdaniem:
        1) Popadasz w uzależnienie od czynnika zewnętrznego (bez kalkulatora nie jesteś w stanie dokonać mnożenia)
        2) Wydajesz zasoby na coś, co nie jest konieczne (na przykład zamiast 50 kalkulatorów i 50 torebek ryżu mógłbyś mieć 0 kalkulatorów i 100 torebek ryżu). Oczywiście docelowo też możesz uzbierać 100 torebek ryżu ale rezygnując z kalkulatorów szybciej zgromadzisz niezbędny zapas ryżu.
        3) W sytuacji kryzysowej oprócz bronienia siebie, musisz też ponieść nakłady na „bronienie kalkulatorów” (czym więcej „przydatnych sprzętów” tym trudniej jest to wszystko transportować, bronić, zasilać, składować itd.)
        4) Czym więcej „przydatnych sprzętów” tym jesteś potencjalnie lepszym łupem więc podnosisz niepotrzebnie ryzyko bycia ofiarą.
        5) Akurat w przypadku mnożenia i kalkulatora – jeśli się robi dużo obliczeń szacunkowych w pamięci (a nie przy pomocy kalkulatora), to po pewnym czasie mocno skacze w górę poziom intuicyjności, po prostu patrzysz na jakiś schemat elektryczny (czy w Twoim przypadku dokumentacje budynku itp.) i od razu „na oko” widzisz rozwiązania także w kontekście ilościowym i te wyliczenia ilościowe w praktyce survivalowej są wystarczające. Dokładny wynik zwykle w dziedzinach technicznych nie jest kluczowy, wystarczy oszacowanie typu „acha, łączę równolegle do akumulatora 12V/10Ah obciążenia 300 omów i 200 omów, to da wypadkowo około 120 omów, przy 12V to prąd około 0,1A, czyli około 100h pracy czyli około 4 dni” i wystarczająco oszacowane w pamięci szybciej, niż czas potrzebny na sięgnięcie po kalkulator czy odpalenie apki w telefonie (opis słowny rozumowania w celu podania przykładu schematu i wyliczenia, bo takie rzeczy po pewnym czasie widzi się natychmiast bez liczenia, to tak jak małe dziecko widząc cztery jabłka w koszyku musi policzyć „raz dwa trzy cztery” a dorosłemu wystarczy rzut oka i od razu wie, że są 4 jabłka, bez liczenia).

        Moim zdaniem optymalne jest posiadanie w normalnych warunkach jednego kalkulatora ale traktowanie go tylko jako pomocnika (czyli należy umieć też sobie radzić bez niego), wtedy w razie W nie ma problemu, że jak się ewakuujesz z domu, to musisz ten kalkulator spakować i go nieść, karmić prądem, naprawiać, bronić oraz… bać się, że jak zawiedzie, to jest po Tobie (co za różnica czy masz jeden kalkulator czy trzy – ktoś Cię napadnie, wyczyści ze wszystkiego i… czym więcej miałeś, tym więcej straciłeś a czym od większej ilości przedmiotów byłeś zależny, tym bardziej jesteś bezradny).

        To tylko odmienny punkt widzenia, nie twierdzę, że minimalizm we wszystkim, to najlepsze rozwiązanie, natomiast tego typu filozofię przetrwania wyznaję, czyli sprzęt mam, zapasy mam ale… bez wielu rzeczy spokojnie sobie poradzę (obniży się standard życia, ale to i tak będzie w strefie komfortu).

  6. a.jedlinski napisał(a):

    Krzysiek. Moja szczera rada. Ja wiem, że Twoje podejście jest (w skrócie) ja sobie w lesie nie poradzę, więc zrobię wszystko by się w nim nie znaleźć. Chłopie drogi. My tu sobie możemy budować scenariusze, plany awaryjne, itd, itd… Ale rozważ proszę, dla własnego dobra, kilka technik, które pozwolą Ci własnie przeżyć w lesie te kilka dni. Sam w końcu jesteś zwolennikiem zasady „one is none two is one three is better”. Niech ta zasada dotyczy u Ciebie nie tylko sprzętu ale właśnie strategii. Masz „dom – twierdzę” to jest Twój „one”. Masz, z tego co się zorientowałem, cel ewakuacji na działce. To jest Twój „two”. Podszkol się trochę z tych technik przetrwania w lesie i będzie to Twoim „three”. Kolego. To nie krytyka z mojej strony, potraktuj to raczej jako rada ucznia wobec nauczyciela. I nie pisze tego ironiczne, bo na Twojej stronie rozpocząłem swoje przygotowania na ciężkie czasy, więc spokojnie możesz mnie jako swojego ucznia traktować 😉

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Nie musisz mnie przekonywać — właśnie po to między innymi poszedłem na to szkolenie.

      • a.jedlinski napisał(a):

        Jeszcze taka moja prośba, może wskazówka na część wpisu, jeśli planujesz być na kolejnych częściach szkolenia. Szkolenia survivalowe a samodzielnie zorganizowany biwak. Czy byłbyś w stanie jakoś to ze sobą zestawić? Czym się może różnić takie szkolenie od samodzielnie zorganizowanego powiedzmy tygodniowego biwaku? Oczywiście nie pisze o biwaku z full wypasem, ale właśnie takim na zasadzie plecak, podstawowe wyposażenie, które musi się w plecaku zmieścić a w terenie częściowa improwizacja. Oczywiście to propozycja. Mnie co prawda teraz na takie szkolenie nie stać. Kiedyś jeszcze z grupą znajomych 2-3 osoby organizowaliśmy sobie takie biwaki (lata 2000-2004). Podstawowe wyposażenie plus niewielki prowiant (np. kilogram ryżu na rozruch), by się w plecaku zmieściło i dało się nieść…Jemy co znajdziemy. Podejrzewam jednak że takim biwakom daleko od profesjonalnych szkoleń. A może się mylę? No własnie tego nie wiem. Czy warto wydać kasę na coś takiego, czy może wystarczy kilka takich „biwaków” sobie samemu zorganizować i i próbować si uczyć się samodzielnie?

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          Dla mnie wartością tego szkolenia, której nie byłbym w stanie osiągnąć sam, były te zadania organizowane przez instruktorów. Na biwaku zrobionym samodzielnie w życiu bym takich wrażeń sobie nie zorganizował.

          Moim zdaniem kluczowy jest taki czynnik z zewnątrz. Chyba, że robiąc taki biwak w grupie kogoś uczynicie odpowiedzialnym za przeróżne „ćwiczenia”.

          Nie mogę mówić o konkretach, ale od biwaku to jednak dość mocno odbiegało…

          • a.jedlinski napisał(a):

            Dziękuję Ci za odpowiedź… W sumie te biwaki które żeśmy kiedyś sobie robili to na dobrą sprawę z survivalem nic wspólnego nie miały. Chyba bardziej bushcraft ;-). Powodzenia na dalszych częściach.

  7. bura2 napisał(a):

    Ważne jest przejście w praktykę.
    Ja się nauczyłem, że najważniejsze to nie nóż i zapalniczka.
    Wychodzisz z domu do lasu, w ubraniu, zaczyna padać i wiać. Twoja kurtka która ma 5000 mm/h czy co to za parametr jest w końcu zaczyna przepuszczać. Powoli się męczysz i nie masz gdzie usiąść. Wypijesz wodę z małej butelki, zjesz batona chcesz za chwilę jedynkę i dwójkę. jedynka to nie problem, zwłaszcza dla faceta. Dwójka – jak się nie podetrzesz to zatrzesz sobie tyłek i będziesz chodził jak szeryf na dzikim zachodzie. itp itd.

    Dlatego zamiast noża i zapalniczki – może kawałek karimaty i folii, ciepłe ubrania, fajne są kurtki goretexowe i softshelle ale na masakryczny deszcz to tylko ponczo/pałatka do kostek. itp itd. jedzenie to jedno – papier toaletowy drugie. Miniaturowy ręcznik – ścierka z mikrofibry bo za chwilę ubrudzisz się jak świnia robiąc schronienie w deszczu i potem brudnymi rękoma pobrudzisz wszystko.

    Od kiedy mieszkam niedaleko Bałtyku doceniam wartość przykrytego ciała od wiatru – całego ciała. Rękawiczki, nawet takie cienkie, chusta i czapka + długi rękaw i długie spodnie.

    Inaczej jest pójść na survival na parę godzin w dobra pogodę, inaczej na cały dzień w złą pogodę

    I warto mieć kogoś kto wybije nam z głowy szybki powrót – czy to instruktor czy kolega

  8. Karl napisał(a):

    Pomysł ze sprawdzeniem się świetny, doceniam odwagę i determinację.
    Wnioski też cieszą, bo większość „kanapowych preppersów” nie traktuje hipotermii poważnie, a w razie ucieczki w czasie W może być naprawdę groźna (w Polsce wbrew pozorom temperatura oscyluje zwykle pomiędzy chłodno a zimno 😉
    Ale muszę przyznać, że czytając o New Balance’ach uśmiechnąłem się pod nosem – Krzysiek, one nawet nie wyglądają na wodoodporne 🙂 Rozumiem idee „idę tak jak stoję”. Ale skoro sam przyznajesz, że to twój pierwszy test w takich warunkach, to ja bym jednak nie skakał na aż tak głęboką wodę – szczególnie przy takiej pogodzie.
    Jeśli chodzi o szałasy, to wbrew pozorom gałęzie liściaste to najgorszy możliwy pomysł – tak samo jak polecane przez wielu gałęzie sosnowe.
    Świerk i Jodła nieco lepsze, ale one tak często nie występują w polskich lasach (no i trzeba je rozpoznać). Obłożenie szałasu darnią (mech, ściółka, te sprawy) też zda egzamin, ale trochę trwa, no i demolujesz pół lasu 🙂
    Ja ostatnio preferowałem grubą warstwę siana – z odpowiednimi narzędziami szybko się zbiera, tyle że musi być suche, co u ciebie odpadało.
    Odchodząc od zielonego survivalu, zwykła niezbyt gruba folia malarska na dachu zredukuje prawie każdy deszcz 😉 Fakt faktem to sprzęt maksymalnie na dwa-trzy razy – rwie się strasznie – ale jest lekka i zajmuje mało miejsca.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Rzeczywiście, mądre to za bardzo nie było, ale to też nie jest pierwszy raz, gdy rzuciłem się na zbyt głęboką wodę…

      Wydaje mi się, że lepiej bym wyszedł na zrobieniu sobie schronienia ze sznurka, koca termicznego i worka foliowego, który miałem, niż na budowaniu tego szałasu. No ale chciałem zobaczyć, jak mi będzie w takim właśnie szałasie z patyków.

      Mój był przykryty najpierw patykami, później gałęziami świerku chyba (co widać w okolicy 5:02), a na końcu dużą ilością liści (ujęcie z 5:29, z następnego dnia).

    • Piotr napisał(a):

      Moim zdaniem nic nie szkodzi w „pójściu na szkolenie w takich butach, w jakich zwykle chodzę”, po prostu trzeba zoptymalizować pod kątem przetrwania także codzienne ubranie i buty (a nie tylko zawartość plecaka/EDC). Nie chodzi o to, aby na co dzień chodzić w wojskowych kamaszach, ale codzienne lekkie buty też można wybrać lepiej bądź gorzej w kontekście przydatności w niesprzyjających warunkach (ja na przykład chodzę w lekkich butach trekkiingowych).

  9. gucio napisał(a):

    Doceniam szczerość autora. W dzisiejszym internecie rzadko ktoś ma odwagę przyznać się i opisać swoje niepowodzenie, bo zaraz spada na niego fala (…). A dobrze i wygodnie się radzi siedząc w cieple z pełnym żołądkiem.
    Nie jest moim zamiarem urażać kogokolwiek z wyżej piszących, po prostu taka naszła mnie refleksja.

  10. lol52 napisał(a):

    Tak mi sie własnie wydawało, masa sprzętu bajery rowery i każdy po 500 zyla, specjalne plecaki pianki i kuchenki a jak przychodzi co do czego to kaszana.
    My (4 było) wystarczyły zapałki po kocu, 3 flaszki i nikt do samochodu nie uciekał.
    Ten kurs to chyba dla miastowych którzy w życiu na ryby nie jeździli lub ana kemping pod namiot no i w wojsku nie byli. Nie wiem ile to kosztowało ale takie schronienia to u nas 30 km od Warszawy dzieciaki które przeprowadziły sie z miasta dla zabawy budują w wieku 7 lat nie mówiąc o tym że latają samopas bez opieki.
    Tak mi to wszystko wygląda jak reklama kupowania wszystkiego. Mam takiego jednego w robocie targa ciągle jakis plecak ciężarny i ma tam stos gadzetów a jakby co to nie potrafiłby zdobyc roweru aby szybko popedałować do domu. Nie mówię żeby robić z siebie rambo bo pogoda fajna nie była ale nie było też minus 25 stopni a czasami trzeba w taki mróz przetrwać i co wtedy? Ano wtedy idziesz po nocy aż nie trafisz czegoś do nocowania co pozwoli sie wyspać a jak nie masz super sprzętu to zamarzasz. Najważniejsza jest wiedza to i w klapkach przetrwasz i przekonanie że można.
    PS rower trzeba zajumać i sie nie opindalać ten co na nim przyjechał ma nie więcej niż 8 kilometrów do domu przez godzine dotruchta a ja w tym czasie pokonam 15 km czyli dwie godziny i będę w domu.
    Jak zajumasz kobiecie to ta ma jeszcze bliżej do domu! ty dojedziesz ona dojdzie a że ma 30 lat i jako nowe pokolenie nie jara fajek dojdzie spokojnie przecież w maratonach czestniczy.
    zycie jest bezwzględne a przeciez jej nie pobiłem!

    • Piotr napisał(a):

      Odnośnie ostatniego akapitu: mam nieco inne zdanie – przeżycie kosztem innych wchodzi w grę tylko wtedy, jeśli nie mam innej możliwości (i muszę wybierać „moje życie kontra cudze”). Jeśli mam możliwość przeżycia bez kradzieży, pobicia, zabijania itp., to po prostu tego nie robię. Nigdy nie wiesz, czy podczas kradzieży ktoś Cię nie zauważy (lub nie rozpozna potem roweru) i… nie ubije Cię jak psa za złodziejstwo (dziadek opowiadał, że podczas wojny nie było zmiłuj, nikt się nad przyłapanymi przestępcami nie litował, za złodziejstwo była chłosta lub pobicie, a za takie rzeczy jak napad rabunkowy, gwałt itp., to przestępca miał wybór… jaką łopatą sobie dołek wykopie).
      Wszystko zależy od tego jaki jest kryzys, jeśli Twój indywidualny (a reszta normalnie funkcjonuje), to lepiej iść po pomoc do właściciela roweru, a jeśli jest wojna (czy inny kryzys, w którym normalne służby typu policja przestają działać a normalne prawo przestaje być przestrzegane), to trzeba się liczyć z tym, że z powodu kradzieży można stracić życie (zresztą nikt wtedy roweru samopas nie pozostawi).

    • m napisał(a):

      lol52
      „PS rower trzeba zajumać i sie nie opindalać ten co na nim przyjechał ma nie więcej niż 8 kilometrów do domu przez godzine dotruchta a ja w tym czasie pokonam 15 km czyli dwie godziny i będę w domu.
      Jak zajumasz kobiecie to ta ma jeszcze bliżej do domu! ty dojedziesz ona dojdzie a że ma 30 lat i jako nowe pokolenie nie jara fajek dojdzie spokojnie przecież w maratonach czestniczy.
      zycie jest bezwzględne a przeciez jej nie pobiłem!”

      Jeszcze nie nastało postapo a Ty już planujesz popełnić kradzież do tego sam siebie usprawiedliwiasz.

      • linkolm napisał(a):

        Pytanie skąd on wie jak daleko do domu ma właściciel roweru i dlaczego 15 kilometrów rowerem chce pokonać w dwie godziny,będzie go pchał czy co? 🙂

  11. Rafał M. napisał(a):

    W pewnym sensie to nie był błąd. Po prostu, używa się takiego schronienia, do jakiego jest dostęp, a dopiero gdy takiego nie ma, to buduje się własne. Jak był w pobliżu samochód, albo domek, albo chociaż dworzec kolejowy, zadaszony przystanek autobusowy, kanał ciepłowniczy, jaskinia itp., to z nich się korzysta w pierwszej kolejności.
    Budowa własnego schronienia wymaga narzędzi, materiałów, oraz dużo czasu i wysiłku. W survivalowych sytuacjach należy unikać wysiłku, bo każda kaloria jest bardzo cenna.

    Ja mam w plecaku 2 worki na śmieci 240-litrowe, sznurek, oraz koc. W razie konieczności wystarczy rozciągnąć sznurek np. między drzewami, z worka zrobić i rozwiesić dwuspadowy namiot i wejść do środka z kocem. Mam nadzieję, że w praktyce nie będę sprawdzał jak to działa.

    • Piotr napisał(a):

      Po to są właśnie ćwiczenia, aby sprawdzić (zweryfikować w praktyce) „namiot”z worków i koca, aby potem w realnej sytuacji walki o przetrwanie wiedzieć, czy taki namiot z worków wystarczy, czy jednak trzeba zmarnować więcej kalorii na zbudowanie czegoś lepszego (i w razie czego umieć to coś lepszego zbudować, aby to nie był „pierwszy raz”)

  12. kg napisał(a):

    Krzysztof, wprowadzasz w życie powiedzenie „tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono”.
    Popieram i czekam na cz.2

  13. Piotr napisał(a):

    Przykład na to, że mając wiedzę, umiejętności i wytrzymałość (fizyczną i psychiczną) można sobie poradzić także z brakami w ubraniach czy sprzęcie 😀
    https://www.youtube.com/watch?v=jyc81tIooZg
    Powyższy przykład jest stosunkowo ekstremalny, no i wiadomo, że odpowiednie ubranie i sprzęt DUŻO pomaga ale… na pewnym poziomie przetrwanie przestaje zależeć od sprzętu (sprzęt oczywiście ułatwia przetrwanie, ale go nie warunkuje).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner