Defensive Pistol Level 1 – wrażenia ze szkolenia

W dzisiejszym materiale chciałem podzielić się z Wami wrażeniami po szkoleniu Defensive Pistol Level 1 organizowanym przez Path Of The Gun, w którym brałem ostatnio udział.

Jeśli materiał Cię zaciekawi i zdecydujesz się zapisać na szkolenie, podając hasło „Domowy Survival” w polu „Skąd się dowiedziałeś/aś o szkoleniu” otrzymasz 5% rabatu.

Na początek kilka słów na temat tego, skąd się tam wziąłem. Dostaliśmy bowiem od organizatorów zaproszenie na zasadach: “wpadnijcie, nagracie film, wrzucicie na kanał, będzie coś ciekawego dla widzów, a jak uznacie, że zmarnowaliście czas, to wam za niego zapłacimy”. Jak się pewnie sami domyślacie, nie trzeba było nas długo zapraszać. Dopytaliśmy tylko, czy na szkolenie mogą przyjechać ludzie nieposiadający własnej broni (mogą!) i zaczęliśmy szukać pasującego nam wszystkim terminu. Ostatecznie na szkolenie w niedzielę, 18.06, pojechałem sam. Arturowi termin nie pasował, więc na głowie miałem nie tylko samo uczestnictwo w szkoleniu, lecz także obsługę sprzętu. Stąd z góry przepraszam, jeśli ujęcia nie są idealne. Uznaliśmy, że szkolenie będzie dla Was ciekawe, bo jednym z najpopularniejszych materiałów u nas na blogu jest przecież tekst i film o tym, jak uzyskać pozwolenie na broń.

Szkolenie odbywało się w Skierniewicach. Pierwsza część, wykładowa i ćwiczenia, w sali w mieście. Druga już na strzelnicy sportowej Poligon, kawałek dalej. To bardzo ładne miejsce w otoczeniu przyrody, w którym można nie tylko postrzelać, lecz także zrobić ognisko. Zresztą, sami to za moment zobaczycie na ujęciach.

Głównym instruktorem na szkoleniu jest Jarosław Hebda, doktor nauk o bezpieczeństwie, jeden z najszybszych na świecie strzelców pistoletowych. Możecie to zweryfikować na jego stronie, podlinkowanej przed chwilą.

Pierwsza część szkolenia to wykład, dotyczący przeróżnych aspektów związanych z samoobroną i wykorzystaniem w niej broni. Rozmawialiśmy między innymi o przepisach prawnych dotyczących obrony koniecznej, jej granic i ich przekraczania, o mitach z nimi związanych. Informacje podparte były przepisami, przykładami realnych sytuacji i wyrokami sądowymi. Najciekawszym zagadnieniem w tej części dla mnie osobiście była kwestia tego, czy trzeba się bronić współmiernie do tego, jak atakuje nas napastnik, czy wolno użyć broni w stosunku do kogoś, kto tylko chce nas pobić.

Sporo czasu poświęcono też na zagadnienia związane z czymś, co można byłoby pewnie nazwać psychologią przetrwania takich kryzysowych sytuacji. O koncepcji kolorów określających różne poziomy czujności, wymyślonych przez Jeffa Coopera, o tym, jak w sytuacji zagrożenia reaguje ludzki mózg i co dzieje się z ciałem człowieka. Jaki ma to wpływ na nasze bezpieczeństwo i w jaki sposób możemy wykorzystać skutki nagłego wyrzutu adrenaliny do krwi na naszą korzyść. Wreszcie, była mowa o tym, jak w ogóle takie zdarzenia przebiegają.

Te zagadnienia z pewnością doceni każda osoba, która obawia się o swoje bezpieczeństwo w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia wskutek napadu. Bez względu na to, czy planuje się bronić posiadaną na pozwolenie bronią palną, rewolwerem czarnoprochowym, czy nożem.

Rozmawialiśmy o wyższości pistoletów nad karabinami (z punktu widzenia samoobrony) i o różnych rodzajach amunicji wykorzystywanych do tej broni.

Na sali ćwiczyliśmy też na sucho różne techniki reagowania na zagrożenia. Pokazano nam ich kilka, zależnie od tego, z jakim zagrożeniem będziemy mieć do czynienia. Chyba oczywiste jest, że inaczej trzeba reagować, gdy napastnik z nożem jest 10 metrów od nas, a inaczej, gdy czujemy na twarzy jego oddech.

Dostałem od organizatorów pistolet i kaburę, a potem jak się okazało, że niespecjalnie dobrze mi z nim idzie, drugi pistolet i inną kaburę. Mogłem więc sobie porównać jak łatwo wyciąga się broń z kabury “appendix”, wewnątrz spodni, na brzuchu i z kabury zaczepionej na zewnątrz paska, na biodrze. Ćwiczyliśmy z prawdziwą, rozładowaną bronią. Naciskaliśmy na spust celując w siebie nawzajem. Wszystko po to, by starać się zbliżyć do realnych sytuacji kryzysowych. I walczyć z odruchem wbijanym do głów na każdym etapie szkolenia strzelca sportowego, by nigdy pod żadnym pozorem nie celować do człowieka, a na pewno nie trzymając palec na spuście.

Nie mogę powiedzieć, żeby ta część szkolenia przyszła mi łatwo. Ale przecież właśnie o to chodzi, żeby ćwiczyć to, co w rzeczywistości będzie dużo, dużo trudniejsze.

Potem pojechaliśmy na strzelnicę i tam ćwiczyliśmy dalej. Tu te same techniki ćwiczyliśmy strzelając prawdziwą amunicją do papierowych celów. Przy jednym z ćwiczeń zasugerowano nam, byśmy zdjęli okulary i ochronniki słuchu, by sprawdzić, jakim doświadczeniem jest strzelanie bez nich w sytuacji bliskiego kontaktu z napastnikiem. Po to, by się tego później podświadomie nie bać.

Jak to wszystko dokładnie wyglądało, to mniej więcej możecie się przekonać, oglądając te ujęcia.

Teraz kilka słów ode mnie o tym, po co komu takie szkolenie.

Fakt jest taki, że bezpieczeństwo w trudnych sytuacjach i na co dzień dla wielu z nas ma bardzo duże znaczenie. W razie jakiegoś większego kryzysu, choćby dużej powodzi, będzie jeszcze ważniejsze. Gdy trzeba będzie bronić siebie i swojej rodziny przed szabrownikami, czy po prostu pospolitymi złodziejami, którzy wyrywając paznokcie będą chcieli zmusić skrępowanych członków rodziny do wyjawienia, gdzie w domu jest złoto. Albo żywność.

Gdy przyjdzie do takiej sytuacji trzeba mieć odpowiednie narzędzia, by sobie z nią poradzić. Przy czym mówiąc “narzędzia” mam na myśli nie tylko sam pistolet, lecz także odpowiednie nastawienie i wiedzę. Wiedzę o tym, jaką technikę użyć do zneutralizowania zagrożenia i jak zrobić to, by niepotrzebnie sobie nie zaszkodzić.

Część z Was nie chce mieć broni w ogóle, albo mieć jej nie może. Rozumiemy to. Dlatego w wywiadzie z Jarosławem Hebdą, który znajdziecie na końcu tego materiału, zapytałem o możliwość wykorzystania rewolweru czarnoprochowego w sytuacji samoobrony. Jest to przecież narzędzie, które każdy pełnoletni Polak może łatwo kupić w sklepie, już dzisiaj, a przy tym dużo skuteczniejsze, niż jakiś pistolet hukowy (alarmowy) czy wiatrówka.

Jeśli zaś zakładasz, że broń kupisz na czarnym rynku gdy nadejdą trudne czasy, to też weź pod uwagę udział w takim szkoleniu. Przecież musisz nauczyć się używać broni zanim ją kupisz. Musisz też umieć ją odróżnić od plastikowej repliki, czy choćby sprawdzić, czy jest sprawna. Inna rzecz, że wiara w to, że będziesz mógł broń kupić na czarnym rynku jest mocno naiwna, ale nie chce mi się o tym teraz dyskutować.

I jeszcze kilka uwag technicznych ode mnie na koniec — Path Of The Gun prowadzi szkolenia w całej Polsce w weekendy, ale i wieczorami. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na stronie, którą podlinkowałem w opisie pod filmem. Koszt takiego szkolenia, na jakim byłem, czyli Defensive Gun Use Level 1 to 600 złotych dla osób posiadających broń i 750 dla osób, które jej nie mają. Po takim szkoleniu można, znacznie taniej, odświeżyć sobie wiedzę i poćwiczyć te techniki na którejś z kolejnych jego edycji.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

33 komentarze

  1. Marcin napisał(a):

    Brawo . Jako uzupełnienie polecam http://www.szkoleniagrom.pl

  2. Multitactical.pl napisał(a):

    Czytam i oglądam z przyjemnością – Path of the Gun, muszę zapamiętać.

  3. Rafał M. napisał(a):

    A ja sceptycznie się odnoszę do kwestii posiadania broni.

    Nigdy w życiu nie miałem sytuacji, żeby broń palna była mi niezbędna. Raz tylko ktoś próbował mnie obrabować, ale to było wiele lat temu, zanim Polska weszła do Unii, kiedy na skrzyżowaniach kradli damskie torebki z samochodów, a w każdym autobusie miejskim grasowali kieszonkowcy. Na ulicy praktycznie pod domem podszedł do mnie jakiś knypek, taki co najmniej o głowę niższy i chciał mi sprawdzać kieszenie, wygrażał że jego kumple czają się za rogiem i może ich zawołać.
    Nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać, więc uciekł.
    Ale wtedy miałem przy sobie schowany miotacz gazu na ładunki pirotechniczne. Zresztą jakbym nie miał, to gdybym mu przywalił, długo by się nie podniósł. Nawet podejrzewam, że byłbym w stanie go podnieść i rzucić nim o płot, taki chuderlawy był.

    Inna sytuacja jest w USA, inna w Polsce.
    W USA broń jest powszechna i bywa używana do brutalnych napadów przez ludzi z problemami narkotykowymi, którzy po prostu muszą zdobyć pieniądze na kolejną działkę i nie liczą się z konsekwencjami. Trafia tam też do sfrustrowanych szaleńców, którzy chcą się dowartościować strzelając do przypadkowych ludzi. Ale i tam sytuacja potrafi być całkowicie odmienna w zależności od stanu, regionu, miasta i dzielnicy, w mniejszych miasteczkach w których wszyscy się znają choćby z widzenia jest spokojnie.

    Natomiast w Polsce przestępcy unikają broni palnej, bo wystarczy donos życzliwego i poszedłby siedzieć bez potrzeby udowadniania jakiegokolwiek innego przestępstwa. Policja dosyć poważnie podchodzi do tej kwestii i jeśli otrzyma informację że ktoś ma przy sobie broń w widocznym miejscu (powinno się nosić ukrytą), to natychmiast to sprawdza.

    Więc ze statystycznego punktu widzenia w Polsce szanse zostania zamordowanym z broni palnej przez obcą osobę są znikomo małe.
    W ogóle szansa zostania zamordowanym przez obcą osobę jest znikoma, bo statystycznie większość sprawców zabójstw to członkowie rodziny lub znajomi.
    Statystycznie szansa zostania zamordowanym przez kogokolwiek jest gdzieś na poziomie wygranej w totolotka.

    Jest jakaś tam niewielka szansa zostania pobitym przez jakiegoś osiedlowego menela znajdującego się pod wpływem alkoholu, bo mu się wygląd, kolor skóry lub fryzura nie spodobały. Ale taki raczej nie dysponuje bronią palną, co najwyżej nożem lub kastetem. Niektórzy „prości ludzie” potrafią być agresywni, a także niektórzy chorzy na cukrzycę (dosyć często z tego powodu zdarzają się ataki na sanitariuszy karetek pogotowia, chyba są szkoleni jak sobie radzić w takich sytuacjach, broni raczej nie noszą).
    I tutaj chyba wystarczyłby jakiś taser, lub pirotechniczny miotacz gazu pieprzowego. Albo pałka elektryczna, choć taką trudno nosić w ukryciu. A nawet jakiś kurs samoobrony, ale w przypadku przeciwnika z nożem za wszelką cenę należy unikać bójki, kontaktu fizycznego, bo noże na małych dystansach są bardzo niebezpieczne. Z tego samego powodu noszenie własnego noża „bojowego” też nie jest dobrym pomysłem, bo ostatnią rzeczą jakiej trzeba to bójka na noże z jakimś idiotą, wtedy komuś stanie się krzywda i nie zawsze temu komu trzeba.

    W opisie próby napaści na początku zasugerowałem bardzo istotną rzecz – napastnik nie będzie z daleka krzyczał, że zaraz obrabuje, dziwnie się zachowywał, po prostu spokojnie podejdzie. I wtedy jest problem z użyciem broni, bo on nie był agresywny, może się później tłumaczyć że tylko chciał się spytać o ogień, o drogę, o godzinę i jakiś szaleniec nagle go postrzelił.

    Przestępcy widząc kogoś kto wyciąga broń nie zawsze uciekają. Czasem przeciwnie, spokojnie chodzą dookoła niczym wilki, sondują i próbują się zbliżyć, ale nie są agresywni. To bardzo niebezpieczna sytuacja, bo mogą odebrać broń i z niej zastrzelić, w ten sposób sporo policjantów w USA i Wielkiej Brytanii straciło życie.

    Broń palną też nie zawsze ma się przy sobie. W lokalach, gdzie podaje się alkohol, nie powinno się mieć, a tam łatwo o sytuacje niebezpieczne. Podobnie z autobusami komunikacji miejskiej, gdzie nie wolno przewozić naładowanej broni, w dodatku jest ryzyko natknięcia się na kieszonkowca (i utraty broni).

    Ja na co dzień stosuję taką taktykę antynapadową, że po prostu nie mam przy sobie niczego cennego, czego utrata mogłaby być szczególnie dotkliwa.
    Żadnych butów Nike z limitowanej edycji (w USA za takie buty potrafią serio zabić, w Polsce może nie).
    Telefon (Lumię) kupowałem kiedyś nowy za 280 złotych. Ale z telefonem taka sytuacja, że celowo nie chcę kosztownego, bo potrafią nie tylko zostać skradzione, ale na przykład upaść na betonowy chodnik, można też gdzieś zgubić i byłoby szkoda. A nie potrzebuję szpanować telefonem.
    Poza tym często nie mam telefonu przy sobie i latam z chińską krótkofalówką (też celowo chińską, dwa modele, jeden za 60 złotych, drugi 170 z przesyłką do Polski, bo japońskich po prostu szkoda gdyby na przykład upadły na chodnik).
    W portfelu zazwyczaj mam kilkadziesiąt złotych i nieważny już dowód. W drugim który czasem zabieram zamiast pierwszego dowód, prawo jazdy, kartę płatniczą z limitami i nie więcej jak 200…300 złotych na koncie do którego przypisana jest karta, oraz awaryjne 100 złotych na wypadek gdyby terminal płatniczy nie przyjął karty.
    Na co dzień przy wyjściu z domu to w zupełności mi wystarcza, po co dźwigać portfel pełen stuzłotówek jak niektórzy…
    Gdybym musiał przenieść większą ilość gotówki, to po prostu bym rozdzielił na kilka osobnych części, pochowałbym w różnych zakamarkach garderoby, może w pasku na pieniądze do noszenia pod ubraniem, albo zwiększyłbym ilość na karcie, zresztą większe kwoty się płaci przelewem (np. przy zakupie samochodu), ale zawartości pierwszego portfela bym nie zmieniał, by wyglądał jak na co dzień, w razie jakby co niech sobie złodziej bierze i ucieka.
    Taktyka jaszczurki 🙂

    Zabezpieczenie domu i samochodu to inna kwestia.
    Zresztą w domu nie mam jakiś superdrogich elektronicznych sprzętów, na przykład jeden telewizor ma 13 lat (LCD 24 cali), drugi 7 lat, choć ciągle w idealnym stanie wizualnym, nie opłaca się tego rabować. Wszystko gdybym zliczył do kupy to wyszłyby może duże kwoty, ale jak komuś przydałaby się reklamówka kabelków komputerowych i zasilających, to mogę dać za darmo, nie trzeba kraść, zresztą sporo tego wyrzuciłem. Podzespoły elektroniczne do majsterkowania też wyszłoby kilkaset złotych, ale złodziej później musiałby się trudzić sprzedawać pojedyncze oporniki, kondensatory i tranzystory.
    Do wyniesienia mebli potrzeba dźwigu, który je wyciągnie przez okno, klatką schodową nie przejdą.
    Cóż innego, mogliby jeszcze zrabować zapas papieru toaletowego, chusteczek do nosa itp.
    Złota i biżuterii nie mam w domu, dla mnie liczy się funkcjonalność przedmiotu, a nie szpan. Gotówki ze 200…300 złotych.

    Pomijając inne zabezpieczenia utrudniające takie działanie, po prostu nie ma czegoś, po co można byłoby szybko wpaść, złapać, uciec i dobrze zarobić sprzedając.

    • Survivalista (admin) napisał(a):

      Rafał, uwielbiam czytać Twoje komentarze, z których aż kipi logika „mnie nigdy nie spotkało nic złego, więc w Polsce jest statystycznie bezpiecznie”. 😀

      Fakt jest taki, że broń jest najlepszym i najskuteczniejszym wyrównywaczem szans. Mimo ograniczeń, o których wspominasz (autobusy, alkohol).

      • Rafał M. napisał(a):

        Jakoś u mnie w mieście nie słychać, by bandziory napadały i rabowały ludziom mieszkania.
        Ileś tam lat temu był napad z bronią w ręku na kantor, w dodatku ulokowany 20 metrów od komisariatu policji. Sprawca wszedł, strzelił w środku w szybę, która okazała się kuloodporna i uciekł. Nie znam dalszego ciągu tej historii, czy go złapali, a może to była konkurencja. O innych przypadkach użycia broni palnej nie słyszałem.
        Czasem, ale bardzo rzadko, co kilka lat, jakieś podpite towarzystwo kogoś dźgnie nożem, nawet w tłumie ludzi, na przykład na przystanku autobusowym.
        Dużo więcej jest przypadków awantur domowych, albo podczas libacji alkoholowych, ale to nie dotyka bezpośrednio osób postronnych.
        Czasem zdarza się, że ktoś wyrwie torebkę, lub zerwie złoty łańcuszek i ucieknie.
        Natomiast chyba jest jakaś plaga kradzieży paliwa ze stacji benzynowych, jak czasem włączam radiobudzik na przeszukiwanie różnych częstotliwości, to na policyjnych dosyć często słyszę taki komunikat.

        Realne życie nie przypomina amerykańskich filmów sensacyjnych, w których dobrego bohatera oblegają tabuny czarnych charakterów, dochodzi do strzelaniny i on wszystkich zabija.

        Fakt, że broń daje poczucie bezpieczeństwa. Im w danym państwie ludzie czują się mniej bezpiecznie, tym bardziej chcą mieć dostęp do broni.
        Ten brak poczucia bezpieczeństwa ma różne przyczyny, w tym wpływ mediów. Takie USA i Kanadę dzieli przepaść, w Kanadzie ludzie często nawet nie zamykają drzwi do domów kiedy wychodzą, bo i po co. W USA jak podejdzie się do przechodnia o coś zapytać, to może się wystraszyć, nawet wyciągnąć broń, bo tam ludzie boją się siebie wzajemnie na ulicach.

        • Piotr napisał(a):

          W normalnych czasach przeciętnej Pani Krysi idącej rano po bułki do sklepu raczej nikt nie napadnie. Wiadomo też, że jeśli napastnik ma jakiekolwiek pojęcie o walce, to zaatakuje z zaskoczenia i w niecałą sekundę nas „załatwi” (a wtedy broń palna na nic się nam nie przyda, bo nie zdążymy jej użyć – broń palna jest super jeśli jesteśmy w stanie PRZEWIDZIEĆ zagrożenie z odpowiednim wyprzedzeniem rzędu na przykład 2 sekund).
          Poza tym broń nie jest od tego, aby dawać poczucie bezpieczeństwa tylko aby zwiększać bezpieczeństwo. Tak, poczucie bezpieczeństwa i bezpieczeństwo to dwie różne sprawy – to pierwsze jest stanem emocjonalnym (brak odczuwania w danej chwili strachu) a to drugie jest obiektywnym stanem rzeczywistości w postaci braku zagrożenia. To że się czegoś boisz nie jest tożsame z realnym niebezpieczeństwem (i analogicznie to, że się czegoś nie boisz nie oznacza, że to jest bezpieczne) – nie należy oceniać sytuacji tylko poprzez pryzmat stanów emocjonalnych jakie ta sytuacja w nas wywołuje.

          Poza tym chodzi przecież o sytuacje nietypowe, na przykład jakieś zamieszki, dłuższe braki w dostawach prądu (alarmy przestają działać więc pojawiają się grupy szabrowników), albo na przykład masz więcej kasy niż przeciętny Kowalski więc masz ryzyko, że ktoś postanowi Ci uprowadzić dziecko dla okupu, albo na przykład będziesz przypadkowym świadkiem jakiegoś zdarzenia i będziesz zeznawał w sądzie i musisz się jakoś bronić przed kumplami oskarżonego, którzy będą próbowali Ci wyperswadować rezygnację z zeznań. Sytuacji gdy posiadanie broni byłoby wskazane jest na prawdę dużo i to że akurat Ty nie widzisz w swoim przypadku takiej potrzeby nie oznacza, że inni takiej potrzeby nie mają.

          • Survivalista (admin) napisał(a):

            Przeciętna Krysia rzeczywiście niewiele ryzykuje.

            Ale już przeciętna Jadzia, która biega dopiero po zmroku w pustym parku, bo wcześniej nie ma czasu, jest zagrożona bardziej. I oczywiście, może ten napakowany mężczyzna, dwuipółkrotnie od niej cięższy, chce ją tylko zgwałcić. Może potem nie będzie chciał jej zamordować, by zatrzeć ślady.

            Przeciętny Mirek, niespecjalnie dobry kierowca, też ryzykuje, że kiedyś niezamierzonym zajechaniem drogi sprowokuje jakiegoś innego kierowcę i stanie się ofiarą jego wybuchu agresji. Takie przypadki zdarzają się całkiem często.

            Kilkanaście lat temu na sąsiednim osiedlu zginął chłopak, który stał z dziewczyną w środku nocy na przystanku. Poszedł ją odprowadzić na nocny autobus. Przechodziło kilku podpitych chłopaków, zaczęło ją obrażać, a on głupio się im postawił.

            Nie lubię w ogóle pisać takich rzeczy, jak ten komentarz, bo nie podoba mi się budowanie takiej narracji opartej na strachu. Z drugiej strony nie podoba mi się też budowanie takiego iluzorycznego poczucia bezpieczeństwa.

          • Piotr napisał(a):

            Jasne! Być może niezbyt jasno się wyraziłem w poprzednim poście 😀 Chodziło mi o to, że sam fakt braku obaw (czy też odwrotnie, obawianie się wszystkiego) tak na prawdę o niczym nie świadczy, tak samo o niczym nie świadczy podawanie wybiórczych kontekstów/przykładów.
            Jeden będzie argumentował, że na przykład nie warto wozić koła zapasowego, bo to tylko niepotrzebnie zajmuje miejsce i stanowi dodatkowy koszt przy wymianie ogumienia (opony nie są wieczne, nawet jak ich się nie używa, to się starzeją i trzeba je wymieniać) i sam nigdy gumy nie złapał a w razie czego jak złapie, to ma odpowiednie ubezpieczenie, a drugi będzie argumentował, że warto wozić, bo jak się ten jeden raz w życiu gumę złapie i będzie to ważny moment (będzie nam zależało na czasie), to wymiana koła trwa kilka minut i można jechać dalej.
            Tak samo jest z bronią, jeden uważa, że nie jest mu potrzebna i całe życie znakomicie radził sobie bez niej, a drugi woli mieć na wszelki wypadek (czy to z przyczyn obiektywnych czy psychologicznych) a jeszcze trzeciemu broń zaszkodzi (na przykład będzie przeceniał wartość broni i będzie się pakował w bardziej niebezpieczne konteksty, bo nie będzie się bał, bo przecież „broń go obroni” :D).

          • Rafał M. napisał(a):

            Jak ktoś nie jest Hindusem, który może zostać omyłkowo wzięty za Araba, to w Polsce raczej nic nie grozi.
            Jest dużo większa szansa natknięcia się na idiotę niż na kryminalistę.

            U mnie w mieście kilka dni temu był taki przypadek – pewien rodzimy człowiek przyleciał na wczasy ze Stanów, popił sobie z kumplami, wyszli na ulicę i w czterech kogoś pobili.
            Dosyć szybko policja ich złapała.
            Teraz zapewne pójdą siedzieć, chyba że sąd da im wyrok w zawieszeniu. Ale jeśli amerykańscy celnicy mają dostęp do polskich kartotek skazańców, to teraz mogą gościa nie wpuścić z powrotem do USA, nawet na miejscu mogą go zawrócić z lotniska. Bo wizę umożliwiającą stały pobyt i pracę niełatwo dostać, a skazanych to raczej nie wpuszczają.
            No i ktoś głupim wybrykiem spaprał sobie życie.

            Jeśli jest techniczna możliwość użycia jakiejś broni obezwładniającej (na przykład tasera, albo jakiegoś pirotechnicznego miotacza gazu) wobec takiego idioty, to w pierwszej kolejności należałoby takiej użyć, a nie od razu palnej.
            To nie są bandziory, oni mają znajomych, rodziny, nikt ich nie nauczył kontrolowania emocji (a powinny być w szkołach zajęcia na przykład z medytacji, albo chociaż z kultury osobistej), a jak się upije to traci kontrolę i później może nawet nie pamiętać co zaszło, budzi się w celi i nie wie o co chodzi.

            Do tego dochodzi kwestia dowodowa, że faktycznie to była obrona przed atakiem. Łatwiej się wybronić po użyciu broni obezwładniającej, niż palnej.

            Palną można wystraszyć i tym samym zniechęcić napastnika, ale taki chwilowo niepoczytalny napastnik może zaatakować lub próbować odebrać broń, a wtedy nie ma wyjścia i trzeba by jej użyć, co może się różnie skończyć dla napastnika (podczas stresu wynikającego z zagrożenia nie ma czasu celować w nogi lub inne mniej ważne części ciała).

            Co innego gdy napastnik dysponuje bronią palną, wtedy obezwładniająca najprawdopodobniej nie wystarczy. Ale to w Polsce niezwykle rzadkie przypadki.

          • Rafał M. napisał(a):

            Może inaczej.
            REALNE zagrożenie fizyczne na ulicach to 3..4 pijanych idiotów, którzy mają ochotę pobić kogoś przypadkowego.
            Tacy grasują głównie w pobliżu własnych legowisk i niektórych lokali, gdzie indziej spotkanie ich jest mało prawdopodobne.

            Natomiast gwałciciel uliczny to bardzo rzadki przypadek. Z reguły nie jest osiłkiem, bo osiłek po prostu poszedłby do prostytutki za 150 złotych, zamiast ryzykować.
            Uliczny gwałciciel to raczej człowiek z głębokim upośledzeniem umysłowym, najczęściej z patologicznej rodziny. I na upośledzonego wyglądający.
            Z tych ludzi, co chodzą nago w samych płaszczach i okazują swoje przyrodzenie w parkach lub pod damskimi akademikami, albo się publicznie onanizują. Może takiemu strzelić do głowy zaczaić się w krzakach w jakimś ciemnym miejscu.
            Spotkanie z takim jest śmiertelnie niebezpieczne dla kobiety.

  4. linkolm napisał(a):

    Jeżeli ktoś myśli na poważnie o posiadaniu broni to to szkolenie wydaję się dosyć ciekawe i rozbudowane tym bardziej,że to 750 zł nie jest jakąś kosmiczną ceną.A co do tego czy w Polsce posiadanie broni jest zasadne to już każdy musi sam sobie indywidualnie odpowiedzieć .

  5. Coyote napisał(a):

    Metody szkoleniowe Fairbairn-Sykes nadal żywe ! I prawidłowo bo zostały wypracowane na podstawie częstokroć tragicznych doświadczeń policjantów służących w naprawdę paskudnych miejscach .
    Zupełne przeciwieństwo latającego cyrku magpula .
    Ogólnie trzeba rozgraniczyć strzelectwo obronne od sportowego nawet w odmianie tzw praktycznej które zwłaszcza w broni krótkiej baardzo odeszło od realiów .

    Teraz moje trzy grosze . Do obrony domu wole krótką strzelbę kal 12 . Zresztą Fairbairn w „Shooting to live” też o tym pisał . Siła obalająca , pewien rozsiew śrutu ułatwiający porażenie napastnika , dłuższa linia celownicza itd .
    Do tego ewentualne rykoszety mniej groźne dla domowników , zabłąkane śruciny są groźne na o wiele mniejszym dystansie a większy efekt psychologiczny łatwiej pozwoli uniknąć konieczności pociągnięcia za spust .
    Skrócona dubeltówka jest równie poręczna i manewrowna w ciasnych pomieszczeniach co pistolet . Krótka pompka z lufą 25-30 cm to już raczej wymiary subkarabinka ale nadal daje radę .
    Bardzo ważny do takiej broni jest dobór amunicji , zwięźle ; żadnych myśliwskich naboi na gęsi . Ani innych z ponad 30 gramami śrutu czy „plusów” .
    Osobiście lubię krajowe SSG , bez żadnego dyskomfortu mogę oddawać dłuższe serie strzałów .
    I to nie z biodra ale normalnie celując czy nawet z jednej ręki .
    Do tańszego treningu trapy 24 i 28 .
    Można też stopniować argumenty i w prawą lufę czy w komorę pompki załadować gumową kule do tłumienia zamieszek .
    Albo kobietę co jest anty ułagodzić że to tylko na gumowe kule . Osobiście na szczęście nie musiałem 😀
    Z innej ciekawej amunicji są dostępne race sygnałowe kaliber 12 których można użyć np: w celu wezwania pomocy .

    Kolejna sprawa , pozwolenie kolekcjonerskie a noszenie/przenoszenie . Zostaje jedynie opcja rewolweru i amunicja w szybkoładowaczach czy wiankach . Naładowanych magazynków poza strzelnicą nie mamy prawa nosić .
    Na czas „w” wiadomo ale jakby teraz ktoś uznał że w danym momencie dla bezpieczeństwa lepiej mieć broń przy sobie sprawa bardzo ważna .

  6. lol52 napisał(a):

    Polowanie z pistoletem na sarny? powodzenia.
    Proponuje naukę poszerzyć na dalsze odległości bo jak napastnik będzie już tak blisko to bez problemu dosięgnie Cię szpadlem i będzie za późno.
    A z rewolweru czarno-prochowego na you tube to trafiaja z 50 metrów.
    WSOWŁ end 1989.
    No i dużo książek na półkach wwidziałem sporo tego będzie do zabrania do 1 celu ewakuacji, spoko pozyczę przyczepkę.

    • Coyote napisał(a):

      O , jest pierwszy . Trochę statystyk http://kryzysowo.pl/zagrozenia-dla-funkcjonariuszy-publicznych-amerykanskie-doswiadczenia-cz-2/ i część pierwsza
      „Blisko połowa zastrzelonych funkcjonariuszy ( 243 ) zginęła od strzałów oddawanych z odległości do ok. 1,5 m, od strzałów oddawanych z odległości od 1,5 -. 3 m śmierć poniosło 90 funkcjonariuszy. W następstwie strzałów oddawanych z odległości od ok 3 – 6 m poległo 69 funkcjonariuszy. Strzały oddane z odległości od ok. 6 – 15 m to przyczyna śmierci 37 stróżów prawa. Strzały oddane z odległości powyżej 15 m śmiertelnie zraniły 29 funkcjonariuszy.
      Warunki .
      W godzinach wieczornych (20 – 6 rano) śmierć poniosło 261 funkcjonariuszy (ok. połowa), przy czym zdecydowana większość (200) zginęła w godz. 20 – 2 w nocy

      Odległość cuchnącego oddechu , kiepskie oświetlenie i raczej nie wypracowana „postawa strzelecka” , czyli całkiem co innego niż ćwiczenie przygotowawcze do strzelania nr B1 z pistoletu wojskowego . Do straszenia szwejów i honorowego palnięcia sobie w łeb starczy . Zresztą główną bronią oficera są jego ludzie .

      Co innego ulica . Napastnik nie będzie miał na sobie munduru wrogiej armii ani nie musi jawnie pokazywać swojej broni , pewnie podejdzie pod jakimś wiarygodnym pretekstem z uśmiechem od ucha do ucha .
      Dlatego te statystyki wyglądają jak wyglądają , nie neguje umiejętności celnego strzelania na większe odległości ale w zastosowaniach „ulicznych” pistoletu podstawą jest jednak to co w filmiku .

      Myśl o polowaniu z broni krótkiej rzeczywiście bzdurna , nie ta celność nie to rażenie i penetracja . Postrzelona sarna ucieknie , zdechnie i zgnije w jakiejś dziurze a niedoszły amator dziczyzny dalej będzie chodził głodny .
      Wiem że amerykanie , ale tu wchodzi w grę min .357 magnum i długa lufa a nie Glock 26 czy P 64 .

      • Robert napisał(a):

        Sarna wbrew pozorom nie jest taka trudna do ustrzelenia jakby to się mogło wydawać. To jaki kaliber ludzie wybierają do polowań wynika z wielu czynników, w tym prawnych i praktycznych – jak ktoś może wziąć rewolwer .357 lub .44 magnum z długą lufą lub karabin na polowanie to czemu nie. Z mocniejszego kalibru i dłuższej lufy łatwiej jest takie zwierze upolować. Nie oznacza to, że w kryzysowej sytuacji na odległości mniejwięcej do 50 metrów nie dałoby się takiej sarny ustrzelić. Zależy to też od amunicji, ale są przypadki skutecznej obrony przed niedźwiedziem z kalibru 9mm (https://www.americanhunter.org/articles/2016/8/10/alaska-outfitter-defends-fishermen-from-raging-grizzly-with-9mm-pistol/), a niedźwiedzie jak powszechnie wiadomo są o wiele trudniejsze do zabicia niż sarny czy nawet dziki. Oczywiście w czasach pokoju i dobrobytu ludzie wolą wybrać cięższą, mniej poręczną ale celniejszą i mocniejszą broń – z tym że jak idą na polowanie to w celu pozyskania zwierzyny, a nie akurat wyszli żeby znaleźć wodę lub cokolwiek do jedzenia i przypadkiem zauważą sarnę – tak jakby to się mogło wydarzyć w trudnych czasach.

        • Piotr napisał(a):

          Wyciąganie ogólnych wniosków na podstawie skrajnych przypadków jest zaprzeczeniem zdrowego rozsądku. To że ktoś gdzieś fartem się obronił przed niedźwiedziem jakimś małym S&W 9mm nie oznacza, że z taką bronią można chodzić polować na niedźwiedzie, bo w normalnej sytuacji (jeśli nie trafisz w jakiś wrażliwy punkt) na taką broń niedźwiedź jest „kuloodporny”.
          Podobnie jest z polowaniem na sarny, to „lekka” zwierzyna (i fartem to się pewnie nawet dałoby upolować celnie rzucając kamieniem :D), ale normalnie na sarny poluje się kalibrami minimum .223 Remington czy 7x64mm a i tak przy gorszym trafieniu zwierzyna potrafi ujść. Dodatkowo jak ktoś nie ma doświadczenia w polowaniu, to raczej nie podejdzie sarny na 50m.

          • Robert napisał(a):

            Przykład z niedźwiedziem podałem po to, żeby pokazać, że 9mm ma znacznie większy potencjał, niż się ludziom wydaje. Nigdzie nie napisałem, że to jest broń optymalna do obrony przed niedżwiedziem. W filmie jest mowa o strzelaniu do sarny, która jest dużo łatwiejsza do zabicia niż niedźwiedź.

          • Piotr napisał(a):

            Podawanie skrajnych przypadków, gdzie coś się udaje zrobić fartem, to nie jest prezentowanie potencjału, tylko przecenianie możliwości. Potencjał to jest coś, co można wykorzystać w statystycznie powtarzalny i przewidywalny sposób. Fartowny strzał to nie potencjał. Jak mi pokażesz, że z prezentowanego w filmie pistoletu położysz choćby co trzecią sarnę z odległości 50m (że o niedźwiedziach nie wspomnę), to możemy rozmawiać o potencjale broni, bo ustrzelenie jednej na sto, to żaden potencjał (nie oddaje faktycznych możliwości broni).

      • Robert napisał(a):

        Odnośnie polowania z użyciem pistoletu. Prawo w wielu miejscach na świecie – w tym w Polsce – tego zabrania, natomiast niektórzy amerykanie polują z pistoletami – często w kalibrze .40S&W, 9mm lub 10mm Auto.
        Może nie z Glocka 26, ale z pełnowymiarowych pistoletów jak najbardziej.
        Jeśli ktoś nie dowierza to może sobie wpisać w youtube „pistol hunting”.
        Masz tu kilka przykładów:
        https://www.youtube.com/watch?v=0h1XlsskYmY
        https://www.youtube.com/watch?v=zaB8IHFAXbU

        Przy odpowiedniej amunicji 9mm i niedźwiedzia załatwi na miejscu: https://www.americanhunter.org/articles/2016/8/10/alaska-outfitter-defends-fishermen-from-raging-grizzly-with-9mm-pistol/ – co prawda tutaj nie traktowałbym tego jako pewne czy nawet optymalne narzędzie obrony, ale pokazuje to że wcale karabin czy wielki rewolwer nie jest konieczny.

        • Piotr napisał(a):

          Weź poprawkę, że takie polowania jak na przedstawionych filmikach YT to nieliczne wyjątki a nie reguła (i zwykle to są polowania ze „wzmacnianej” amunicji).

        • Piotr napisał(a):

          Czasem dzik potrafi przeżyć trafienie amunicją .300 WM (5kJ), tzn. padnie, ale zdąży ujść czasem nawet na kilkaset metrów, a co dopiero trafienie jakimiś „pestkami” 9mm (około 0,5kJ), większość dzików takiego trafienia „nie zauważy” chyba że idealnie trafisz na komorę pod dobrym kątem albo trafisz w głowę i zamroczysz (bo czaszka raczej ocaleje).

          • Robert napisał(a):

            Takich filmów i wypowiedzi na różnych forach jest dość sporo. Zazwyczaj jak ktoś poluje z pistoletem np. na dziki, to wybiera kaliber 10mm Auto i strzela z amunicji mocniejszej niż standardowe .357 Magnum.
            Z tym że sarna jest o wiele łatwiejsza do zabicia niż dzik, a w filmie jest mowa o sarnie.
            Oczywiście polowanie z pistoletu wymaga o wiele większych umiejętności niż z karabinu. Wielu myśliwych nie jest zbyt dobrymi strzelcami, chociaż jest od tego masa wyjątków – np. ci, którzy wygrywają zawody myśliwskie.
            No ale pomijając to wszystko – czy my jesteśmy na blogu o łowiectwie i optymalnych narzędziach do polowania?
            Wydawało mi się, że to jest blog o przygotowaniach na trudne czasy.
            Jak ktoś chce się dobrze przygotować, to lepiej żeby zainwestował w umiejętności i uniwersalne narzędzie jakim jest pistolet niż w wielki karabin myśliwski, z którym i tak w trudnych czasach prawdopodobnie nie będzie chodził bo 1. ktoś by mu go zabrał, 2. jest wielki i ciężki, więc nie wziął by go ze sobą do celu ewakuacji, 3. nadaje się tak naprawdę wyłącznie do polowania.

          • Coyote napisał(a):

            @Robert tzw komora sarny nie jest duża . Najlepiej w sklepie myśliwskim zaopatrz się w tarcze sylwetkowe sarny z zaznaczonymi witalnymi punktami . Jaka jest celność typowej broni krótkiej dobrze wiem . Większość strzelców jest w stanie oddać serie celnych strzałów w cel tej tej wielkości z max 15 metrów . Serie czyli NIEZAWODNIE trafić a nie fartem .
            Czyli mówimy tu o podkradnięciu się do zwierzęcia na ten dystans . A to , w przeciwieństwie do oswojonej maciory której egzekucje widać na jednym z filmików zranione i wystraszone hukiem wystrzału natychmiast zerwie się do biegu . Nie dając okazji do wpakowania w siebie połowy magazynka i zalegnie w odległości zależnej od obrażeń .
            Zgodnie z znanym myśliwym prawem murphiego w najgęstszych chaszczach , więc nie obędzie się bez przyuczonego do tropienia po farbie psa lub umiejętności godnych Indianina .
            Zresztą samo podkradnięcie się do sarny na kilkanaście metrów to nie w kij dmuchał , i nawet najlepszy ciut zaniepokoi zwierze przez co to stanie się jeszcze twardsze na strzał .
            9×19 parabellum nie jest niedoceniany tylko mocno przeceniany , i fartowne strzały w mózg mocnego zwierzęcia tego nie zmieniają . Wyjaśnił to już raport Thomsona-LaGarde 113 lat temu . Rozpowszechnił się jako dobry kompromis między wielkością , zasięgiem skutecznym a rażeniem obalającym w … pistoletach maszynowych , zwłaszcza w wersji +P+ .
            Więc ogólnie , na upartego się sarnę czy dzika warchlaka z pistoletu 9mm upolować da . Tak samo jak domowej roboty dzidą . Trudność będzie zbliżona .

            Tylko po co robić sobie pod górkę jak można było zabrać poręczny karabinek ze składaną kolbą albo strzelbę ?

            Mając już pozwolenie na broń zaopatrzenie się w komisie w używaną dubeltówkę na chodzie to koszt często nawet nie 100 pln . Karabin po myśliwym kończącym z łowiectwem niewiele więcej czy nawet przysłowiowa flaszka .
            I zawsze kolejna sztuka broni na wszelki wypadek .

          • Robert napisał(a):

            @Coyote
            Raport odnośnie skuteczności amunicj sprzed 113 lat nie jest w obecnych czasach dobrym źródłem wiedzy, ponieważ amunicja używana wtedy nijak się ma do współczesnej.
            Jeśli chodzi o wielkość komory i celność większości strzelców – na materiale filmowym nie jest nigdzie powiedziane, że większość strzelców upoluje sarnę z pistoletu. Większość strzelców strzela tylko do nieruchomej papierowej tarczy, zawsze na tym samym dystansie i nie jest w stanie skutecznie prowadzić ognia do ruchomego celu, więc o czym tu rozmawiamy.
            Chodzi o to, że przy odpowiednim (zdecydowanie lepszym niż większość strzelców) poziomie umiejętności, w warunkach kryzysowych czy jak kto woli trudnych czasach, można takiej broni użyć do pozyskania pożywienia.
            Nie będzie to optymalne, ale w trudnych czasach raczej nie będziesz zawsze i wszędzie nosił ze sobą strzelby czy nawet karabinka ze składaną kolbą, a pistolet jak najbardziej.
            Zgadzam się z Tobą, że pistolet nie jest optymalnym narzędziem myśliwskim, ale stwierdzenie że upolowanie z niego sarny w kryzysowej sytuacji to „bzdura” też jest pewną przesadą.
            Z Twoich komentarzy widzę, że masz dużą wiedzę w temacie, poprostu to jedno Twoje stwierdzenie jest moim zdaniem mocno krzywdzące i dlatego Ci na nie odpowiedziałem.
            Pozdrawiam serdecznie.

          • Coyote napisał(a):

            @Robert https://www.buffalobore.com/index.php?l=product_detail&p=388 od takiej amunicji padł ten grizzly . Archaiczny odlewany pocisk i ciut podsypany ładunek prochu , żadna super duper amunicja 9 mm Para która nie byłaby do zdobycia w 1904 roku .
            Producenci regularnie twierdzą że odkryli koło na nowo a tak na prawdę żonglują patentami z przełomu XIX i XX wieku , bo po prostu są skuteczne . Reszta to marketing .
            Zwłaszcza że wynalazki typu glaser potrafią w ulicznej praktyce paskudnie zawieść mimo mocnych efektów w żelatynie balistycznej .

            Nie jestem Bob Munden , strzelam nieźle ale nawet na tą sarnę nie wziąłbym makara a minimum luparę nabitą loftkami albo jeszcze lepiej kbk AKMS z pociskami półpłaszczowymi .
            Oszczędność mojego wysiłku , naboi i przede wszystkim cierpienia zwierzyny .
            O którą w czasie „w” wcale nie będzie łatwo bo od wygłodzonych amatorów dziczyzny będzie się roić .
            Jak zranimy zamiast zabić drugiego podejścia może długo nie być .
            Gdybym miał rewolwer .357/44 magnum z lufą min 4 cale to można by myśleć . Glocki mają podły spust , dobry na ulice ale jak dla mnie upierdliwy przy precyzyjniejszym strzelaniu . 20tka do tego zapewne szarpie jak rewolwer magnum więc ponowne złapanie celu nie jest szybsze .

            Też mnie dziwi ze zeszło z pointshooting na polowanie

    • Piotr napisał(a):

      Nawet z bliższej odległości penetracja pistoletu nie jest taka jak na amerykańskich filmach 😀
      Tu wykład na ten temat https://www.youtube.com/watch?v=tku8YI68-JA (ze względu na drastyczne zdjęcia film ma zabezpieczenie „antydziecięce”, trzeba się zalogować do YouTube aby obejrzeć).

  7. bura2 napisał(a):

    Ja widzę sprawę tak:
    – optymalną bronią na PA jest pistolet centralnego zapłonu. Nie będę mówił jaki ani na jaki nabój. W skrócie powiedziałbym „służbowy”. Czyli jakiś GLock, CZ, Makarow, P-83, 1911 co komu lepiej pasuje.
    – dlaczego to a nie strzelba czy AK? Bo możemy go mieć przy sobie wszędzie a większość zastosowań to będzie samoobrona na dystansach max kilku metrów.
    – polowanie: jak ktoś umie polować to wie czego potrzeba. Polowanie to nie tylko trafienie w zwierzę. Raczej wątpię żeby zwierzyna nagle w PA zaczęła podchodzić do ludzi. Raczej Ci którzy już dzisiaj polują przetrzebią ją tak że ciężko będzie uświadczyć jelonka w lesie.
    – jak już mamy pistolet to idziemy na strzelnicę i uczymy się strzelać. zarówno klasycznie do tarczy jak i dynamicznie.
    – do dynamicznego ze względu na dostęp do strzelnic, koszty, pozwolenia, bezpieczeństwo – warto kupić replikę ASG naszej broni lub czegoś w miarę podobnego.
    – broń nas nie obroni. Zaczynamy nie od kupna pistoletu. Zaczynamy od zamykania drzwi na noc, unikania niebezpiecznych sytuacji. Poprawę czujności. Nastawienie asertywne itp. pistolet to tylko domyka i w zasadzie nie musimy go wtedy nawet wyciągać.
    – strzelanie na 0,5 m to bardziej walka wręcz niż strzelanie.

    Kurs z tego co pisze autor przydatny. Myślałem że kolejny kurs „commando pistol expert operator od zera do komandosa w weekend i 100 naboi”

    • linkolm napisał(a):

      Na dzień dzisiejszy saren jest dość dużo,często zdarza,że podejdę bardzo blisko stada.A jeszcze częściej przypadkowo natknę się na jakąś sztukę,która odpoczywa w trawie albo po prostu wpadniemy na siebie wychodząc z za zakrętu jakiejś polnej drogi jeżeli trawa na poboczach jest wysoka.Jednakże dzisiaj nie kojarzy człowieka jako największe zagrożenie,natomiast gdyby zaczęto na nie masowo polować to raz dwa nauczyły by się unikać ludzi,a wtedy lepiej było by zasadzić się w miejscu w którym często żerują,podchodzić samotne sztuki,bo stado zawsze szybciej wykryje intruza niż jedna sztuka.Jelenie i dziki prowadzą bardziej skryty tryb życia zwłaszcza tam gdzie nie ma ich zbyt dużo.

    • Coyote napisał(a):

      „Większość zastosowań” prosty scenariusz , obroniłeś się przed jakimś śmieciem czy dwoma ciężko ich raniąc . Następnego wieczora masz pod domem ich kumpli naćpanych po uszy „żwirem” z piękną kolekcją noży , pałek a nawet kilkoma sztukami broni palnej od samodziałów po AK . Właśnie rozlewają benzynę do butelek .

      Żadna abstrakcja , obrazek znany z Nowego Orleanu , krajów Afrykańskich , Bałkanów czy nawet Wołynia ( tylko tam był podły samogon zamiast pochodnych PCP )
      Nie mam tu na myśli zorganizowanej , wyszkolonej grupy dezerterów z których co drugi biega z km PKM albo Rgppanc 7 . Tylko bandę miejscowego marginesu która zasmakowała rabunków z bronią w ręku i krwi .
      Policja może jeszcze nawet działać , policjanci też mają rodziny więc pozbawieni wsparcia będą unikać wchodzenia wściekłej żulerii w drogę . Przyjadą rano policzyć trupy i spisać protokół z pożaru . Całe lata po II wś tak było …

      Nawet kilka pistoletów niewiele da . Ale mając po karabinie samopowtarzalnym czy strzelbie na każde zdolne do użycia broni ? Determinacja , trochę wyszkolenia , znajomość terenu , plan i można bandziorom zdecydowanie zepsuć dzień .
      Może nawet wyjść z tego cało .

      • bura2 napisał(a):

        No i właśnie tutaj się odezwę. Jeśli nie mieszkamy na wsi to mieszkamy na 90% w bloku/domku jednorodzinnym. odległości strzału i tak nie będą przekraczać 25 m. Czy MUSISZ mieć samopowtarzalny kbk centralnego zapłonu/strzelbę?

        Wg mnie „miastowy” nie musi. Tak samo obronimy swoje „M” Glockiem jak pompka czy „kałachem”.

        OCZYWIŚCIE – są lepsze narzędzia niż pistolet. fajnie byłoby mieć kilka sztuk broni, każdą na inną okazję. Ale nawet pomijając pozwolenia – to są koszty. Jeśli kogoś stać na jedną broń – niech kupi pistolet. Obroni się na ulicy i w domu. Karabinkiem/strzelbą obroni się lepiej w domu ale tylko w domu.

  8. Pozyskiwacz. napisał(a):

    Wiele razy pisałem o tym (na Domowym Survivalu też) – w razie kłopotów na tyle silnych że ludziom zacznie brakować jedzenia, dzikiej zwierzyny bardzo szybko braknie. Wybiją ją obecni myśliwi i kłusownicy. Oni znają łowiska, umieją polować i mają czym. Oczywiście że nie wszyscy, jak ktoś poluje tylko wtedy gdy podwiozą go samochodem pod ambonę z zanęconą zwierzyną, a całą imprezę traktuje jako okazje do pochwalenia się przed kolegami i alkoholową imprezę to raczej nie będzie skutecznym łowcą. Ale takich myśliwych jest coraz mniej (takie mam wrażenie ostatnio, coś się zmienia w środowisku i to raczej na plus).
    Natomiast normalni myśliwi, kłusownicy,leśnicy i inni ludzie zżyci z lasem kiedy zobaczą że ich rodziny głodują to na pewno przestaną się przejmować okresami ochronnymi , czy prawem łowieckim.Skutek będzie taki że bardzo szybko zwierzyna zniknie. Zostanie wybita lub ucieknie.
    Wcale nie trzeba do tego jakiegoś strasznego kataklizmu. Wystarczy porządny kryzys gospodarczy. Najlepszym przykładem jest obecna Ukraina. W Karpatach , mimo słabego zaludnienia, terenów podobnych do naszych , zwierząt po prostu nie ma. Ciężko spotkać nawet tropy na ponowie, nie mówiąc o zobaczeniu jelenia czy sarny. U nas niby gęstsze zaludnienie, a sarny widzę codziennie z okna domu.
    Jedyny scenariusz jaki mi przychodzi do głowy w którym polowanie może mieć sens to gwałtowna depopulacja spowodowana np. pandemią jakiejś śmiertelnej choroby.
    Co do polowania z pistoletem (na cokolwiek, nie mówiąc o polowaniu na duże,niebezpieczne zwierzęta np. dziki), to szkoda czasu na dyskusje. Jak ktoś myśli że będzie to możliwe, to proponuje prosty test. Kupcie jakąś replikę ASG broni krótkiej (przy okazji przyda się do treningów) i spróbujcie podejść i trafić z niej np. sarnę , zająca czy bażanta. Zwierzęciu nic poważnego się nie stanie, nawet jak by się to udało, a przekonacie się że to nie takie łatwe jak na filmikach na you tubie.

    • Piotr napisał(a):

      Typowej zwierzyny łownej w rodzaju dzików, saren, zajęcy itp. oczywiście szybko zabraknie, ale to nie znaczy, że tak samo szybko zabraknie w ogóle zwierząt jadalnych w lesie czy na polach. Podobnie jest zresztą z roślinnością – to co jest jadalne w sposób oczywisty (jabłka, śliwki, jagody, grzyby itp.) szybko zostanie zjedzone ale to nie znaczy, że zniknie jadalna roślinność jako taka. To jest wszystko kwestia wiedzy i podejścia, typowy „domowy survivalowiec” (czyli osoba nastawiona na przetrwanie tylko w oparciu o zapasy) umrze z głodu w lesie nie mając świadomości, że jest dookoła otoczona ogromną ilością żarcia 😀

      • Pozyskiwacz. napisał(a):

        Ależ tak, drobnych gryzoni czy ptaków tak szybko nie da się wybić. Nie mówiąc już o mało znanych roślinach jadalnych. Mimo wszystko nie opierał bym strategii przetrwania na łowiectwie i zbieractwie. Jak by na to nie spojrzeć będzie to mało efektywny sposób. Podobna ilość energii i czasu zaangażowana w uprawę czy hodowlę da znacznie lepsze efekty.
        Co oczywiście nie znaczy że nie warto poznawać sposobów tropienia zwierzyny czy uczyć się rozpoznawać rośliny jadalne i lecznicze. Jak najbardziej warto. Z tym że jako rozwiązanie mocno awaryjne ew. uzupełniające jadłospis, a nie podstawa wyżywienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner