Czy preppera stać na tanie rzeczy?

Nieodmiennie bawią mnie wszelkie dyskusje dotyczące sprzętu survivalowego — na forach i grupach dyskusyjnych, czy w komentarzach pod naszymi filmami i artykułami.

Gdy ktoś opowiada o tym, jak kupił coś drogiego, pojawiają się opinie, że przepłacił, że mógł kupić coś kilka razy tańszego a równie dobrego. Gdy omawiany jest produkt tani, zaraz widać komentarze, że tani to gówniany.

Gdzie leży prawda? I czy preppera stać na tanie rzeczy?

To oczywiście nawiązanie do powiedzenia, że biednego nie stać na tanie rzeczy. Że jak ktoś jest biedny, to nie może kupować rzeczy kiepskiej jakości, które się szybko niszczą. A rzeczy lepszej jakości muszą być droższe. Problem polega na tym, że rzeczy droższe wcale niekoniecznie są lepsze od tanich. Drogi nóż wcale niekoniecznie musi być drogi, bo dobry. Może po prostu być droższy ze względu na to, że został obrandowany nazwiskiem znanego podróżnika i eksperta od sztuki przetrwania. 😉

Spróbujmy się temu problemowi bliżej przyjrzeć z punktu widzenia różnych aspektów przygotowań na trudne czasy.

Jeśli chodzi o żywność, to od dawna mówimy, że zapas żywności warto zacząć budować od produktów tanich i kalorycznych — cukru, mąki, makaronu, kaszy, ryżu, oleju. To będą dobrze zainwestowane pieniądze, bo tanio uda się kupić olbrzymią ilość kalorii. Ale przyznać trzeba, że nie będzie się dało z tego przygotować zbilansowanych posiłków dla całej rodziny, bo w tym zapasie będą głównie węglowodany i tłuszcze.

Z drugiej strony, na rynku pojawiają się produkty droższe, też nadające się do zapasu żywności, jak choćby omawiane niedawno wiaderka z liofilizatami na 7 dni, czy racje żywnościowe Seven Oceans. Jedna racja Seven Oceans kosztuje 29 złotych i ma w sobie 2 500 kcal. Ile można za te pieniądze kupić ryżu, czy makaronu, prawda? Rzecz w tym, że nie można porównywać Seven Oceans do ryżu, czy tych liofilizatów do zupki chińskiej czy zupki z proszku, bo są to zupełnie różne produkty, niedające się zastąpić.

Idealny zapas żywności powinien składać się z produktów różnego rodzaju. Fundamentem niech będą ryż i cukier, bo są tanie i trwałe.

A co z „najważniejszym narzędziem w survivalu”, czyli nożem? Czy lepiej kupić nóż za 10 złotych, czy nóż za 1 000 zł? Osobiście wolałbym mieć 2 noże za 10 złotych, niż nie mieć jednego noża kosztującego 1 000 zł. Są opinie, że jeśli ma coś mi służyć w trudnych czasach (i ma od tego zależeć moje życie), to musi to być produkt dobry, wysokiej jakości. Jest jakaś logika w tym podejściu. Ale jaka jest szansa, że moje życie będzie zależeć właśnie od jakości noża, który mam przy sobie? I o czym będzie świadczyć fakt, że w ogóle do takiej sytuacji doszło? Moim zdaniem tylko o tym, że na innych poziomach zabezpieczenia się przed taką sytuacją popełniłem błędy!

Patrząc z punktu widzenia warstw przygotowań (czyli kolejnych poziomów sprzętu służącego do tego samego celu, albo działań zabezpieczających nas przed skutkami różnych sytuacji), lepiej mieć kilka latarek, niż jedną. Ryzyko tego, że zostanę pozbawiony światła wskutek awarii latarki jest większe, gdy mam jedną, niż gdy mam 3. I dlatego uważam, że w każdym zestawie przetrwania powinna być latarka — w EDC, w zestawie ucieczkowym, samochodowym i tak dalej.

Zresztą tu nie tylko o awarie chodzi. Przykładowo, miałem w życiu kilka scyzoryków, ale kupienie nowego nigdy nie wynikało z tego, że jakiś zepsułem. Ja po prostu notorycznie je gubiłem. Nosiłem codziennie i gubiłem. Żaden nigdy się nie popsuł. Moim zdaniem mam większą szansę na to, że latarkę zgubię, niż popsuję. Wolę mieć więc dwie. Tak samo robię także z zapalniczkami.

Czy nie mając pieniędzy na coś droższego, powinienem odkładać te pieniądze, czy kupić coś tańszego, co posłuży w tym samym celu?

Ciekawa dyskusja, o działkach jako celu ewakuacji, wywiązała się tu pod jednym z ostatnich wpisów. Dyskusja o wyższości dużej działki pod miastem nad małym ogródkiem działkowym w mieście. Wydaje się oczywistym, że lepiej mieć dużą działkę na wsi, dalej od miasta, niż mały ogródek działkowy w jego obrębie. Bo ten ogródek działkowy może być dotknięty skutkami tego samego zdarzenia, przed którym musimy uciekać (a więc nie pomoże w razie potrzeby ewakuacji). Ale czy to oznacza, że nie mając pieniędzy na działkę pod miastem powinniśmy nie kupować tego tańszego ogródka działkowego?

Moim zdaniem takie podejście jest błędne, bo w razie kryzysowej sytuacji zostaniemy z niczym. Mając ogródek działkowy przynajmniej w niektórych sytuacjach będziemy w stanie sobie lepiej poradzić.

Podobnie jest z zabezpieczeniami na brak prądu. Wiadomo, że najlepszy jest agregat. A jak agregat, to powinien być dobry, a więc drogi. Ale nie mając pieniędzy na kupienie, przykładowo, agregatu Hondy, nie warto rezygnować z zakupu taniej przetwornicy 12/230. Przetwornica wprawdzie zasili nam pewnie tylko jedno domowe urządzenie, ale może nasz dom uratować przed zamarznięciem w środku zimy. Agregat, którego jeszcze nie kupiliśmy tego nie zrobi. A i pieniądze wydane na przetwornicę nie odsuną nas mocno od zakupu agregatu.

Nie patrzmy więc wyłącznie na cenę danego produktu. Patrzmy szerzej i zastanawiajmy się, jak pasuje (i czy w ogóle) do naszej filozofii przygotowań na trudne czasy.

Osobiście wolałbym mieć nóż za 10 złotych, niż nie mieć noża za 1 000 złotych.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

41 komentarzy

  1. Nowoczesno-zielony napisał(a):

    Szczerze to mnie znudzil ten artykuł , ale nie dla tego że był głupi , czy bezsensu , bo był naprawdę jasny potrzebny, dla ludzi z ciągłymi wątpliwościami , którzy mają jakieś zagwostki ALE z nudIl mnie dlatego że to byłby dobry temat dla początkujących , według mnie , każdy kto grał w GRY RPG to sam by doszedł do tego wątku ,a ten co nie gra nawet na logikę że „lepiej mieć cos tanszgo , niż w razie potrzeby nie mieć nic , bo nie stać nas na drogie”

    • Piotr napisał(a):

      Jeśli spojrzymy na jakiś pojedynczy element, to oczywiście lepiej jest mieć na przykład dwa tanie noże niż nie mieć w ogóle noża drogiego. Z drugiej jednak strony gdy spojrzy się na przykład na cały roczny (czy kilkuletni) budżet jaki możemy wydać na sprzęt, to już odpowiedź na to pytanie nie jest taka oczywista, bo na przykład czy lepiej jest mieć całą piwnicę różnych tanich dupereli niskiej jakości, czy lepiej jest mieć jeden plecak ze sprzętem niezawodnym i wysokiej klasy?
      Patrząc na przygotowanie sprzętu w dłuższej perspektywie (jeśli chodzi o zakupy/wydatki), to jednak wolę mieć 3 porządne latarki niż 30 wątpliwej jakości, wolę mieć 3 porządne noże niż 30 takich, które pękną przy jakimkolwiek większym obciążeniu, wolę mieć mniejszy zestaw akumulatorów do latarek, ale porządnych (takich, które wytrzymują wiele cykli ładowania i można je długo składować naładowane ze znikomym efektem samorozładowania) niż 5 razy tyle ale takich, które padną po kilkudziesięciu cyklach ładowania czy pojedynczym głębokim rozładowaniu, wolę mieć 2 dobre siekiery niż 5 takich, które pękają, szybko się tępią lub same spadają z trzonków (bo mają miękkie ucho, które się odkształca od uderzeń i nawet najlepszy drewniany trzonek nie pomoże) itd.

      Moim zdaniem dylemat wyboru dobry/kiepski (przy założeniu, że dobry jest istotnie droższy od kiepskiego – nie zawsze tak jest) sprowadza się do określenia w jakiej perspektywie chcemy mieć zgromadzony „zestaw minimum” umożliwiający nam przetrwanie w określonych warunkach przez określony czas. Jeśli jeden chce się przygotować na wojnę w miesiąc, a drugi w 3 lata, to zakładając, że obydwaj mają możliwość wydawania takiej samej kasy miesięcznie, ten drugi nie powinien marnować kasy na jakieś badziewia, bo wprawdzie w krótkiej perspektywie szybciej sobie zgromadzi „3 latarki i 5 noży” ale w dłuższej perspektywie prawie zawsze wyższa jakość okazuje się najtańsza, bo raz wydane pieniądze na dobry sprzęt bardzo często rozwiążą problem na wiele lat (czy nawet na resztę życia).

      Odrębny temat to kupowanie drogiego sprzętu tylko dlatego, że tam jest logo BG itp. ale tu chyba sprawa jest dla wszystkich oczywista (warto płacić za jakość ale nie warto płacić za samą markę)

      • Survivalista (admin) napisał(a):

        Jest jeszcze jedna rzecz, o której Krzysiek nie wspomniał, a moim zdaniem istotna. Przecież rzeczy od używania też się zużywają i niszczą. Zwłaszcza od używania nieumiejętnego, a takie właśnie jest na początku. I pod tym kątem także warto czasem rozważyć zakup czegoś tańszego tylko po to, by nauczyć się z tego korzystać, zamiast ryzykować zniszczenie produktu, na który długo odkładaliśmy.

        Odnosząc się natomiast bezpośrednio do Twojego komentarza, chciałbym jeszcze nawiązać do kwestii tego budżetu na przygotowania. Mam wrażenie, że to jeszcze szczególnie trudny temat, bo z jednej strony budżet zawsze jest ograniczony (a więc jest dążenie do oszczędzania na każdym kroku), a z drugiej strony nigdy nie wiadomo, jaki będzie w dłuższej perspektywie. Czy w ogóle będę mieć pieniądze za rok na dalsze przygotowania. A może wcześniej nadarzy się jakaś kryzysowa sytuacja, choćby utrata pracy albo choroba w rodzinie. Dlatego zwłaszcza na początku tej drogi, naszym nowym Czytelnikom, zalecałbym szukanie jak najlepszych okazji (starając się nie czynić ich kosztem jakości). Żeby mieć cokolwiek, jak najszybciej. Jak ten wspomniany zapas taniej żywności: optymalny nie będzie, ale niech będzie…

        • Piotr napisał(a):

          Pozostaje mi jedynie podpisać „protokół rozbieżności”, bo akurat ja mam nieco inne podejście. Tak jak napisałeś, podczas nauki popełniamy najwięcej błędów ale sprzęt dobrej jakości znacznie więcej tych błędów zniesie. Przykładowo początkujący będzie potrzebował dobrej i sprawnej zapalniczki, która będzie działać w każdych warunkach i która nie zawiedzie nawet jeśli popełni się jakieś błędy, a zaawansowany survivalowiec poradzi sobie z każdą, a nawet bez niej używając prymitywnych metod rozpalania ognia. Początkujący będzie miał niezahartowany organizm, popełni więcej błędów przy budowie schronienia itp. więc potrzebuje śpiwora z lepszą izolacją termiczną (i odporniejszego na rozdarcie itp.) niż survivalowiec „zahartowany w boju” (wytrenowany), bo organizm tego wytrenowanego wytrzyma większe niewygody (także pod względem termicznym) a i doświadczenie w improwizowaniu skutecznej izolacji przy budowie schronienia będzie większe. Podobnie początkujący survivalowiec będzie potrzebował więcej światła i czasu przy pracy w nocy niż ktoś doświadczony (kto będzie na przykład umiał zawiązać węzły na linie po omacku) więc latarka początkującego musi zapewnić więcej światła i dłuższą pracę itd. Ponadto w sytuacji takiej jak na przykład utrata pracy, sprzęt survivalowy wysokiej jakości ma nadal swoją wartość i można go spieniężyć za rozsądne pieniądze, a taniego i marnej jakości sprzętu w praktyce sprzedać się nie da (chyba że za grosze).
          Oczywiście jest pewna górna granica jakości, powyżej której na początku inwestować nie warto, ale moim zdaniem nie warto iść drogą „po taniości” tylko od razu iść w najwyższą jakość na jaką nas stać i myśleć od razu długofalowo.
          W branży IT funkcjonuje takie powiedzenie „szybko, tanio, dobrze – wybierz dwa”, które moim zdaniem sprawdza się także w kontekście survivalowym. Idąc w wariant „szybko i tanio” najczęściej stanie się to kosztem najważniejszego moim zdaniem czynnika jeśli chodzi o przygotowanie, czyli jakości. Zdaję sobie sprawę, że częstym mechanizmem wśród preppersów (a przynajmniej tych, których poznałem osobiście) jest schemat umysłowy obawa->ulga, czyli racjonalizacja myślenia idzie w kierunku jak najszybszego wyeliminowania uczucia obawy poprzez „nagrodę” w postaci uczucia ulgi i myśli idą w kierunku „musiałbym żyć z poczuciem obawy przez rok lub dwa, a co będzie jak za miesiąc wybuchnie wojna albo wylecę z pracy? a tak to mam przynajmniej ulgę, że ‚coś już mam teraz'”. Ja wg takiego mechanizmu nie funkcjonuję, nie zabezpieczam się doraźnie przed tym, co może mnie spotkać jutro czy za tydzień, tylko myślę w kategoriach „jak taka decyzja wpłynie na moje życie za rok, za 5 lat, za 10 lat”. Robię to od 2-3 lat jeśli chodzi o kontekst stricte survivalowy, a finansowo myślę w takich kategoriach od lat co najmniej kilkunastu. Też mogłem kiedyś wziąć kredyty i zaspokoić zachcianki materialne od razu, ale myśląc długoterminowo doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty w dłuższej perspektywie oddać 30-40% swoich dochodów bankom w postaci kosztów kredytów na mieszkanie, samochody itp. – teraz jestem o te 30-40% „bogatszy” mimo że przez ileś lat musiałem żyć z tym, że moi koledzy mają większe mieszkania i lepsze samochody. Po kilkunastu latach odmawiania sobie różnych rzeczy sytuacja się odwróciła, jeżdżę swoimi samochodami, mieszkam w swoich mieszkaniach a moi koledzy… nadal płacą kredyty 😉
          Podobnie z survivalem – stopniowo i długoterminowo buduję JAKOŚĆ. Można sobie mówić, że na przykład chińska kuchenka na paliwa ciekłe jest tańsza, mamy ją od razu wydając powiedzmy 250zł i ileś tam czasu pociągnie ale… ja mam szwedzką kuchenkę Optimusa (Nova – starsza wersja, bez „plusa”) kupioną za 500zł, którą na prawdę tyram po polach przez wiele lat (po kilka, czasem kilkanaście wypadów w teren na rok) i nie musiałem w niej zmieniać nawet jednej uszczelki – wolę taką jedną niż dwie chińskie. A że trzeba na nią dwa razy dłużej zbierać, a więc dwukrotnie dłużej żyć z myślą „nie mam awaryjnej kuchenki na paliwa ciekłe” – ok, trzeba, ale docelowo jak już odłożysz na to te 500-600zł, to masz sprzęt obliczony na tysiące godzin niezawodnej pracy, którego nie zepsujesz byle czym (na przykład nieopatrznym położeniem butelki z plastikowym kranikiem zbyt blisko palnika, bo tam plastikowego kranika nie ma), nie masz problemu z zabrudzeniem rurki generatora (prowadzącym do utraty jej drożności) jakimś badziewnym paliwem typu olej rzepakowy (bo tam rurki generatora nie ma, a budowa jest tak toporna, że czyszczenie jest proste nawet zgrabiałymi rękami, wrzucałem nawet tu na bloga fotki jak banalnie prosto się ją rozkłada i czyści http://domowy-survival.pl/2016/01/tania-kuchenka-wielopaliwowa-na-gaz-benzyne-i-alkohol/#comment-659829 ) itp.
          Kuchenka to oczywiście tylko przykład, podobnie jest z innym wyposażeniem – wolę mieć sprzęt niezawodny nawet jeśli zdobycie go potrwa dłużej i będę miał „mniej sztuk” (i to z wielu powodów, między innymi mniej sztuk niezawodnego sprzętu oznacza, że on będzie mniej ważył i zajmował mniej miejsca, a jak będę się potrzebował ewakuować, to wystarczy mi mniejszy plecak, w który spakuję powiedzmy jedną kuchenkę, dwie latarki i dwa noże zamiast dwóch kuchenek, pięciu latarek i pięciu noży i… dodatkowo będę miał większą funkcjonalność, bo na przykład latarka bez problemu wytrzyma deszcz/mróz/upadek, nóż wytrzyma rąbanie drewna, użycie go jako „stopki” wbitej w drzewo aby się na nie wspiąć czy jako „łom” do otwarcia jakichś drzwi do piwnicy itp. – nie użyję do tego żadnego z pięciu chińskich „plastelinowych” noży bo one tego po prostu nie wytrzymają).

          • ansuz napisał(a):

            Kolega Piotr napisał:
            „nie zabezpieczam się doraźnie przed tym, co może mnie spotkać jutro czy za tydzień, tylko myślę w kategoriach jak taka decyzja wpłynie na moje życie za rok, za 5 lat, za 10 lat”

            – Co zrobisz, jeżeli dzisiaj w nocy wybuchnie wojna?
            – Co zrobisz, jeżeli jutro ISIS wysadzi w powietrze kilka elektrowni atomowych w Europie Zachodniej?
            – Co zrobisz, jeżeli za tydzień Europę ogarnie pandemia śmiertelnej choroby?

            Ty nadal będziesz na etapie odkładania pieniędzy na nowoczesny i drogi sprzęt, który jest o niebo lepszy od taniego, ale niestety na razie go NIE POSIADASZ… 😉

            Piotrze z większością tez Twoich wpisów zgadzam się, staram się żyć podobnie jak Ty nie zaciągając kredytów i kupując najlepsze, najbardziej zaawansowane technologicznie zabawki na jakie mnie stać, kocham gadżety, ale…
            …ale dopóki nie stać mnie, lub szkoda mi kasy na jakiś fajny gadżet surwiwalowy to kupuję tanią jego wersję a w przyszłości ewentualnie wymieniam go na wersję High Endową a tania zabawka trafia do piwnicy jako „zapas”. 😉 Często okazuje się, że przedmioty „tanie” z powodzeniem zaspokajają moje oczekiwani i całkowicie świadomie rezygnuje z zakupu topowej wersji. Przykładem na to możne być przenośny, lekki agregat prądotwórczy. Wiele dobrego czytałem o walizkowych Hondach, podobały mi się i miały opinię doskonałych technicznie, ale szkoda mi było wydać na nie 4,5tys, wiec kupiłem chiński odpowiednik (KIPOR), równie ładny, równie lekki (10kg) i jak się okazało w użytkowaniu równie niezawodny a kosztował tylko 1,6tys!

            Do czego zmierzam?
            Z kupnem nowego telewizora, roadstera, ścigacza, lub innej zabawki możemy poczekać aż uzbieramy pieniądze na taki jaki sobie wymarzyliśmy, ale sprzęt surwiwalowy jest jak apteczka, lub jak ubezpieczenie, lepszy jest byle jaki, niż żaden chociaż z perspektywą na najlepszą jakość w przyszłości.

            Moim zdaniem optymalną procedurą jest jednorazowe (NATYCHMIASTOWE) kupno całego, podstawowego sprzętu ratującego życie:
            1-powietrze
            2-obrona
            3-woda
            4-żywność
            5-schronienie
            Tak dobrego na jaki nas stać TERAZ a potem sukcesywna wymiana na technologiczne cacuszka, jakie sobie wymyślimy. 😉

          • Piotr napisał(a):

            Nie, nie żyję na etapie odkładania kasy na lepszy sprzęt – żyłem na tym etapie 3 lata temu i teraz mam sprzętu tandetnego, tylko niezawodny.
            Jak też napisałem, NIE KIERUJĘ SIĘ STRACHEM tylko kalkulacją ryzyka – prawdopodobieństwo że dzisiaj w nocy wybuchnie wojna czy że jutro ISIS wysadzi elektrownie atomowe, czy że w Europie wybuchnie za tydzień pandemia jakiejś choroby jest na tyle niskie, że jak tu teraz stoję jestem gotów się założyć o 100 tysięcy złotych, że to się nie stanie – przyjmujesz zakład? 😀
            Kolejna rzecz o jakiej pisałem: posiadanie sprzętu bądź nie, w moim przypadku nie warunkuje przetrwania a jedynie decyduje o poziomie komfortu. Nie obawiam się „nieposiadania” jakiegoś sprzętu teraz bo… NIE MUSZĘ go mieć aby przetrwać, więc sprzęt może poczekać.

            Może na przykładzie (hipotetycznym): wole kupić agregat Hondy niż chińszczyznę, bo Honda statystycznie ma większą niezawodność ale powiedzmy że na Hondę musiałbym zbierać przez dwa lata. Co robię? Kupuję chińszczyznę aby „coś mieć” bo jutro może być wojna/pandemia/zamieszki (niepotrzebne skreślić lub coś dopisać)? Ja tak nie robię. Ja kalkuluję ryzyko, zastanawiam się czy w NAJBARDZIEJ PRAWDOPODOBNYCH scenariuszach kryzysowych jakie się mogą pojawić w ciągu najbliższego roku czy dwóch agregat prądotwórczy będzie przydatny, oraz czy w ogóle jest mi on NIEZBĘDNY do przetrwania (czy zwiększa prawdopodobieństwo przeżycia, czy tylko podnosi poziom komfortu). W moim przypadku agregat nie jest czynnikiem absolutnie niezbędnym do przetrwania (w sytuacji kryzysowej typu pandemia jestem w stanie znacząco zredukować zapotrzebowanie domu na energię do spraw takich jak ładowanie latarki czy radia, a gdy zajdzie taka konieczność, to poradzę sobie bez prądu w ogóle). Wobec tego zamiast kupować chiński agregat ‚aby coś mieć’ wolę kasę odkładać zwiększając „poduszkę finansową” i kupić za dwa lata coś porządnego (gdybym dzisiaj kupił badziew, to odłożyłbym w czasie Hondę i miał mniejszą poduszkę finansową).
            I żeby było jasne, mówię o ZBIERANIU KASY na lepsze rzeczy a nie o braniu drogich rzeczy na kredyty itp. Jeśli odkładasz kasę na coś lepszego, to tę kasę w każdej chwili masz do dyspozycji, odkładając kasę na nóż za powiedzmy 100zł możesz w razie czego zawsze z tej kasy skorzystać i kupić dwa chińskie noże za 10zł. Ja po prostu nie żyję w panice „ojej, nie mam teraz żadnego noża, jakby co, jestem od razu martwy” – nie, nie będę martwy, przeszedłem przez szkołę lekceważonego tu przez wielu „zielonego survivalu” (w zasadzie zajmowałem się tym od dziecka, tylko nie wiedziałem że to się tak nazywa :D) i teraz jestem w stanie sobie poradzić z rodziną przy na prawdę bardzo skromnych zasobach sprzętowych dlatego nie muszę mieć „wszystkiego” już teraz. To co niezbędne, to już mam, ale kupione też wg wspomnianej zasady – jak kupować, to nie „po taniości aby szybciej”, tylko rzeczy dobre i solidne (które niekoniecznie są 50 razy droższe).

            Różnica w podejściu? Piszesz „dopóki szkoda mi kasy na jakiś gadżet survivalowy, to kupuję tani” – nie o tym mowa. Jak mi na coś szkoda kasy, to szkoda kasy i tyle, niezależnie od tego czy na to kasę mam czy nie. Nie mówię też o high-endzie, bo nie potrzebujesz tej klasy sprzętu, co Marek Kamiński idąc na bieguny, ale znów doradzanie typu „kup dwa chińskie tanie noże po 10zł zamiast jeden przyzwoity szwedzki z dobrej stali węglowej za 30zł” jest moim zdaniem nieracjonalne, bo tu ilość posiadanych noży nie jest najważniejszym czynnikiem (noże kuchenne przecież każdy w domu jakieś ma, nadal ich można używać do lekkich zadań, zaś nóż survivalowy kupuje się po to, aby umożliwiał też prace cięższe, nie jest to „jeszcze jeden nóż klasy kuchennej” :D).

            Nie zgadzam się też z ostatnim akapitem. Moim zdaniem należy mieć możliwość zapewnienia sobie wspomnianych przez Ciebie pięciu czynników – natychmiastowe lecenie na zakupy nie jest jedynym rozwiązaniem (tu jest chyba sedno, na przykład jak ktoś umie samodzielnie uzdatnić wodę, to nie musi żyć strachem i natychmiast lecieć do sklepu po tani chiński filtr wątpliwej jakości, bo woli uzbierać na porządny a jak w razie czego będzie wojna, to bez fabrycznego filtra też bez większych problemów da sobie radę z uzdatnieniem wody).

          • Piotr napisał(a):

            I jeszcze jedna ważna moim zdaniem rzecz: mam świadomość różnicy pomiędzy strachem/obawą a niebezpieczeństwem/zagrożeniem. To że się czegoś boję, to tylko emocja i nie musi oznaczać realnego zagrożenia (pracuję wtedy nad samą emocją a nie nad jej źródłem czy metodami jej „zaspokojenia” – przykładowo jak się ktoś boi pająków, to rozwiązaniem nie jest kupowanie „strzelby na pająki” tylko praca nad tym, aby się pająków nie bać, bo nie stanowią one realnego zagrożenia), analogicznie to że się czegoś ktoś nie boi nie oznacza, że nie stanowi to realnego zagrożenia (na przykład istnieje większe ryzyko poparzenia skóry od uszkodzenia baterii w telefonie komórkowym niż od promieniowania po ataku nuklearnym – wielu jednak bagatelizuje sprawę telefonu komórkowego ale będzie myśleć o schronach przeciwatomowych, bo atak nuklearny budzi większe emocje a telefon komórkowy jest czymś powszednim).
            W związku z tym bardziej obawiam się w życiu jakiegoś wypadku komunikacyjnego, napadu, awarii linii energetycznej, awarii wodociągu czy „zimy stulecia” niż ataku ISIS, bo… jakkolwiek by to nie zabrzmiało, to codziennie w Europie Zachodniej umiera ponad 20 tysięcy osób i większość z nich nie ginie z rąk terrorystów ISIS, wybuchów w elektrowniach czy od pandemii – to są tylko tematy nośne medialnie ale W NAJBLIŻSZYM CZASIE nie stanowią dla mnie statystycznie jakiegokolwiek zagrożenia i przygotowanie się na takie okoliczności stawiam nie na pierwszym ale na OSTATNIM miejscu. Podstawa to dbanie o dobrą kondycję zdrowotną i finansową rodziny, o dobre relacje z rodziną dalszą, przyjaciółmi, sąsiadami itd. Ważniejsze dla przygotowań jest to jaką pracę wybierzesz, jak zarządzasz finansami rodziny, jakiej jakości jedzenie kupujesz czy jak bezpiecznym samochodem jeździsz niż to czy masz trzy kuchenki na postapo.

  2. Maciej napisał(a):

    Moim zdaniem pytanie jest źle zadane . Czy jest nas stać na produkty niskiej jakości i cena może być tu tylko wskazówką. Niestety nie dorobiliśmy się własnego forum konsumenckiego i większość rzeczy testujemy na sobie. Marny nóż jest marny nie dlatego, że kosztował 10 złotych a dlatego że jest marny. Części naszego wyposażenia nie używamy na co dzień np. agregatu. Znajomi kupili Chińczyka w markecie podziałał 3 godziny gwarancja ,mogli odzyskać pieniądze za ten zakup. Niska cena niska jakość .Teraz mają stary agregat z demobilu który działa. Może pomysłem była by wymiana naszych doświadczeń z różnymi produktami . Szczęśliwie autorzy testują dla nas część artykułów lecz w ilości siła. Sam używam wielu produktów które mógł bym polecić i takich, które lepiej omijać wielkim łukiem. Podobnie jest z miejscami zakupu, są takie w których proces reklamacyjny działa lepiej i takie w których zostajemy z bublem bez części zamiennych. Sądzę, że w przygotowaniach każdy z nas miał taki moment zwłaszcza na początku , że brał jak leci potrzebuje to, to ,to później życie z reguły surowo zweryfikowało nasze zakupy. Od autora różnie się tym , że wole jeden dobry nóż, narzędzie, surowiec, niż kilka kiepskich, pomijam tu celowo brak zakupu. Bo to nazywam gdybactwem gdyby było mnie stać zrobił bym to czy tamto. Bo wtedy nie porównujemy produktów .

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Rzeczywiście, brakuje w Polsce silnego czasopisma czy serwisu internetowego testującego różne rzeczy. My możemy testować to, co ktoś nam podeśle, albo co sami kupimy, a to znacznie ogranicza nasze możliwości. Albo pilnować forum czy komentarzy tu na blogu, bo oprócz rzetelnych opinii użytkowników sprzętu zdarza się tu i marketing szemrany, który niekiedy trudno jest wyłapać.

  3. Kar napisał(a):

    W przypadku skrajności jak nóż za 10zł lub za 1000zł, z mojego punktu widzenia, sprawa jest prosta. Kupuję 2 noże po 10zł (bo to nie obciąży zbytnio mojego budżetu) a w dłuższej perspektywie odkładam na nóż za 1000zł. W przypadku marnej kuchenki za 250zł, co stanowi 50% kosztów dobrej – wybrałbym zdecydowanie dobrą, nawet w dwukrotnie dłuższej perspektywie czasowej. W swoich przygotowaniach kieruję się zasadą: dobrze jest mieć kij w ręku niż nie mieć karabinu. Nabywam bardzo tanie rzeczy (kij), które są niezbędne gdyby coś wydarzyło się jutro i odkładam na lepsze (karabin) w dłuższej perspektywie.

    • Piotr napisał(a):

      W nożu za 1000zł płaci się za markę i bajery (typu ręczne grawerunki, rękojeść z kości itp.) a nie za czynniki mające wpływ na użytkowość i niezawodność – płaci się za „survivalową biżuterię” a nie za narzędzie do pracy. Natomiast gdybym miał wydać 20zł, to jednak wolałbym kupić jedną Morę niż dwa „plastelinowe chińczyki”. Tani nóż będzie ok na biwak do pokrojenia mielonki czy ucięcia sznurka, ale w takich kontekstach poradzi sobie równie dobrze Mora za 20zł a przy okazji można przy jej użyciu zrobić coś więcej.
      A jeśli chodzi o konteksty „bo jak zgubię”… nigdy jeszcze w swoim życiu nie zgubiłem jakiegokolwiek narzędzia podczas wypadów w teren – to kwestia dyscypliny w odkładaniu ich zawsze na miejsce, solidnego mocowania ich do plecaka czy paska itd. Raz tylko była sytuacja, że na zlocie offroadowym pożyczyłem innej ekipie latarkę naftową na noc (myśmy już się kładli spać, a oni chcieli pobiesiadować dłużej) a nazajutrz nie było już ani tej ekipy ani mojej lampy (po prostu ktoś z ich ekipy ją spakował nie wiedząc, że to pożyczona, oddali na następnym zlocie z „procentem” i przeprosinami).
      Jedyne co wchodzi w moim przypadku w grę, to zużycie sprzętu lub jego zniszczenie, ale tu szybciej się zużywają i niszczą produkty kiepskiej jakości, natomiast solidne konstrukcje (zwłaszcza te starsze) służą mi od lat i są nadal w dobrym stanie. Wiadomo, wszystko się zużywa i nic nie jest „nieśmiertelne”, po prostu ja wolę mieć „mniej sztuk” (na przykład noży) ale solidniejszych niż „więcej sztuk” mniej solidnych (na szybko zużywające się, mało solidne rzeczy po prostu szkoda mi kasy).

    • Rafał M. napisał(a):

      2x droższa, za 500 złotych, kosztuje nie tyle dobra kuchenka, co pełnowymiarowa kuchenka gazowa do kuchni 🙂

      • Piotr napisał(a):

        Gazowa, stacjonarna, do domu – tak, jak najbardziej, tylko że gazu do niej domowymi metodami zbyt łatwo nie wyprodukujesz, łatwo do niej paliwa w sytuacji kryzysowej nie zdobędziesz a dodatkowo jak trzeba się będzie ewakuować, to masa paliwa zapewniająca określony czas pracy będzie większa (200gr gazu w kuchence gazowej to mniej więcej godzina grzania z mocą 2,5-3kW, 200gr benzyny zapewni około 2h pracy kuchenki benzynowej z porównywalną mocą a dodatkowo sam zbiornik będzie lżejszy, łatwiejszy do uzupełnienia i kuchenka będzie działać bezproblemowo nawet przy dużych mrozach).

  4. Arec Ki napisał(a):

    Krzyśku i Arturze. Po pierwsze. Bardzo się cieszę, że nie rezygnujecie z tekstu na rzecz samego filmiku. Odnosząc się do Waszych argumentów. Piotrze. Musisz (znaczy no wiadomo nie musisz) wziąć pod uwage jedna kwestię. Wspominasz o kuchence taniej za 250 zł. Weź proszę pod uwagę, że te 250 zł dla kogoś to może być tez zbieranie odkładanie kilka miesięcy pieniążków, bo ledwo dopina budżet domowy. Oczywiście zgadzam się z Tobą w pełni, że dobrze byłoby kupować sprzętu dobrej jakości. Ale co ma zrobić ktoś, kto stoi przed dylematem – albo kupić tańszy (nie zawsze badziew) albo nie kupić wcale. Zasada wybierz 2 z 3 o której piszesz sprawdza się w wielu dziedzinach i tutaj nie mam zamiaru temu przeczyć., bo byłbym co najmniej hipokrytą a już na pewno głupcem. Pozostawiam jednak otwartą kwestię, która mógłbym sformułować następująco. Czy warto inwestować (przy braku środków) na drogie sprzęty na czas kryzysu, który może po prostu nie nadejść, ryzykując utratę płynności finansowej, która w przypadku zakupu drogiej rzeczy jest bardzo prawdopodobna tu i teraz? Poza tym kolejna kwestia. Zakładam, że wiele z nas ma rodzinę. Co ja np. mam zrobić, gdy żona po prostu zwyczajnie jest przeciwna drogim sprzętom? Kupować (gdy w końcu uzbieram) po kryjomu? Czy postawić na swoim i ryzykować co najmniej ciche dni (tygodnie)? Żona słusznie często może mieć wtedy rację stwierdzając, że na coś tam ważnego (realnie ważnego do codziennego funkcjonowania) nie mamy a ty sobie zabawki kupujesz. Moi drodzy. Nie uzależniajmy preppingu od grubszego portfela. Niektórzy na prawdę wolą zachowac większe pieniążki (równowartość wypłaty) w formie oszczędności na kryzys typu – samochód się zepsuł (narzędzie do pracy), komputer się zepsuł (także narzędzie do pracy nauczyciela), wrzesień (więc nowe zeszyty i podręczniki) niż na wspomnianą kuchenkę, która kosztuje tyle co prawie połowa mojej pensji. Troszkę wspominałem o kwestii finansów w jednym ze swoich wpisów https://na-kryzys.blogspot.com/2016/12/czy-artykuy-oraz-sprzety-survivalowe.html

    • Piotr napisał(a):

      Dlatego też nie napisałem „kupuj towar najwyższej jakości” tylko „kupuj towar najwyższej jakości na jaką Cię stać” – ta druga część zdania jest istotna. Nie stać Cię na kuchenkę za 500zł, to kup za 250zł (lub jakąś starą polską Odrę z demobilu za 100zł lub nawet taniej) i to jest ok. Natomiast moim zdaniem bezsensowne jest myślenie w kategoriach „kupię teraz chińską za 250zł aby już coś mieć, a za rok kupię drugą chińską za kolejne 250zł aby mieć dwie gdyby jedna zawiodła” (czyli i tak jest planowanie wydatku 500zł w ciągu roku na aspekty „kuchenkowe”) – moim zdaniem w takim przypadku lepiej jest poczekać ten rok i kupić od razu lepszą, która w praktyce nie zawodzi a docelowo wydamy tyle samo (tyle samo uszczknęliśmy z domowego budżetu).

      • Arec Ki napisał(a):

        Ok, teraz Cię rozumiem. Z tym, że ja byłbym skłonny – kup teraz najtańszą, jeśli nie stać na w miarę porządną, ale na nastepna juz zbieraj by jakość była dobra. Kupienie dwóch bubli mija się z celem. Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Jeden będzie potrzebować taniej (w znaczeniu taka mu wystarczy) kuchenki ale inne narzędzie będzie chciał mieć solidne. Wszystko kwestia osobistych preferencji. Jest jeszcze jedna kwestia. Zawsze po kupieniu dobrego sprzętu mogę stary odsprzedać. Co prawda rzadko zdarza się by odzyskać całą kasiorkę, ale zawsze coś.

        • Piotr napisał(a):

          I tu się właśnie różnimy, ja jestem zdania, że jeśli kogoś nie stać na „w miarę porządną” (nie mówię, że najwyższej klasy) to nie powinien tracić kasy na najtańszą, tylko wstrzymać się z wydawaniem kasy i rozważyć inne opcje. Nie jest przecież tak, że ugotowanie wody czy jedzenia jest niemożliwe bez kuchenki fabrycznej konstrukcji (są tysiące możliwości, chociażby prezentowane tu na blogu kuchenki spirytusowe z puszek po napojach czy kuchenki olejowe z puszki po tuńczyku) – fabryczna kuchenka na paliwa ciekłe to tylko podniesienie poziomu „poręczności”.
          No i moim zdaniem nie ma się co oszukiwać, że pieniądze włożone w przysłowiowy chiński sprzęt z najniższej półki jakościowej i cenowej da się odzyskać w jakimś znaczącym stopniu (zwłaszcza, jeśli ten sprzęt będzie używany) – można oczywiście sprzedać ale z dużym upustem (albo liczyć na znalezienie „frajera” ;)).

    • Rafał M. napisał(a):

      Ja kupowałem malutką składaną kuchenkę gazową Campingaz chyba za 30 złotych, więc daleko do 250. Chociaż to było na wyprzedaży.

      • Piotr napisał(a):

        Tak, też mam, ale to gazówka na butan (czyli paliwo, które trudno w razie czego samodzielnie wyprodukować :D).

  5. 52lata napisał(a):

    Z mojego punktu widzenia to zauważam coraz większe gadzteciarstwo.
    Skąd ja wezmę tyle pieniędzy na to wszystko to zrobił sie niezły biznes.
    W rzeczywistym świecie post bardziej będą liczyły się umiejętności niż cała masa przydatnych rzeczy.
    Super plecak z super wyposażeniem nie pozwoli mi jeśli nie będe tego wiedział na uruchomienie samochodu na krótko bez kluczyka.
    Zamiast targać kolejne kuchenki może trzeba wiedzieć jak spuścić paliwo ze zbiornika.
    Może zamiast targać 1000 racji żywnościowych nauczyć się pozyskiwać pożywienie z lasu.
    Kłopot mam tylko z medycyną ale staram się.
    Pan Lis promował portal drewno zamiast benzyny. Więc przeprowadziłem sie na wiochę kupiłem 10 m drewna no i tnę. Ciołem i rąbałem przez dwa lata jeszcze mi zostały 4 kłody bo siły mnie opuściły a piła się popsuła a pan Lis nadal mieszka chyba w mieście.
    I teraz właśnie zaczyna sie prawdziwy survival jak sobie z tym wszystkim poradzić?
    Bez krytyki młodych prosze bo starego siły opuściły a życie na wiosce to nie miasto.
    Oczywiście lubię to i sie nie przeprowadzę do miasta ale ciągle otoczeni jesteśmy przez to że cos jest lepsze i droższe.
    Najważniejsz ejest jednak jak to zrobiono i czy mogę coś takiego zrobić sam.
    Weźmy taka siekierę ile trzeba się namęczyć a co może być zamiast?

    • Piotr napisał(a):

      Owszem, umiejętności są najważniejsze, dlatego już pisałem na tym blogu, że moim zdaniem najważniejszy jest tzw. minimalizm czyli umiejętność improwizowania i radzenia sobie z małą ilością podstawowego sprzętu (wtedy ten sprzęt może być lepszej jakości – więcej wytrzyma) a nie uzależnianie swojego przetrwania od sprzętu i zapasów (które to zawsze możemy stracić, albo możemy stanąć przed koniecznością opuszczenia miejsca, w którym to wszystko mamy i wtedy też trzeba umieć sobie poradzić bez tego, w co inwestowaliśmy przez lata).
      Moim zdaniem kluczem nie jest organizowanie wszystkiego tak, aby w razie kryzysu funkcjonowanie domu i rodziny się nie zmieniło (bo tego się nie da zapewnić nawet przy poniesieniu wysokich kosztów), tylko wręcz odwrotnie, przygotowanie się na tak daleko idące zmiany w sytuacji kryzysowej aby zmaksymalizować szansę przetrwania poprzez adaptację do zaistniałych okoliczności.

    • mi napisał(a):

      Tym drzewam nie przejmuj się za dużo , na wszystko jest sposób. Może zastosuj kliny żeby rozłupać drzewo. Jeżeli piła si ę popsuła to może warto mieć piłę ręczną typu ” Wśród nocnej ciszy”.

  6. ell napisał(a):

    tania żywność jako podstawa plus jakieś ziarna, np. pszenicy i do tego jakiś słoik do skiełkowania w razie co tych ziaren. To byłoby witaminami i mikroelementami w trudniejszych momentach. praktycznie można kiełkować prawie wszystkie nasiona. A jako baza ewentualnie w razie braku ziaren to podkorze z brzozy czy drzew owocowych.

  7. Maciej napisał(a):

    To nie „gadzteciarstwo” ciężko wkręcić śrubę bez śrubokręta spuścić paliwo bez wężyka lub miski. Umiejętności są bardzo ważne lecz tylko w parze z materiałami i wyposażeniem. Dyskusja toczy się na temat jak najrozsądniej dobrać ekwipunek do własnych potrzeb i scenariuszy. Każdy zakup to wykładnia naszych możliwości finansowych, preferencji, oraz potrzeb. Jak cena nie idzie w parze z jakością przekonałem się na podstawie noża sygnowanego BG niby nóż przetrwania a rękojeść rozpada się tylna część rękojeści wykonana z metalu nie jest połączona ze szkieletem noża, a miało być tak pięknie.

    • Piotr napisał(a):

      Mając odpowiednie umiejętności zrobisz śrubokręt z gwoździa przy pomocy kamienia i ogniska (przy okazji odpowiednio tę stal uwęglając aby była twardsza). Nie mając wężyka zrobisz dziurę w dnie (którą potem zakleisz korkiem z drewna i uszczelnisz klejem zrobionym samodzielnie z żywicy, węgla drzewnego i jeszcze paru innych składników). Nie mając miski wykorzystasz kawałek rynny z blachy cynkowej, garnek kuchenny, talerz czy starą bańkę po oleju silnikowym.
      Czym ktoś ma mniejszą wiedzę, umiejętności i zdolności improwizacyjne, tym więcej musi kupić „misek i wężyków do spuszczania paliwa”.
      Już pisałem tu na blogu, że moim zdaniem jeśli chodzi o początkujących preppersów, to najważniejszy na początku jest minimalizm, czyli nauczenie się radzenia sobie z minimalną ilością wyposażenia (i pozbycie się iluzji, że w przypadku kryzysu da się zapewnić funkcjonowanie domu choć zbliżone do tego z „normalnych czasów”).
      Podstawowym czynnikiem JAKOŚCIOWYM przygotowań powinno być nie robienie wszystkiego aby w sytuacji kryzysowej życie w domu się nie zmieniło, tylko właśnie odwrotnie, przygotować się na taką zmianę życia, aby zmaksymalizować szanse przetrwania. Zamiast kupować pierdyliard gadżetów (marnej jakości) typu „latarka do kluczy, latarka do paska, latarka do kieszeni, latarka na czoło, latarka do samochodu, latarka do czytania, latarka do spuszczania paliwa (…)” lepiej jest mieć jedną czy dwie solidne, odporne i długowieczne latarki z zapasem baterii czy lepiej akumulatorów wytrzymujących długie składowanie w stanie naładowanym, bo koszt będzie ten sam a i tak nikt na raz 15-stu latarek używać nie potrzebuje.
      Zgadzam się co do tego, że sprzęt ułatwia wiele rzeczy, ale nie można też popaść w drugą skrajność, czyli nie można uzależniać swojego przetrwania od posiadania tych rzeczy (i na przykład gdy się wspomniany śrubokręt zepsuje, to już nie wykręcimy śrubki na przykład nożem :D).

    • Rafał M. napisał(a):

      Śrubokręt, a nawet kilka, mają scyzoryki.

  8. Maciej napisał(a):

    Super czyli gwoździe zrobisz z samodzielnie wydobytej rudy w samodzielnie wykonanej dymarce. Są jednak nieco prostsze metody. Każdy ma to co lubi . Czasy odpalania pojazdów na krótko minęły z Fiatem 126 . Improwizacja to dobra rzecz lecz nie zawsze trzeba improwizować. Przygotowania do trudnych czasów to sprzęt i umiejętności o czym pisałem wcześniej. Postawa jestem super i zawsze coś wymyślę mi osobiście nie pasuje. Lecz każdy wybiera własną drogę.

    • Piotr napisał(a):

      Nie napisałem że będę robił śrubokręty z gwoździa, tylko że w razie potrzeby jestem w stanie go zrobić, więc wystarczy mi jeden dobry śrubokręt, bo jak mimo wszystko się zepsuje, to poradzę sobie bez niego.
      Może na innym przykładzie: używam kalkulatora i jest przydatny, ale jeśli z jakichś powodów go zabraknie, to umiem wykonać obliczenia bez niego, z pewnością wolniej, być może dwukrotnie aby się upewnić, że nie popełniłem błędu itd. ale mimo wszystko sobie poradzę, a ktoś kto nie umie liczyć bez kalkulatora, MUSI go mieć jeśli chce wykonać jakieś obliczenia – u mnie kalkulator jest bardzo pomocny, ale nie jest niezbędny, nie warunkuje możliwości wykonywania obliczeń, mogę wykonać dokładnie te same czynności czynności zarówno z kalkulatorem jak i bez niego, nie jestem zależny od sprzętu (co nie znaczy, że neguję korzyści z jego posiadania).
      Nie twierdzę że posiadanie sprzętu jest złe, twierdzę że UZALEŻNIENIE od posiadanego sprzętu jest złe – to istotna różnica.

      PS: A co do „odpalania aut na krótko” – tak się akurat składa, że pod tym względem nowe auta nie dorastają starym do pięt (pomijając buble z PRL-u), stare Volva czy Mercedesy jeżdżą po milion kilometrów bez zaglądania do silnika (poza normalnymi czynnościami eksploatacyjnymi typu wymiana paska rozrządu itp.), a tymczasem w nowych „zabawkach” komputer potrafi zatrzymać auto na środku drogi z byle powodu i trzeba dzwonić po assistance (a potem się okazuje, że to była pierdoła typu kabelek na jakimś czujniku temperatury spalin czy… błąd firmware i wszystko było w porządku :D) a tymczasem starym, prostym autem albo dasz radę dojechać do domu albo, jeśli się znasz, naprawisz drobne usterki w drodze lub je jakoś obejdziesz (chyba że na prawdę jest jakaś bardzo poważna awaria mechaniczna, ale te się rzadziej zdarzają w starszych dobrych konstrukcjach, bo podstawowe elementy nie były „wyżyłowane” a sam pojazd nie był projektowany pod kątem „planowego zestarzenia się” tylko miał jeździć jak najdłużej). Dlatego jest jak jest, jeśli blachy nie zardzewieją, to stare Mercedesy „beczki” czy Volva 760 jeżdżą praktycznie bezawaryjnie po 25-30 lat robiąc miliony kilometrów a współczesnego auta najlepiej się pozbyć po 5-ciu latach czy 150 tysiącach przebiegu, dopóki nie zaczyna być „skarbonką”.

  9. Maciej napisał(a):

    Zgadzam się całkowicie nowe auta projektowane przez księgowych przy małym współudziale inżynierów. Projektowane tak aby wymieniać całe podzespoły, naszpikowane elektroniką . Najzabawniejsze jest że wmawia się nam iż stoi za tym wszystkim ekologia. Faktyczne zużycie paliwa pojazdów tych z przed 20 lat i obecnych niewiele się różni natomiast żywotność znacząco. Nikt nie mówi jakie koszty dla środowiska niesie produkcja i recykling wyrobów służących znacznie krócej. Nie słychać ekologów przeliczających eksploatacje baterii w samochodach elektrycznych , zakładają zapewne że te produkują i utylizują się same a prąd pochodzi w całości z wiatru. Zabawne jest także wprowadzanie w komunikacji miejskiej autobusów elektrycznych , których w przypadku Warszawy potrzeba 2 razy więcej – ograniczenie zasięgu niż zwykłych. Zresztą Warszawa , która 2 krotnie bez sensu likwidowała trolejbusy wraz z całą ich infrastrukturą pragnie być teraz w awangardzie zmian. Pewnie za parę lat znów im się odmieni.

    • Piotr napisał(a):

      Co do elektrycznych samochodów – idea jest taka, że auta spalinowe (niezależnie ile by miały katalizatorów itd.) produkują zawsze jakieś ilości tlenku węgla (i innych substancji), których wdychanie przez pieszego oddalonego o metr od pasa jezdni (czy przez samego kierowcę wdychającego spaliny z auta jadącego przed nim) najzdrowsze nie jest. Wiadomo, że patrząc na to globalnie, to prąd nie bierze się znikąd i czy spalimy węgiel w elektrowni czy paliwo w silniku, to docelowo wyjdzie na jedno (a w przypadku samochodu elektrycznego jak wspomniałeś, jeszcze dochodzi proces produkcji i utylizacji akumulatorów, no i straty na przesyle i transformacji energii), niemniej jednak samochód elektryczny powoduje redukcję ilości spalin w mieście (w przypadku Polski, gdzie prąd mamy z węgla, to całościowo emisji spalin nie zmniejsza, ale przynajmniej „wynosi produkcję spalin za miasto” :D) i jest docelowo neutralny jeśli chodzi o proces produkcji prądu, bo prąd nie musi pochodzić ze spalania paliw kopalnych, może być z wiatraków czy elektrowni atomowych – tak wiem, współczesne elektrownie atomowe oparte na uranie produkują odpady, ale projektuje się właśnie reaktory oparte o tor, pierwiastek znacznie powszechniejszy w przyrodzie, a zalety są takie, że tor „spala się” w reaktorze praktycznie w całości (uran tylko w około 2-5%) a także reaktory oparte na torze mogą utylizować odpady po elektrowniach uranowych. Pozostaje nam po prostu „trochę” poczekać (pewnie co najmniej kilkanaście lat) na rozwój energetyki opartej na torze i rozwój akumulatorów opartych na grafenie i… moim zdaniem ta elektryczna motoryzacja nie będzie w cale taka zła jak teraz (a że zmiana z jednego stanu stabilnego w inny zawsze odbywa się poprzez chaos, to inna sprawa, ale bez tego nie ma postępu :D).

    • Rafał M. napisał(a):

      W hybrydach akumulatory są zaprojektowane na cały okres eksploatacji samochodu.
      Ludzie jeżdżą po kilkanaście lat i nie muszą wymieniać, a awarie pojedynczych ogniw są bardzo rzadkie.
      Konstrukcja akumulatora jest zupełnie inna niż w laptopach, poza tym stosuje się inne sztuczki przedłużające żywotność, na przykład różnica między stanem „naładowany” i „rozładowany” to chyba tylko 10% rzeczywistej pojemności.

      Elektrownie, nawet węglowe, wytwarzają dużo mniej zanieczyszczeń na jednostkę produkowanej mocy niż silnik samochodowy.
      Turbina elektrowni pracuje stale, w ściśle kontrolowanych warunkach, w optymalnym zakresie. Natomiast samochód często jest uruchamiany, ciągle przyspiesza i hamuje, więc jego silnik pracuje bardzo nieoptymalnie.

  10. Arec Ki napisał(a):

    Spór typu co ważniejsze – umiejętności czy narzędzia, zapasy czy sprzęty, jest w mojej prywatnej ocenie trochę dziwny. Według mnie cały prepping / surwiwal opiera się na kilku filarach. Listę tą można dowolnie ułożyć, ale sprowadza się do:
    1. Poziom materialny (zapasy, narzędzia, cel ewakuacji)
    2. Poziom umiejętności, wiadomości i postaw (szeroko rozumiane nasze umiejętności, wiedza, ale i odpowiednie nastawienie psychiczne)
    3. Poziom społeczny (nasze relacje z rodziną, sąsiadami, nastawienie na otrzymywanie pomocy ale i gotowość jej udzielania)
    To według mnie takie filary, złote wyznaczniki. Najważniejsza jedna sprawa – jeden może nad drugim przeważać. Ale żadnego z nich nie może zabraknąć i one razem muszą stanowić spójną całość. Bez tych rzeczy wszelkie nasze przygotowania będą połowiczne lub będą tylko zabawą w prepping. Szerzej swój pogląd na temat przedstawiłem https://na-kryzys.blogspot.com/2016/10/filary-preppingu-oraz-wszelkiech.html

    • Piotr napisał(a):

      W pełni się zgadzam. W tej dyskusji po prostu skupiłem się na punkcie 1 czasami zwracając uwagę, że mając lepiej rozwinięte 2 (umiejętności) możemy nimi w razie czego skompensować braki sprzętowe – to że ktoś nie ma jakiegoś sprzętu (który przez innego uważany jest za niezbędny) nie oznacza, że ten ktoś nie jest przygotowany, bo owszem jest, tylko w inny sposób. Jeden ma 50 chińskich zapalniczek, drugi ma trzy chińskie krzesiwa a trzeci postanowił sobie uzbierać na porządne grube krzesiwo i na razie nie ma nic „w razie W” poza poza pudełkiem zapałek jakiego używa na co dzień, ale w razie czego umie rozpalić ogień przy pomocy tego co już w domu ma, na przykład baterii do latarki i papierka od gumy do żucia czy poprzez tarcie drewna, nie ma też chińskich kuchenek na paliwa ciekłe i zapasu paliwa, ale ma dostęp do opału (drewna) i umie zaimprowizować kuchenkę z metalowej suszarki do sztućców czy tarki do warzyw – wszyscy trzej w razie czego bez problemu ugotują wodę na herbatę czy ryż na obiad jak i odpalą piec zimą, więc wszyscy trzej są przygotowani, tylko każdy w inny sposób (i w dodatku ten trzeci nie wydał kasy na najtańsze zapalniczki, krzesiwa, kuchenki i paliwo do nich ale za to ma na przykład solidniejszy nóż i solidniejsze buty)

  11. Multitactical.pl napisał(a):

    Świadomość posiadania łączy się z doświadczeniem i wiedzą. Jeden będzie potrafił posługiwać się nożem z biedronki, drugi kupi kombajn z tytanu ale zapytany o batonowanie wskaże snikersa. Analizując na zimno pojawiające się w sklepach nowości można szybko dojść do konkluzji, że w wielu przypadkach niewiele wnoszą do i tak już ciężkiego plecaka, dlatego nie odczuwam potrzeby posiadania noża z mega rozpoznawalnym logo. Wolę posiadać kilka tańszych ale znowu nie najniższej półki by móc na nich polegać.

    Wydaje mi się, że większość powoli i konsekwentnie dociera do przekonania i momentu, w którym decyduje o zakupie nowego, potencjalnie lepszego, i nieco droższego sprzętu. Owe przekonanie nie wynika z taktycznej mody lecz doświadczenia oraz indywidualnych potrzeb. „Kupiłem tani nóż, używałem intensywnie lecz po miesiącu pękła głownia, więc rozejrzę się za czymś droższym, lepszym, i w teorii trwalszym”.

    Naturalnie są elementy, na których się nie da, i często nie należy przesadnie oszczędzać stąd dyskusje w rodzaju „kupiłeś chińszczyznę, lepiej wyrzuć, spójrz na moje” powinno się rozsądnie wypoziomować.

  12. Rafał M. napisał(a):

    Cena nie ma nic wspólnego z jakością!!!

    Taka ciekawostka – te wszystkie „markowe” bluzki i dżinsy kosztujące w sklepach 130 złotych, są zamawiane w Bangladeszu po 5 złotych sztuka.

    Cenę ustalają marketingowcy na podstawie badań rynku, jest jednym z elementów kształtowania wizerunku produktu. Produkt jest projektowany pod konkretną grupę docelową klientów.
    Bo ludzie nie kupują najtańszego, ale najdroższe na jakie ich stać.

    Owszem, częściej można kupić tanie byleco, niż drogie byleco, ale zdarzają się wyjątki, gdyż cena sklepowa już od dawna nie jest powiązana z kosztami produkcji. Poza tym firma ma inne koszty niż związane bezpośrednio z produkcją.

    Może podam na przykładach:

    Samochody, są modele za 60 tysięcy, są też za 200 tysięcy. Dla producenta różnica kosztów wytwarzania jest niewielka, obydwa są z blachy kosztującej 2 tysiące złotych za tonę, oraz aluminium za 9 tysięcy złotych tona, do tego jakieś plastiki. W drogich są lakierowane listewki w prawdziwego drewna (ile do licha kosztuje deska?).
    Ale samochód świadczy o prestiżu, więc jak ktoś ma do wydania 200 tysięcy, to nie kupi modelu za 60 tysięcy. Choć obiektywnie ten za 60 tysięcy może być bardzo przyzwoitym samochodem, tak jak droższy przewiezie z punktu A do punktu B.
    Toyota kiedyś się nacięła, wprowadzając na rynek amerykański Lexusa – miał to być samochód klasy Mercedesa, tyle że tańszy. I sprzedaż była minimalna, bo nikt nie chciał tańszego odpowiednika Mercedesa jak go było stać na Mercedesa. Japończycy się połapali w czym rzecz, podnieśli ceny i sprzedaż ruszyła.

    Smartfony. Microsoft produkował obiektywnie bardzo przyzwoite Lumie, całkiem niezły sprzęt, płynnie działający z ich systemem. Problem jednak z tym, że… zbyt tanie. Jak ktoś chciał kupić smartfona za 2…3 tysiące, to musiał Samsunga albo Apple, bo Microsoftu najdroższe były za 500…800 złotych.
    I jak tu klient miał się pokazać w towarzystwie, kiedy wszyscy wyciągali z kieszeni modele kilka razy droższe? W USA i Europie Zachodniej wysoka cena nie była zbytnią przeszkodą z powodu rozłożenia na raty poprzez opłaty abonamentowe.

    Niedawno widziałem całkiem przyzwoite szwedzkie noże Mora za… 15zł (!). To cena zbliżona do Biedronkowych, ale zapewne jakość zupełnie inna, bo rzeczy sprzedawane w polskich marketach za 20 złotych są zamawiane w Chinach za 2 złote.

    Niedawno kupiłem w supermarkecie czerwoną latarkę Energizer za… 7zł.
    Latarka jak latarka, tworzywa sztuczne obecnie nie są drogie, diody LED w hurcie kosztują dosłownie kilka groszy. Wkłada się 2 bateryjki AA lub akumulatorki NiMH i świeci jak każda latarka, nawet wystarczająco jasno.
    Dużo bardziej badziewne chińskie widziałem znacznie droższe (czyli dystrybutor lub sklep miał wyższą marżę).

    4 lata temu kupiłem laptopa Lenovo B590 za 1000zł i po dziś dzień mi działa, jest w perfekcyjnym stanie technicznym i wizualnym (rzadko wynoszę go z domu). W razie jakby co akumulatorki są w sprzedaży do tego modelu, zegar BIOS-u jest podtrzymywany przez standardową bateryjkę CR2032, wszystko łatwo dostępne pod jedną klapką, wydajność procesora Celeron 1005M w zupełności wystarczająca.
    Obecnie nawet 2..3-krotnie droższe modele wcale nie są lepsze. Nawet często się zdarza, że droższe są mniej trwałe i trudniejsze w naprawie, bo producenci dochodzą do wniosku, że jak ktoś kupuje drogi sprzęt, to go stać i za rok lub dwa będzie wymieniał na nowszy.

    Albo krótkofalówki. Jeśli ktoś ma licencję 🙂
    Japończycy produkowali dla radioamatorów modele za 1..1,5 tysiąca, teraz niektóre kosztują 2…3,5 tysiąca. Profesjonalne modele potrafiły być jeszcze droższe (profesjonalne nie są lepsze, ale mają inną obsługę ze względu na zupełnie odmienną specyfikę użytkowania, na przykład użytkownik nie musi znać częstotliwości ani jej ustawiać, tylko kanały).
    Chińczycy produkują za 120…180 złotych. Czyli zupełnie inny rząd wielkości ceny.
    Obniżka cen była możliwa dzięki zastosowaniu mniejszej ilości podzespołów, bo większość jest zintegrowana w jednym układzie scalonym, gdzie jest pojedyncza przemiana częstotliwości i dekodowanie przy pomocy cyfrowego procesora sygnałowego DSP. Japońskie mają dużo bardziej skomplikowaną klasyczną analogową konstrukcję, z podwójną przemianą częstotliwości i filtrami pośredniej częstotliwości.
    Czułość chińskich jest minimalnie słabsza, potencjalnie słabiej sobie radzą z zakłóceniami po podłączeniu do długich kilkumetrowych anten na dachach budynków, mają też nieco mniej komórek pamięci i mniej opcji skanowania częstotliwości, odbierają mniejszy zakres częstotliwości (pasma 136…174 i 400…520, w niektórych japońskich jest dodatkowo odbiór od 0,5 do 1000MHz, w tym częstotliwości lotniczych 108…136 AM).
    Ale jakość wykonania chińskich jest całkiem przyzwoita, szczególnie tych nieco droższych (za to do tańszych można zdobyć niemal wszystkie części zamienne). I w zasadzie tak samo dobrze można rozmawiać między sobą.
    Jak ktoś nie potrzebuje skanera pasm poza zakresami radiokomunikacyjnymi, to racjonalność kupna 10-krotnie droższych japońskich krótkofalówek jest mocno dyskusyjna. Owszem, gdy kogoś stać, albo chce się pobawić emisjami cyfrowymi D-STAR lub Fusion, ale dla wielu ludzi ewentualne uszkodzenie, lub zużycie się sprzętu (np. wycieranie się klawiatury, porysowanie obudowy) w droższych może być mocno dotkliwe dla kieszeni.

    • Piotr napisał(a):

      Co do porównywania Baofengów za 120zł do sprzętu Japońskiego (mam i jedno i drugie, więc mam porównanie), to bez przesady, Baofengi nie są w stanie pracować z jakąkolwiek poważną anteną a do tego mają TRAGICZNY BDR (czy IMD3), jak ja będę stał dwa metry od Ciebie i nadawał z mocą 5W na częstotliwości 145,550MHz, to Ty na Baofengu na częstotliwości 145,500MHz (50kHz niżej) nie będziesz słyszał nic (i swojego kumpla kilometr od Ciebie już nie usłyszysz) a tymczasem typowemu Japończykowi z podwójną przemianą praktycznie w ogóle nie będzie to przeszkadzać.
      Baofengi są świetne jako walkie-talkie gdy grupa osób pracuje na tej samej częstotliwości i nie ma mocniejszych źródeł zakłóceń (powodujących intermodulacje bądź „zatykanie” wejścia odbiornika). Wszystko jest fajnie jak się z tym radiem biega po lesie (brak źródeł zakłóceń) czy bawi w ASG a i przez bliski przemiennik da się pogadać, ale pod względem parametrów radiowych chińskie Baofengi za 120zł to PRZEPAŚĆ nawet w porównaniu do chińczyków za 350zł (tańsze Wouxuny), że o japończykach za około 500zł nie wspomnę (na przykład Yaesu FT-65E kosztuje 100 euro, Yaesu FT-60E czy Icom IC-V80E kosztują 130 euro). Oczywiście D-Star, DMR czy C4FM (Fusion) to z punktu widzenia większości preppersów bajery (chyba że zaczyna się myśleć w kategoriach dodatkowych funkcjonalności jakie te radia i systemy oferują, jak na przykład wbudowane odbiorniki GPS, szyfrowanie w DMR, informacje o azymucie i dystansie do korespondenta czy funkcjonalność zbliżona do SMS-ów znanych z komórek) – jeśli ktoś tych bajerów nie potrzebuje, to nie ma sensu aby płacił 10 razy więcej niż za Baofenga za nieprzydatne mu funkcjonalności ale może rozważyć tańsze japończyki czy lepsze chińczyki z DUŻO lepszymi odbiornikami radiowymi. Płacąc powiedzmy x3-x4 i kupując FT-65E czy FT-60E lub nawet x2-x3 i kupując monobandera FT-25E może zyskać radio, które mu nie „ogłuchnie” w natłoku zakłóceń generowanych przez innych użytkowników na sąsiednich kanałach. Przez moje łapy z transceiverów obsługujących FM na 2m/70cm przeszły między innymi Baofeng UV-3R mkII, Baofeng UV-5R, Wouxun KG-UV6D, Wouxun KG-UV8D, Intek KT-950EE, Intek HR-2040, Yaesu FT-60E, Yaesu FT-8800E, FT-817ND, FT-857D – wszystkie miałem jako „posiadacz”, bo jeśli chodzi o pomacanie u kolegów, to było ich więcej – porównanie mam, Baofengi UV-5R do prostego użytkowania na bliskie odległości do powiedzmy 5km w otwartym terenie i z fabryczną anteną są ok, ale też i wielokrotnie miałem sytuacje, że na UV-5R po jakiejś stacji czy przemienniku nie było nawet śladu, a na tej samej antenie (ręcznej, Nagoya NA-771 – żadne tam 12-elementowe Yagi :D) FT-60E czy FT-817ND odbierało sygnał czyściutko i bez jakichkolwiek problemów (FT-817ND jest oczywiście znacznie droższe, ale to radio allband/allmode a nie duobander FM – płaci się ogólnie za większe możliwości a nie tylko za lepszy odbiornik FM na 2m/70cm, chodziło mi tylko o porównanie odbiornika z podwójną przemianą w stosunku do „niskobitowego” odbiornika SDR).

      W pełni się zgadzam, że cena nie zawsze koreluje z jakością, sam zresztą pisałem o „biżuterii survivalowej” (towarach, w których płaci się za markę i bajery a nie jakość i przydatność), niemniej jednak nie ma się co oszukiwać, że da się na przykład wyprodukować duobandera 2m/70cm za 25euro (końcowo w detalu) porównywalnego z radiem, w którym sam filtr elektromechaniczny w pośredniej kosztuje (u Chińczyka!) 30 euro – czy lepsze radio jest potrzebne preppersowi to już inny temat, ale różnica jest znacznie większa niż „nieznaczna”.

  13. bura2 napisał(a):

    A może inne podejście?
    Kupujemy część rzeczy dobrych, a na części oszczędzamy. Jak to? Prosto. Trzeba ocenić czego będę używał i jak często.
    Jak mam do „obrobienia” 50 m^2 trawnika za garażem to wystarczą mi narzędzia no-name – jak 300 m^2 warzywnika to szkoda rąk i pleców lepiej kupić coś lepszego.
    Jeśli siekierki użyje tylko do porąbania max kilku metrów^3 gałązek wyłącznie w sytuacji kryzysowej żeby weszły do piecyka kozy to po co mi fiskars za 200 pln? jesli regularnie rąbie drewno metrami na opał to jak najbardziej
    Jeśli czołówka będzie leżeć na półce i użyje raz w roku żeby sprawdzić czy w ogóle działa to może być i badziew za 20 pln ale jeśli regularnie potrzebuje światła na głowie to może lepiej wydać troszkę kasy?
    Przygotowania są drogie – mało kogo stać na wszystko dobre. Dlatego lepiej dobre zostawić to co jest dla nas użyteczne a resztę zapełnić ersatzami

    • Pozyskiwacz. napisał(a):

      Trochę racja , a trochę nie.
      Jak najbardziej popieram podejście żeby oszczędzać kupując sprzęty różnej jakości (i ceny). Kryterium mam jednak trochę inne. Fakt że intensywność używania jest ważna i też ją biorę pod uwagę. Ale równie ważne wydają mi się konsekwencje awarii jakiegoś sprzętu. Np. latarki – do domu lub jakiegoś miejsca ewakuacji wcale nie potrzebujemy nie wiadomo jakiej jakości. Zamiast jednej latarki za kilkaset zł, możemy mieć 2-3 lub więcej latarek z Biedronki za 20 zł. Są tanie i dość przyzwoitej jakości. Konsekwencje awarii są żadne- wracamy do domu i bierzemy następną. Przy okazji mając więcej latarek możemy używać jednocześnie kilka (pożyczyć komuś) lub nawet sprzedać-zamienić na inne potrzebne dobro.
      Natomiast do plecaka ewakuacji w życiu bym takiej latarki nie zapakował. Tam liczy się masa, więc nie ma co dublować wyposażenia. Konsekwencje awarii też mogą być poważne. Dlatego warto zainwestować w jakość.
      Sam tak postępuje. Zajmuję się trochę wspinaczką i pracami wysokościowymi. W takich sytuacjach używam Petzla . Wisząc gdzieś na ścianie nie mogę sobie pozwolić na awarię oświetlenia. Z kolei w domu oporządzając konie mam ze sobą czołówkę z Biedronki i od kilku lat spisuje się bezawaryjnie.Ale w razie kłopotów mogę wrócić do domu i wziąć inną. Petzla było by mi szkoda na takie cioranie.
      Podobnie wygląda sprawa np. śpiworów. Do plecaka ewakuacji waga, gabaryty i parametry śpiworów są sprawą pierwszorzędną. Natomiast w miejscu ewakuacji (choćby domku na działce) już nie. Zamiast wypasionej puchówki lepiej mieć kilka tanich śpiworów z marketu. W końcu śpimy w jakimś schronieniu , a nie w lesie na śniegu. Zresztą nie nosimy tych śpiworów więc mogą być cięższe, zawsze można też użyć ich więcej jak zmarzniemy. A mając kilka śpiworów można je np. wyprać i spokojnie czekać na wyschnięcie.

    • Piotr napisał(a):

      W pełni zgadzam się z Pozyskiwaczem. Dodam jedynie od siebie, że przeważającej większości sprzętu nie traktuję jako „położyć na półce i sprawdzić raz do roku baterie”, tylko kupuję przede wszystkim po to, aby używać w kontekstach rekreacyjno-urlopowych, a funkcjonalność „prepperska” tego sprzętu jest ich funkcjonalnością DODATKOWĄ a nie główną (oczywiście są wyjątki, na przykład maski przeciwgazowe itp. :D). U mnie większość sprzętu nie leży na półce czy w piwnicy i nie czeka na wojnę – tak jak zapasy jedzenia traktuję „rotacyjnie” (czyli zapas żywności jest jednocześnie tym co jadam na co dzień), tak samo traktuję sprzęt, czyli sprzęt na sytuacje kryzysowe jest jednocześnie tym sprzętem, którego używam na co dzień, weekendowo czy podczas wypadów urlopowych. Sprzęt nie służy mi do „uspokojenia obaw, że w razie W wszystko mam”, tylko eksploatuję go co najmniej kilkanaście razy do roku w kontekstach weekendowych wypadów (że o różnych wyprawach „w dzicz” nie wspomnę, bo nie każdy to lubi), dlatego wydawanie kasy na „chińskie noże za 10zł” które będę kilka razy w roku wymieniał na nowe jest z mojego punktu widzenia nieoptymalne.
      A jeśli ktoś kupuje noże „dla miecia” (a nie do używania), to oczywiście nikt nikomu nie zabrania takiego podejścia 😉 Przygotowania są drogie jeśli ktoś kupuje sprzęt tylko po to, aby go mieć i nie używać (wtedy to jest ekstra wydatek, który być może nigdy się nie „zwróci” jeśli nigdy nie będzie sytuacji kryzysowej zmuszającej nas do jego użycia), dla mnie to jest „tanie” bo preferowaną przeze mnie formą spędzania wolnego czasu jest tzw. łono przyrody (nie ze względów finansowych, tylko tak po prostu lubię, moja rodzina też) – pozornie droższy sprzęt (bo droższy w zakupie) okazuje się sprzętem bardzo tanim jeśli uwzględni się czas jego eksploatacji (przykładowo lepsza kuchenka za 500zł która pociągnie 10 sezonów niż za 250zł która pociągnie dwa sezony, bo w tej drugiej koszt wychodzi 125zł/sezon a w tej pierwszej 50zł/sezon). To że nocowanie w namiocie wychodzi taniej niż pokój w hotelu to jest „zysk” przy okazji – nie każdy to lubi (a ja nie robię tego ze względów finansowych 😀 jak jadę gdzieś zawodowo, to oczywiście hotel, a przy dłuższych pobytach wynajem mieszkania, chodzi o sposób spędzania WOLNEGO czasu).

  14. bura2 napisał(a):

    @Pozyskiwacz.
    Sprzęt do plecaka zawsze będzie droższy – właśnie z tych powodów o których napisałeś. Tam chcemy mieć coś jednocześnie lekkiego, trwałego i niezawodnego. A to kosztuje. Dlatego tu pójdzie przeważnie najdroższy sprzęt.
    W gruncie rzeczy przyznaje Ci rację i tak też myślę – lepiej ode mnie ubrałeś to w słowa.
    Wniosek jest prosty – to że osoba A wydała na X – 500 zł a na Y -50 zł i wydałaby je jeszcze raz nie oznacza ze osoba B musi tak samo. Osoba B może bardziej potrzebować Y niż X

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner