Czy warto ufać technice w przygotowaniach na trudne czasy?

W dzisiejszym materiale zastanowimy się, jak daleko trudne czasy cofną nas w cywilizacyjnym rozwoju. I czy warto opierać swoje przetrwanie na sprzętach nowoczesnych, jak GPS czy telefon komórkowy.

Inspiracją do filmu są komentarze

Dawid Wesołek
A jeśli trafi nas impuls elektromagnetyczny (np z dużego wybuchu słonecznego, albo w wyniku uderzenia bomby jądrowej) i popalą się wszystkie obwody elektroniczne, także te w diodach? Wtedy chyba warto byłoby mieć lampę naftową.

Andrzej Kapera
nowoczesny telefon trzeba ładowac raz dziennie,czyli potrzebna jest cywilizacja

W przygotowaniach na trudne czasy możemy wybierać najróżniejsze sprzęty służące do realizacji tych samych celów. Jedne będą wymagać więcej pracy, by z nich skorzystać, będą trudniejsze w użyciu i być może mniej skuteczne, mniej dokładne. Drugie z kolei będą bardziej kapryśne w trudnych warunkach pogodowych, gdy zamarznie w nich akumulator, albo gdy przestanie działać system GPS.

Można spotkać wielu zwolenników odcinania się od techniki, żeby nie być od niej uzależnionym, w razie kryzysowej sytuacji. Niektórzy idą jeszcze dalej, starając się uniezależnić od techniki i od nowoczesnych wynalazków także w codziennym życiu. Produkują własną żywność, wodę noszą ze studni, mieszkają na wsi w domu ogrzewanym kominkiem i drewnem pozyskanym własnoręcznie, a zamiast samochodem, jeżdżą rowerem.

Czy jednak zawsze należy rezygnować z techniki?

Do nawigacji można używać telefonu komórkowego z GPS i mapą, który będzie wymagać do działania prądu i co najmniej kilku satelitów w zasięgu odbiornika, no i zasięgu internetu. Chyba, że ściągniemy mu mapę w trybie offline. Ale i tak po kilku czy kilkunastu godzinach pracy w terenie, gdy się zagubimy, w końcu się rozładuje i nie będziemy mogli z niego skorzystać.

Do nawigacji można też użyć mapy i kompasu. Jest to jednak trudniejsze, zwłaszcza w ciemności, albo we mgle.

Do gotowania posiłków można użyć takich dziwacznych wynalazków jak pokazana na tym materiale kuchenka, albo turystycznych kuchenek gazowych. Można też użyć pustej puszki po brzoskwiniach, z odpowiednio wykonanymi otworami, albo po prostu ogniska. Do rozpalenia ognia można użyć zapalniczki albo zapałek, choć te mają w zwyczaju zamoknąć. Można też użyć krzesiwa, łuku ogniowego, ale i kawałka kabla oraz akumulatora wymontowanego z samochodu. Skoro o rozpalaniu ognia mówimy, to w charakterze podpałki można użyć kory brzozy, hubki, ale też waty albo tamponu.

Czytałem też komentarze o tym, jaki samochód wybrać na trudne czasy. Że powinien to być samochód stary, pozbawiony elektroniki, w którym ta elektronika się nie popsuje. Nie popsuje się od impulsu elektromagnetycznego, ale też i po prostu w czasie używania. Samochód, którego naprawi każdy wiejski mechanik, a części da radę dorobić przeciętny kowal. To oczywiście przesada i mrzonki, ale rozumiecie ideę. Czy jednak z tego względu trzeba kupować specjalnie drugi samochód, albo skazywać się na jazdę samochodem niewygodnym, niespecjalnie bezpiecznym, mało ekonomicznym i nie za bardzo przyjaznym środowisku?

No i wreszcie lampy. Lampa naftowa nie jest efektywna. Więcej światła z paliwa otrzymamy spalając je w agregacie prądotwórczym, prąd magazynując w akumulatorze i zużywając go w lampce LED. Niemniej jednak ten łańcuch ma kilka ogniw, które wszystkie muszą działać poprawnie. Bezpieczniejsza wydaje się więc być lampa naftowa.

Na wszystkie te przedmioty i potrzeby, które mają zaspokajać, trzeba patrzeć pod kątem dwóch kluczowych aspektów.

Po pierwsze, na jakie sytuacje się przygotowujemy. Czy bardziej prawdopodobne jest to, że zgubimy się w obcym mieście, czy że wskutek inwazji obcych przestaną działać satelity systemu GPS? Czy bardziej prawdopodobny jest impuls elektromagnetyczny, który popsuje nam samochód, gdy trzeba się będzie ewakuować, czy utrata pracy, która będzie impulsem do sprzedania drugiego samochodu, tego starszego, mniej ekonomicznego, ale też wymagającego utrzymania?

Po drugie, jak poukładać wszystkie te sprzęty w naszych kolejnych warstwach przygotowań. Sprzęty nowocześniejsze zazwyczaj są łatwiejsze w użyciu, przecież temu też służy rozwój techniki. Żona czy dziecko łatwiej rozpali ognisko z użyciem zapalniczki, niż krzesiwa. A skoro tak, to w co warto zainwestować w pierwszej kolejności? W zakup zapalniczek i zapałek do każdego plecaka, czy w kilka krzesiw i naukę ich obsługi? Co będzie skuteczniejsze, gdy będziesz leżeć w lesie ze złamaną ręką?

Wrzucaliśmy niedawno na fanpage materiał o tym, jak to gość jeździł z kumplem na motocyklach po lesie i mieli wypadek, zderzyli się. Jeden zginął, drugi został mocno poturbowany. Nie mógł się ruszać. Przez 30 godzin leżał w tym lesie, bo nie mógł wezwać pomocy z użyciem telefonu komórkowego, który nie złapał zasięgu. Ale nie miał przy sobie gwizdka, którym mógłby skutecznie i przez bardzo długi czas wzywać pomocy. Gwizdek jest dużo lepszy, niż krzyk, bo od krzyku się traci głos, a gwizdać można niemal tak długo, jak długo ma się powietrze w płucach.

Czy przygotowując się na trudne czasy potrzebujemy uzależniać się od techniki? Czy lepiej będzie od niej odciąć się, przygotowując się na najgorsze? Jeśli znacie już teraz odpowiedzi na te pytania, piszcie je w komentarzach.

PS. Nasza książka w papierowej wersji nie wymaga do działania prądu. 😉

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

23 komentarze

  1. Piotr napisał(a):

    Cytując film Rejs: pytanie jest tendencyjne 😀 Moim zdaniem nie chodzi o to „czy warto ufać technice?” tylko „czy warto uzależniać przetrwanie od pokładania zaufania w technice?” – moim zdaniem nie. Oczywiście nie oznacza to od razu, że należy zdobycze techniki negować i się od nich „odciąć”, chodzi jedynie o to, aby umieć sobie poradzić także wtedy, gdy te zdobycze techniki zawiodą, czyli korzystając ze zdobycz techniki nie można jednocześnie zapominać o rozwijaniu umiejętności radzenia sobie bez nich. Przykładowo: GPS w smartfonie to świetna rzecz i znakomicie ułatwia nawigację ale jednocześnie nie można pójść w skrajność „ufam GPS-om, więc umiejętność posługiwania się mapą nie jest mi potrzebna” (nieracjonalna jest też druga skrajność, typu „ufam tylko kompasowi i mapie, GPS to techniczny badziew który może się zepsuć więc jest w ogóle nieprzydatny).
    Moim zdaniem ważne są zarówno sprzęt jak i umiejętności – wprawdzie w pewnym zakresie sprzęt może zrekompensować brak pewnych umiejętności jak i pewne umiejętności mogą zrekompensować brak sprzętu, to jednak należy „inwestować” i w jedno i w drugie. Sprzęt poprawia warunki i ułatwia wiele spraw, ale umiejętności są „zabezpieczeniem” gdy pokładana przez nas ufność w sprzęt zawiedzie.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Pewnie, że tendencyjne. Miało zmusić do przemyślenia tego, czy trzeba negować technikę, czy po prostu starać się móc z niej korzystać w sytuacji kryzysowej (np. kupić jakiś panel fotowoltaiczny do ładowania tego telefonu z GPSem), czy od razu koniecznie iść w rozwiązania niewymagające prądu.

      • Julek napisał(a):

        Uparcie powtarzam, że podstawą w nawigacji jest tradycyjny kompas i papierowa mapa. Gadżety są fajne o ile prawidłowo działają. A co jeśli przestaną? W pobliżu obiektów wojskowych sygnał GPS bywa zakłócany. Jedziesz sobie przez las bez świadomości, że gdzieś w pobliżu jest baza, GPS prowadzi, ale zupełnie nie tam dokąd chcesz. Wypada mieć w plecaku inny sposób nawigowania.

  2. Maciej napisał(a):

    Z gwizdkiem zły przykład przechodzień usłyszał by jedynie , że ktoś używa gwizdka. Nowe auta są na etapie projektowania liczone na krótki czas użytkowania jeśli kogoś stać na nowe auto z salonu to pierwsze 5 lat ma względny spokój. Systemy auto diagnostyki w nowoczesnych pojazdach potrafią unieruchamiać je z powodu przepalonej żarówki w delikatniejszej wersji przechodzą w tryb serwis i ograniczają prędkość . Z autami teoretycznie zielonymi trzeba by przeprowadzić rachunek ciągniony zobaczyć ile energii kosztuje wyprodukowanie , auta ,baterii, wymiany podzespołów, i produkcji energii . Nikogo nie nakłaniam do użytkowania starych nie sprawnych pojazdów. Auto bez względu na wiek powinno być sprawne i dopasowane do naszych potrzeb. Dla jednego będzie to małe auto miejskie dla innego SUV ktoś inny wybierze ciężarówkę . Ze swoje praktyki mogę stwierdzić że nowe samochody są zdecydowanie delikatniejsze od swoich poprzedników. Wiele części zostało fabrycznie zintegrowanych z innymi i nie da się ich wymieniać pojedynczo. Co dziwne samochody te z reguły nie psują się mechanicznie zawodzi elektronika i nie potrzeba tu impulsu elektromagnetycznego całkowicie wystarcza wilgoć. Inną sprawą jest to że dawniej ze względu na liczne defekty kierowcy uczyli się radzić sobie z nimi ( gdy zdawałem na prawo jazdy na kursie uczono jak zastąpić pasek klinowy pończochami ) teraz choinka na desce rozdzielczej i koniec gry. Nie jestem techniczna nogą lecz przy obecnych samochodach niewiele da się zrobić samodzielnie. Działają zero jedynkowo. Tak jestem zwolennikiem nafty, lamp naftowych piecyków naftowych . Z prostego powodu naftę do tego celu możemy długo i bezpiecznie składować (małe prawdopodobieństwo samo zapłonu ) Gaz jest super a jego najlepszą postacią w stacjonarnym celu ewakuacji jest 11 kilogramowa butla. W czasie urlopu korzystam z grilla połączonego z kuchenką na gaz 2 urlopy po 14 dni zużyte 1/2 butli. Wszelkie urządzenia solarne w moim przypadku do tej pory nie sprawdziły się ( radio solar + korbka latarki itp.) lecz w te wakacje zrobię kolejną próbę większe solary mają w słonecznym miejscu napędzić pompę obiegową do wymiennika ciepła pokazanego przez autora na jednym z filmów. Będzie to totalny eksperyment – skuteczność wymiennika , solarów , pompki i zasobnika ciepłej wody.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      W zasadzie to już chyba jest to ustalone i poparte badaniami, że najbardziej przyjazny środowisku jest samochód używany, sprawny technicznie — że zysk z jazdy nowym z fabryki (w domyśle mniej szkodliwym dla przyrody) nie rekompensuje obciążenia środowiska wynikającego z jego wyprodukowania. 🙂

  3. wfww napisał(a):

    lampa naftowa jest bardzo wydajna. zwykla lampa daje 400W
    przepraszam, zadne latarki tyle nie dzialaja i nie daja tyle swiatla. koniec kropka.
    mapy sa dobre, ale jesli zmieni sie linia brzegowa to mapy beda do wyrzucenia.
    trzeba umiec naprawiac elektronike bo zawsze bedziemy z nia zyc

    • Piotr napisał(a):

      Zapomniałeś dodać, że te 400W to nie moc światła tylko ciepła 😀

      • wfww napisał(a):

        porownaj sobie lumeny i odpowiedz czy znasz inne źródlo o tej mocy
        w watach podaje sie moc lamp naftowych nic nie poradze
        dalej podtrzymuje, ze niestety trzeba sie doszkolic w tej materii i nie pisac bzdur

        • Coyote napisał(a):

          Karbidówka górnicza chyba ciut mocniejsze od ciśnieniowej naftowej . No i naftę do nich też ciężko , chyba nawet o ten karbid łatwiej .
          Olejówka z marketu nawet na maksymalnym płomieniu się do tych 400 nie zbliży .

          Jest elektronika i elektronika . Sprzęt gniotsa nie łamiotsa i chłam projektowany przez księgowych . Ten drugi po pewnym czasie to się tylko na części nadaje i to komuś kto zna się na elektronice wystarczająco by je odzyskać .

          • Piotr napisał(a):

            Porównując karbidówkę górniczą do naftówki ciśnieniowej trzeba też wziąć pod uwagę dodatkowy zysk lumenów wynikający z kierunkowości tej pierwszej. Jeśli zdejmiesz reflektor z górniczej karbidówki (albo założysz reflektor do ciśnieniówki naftowej) aby uzyskać taką samą powierzchnię oświetlaną, to ciśnieniowa lampa naftowa będzie świecić lepiej.
            To jak z analogią do zwykłej żarówki wolframowej w żyrandolu i takiej samej wolframówki w reflektorze samochodowym. Żarówka 40W w żyrandolu (czy taka reflektorowa wyjęta z reflektora i świecąca dookólnie) szału nie robi, ale jeśli włożysz ją w reflektor i odpowiednią optykę, to w kierunku głównej wiązki masz znacznie silniejsze światło (kosztem oczywiście kierunków pozostałych, gdzie masz ciemność). Źródło światła produkuje w jednostce czasu jakąś ilość fotonów – czym te fotony zgromadzisz na mniejszej powierzchni (czyli snop światła jest węższy), tym masz większą względną jasność przy tej samej mocy źródła światła, bo na metr kwadratowy oświetlanej powierzchni przypadnie w tej jednostce czasu więcej fotonów.
            Porównanie źródeł o różnych charakterystykach kierunkowych zależy od tego jakie kryteria przyjmiemy czy porównujemy światłość w kandelach, natężenie w luksach czy strumień światła w lumenach 😀
            Mówiąc obrazowo co z tego że latarka diodowa Fenix RC40 ma 6000 lumenów skoro ma bardzo wąski snop światła i nie oświetlisz nią na przykład obejścia przed domem aby w przypadku awarii prądu móc swobodnie się po nim poruszać (HK500 bez problemu oświetli Ci teren w promieniu co najmniej kilkunastu metrów, na przykład całe obozowisko czy działkę), z drugiej strony co z tego że HK500 ma 6000 lumenów, skoro nie przyświecisz nią sobie na 200-300m aby zobaczyć nocą przez lornetkę, czy w zastawioną pułapkę złapało się jakieś zwierzę 😀 Moim zdaniem porównywanie samych lumenów nie jest miarodajne (luksy są pod tym względem lepsze ale… marketing robi swoje, z punktu widzenia producenta można zrobić zupełnie niepraktyczną w typowych warunkach „latarkę-laser” i wypisywać w papierach że latarka ma tysiące lumenów :D)

        • Piotr napisał(a):

          Zanim mnie odeślesz na „doszkolenie”, to może najpierw doszkól się sam. W Europie przeliczanie mocy źródeł światła z watów na lumeny sporządza się przyjmując sprawność bazową dla typowej żarówki wolframowej (których sprawność nie przekracza 10%). Reguluje to Rozporządzenie Komisji WE nr 244/2009 z 18 marca 2009 roku. W praktyce można przyjąć, że dla izotropowych źródeł światła (świecących dookólnie) 1W=15lm, czyli jeśli producent na lampie podaje 400W, to jest to moc około 6000 lumenów.

          Jeśli chodzi o ciśnieniowe lampy na paliwa ciekłe (bo jak rozumiem o takich mowa), to miałem kiedyś naftowego Petromaxa HK500, z którego zrezygnowałem na rzecz benzynowego Colemana NorthStar (mniejsza moc lecz na moje potrzeby wystarczająca, a zyskuję znacznie tańsze i dostępniejsze paliwo, znacznie łatwiejsze i prostsze uruchamianie, prostsze serwisowanie, mniejsza awaryjność ze względu na prostszą konstrukcję itp.). W papierach do obydwu lamp była podana moc EKWIWALENTNA, czyli taka o jakiej wspomina podane przeze mnie rozporządzenie, czyli te 400W (czy 100W w przypadku NorthStara) to nie jest bezpośrednia moc strumienia fotonów z pasma widzialnego, tylko jest to moc użyta w znaczeniu „lampa świeci tak jak wolframowa żarówka mocy 400W” (czy 100W w przypadku NorthStara).

          6000 lumenów dla HK500 to żaden wyczyn, tyle to są w stanie dać mocniejsze ręczne latarki (fakt że nie światła dookólnego, tylko jako „szperacz”).

          Jeśli zaś idzie o sprawność energetyczną ilości produkowanego światła – na litrze benzyny mały agregat Hondy będzie pracował około 2h z mocą znamionową około 800-900W, czyli wyprodukuje energię około 1,8kWh. Jeśli tę energię zgromadzisz w akumulatorze z uwzględnieniem powiedzmy 20% strat na transformacjach itp., to masz do dyspozycji 1,4kWh energii elektrycznej, czyli nawet stosując zwykłą wolframową żarówkę o mocy 400W (aby świeciła porównywalnie jasno do HK500) będziesz ją mógł zasilić przez 3,5h, a jeśli weźmiesz LED-a (około 4 razy sprawniejsza energetycznie), to będziesz nią świecił przez kilkanaście godzin. Tymczasem HK500 „wypije” litr paliwa (bardziej energetycznego niż benzyna do agregatu!) w 7-8 godzin (a przynajmniej moja mniej więcej przez tyle czasu działała na litrze nafty). Czyli przy zastosowaniu agregatu i oświetlenia LED wyciśniesz z paliwa mniej więcej dwukrotnie dłuższy czas świecenia (przy porównywalnej jasności) niż stosując lampę ciśnieniową (w przypadku ciśnieniowej lampy benzynowej ta różnica będzie jeszcze większa, bo ilość lumenów uzyskana z lampy benzynowej jest mniejsza przy podobnym zużyciu paliwa licząc w litrach na godzinę).

          Niestety ale ciśnieniowe lampy czy to benzynowe czy naftowe mają stosunkowo niską sprawność i przeważająca większość energii lampy jest wypromieniowywana nie w postaci światła, lecz ciepła.

          Oczywiście lampy na paliwa ciekłe mają szereg niezaprzeczalnych zalet, jak na przykład znacznie większa kompaktowość i niższa cena niż zestaw lampa+akumulatory+agregat, także znacznie szybciej się uzupełnia „energię w akumulatorze” (wlanie paliwa trwa bardzo krótko w porównaniu z ładowaniem akumulatora), prostota konstrukcji daje większą niezawodność (w wariancie elektrycznym więcej rzeczy może się zepsuć i trudniej jest je naprawić), pracują cicho (agregat hałasuje) itp. ale pod względem sprawności energetycznej… żarówki wolframowe były gorsze od lamp ciśnieniowych, ale LED-y sprawnościowo wypadają lepiej niż ciśnieniówki.

          • Coyote napisał(a):

            Widzę że masz wiedzę w tym temacie . Wpadła mi w ręce kiedyś radziecka latarka na prądnice identyczna jak ta z filmu https://www.youtube.com/watch?v=Ec-PWcmVEDM
            Myślałbym nad jej usprawnieniem przez montaż diody led ale oryginalna żarówka nie ma żadnych oznaczeń napięcia czy mocy a elektroniczny miernik po prostu zgłupiał . Orientujesz czy są dostępne pasujące żarówki led ?

          • Krzysztof Lis napisał(a):

            @Coyote, mam identyczną latarkę, u mnie na żaróweczce jest oznaczenie 2,2 V 0,25 A.

  4. linkolm napisał(a):

    Warto ufać technice w przygotowaniach na trudne czasy,natomiast nie warto się od niej uzależniać jako elementu warunkującego przetrwanie.

  5. Arkadiusz Jedliński napisał(a):

    Czy warto ufać technice…? To opowiem sytuację z niedawna. Te wszystkie systemy sa fajne Póki działają. Krótka (zobaczymy jak wyjdzie) opowieść o tym, jak to te wszystkie automatyczne systemy są fajne póki działają a gdy pojawi się błąd to nie ma bata.
    Dwa tygodnie temu zamówiłem nasiona buraków Record Poly czerwone. Wysyłkę zamówiłem sobie jako paczka w ruchu. Zawsze w przypadku mniejszych przesyłek preferuję jakiś odbiór w punkcie a nie że mam się z kurierem umawiać. Po prostu odbiorę sobie przy okazji w jakimś tam terminie. Dobra. Zamówiłem. Zakup 2 czerwca, od razu opłacony. Myślę sobie – ok po wekendzie dojdzie. Poniedziałek, wtorek, czekam. Dobra. Wysłałem maila w środę (7 czerwca) co z przesyłką. Odpowiedź ze sklepu, że wysłali 2 czerwca po południu. Oni mają informację, że przesyłka czeka i powinienem dostać informację o możliwości odbioru. Ok. Mysle wysłali, czekam na sms. Sprawdziłem po numerze nadania – faktycznie przesyłka czeka. Żaden sms nie przyszedł, żaden mail. Nic. 12 czerwca, przy okazji idę do punktu odebrać. I zonk. Musze mieć kod odbioru. Tłumaczę grzecznie (naprawdę grzecznie), że nic nie dostałem, podaję dane przesyłki, legitymuję się, że ja to ja i ten ja te ten sam ja który jest w sekcji odbiorcy na paczce. Pani faktycznie ogląda paczkę (fizycznie ją ma w rękach) wszystko się zgadza. Ale niestety nie wyda, bo nie ma kodu odbioru i ona na to nic nie poradzi, przepraszając mnie za całą sytuację (jakby ona biedna kobieta była cokolwiek winna). Konsultuje się z kierownikiem swojego punktu przedstawia sprawę. Jedyne co mogą zrobić to podać nr telefonu do centrali. Ok. Dzwonię. Po kilku próbach połączenia się udało i gadam z człowiekiem. Proszę „chcę rozmawiać z systemem” (dosłownie). Konsultant wyraźnie zdziwiony. Przedstawiam sprawę argumentując że z ludźmi już rozmawiałem i nic to nie dało, błąd jest sytemu, więc chcę rozmawiać z systemem. Miałem wenę twórcza do ironii tego dnia. Po konsultacji powiedział człowiek ( z systemem nie udało mi się porozmawiać bo bym go wtedy wyzwał). Dostałem sms. Odebrałem i całość trwała wtedy sekundy. Także…Te automatyczne systemy sa fajne gdy działają. Gdy coś nie teges to ni ma bata. One sa głupie i nieodporne na błedy. A ile to razy miewało się problemy bo coś tam z systemem?
    Tutaj chodziło tylko o nasiona buraków. Błahostka. Pierdoła, Każdy z nas takich historyjek mógłby od … groma przytoczyć. Gorzej gdy w grę wchodzą nasze większe pieniądze lub inna ważna rzecz. Gorzej gdy od systemu zalezy spełnienie naszych podstawowych potrzeb. Dobra. Miało być krótko, nie wyszło. Sorry – taki mam system pisania 😉

  6. Rafał M. napisał(a):

    Ależ nawet lampa naftowa, wiadro i siekiera to też jest technika 🙂

    Technika służy ułatwianiu życia. Lecz ludzie z jakiegoś sobie znanego powodu używają techniki do komplikowania sobie życia, a nie ułatwiania.

    Można mieć domek z dala od cywilizacji i codziennie przynosić wiadrem wodę na przykład ze strumienia, ale lepiej kupić kilka rurek i ją sobie przepompować. Ewentualnie zostawić to wiadro na zapas, na wypadek awarii owych rurek i dla paru innych zastosowań.

    Można ten domek oświetlać lampami naftowymi, ale to wymaga zakupu nafty, co jest drogie.
    Na chwilę obecną nie ma tańszego i wygodniejszego sposobu oświetlenia niż LED-y. Nawet całkowicie autonomiczna instalacja zasilająca służąca wyłącznie do oświetlenia, ewentualnie dodatkowo do naładowania telefonu, zasilenia małego radioodbiornika turystycznego, a nawet jakieś radiostacji o niewielkim poborze prądu w trybie nasłuchu (są takie pobierające 0,1 A przy 12V, ale są też 2A), to są koszty rzędu 400…700 złotych (kontroler ładowania 4 Ampery to około 70zł, akumulator 7Ah to 100zł, 18Ah to 200zł, bateria słoneczna nowa 30…50W to około 200…300zł).
    Wada tylko taka, że po 5…10 latach akumulator może wymagać wymiany. Więc ileś tam lat po całkowitej zagładzie cywilizacji oświetlenie elektryczne może przestać działać w nocy (bo w dzień bateria słoneczna nadal będzie dostarczać prąd). Gdyby ktoś miał dostęp do rzeki i zastosował koło wodne, to by mu działało prawie nieskończenie długo.

    W tym prymitywnym samochodzie też akumulator może paść po kilku latach, taki sam problem.

    Nie wiem jakie energie się indukują podczas impulsu elektromagnetycznego, ale być może da się jakoś zabezpieczyć. Na przykład kilka warystorów w różnych miejscach obwodu, zwierających gdy napięcie przekroczy jakąś wartość (na jaką jest zaprojektowany dany warystor), na przykład ponad 24V.
    Jeden na wyjściu baterii słonecznej, jeden na akumulatorze, może po jednym na wejściu i wyjściu kontrolera ładowania, minus obwodu podłączony do uziemienia.
    Zabezpieczy też przed pobliskimi uderzeniami pioruna.

    Na wypadek awarii można trzymać zapasowy kontroler ładowania, oraz zapasowe żarówki LED. Można je umieścić w metalowym pojemniku (bez problemu do kupienia w sklepach), więc będzie zabezpieczenie nie tylko w przypadku awarii, ale też impulsu elektromagnetycznego.
    Do pudełka można włożyć zapasową latarkę.

    Ale zamiast lampy naftowej, wymagającej nafty i specjalnego knota, to na wypadek zagłady ludzkości trzymałbym raczej lampkę oliwną. Do niej bez problemu można zdobyć lub zrobić knot, oraz palić prawie wszystkim, od tłuszczu z puszki tuńczyka po tłuszcze zwierzęce.
    Takich lampek używano już w starożytności.
    Bez problemu można sobie taką lampkę samemu zrobić, gotowa szklana tylko będzie bardziej estetyczna.

    Nie liczyłbym na możliwość jazdy samochodem po zagładzie cywilizacji. Nie ma gdzie, po co i to bez sensu. Paliwo będzie jeszcze trudniejsze do zdobycia niż części zamienne. Poza tym wtedy człowiekowi już nigdzie nie będzie się spieszyć, więc wystarczy rower, hulajnoga, a nawet piechotą.
    No i samochodem byłoby niebezpiecznie, bo widać go z daleka i łatwo zastawiać pułapki na drogach. Łatwiej też ostrzelać samochód niż pieszego, który w każdej chwili może się położyć na ziemi lub schować za drzewem.

    Gwizdek faktycznie bywa przydatny podczas wypraw na bezludne tereny i wtedy lepiej go zabierać ze sobą.
    Podczas wyjścia w mieście do sklepu po drugiej stronie ulicy już niekoniecznie.

    Kompas, choćby najmniejszy, jest bardzo użyteczny kiedy się idzie w nieznanym terenie. Nawet bardziej od mapy. Mapa może być w telefonie, natomiast kompas w telefonie (lub GPS) pobiera energię i kiedyś jej zabraknie. Zwykły kompas magnetyczny zawsze działa, wystarczy raz określić kierunek marszu i już mniej więcej wiadomo gdzie iść.
    Kiedyś w samochodzie miałem kompas i nigdy się nie zgubiłem, nawet w nieznanych miejscach bez mapy.
    Po prostu, jak wyjeżdżałem na południe od miasta, później skręcałem na zachód, to i tak wiedziałem, że miasto mam na północy i wystarczy skręcić w prawo by wrócić do punktu wyjazdu. Jak wiedziałem, że miasto mam na południe od Warszawy, to wjeżdżając z którejkolwiek strony wiedziałem dokąd jechać, wcześniej lub później docierałem do trasy.
    Bez kompasu łatwo stracić orientację, można się kręcić w kółko, skręcić na wschód zamiast na zachód itp.

    • Piotr napisał(a):

      Do zabezpieczania obwodów przed przepięciami obecnie zamiast warystorów częściej stosuje się transile, bo są od warystorów wielokrotnie szybsze (czas reakcji rzędu pikosekund), mogą chwilowo przyjąć znacznie większą moc (nawet rzędu 1-2kW przez czas 1ms dla elementów o wielkości porównywalnej do typowej diody 1N5551), mają znacznie mniejszą pojemność niż warystory (a więc nadają się do układów wysokiej częstotliwości, na przykład do zabezpieczenia układów wejściowych odbiornika) i działają jak dioda Zenera czyli w jedną stronę stabilizują napięcie a w drugą robią „zwarcie” (choć są też produkowane transile dwukierunkowe). W niektórych układach stosuje się też trisile, to połączenie tyrystora lub triaka wyzwalanego transilem (lub dwoma transilami jeśli trisil jest „dwukierunkowy”) – to się najczęściej stosuje w zasilaczach, bo trisil nie stabilizuje napięcia, tylko po przekroczeniu napięcia progowego powoduje zwarcie (a więc gdy padnie stabilizator napięcia w zasilaczu i podskoczy napięcie wyjściowe, to trisil robi zwarcie przepalając bezpiecznik szeregowy chroniąc w ten sposób podłączone do zasilacza urządzenie przed uszkodzeniem).

      Co do prądu pobieranego przez transceivery na odbiorze, to są też modele, które schodzą sporo poniżej 100mA, na przykład mój PFR-3B bierze około 40-45mA (w zależności od podłączonych słuchawek i poziomu głośności) a Elecraft KX1 kolegi bierze około 30-35mA (to ponad dwa miesiące pracy non stop na odbiorze z typowego akumulatora samochodowego 12V/60Ah :D).

  7. szla napisał(a):

    Mi jakoś dziwnie ta technika zawsze siada jak jest potrzebna.
    A to bateria w GPS sie skończyła, a to kabel sie przetarł, a to błąd systemu, piła leżała w garażu i przestała działać. Samochód jak padnie elektronika to juz kaplica choć jestem elektronikiem (zastanawiam sie jak toto przerobic na gaźnik i normalny zapłon cewkowy). Piec do ogrzewania znowu ma elektronikę pompy i cienkie rurki w zapasie koza jest.
    Elektronika fajna jest i wygodna ale jak jest sprawna. Dzisiaj rano pendzem do korporacji żona mnie z samochodu na deszcz wywaliła więc pendzem do automatu w którym kupuje się bilet kartonikowy. 1 nie dział, 2 nie działa, 3 działa ale tak że nie daje biletów. Wystarczyło trochę deszczu.
    Dlaczego ruskie maja stary sprzęt bojowy, bo nie maja kasy a po drugie jak on sie popsuje to chłopina z młotkiem go naprawi.
    Sami wiecie że często sa sytuacje że klikasz klikasz i nic!
    Kiedys elektronika była trwalsza ale i tak kondensatory siadają po ilus latach a proste sygnały dymowe nie.
    Jeden otoczy sie elektroniką STRUŻUJĄCĄ, DRUGI PSEM STRUZUJĄCYM. W dluższym rozrachunku pies który i tak w końcu zdechnie ale ewentualnie można rozmnożyć. Ale elektronike odbudować poczynając od najmniej skomplikowanych elementów więc najważniejsza to jest w przetrwaniu WIEDZA! moim zdaniem.
    A na tym portlu nie widziałem jak zrobic mydło od podstaw?

    „Produkuje się je zwykle z tłuszczów nasyconych, aczkolwiek znane są także mydła z tłuszczów nienasyconych. Ich proces produkcji polega na długotrwałym gotowaniu tłuszczów ze stężonym roztworem zasady sodowej, potasowej lub litowej, na skutek czego dochodzi do zerwania wiązań estrowych oraz powstania gliceryny i mydła właściwego
    Tylko chemik teraz potrzebny aby zrobił tę zasadę!

    kaustyfikacja sody, polegająca na działaniu na sodę kalcynowaną (węglan sodu) świeżym wapnem gaszonym:
    Ca(OH)2 + Na2CO3 → 2NaOH + CaCO3
    elektroliza wodnego roztworu chlorku sodu (NaCl):
    Na anodzie wydziela się chlor: Cl− → ½Cl2 + e−
    Na katodzie zobojętnieniu ulegają jony wodorowe pochodzące z wody: H3O+ + e− → H2O + ½H2
    Wodorotlenek sodu powstaje także m.in. w reakcji wody z sodem lub niektórymi jego reaktywnymi związkami (np. wodorkiem sodu, tlenkiem sodu i alkoholanami sodu)”
    A wy w bateryjki się bawicie i czy będzie prąd? prędzej z brudu pomrzemy!
    Albo taka stal a ile trzeba się w kuźni nawalić młotem aby coś sie zmieniło w cos innego!
    Myślę że trzeba zacząć od podstaw jak zrobić piłę twoja moja z szyny kolejwej.
    Jak tą piłą wyciąć deskę.
    Jak z desek zrobić dom.
    Itd.
    A wiecie co to klej skórny kiedys sie zastanawiałem jak oni sklejali ten róg i ścięgna z drewnem w łuku wschodnim.

    • Rafał M. napisał(a):

      W pewnym sensie pies to też technika. Jedna komórka takiego psa jest bardziej skomplikowaną maszynerią niż samolot pasażerski, a jej DNA niż program sterujący tymże samolotem. W dodatku cała ta maszyneria jest zdolna do samonaprawy uszkodzeń w ograniczonym zakresie, oraz do powielania się, produkując nowe maszyny bez konieczności istnienia fabryk.

      W przyszłości dysponując odpowiednim komputerem z odpowiednim oprogramowaniem będzie można sobie takiego zwierzaka zaprojektować i wyprodukować.

  8. szla napisał(a):

    Ponownie jestem.
    Ostatni tydzień samochód, teren i smartfon. A na nim mama w gooole.
    Wyznaczam trasę a on prowadzi mnie dookoła a ja wiem że jest droga na skuśkę szutrowa.
    jadę na czuja po asfaltówce a mapa mnie kieruje w bok ja nic na to nie będzie mi gooole rozkazywało.
    Jadę szutrówką dosyc szeroką równa ciężarówka by przejechała. Droga prosta ładna szeroka choć szutrowa. Zdziwiłem sie że mapa gooole jej nie ma?
    Jadę na czuja utrzymując kierunek do innej asfaltówki już niedaleko a mapa gooole ciągle w bok mnie kieruje, powiem więcej nawet w tej mapie nie ma wszystkich asfaltówek.
    No i nie jest tak że byłem w kazachstanie tylko 50 km na wschód od warszawy co chwile jakas cywilizacja chałupy przy nich fureczki VW i inne, zero terenówek.
    Podsumowanie prawda ze smartfona to taka połowa prawdy i warto zachować własny osąd.
    Stara zasada się kłania umiesz liczyć licz na siebie.
    Technika zawodzi właśnie wtedy jak jest potrzebna i oni ją właśnie tak robią.
    A mapa gooole nie będzie działała jak wiecie co będzie!

    • Rafał M. napisał(a):

      Ja zauważyłem, że najlepsza nawigacja na piesze wycieczki, choć do samochodu również, to taka wskazująca TYLKO KIERUNEK I ODLEGŁOŚĆ do wyznaczonego celu.
      Wtedy nie ma najmniejszych szans się zgubić.
      Ale większość programów do nawigacji nie ma nawet takiej opcji.

  9. Rafał M. napisał(a):

    Trochę nie na temat, ale ostatnio z powodu wymiany rur na ulicy przez tydzień nie miałem gazu.
    I nasunął mi się pewien wniosek – musi być jakikolwiek drugi niezależny obwód podgrzewania wody. Jak główny jest na gaz, to przynajmniej przy jednym zlewie podgrzewacz przepływowy na prąd. Najlepiej byłoby zastosować solar podgrzewający (zwłaszcza przy przepływowych podgrzewaczach), nie musi dawać zbyt ciepłej wody, w zupełności wystarczy letnia.

    Przez ten tydzień dało się wytrzeć chusteczkami myjącymi. W ostateczności można by skorzystać ze sposobu przodków – wlać trochę ciepłej wody do niewielkiej miednicy (po dziś dzień w wielu starych domach nie ma prysznica ani wanny).
    Jednak po tym tygodniu włosy mi się lepiły, stan przedłupieżowy.
    Rury wodociągowe idą pod ziemią i latem mycie lub spłukiwanie włosów lodowatą wodą z kranu to może nie być zbyt przyjemne przeżycie. Żeby ta woda była chociaż letnia…

    Podobno po kilku tygodniach niemycia lub mycia czystą wodą włosy się przyzwyczajają i przestają przetłuszczać. Ponoć jedna Angielka nie myje od kilku lat. Ale tak długo to nie sprawdzałem na sobie.

    • Piotr napisał(a):

      Tydzień na chusteczkach myjących bo gaz odcięli? Taka sytuacja to nie problem. Pomijając warianty typu skorzystanie z prysznica na stacji benzynowej czy u kolegi mieszkającego w miejscu niedotkniętym odcięciem gazu (albo na przykład mającego bojler elektryczny) wystarczy rozwiązać dwa proste zagadnienia: podgrzanie wody bez użycia gazu oraz sposób na umycie się w tej wodzie. Podgrzać wodę można na wiele sposobów, na przykład w czajniku elektrycznym, w garnku na kuchence turystycznej, wlewając ją w szczelny worek i wystawiając na słońce (albo za 15zł kupić gotowy turystyczny prysznic solarny) czy nawet za pomocą tzw. buzały (improwizowanej grzałki https://pl.wikipedia.org/wiki/Buza%C5%82a ). Umycie się w tej wodzie, to kwestia posiadania korka do wanny czy brodzika pod prysznicem oraz kubka i wiaderka. W wiaderku dobiera się odpowiednią temperaturę wody i część z niej wlewa się do brodzika lub wanny (wykorzystując je jako „miednicę” do której można nawet wejść). Pozostałą część wody zużywa się na spłukanie poprzez polewanie się tą wodą przy pomocy kubka. Gdy ma się prysznic solarny, to w ogóle problem przestaje istnieć, wystarczy mieć możliwość zamocowania go do sufitu nad wanną czy brodzikiem (wystarczy hak taki jak do żyrandoli), wodę można grzać zarówno solarnie (latem spokojnie da się uzyskać temperaturę 40-50 stopni w 3-4 godziny, zimą jest gorzej, ale w słoneczny dzień za tylną szybą samochodu też się da całkiem ciepłą wodę uzyskać :D) jak i normalnie w garnku/czajniku i potem ją przelewać (tylko trzeba uważać na temperaturę, nie wszystkie prysznice solarne wytrzymają zalanie wrzątkiem, lepiej wrzątek wymieszać z zimną wodą zewnętrznie i potem tylko gotową ciepłą, ale nie gorącą wodę przelać).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner