🚲Rower: najlepszy pojazd na trudne czasy? (1)

W dzisiejszym materiale chciałbym opowiedzieć o tym, jak w ramach tegorocznego urlopu postanowiłem sprawdzić na własnej skórze teorię, że rower to najlepszy pojazd na trudne czasy. Że gdy zabraknie prądu, benzyny, albo będzie się trzeba ewakuować przez zakorkowane drogi wylotowe z miasta, to właśnie rower będzie najbardziej użyteczny.

W czasie urlopu pojechałem z kolegą do Holandii, by tam przejechać liczącą ok. 400 km trasę Zuiderzeeroute dookoła dawnej zatoki Zuiderzee. Na miejsce dotarliśmy samochodem i po zanocowaniu ruszyliśmy na rowery. Zakładaliśmy spanie na polach namiotowych (wziąłem plandekę, karimatę i śpiwór — pełna lista zabranych przeze mnie rzeczy tutaj). Część jedzenia wzięliśmy z domu, ale planowaliśmy także próbować lokalne specjały. Pożyczyłem rower, sakwy i parę drobiazgów i wyruszyliśmy.

Większość rzeczy miałem pochowanych w sakwach, na wierzchu jechały karimata, plandeka oraz śpiwór, czasem także woda i część ubrań.

Pierwszego dnia po spakowaniu się wyruszyliśmy około 10 rano. Przyjęliśmy z Jackiem, że poruszać się będziemy wolnym tempem, jadąc po kilka godzin dziennie, żeby się nie przeforsować od razu. Przyjęliśmy tempo polskich emerytów, rzędu ok. 15 km/h. Holenderscy emeryci często nas wyprzedzali, choć trzeba przyznać, że jeździli nierzadko na rowerach z elektrycznym wspomaganiem.

Po drodze zjedliśmy na obiad jedno z liofilizowanych dań, które zabrałem do jedzenia. Wziąłem ze sobą kuchenkę gazową i kartusz, oraz garnek PowerPot 5, o którym kiedyś była mowa na blogu i kanale. To jedno z dwóch źródeł prądu, które ze sobą zabrałem do ładowania telefonu i kamery.

W zasadzie cały czas jedziemy pod wiatr. Mogliśmy ruszyć w trasę w drugim kierunku, ale celowo, z uwzględnieniem prognozy pogody, ruszamy pod wiatr.

Trasa opracowana jest bardzo dobrze. Jacek miał ze sobą GPS z wgraną całą trasą wraz z dojazdem do niej z miejsca, w którym spaliśmy. Ale i bez tego dalibyśmy radę, bo trasa Zuiderzeeroute jest bardzo dobrze oznakowana. Trzeba było tylko na nią dotrzeć. Do GPS mieliśmy kilka kompletów akumulatorków oraz sieciową ładowarkę. Ostatecznie akumulatorki ładowaliśmy tylko raz. Do poszukiwania miejsc na nocleg posługiwaliśmy się Google Maps w komórkach, dzięki dobrodziejstwu darmowego roamingu.

Pierwszego dnia pokonaliśmy ok. 85 kilometrów. Z pomocą fajnego narzędzia i Google Earth zrobiłem umieszczoną na filmie mapkę, pokazującą, jak daleko można byłoby uciec z centrum Warszawy na taką odległość.

Jakoś po godzinie 19 dotarliśmy na kemping, po drodze trafiając na inny, na którym nie dało się rozbić namiotu. Nie wiem czemu, nie pytajcie. Szukając zaś alternatyw niemal trafiliśmy na kemping dla naturystów. Ostatecznie wylądowaliśmy tutaj, obok łódek, nad wodą.

Na kolację — zupka z torebki. Trzeba było tylko podgrzać. To akurat nie był dobry pomysł, bo taką potrawę w tym garnku trzeba intensywnie mieszać. Inaczej się przypala. Przy gotowaniu wody do liofilizatu nie ma takiego problemu.

Do spania, jak widać, miałem ze sobą plandekę, karimatę oraz śpiwór. Pierwsza noc, jak się później okazało, była najchłodniejsza. To czerwone to plandeka-koc termiczny Relags (link w opisie), naszykowana jako dodatkowe ocieplenie. Ostatecznie nie użyta. W śpiworze nie marzłem, choć to śpiwór z Lidla. Deklarowane parametry nie są złe, a kupiłem go dlatego, że można było tanio kupić dwa, symetryczne, a potem ze sobą złączyć w jeden dwuosobowy.

Drugiego dnia, po śniadaniu z herbatników z masłem orzechowym i spakowaniu dobytku, ruszamy dalej, parę minut po 10. Ten dzień zaczynamy od mojego zachwytu nad tym widocznym na filmie mostem zwodzonym. Na szczęście mieliśmy na tyle dużo czasu, że mogliśmy się zatrzymywać i przyglądać różnym rzeczom. Na poważne zwiedzanie jednak by go nie wystarczyło.

Po drodze trafiamy na taki prześmieszny, ręczny prom, w którym trzeba było się nakręcić korbą, by przedostać się na drugą stronę kanału. W ogóle przeróżnych budowli hydrotechnicznych, którymi się zawsze zachwycałem, było całe mnóstwo. Elektrownie wodne, śluzy, promy, zwodzone mosty i tak dalej.

Też myślałem, że w Holandii lasów nie ma, że tylko poldery i pola, ale na szczęście się myliłem. Parę odwiedziliśmy. Po drodze, obok jakiegoś rowerowego przejazdu pod główną drogą, robimy jedzenie. Dziś liofilizat Jacka, LyoFood. Lepszy od mojego z poprzedniego dnia.

Drogi dla rowerów w Holandii bardzo wygodne. Często prowadzone bezkolizyjnie z jezdniami. Na całej trasie trafiliśmy na jeden krawężnik, zresztą w miejscu, w którym prowadzono remont, w Amsterdamie, drugiego dnia. Są do tego stopnia równe, że Jacek w ogóle nie mocuje części swoich rzeczy do roweru — po prostu kładzie torbę na bagażnik, a torba nie spada. No, z jednym wyjątkiem, na jakiejś wyjątkowo dużej dziurze. Też w Amsterdamie.

W samym mieście jemy obiad, robimy parę fotek i jedziemy dalej, szukać noclegu. Na pole namiotowe dojeżdżamy jakoś po 20. Dziś też zrobiliśmy 85 km. Razem 170. To już pozwala odjechać od Warszawy prawie do granicy!

Trzeciego dnia znów ruszamy jakoś po 10. Prognoza pogody straszy nas opadami. Przez chwilę rozważamy pozostanie na jeden dodatkowy dzień w Amsterdamie, co by jednak dało dodatkowe ryzyko, że nie zdążymy objechać całości. Więc jedziemy dalej.

Po drodze wstępujemy na szybkie, kaloryczne drugie śniadanie. Momentami trafiamy do depresji, choć mój GPS w telefonie tego nie pokazuje.

Trochę goni nas mżawka. Ostatecznie przeistacza się w ulewę, która sukcesywnie moczy nas przez półtorej godziny. Kierowca jednego z samochodów pozdrawia nas klaksonem i ręką machającej pasażerki. Nie wiemy, czy z podziwu, czy z ubolewania nad naszą głupotą. Tym razem śpimy pod dachem, żeby choć częściowo się wysuszyć.

Robimy tylko 67 kilometrów. Razem to już prawie 240.

Czwarty dzień zaczynamy od śniadania, założenia suchych ubrań i mokrych butów. Oraz zapakowania wszystkiego, co luźne, w foliowe torby. Okazały się odrobinę za małe. Śpiwór trzeba pakować w dwie, by mieć pewność, że się nie zamoczy.

Buty w ciągu dnia wysychają. Deszcz trochę nas straszy i moczy nas dwukrotnie. Za drugim razem siadamy pod plandeką i to okazuje się dobry pomysł, bo po paru minutach ulewa mija.

Potem pogoda zaczyna nam sprzyjać.

Tu przydaje się decyzja o tym, by ruszyć pierwszego dnia na zachód, a nie na północ. W czasie jazdy po zaporze Afsluitdijk wiatr mamy z właściwej strony.

Ostatecznie jedziemy jeszcze kawałek, znajdujemy fantastyczny, mały kemping, suszymy sprzęt i idziemy spać. Na kolację suszone mięso z kurczaka.

W sumie tego dnia pokonaliśmy znowu ok. 67 km. Łącznie to już 305 km.

Pierwszy raz nie płacimy za podłączenie się do prądu. Ja podładowuję sprzęt z powerbanka, który później rano podłączam do gniazdka w łazience.

Tej nocy po raz pierwszy dają mi się we znaki komary. Nie wystarczy się wypsikać repelentem. Całą noc latają mi nad głową, nie dając spać.

Piąty dzień. Rano pada, więc musimy zaczekać z zebraniem sprzętu. Jedziemy do miasta na jedzenie, ja dzień zaczynam od wybornego hotdoga ze śledziem.

Jedziemy, już w sumie nic szczególnego nie widzimy. Wszystko to samo, co było wcześniej. Farmy, kanały, wiatraki. Na obiad jem ryż z owocami morza. Niczego nie można mu zarzucić.

Gdybym miał jeść tylko to, co wziąłem na wyjazd ze sobą, dawno o tej porze byłbym głodny. Po drodze przegryzamy resztki zrobionej przez Jacka mieszanki studenckiej.

Przedostatni dzień jazdy kończymy na kempingu. Znowu przed pójściem spać trzeba wysuszyć to, co zamokło w ciągu dnia, albo nie zdążyło wyschnąć rano. Pogoda taka sobie, ale pole namiotowe schludne i prawie puste.

Choć mamy podłączenie do prądu, to gotując wodę na herbatę wykorzystujemy wytworzony prąd. Drugim urządzeniem do ładowania, jakie zabrałem, był regulator ładowania do rowerowego dynama. Ostatecznie nawet nie wyjąłem z opakowania, bo nie było potrzeby, by go podłączyć.

Tego dnia mamy za sobą łącznie już 373 km.

Szóstego dnia rano znowu trzeba zwijać mokry namiot i plandekę (bo w nocy trochę pada), otrzepując je uprzednio przynajmniej z części wody. I dalej wsiadamy na rower.

Na trasie znowu nic ciekawego, za to ostatni prom.

Wreszcie, wieczorem dojeżdżamy do celu, czyli miejsca, w którym pozostawiliśmy samochód. Rozpakowujemy sprzęt a ja siadam do nagrywania. Potem jeszcze podskoczymy do sąsiedniego miasteczka na kolację, pokonując kolejnych kilkanaście kilometrów. Na liczniku jest ich łącznie ponad 450. To odległość z Warszawy na Hel, do Wałbrzycha albo w Bieszczady.

Podsumowanie eksperymentu i przemyślenia po jego zakończeniu — za tydzień, bo strasznie długi ten materiał wyszedł. 🙂

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

19 komentarzy

  1. linkolm napisał(a):

    Można powiedzieć,że na rower niezależnie od pory roku trzeba zabrać jakiś płaszcz przeciwdeszczowy.U nas w tym samym czasie raczej nie pokonasz takiej samej odległości,nie mamy jeszcze takiej infrastruktury rowerowej.

    • Coyote napisał(a):

      A po co infrastruktura ? Starczy przemykać bokami drogami polnymi , leśnymi , szlakami turystycznymi itd . To jest właśnie ogromna zaleta roweru , wjedzie praktycznie wszędzie a w najgorszym wypadku się go przepycha albo przenosi przez przeszkodę i jedzie dalej .
      Pokonana odległość wcale nie będzie wiele mniejsza , czyli nie 1/2 tylko 3/4 .
      Chyba że ktoś się na kolarzówkę nastawia , bo pisze to z perspektywy zdeklarowanego użytkownika MTB a od niedawna jeszcze potworka typu fatbike .

      W naszym klimacie bez płaszcza przeciwdeszczowego w w plecaku zawsze kiepsko

      • linkolm napisał(a):

        Na krótkim dystansie nawierzchnia może i nie robi różnicy,najwyżej zmęczymy się trochę bardziej,ale już przy pokonywaniu kilkuset kilometrów na pewno ma istotny wpływ na szybkość poruszania się.Co do zalet zgadzam się w 100%.

        • Coyote napisał(a):

          W razie „W” dobre drogi rowerowe mogą być zablokowane … samochodami ludzi starających się ominąć tak korki . A jak gdzieś jeszcze jakiś utknie bo za wąsko albo drewniany mostek zarwał się pod SUV,em .
          Paradoksalnie szybciej może być dobrze znanymi ścieżkami i skrótami .

          Czym lepsza droga tym więcej ludzi ją wybierze . Czyli łatwiej o wojskowy patrol , desperatów , bandytów czy pilota chcącego sprawdzić działka jak niemieccy lotnicy w 39″ .
          Przedzieranie się ostępami z kompasem i mapą (fajnie jak jeszcze gps) jest bezpieczniejsze ale straszliwie powolne .
          Jak we wszystkim , balans i kompromisy .

  2. Łukasz napisał(a):

    To ja proponuję drugi test. W Polsce. W styczniu 😉

    • Rafał M. napisał(a):

      W styczniu ludzie potrafią się kąpać w przeręblu. Tylko jak że wszystkim, trzeba umieć by sobie krzywdy nie zrobić.

    • L napisał(a):

      jeżdżę rowerem do pracy przez cały rok. Problem pogoda i sól zimą na drogach. Na deszcz i śnieg mam spodnie przeciw deszczowe z zamkami po bokach jak u chippendales dzięki temu nawet latem jak zacina to mam sucho i chłodno. płaszcze i poncza zawsze podwiewa i kończę z mokrymi spodniami i nawet kieszeniami. Na Wieliczkę wywożoną co roku przez drogowców nie mam rozwiązania i muszę regularnie gotować łańcuch. w jedną stronę mam 4km w sumie dzieni 8km.
      Warto też na zimę grubszy bieżnik zakładać.
      Rower ma też taką zaletę że łatwiej się go serwisuje/naprawia

  3. Rafał M. napisał(a):

    Rowerem lepiej niż na piechotę
    Tylko do roweru trzeba przywyknąć, pojeździć wcześniej minimum 2…3 miesiące. Jak ktoś przebywa mniej niż 100 metrów do samochodu i nagle wsiądzie na rower, może mieć problem z kondycją.
    Do roweru też można podpiąć przyczepkę, choć takie są trudno dostępne w handlu.

    Ale inna kwestia.
    Ostatnio dowiedziałem się że istnieje coś takiego jak kryształ ałunu (alumne crystal). Pełni funkcję mydła i antyperspirantu, bez ich wad.
    Antyperspiranty zabijają zarówno złe jak i dobre bakterie, później te złe się namnażają i człowiek gorzej śmierdzi niż bez kosmetyku, później musi iść do sklepu po kolejny. Były na ten temat badania i producenci są tego świadomi.
    Zresztą zjawisko zauważyłem u siebie, jak zacząłem używać kosmetyków to po iluś dniach zacząłem cuchnąć, gdy przestałem jest dużo lepiej.
    Tego kryształu jeszcze nie testowałem na sobie, tylko powtarzam plotki.

    Trzecia kwestia.
    Dowiedziałem się i sprawdziłem na sobie, że można nie jeść przez 24 godziny. A po nabraniu wprawy podobno 2…3 dni.
    Sekret tkwi w tym, że nie wolno niczego jeść w tym czasie, absolutnie żadnego podjadania, a można (i należy) pić tylko czystą wodę, zakazane są wszelkie napoje, inaczej można sobie krzywdę zrobić.
    Teoria jest taka, że podczas głodówki po kilku godzinach aktywują się pewne geny i krew zamiast dostarczać substancje odżywcze do komórek, odbiera nagromadzone w nich odpady. Podjadanie zakłóca ten proces, to jakby podrzucać śmierci do pokoju podczas jego zamiatania, robi się bajzel. Więc są jakby dwa tryby działania krwi i organizmu, normalny i oczyszczający. W przyrodzie w naturalny sposób są cykle sytości i głodu, więc organizmy są przyzwyczajone, włączyły to w swój metabolizm. A człowiek współczesny ma stały dostęp do żywności i nieświadomie go zakłócił.
    Takie głodówki 24-godzinne co tydzień lub miesiąc są stosowane w celach zdrowotnych. Wspominam w kontekście survivalu, bo faktycznie da się przetrwać bez jedzenia 1…3 dni, zupełnie normalnie się czując (mając już pewną wprawę), ale pod warunkiem braku jakiegokolwiek podjadania w międzyczasie i picia wyłącznie czystej wody, najlepiej nawet destylowanej.

    • Coyote napisał(a):

      Przystosowanie z czasów łowców zbieraczy , żeby głód nie utrudniał polowania . Podjadanie ogłupia organizm i wybija go z tego trybu .

      Kryształem ałunu potasowego się nie umyjesz , zabija tylko bakterie rozkładające pot i ciut obkurcza pory . Taki dezodorant starożytnych Egipcjan .
      Najlepsze mydło to szare mydło . Najlepiej myje , nie uczula , kostka starcza na długo

    • Piotr napisał(a):

      Tak, zdrowy człowiek może nie jeść kilka dni bez uszczerbku na zdrowiu (ile to zależy od wysiłku, od zapasów w postaci tkanki tłuszczowej, od warunków/klimatu itp.) i potwierdzam to co piszesz, jak nie jeść, to absolutnie nic. Oczywiście trzeba uzupełniać wodę (ale paradoksalnie jak układ pokarmowy się „zatrzyma” to zapotrzebowanie na wodę też spada, dlatego między innymi zaleca się aby nie jeść w ogóle gdy nie mamy możliwości uzupełniania wody).

      Największym problemem u większości ludzi jest uzależnienie od cukrów (batoników energetycznych, słodkich kaw itp.) którymi to zawsze uzupełniają braki energetyczne i dlatego „metabolizm ciał ketonowych” nie działa na początku jak należy, ale jak większość mechanizmów w naszych organizmach, także i ten można wytrenować.

      Co do ałunu, to kiedyś się tego używało na drobne rany (mój dziadek na przykład kiedyś używał tego na skaleczenia przy goleniu :D). Co do teorii selektywnego oddziaływania tylko na „złe” bakterie/grzyby, to bym był ostrożny. Ałun „nie patrzy” na to czy bakteria jest dobra czy zła, tworzy w połączeniu z wodą odczyn kwaśny i zabija wszystko, co na ten odczyn kwaśny nie jest odporne.

      • djans napisał(a):

        Akurat jestem od tygodnia na diecie paleo, w wariancie keto. Brat od jakiegoś miesiąca. Kiedyś trenowałem głodówki 2-3 dni, brat do tygodnia.

        Metabolizm zapasów tłuszczowych zawsze będzie zaburzany, jeśli będziesz dostarczał do organizmu jakiekolwiek cukry (w diecie keto zaleca się max do 50g węglowodanów na dobę).

        Każdy wrzut glukozy do krwiobiegu powoduje reakcję organizmu nakierowaną na zakumulowanie tej nadwyżki – wydzielana jest duża dawka insuliny i następuje wiązanie całej glukozy w tkankę tłuszczową. Wówczas ciało czuje nagły spadek cukru we krwi, co sygnalizuje jako głód – i koło się zamyka.

        Zaobserwowałem na sobie, że nawet przy spożywaniu do 1000 kcal na dobę nie odczuje się głodu, ssania w żołądku, ani nawet „smaka” na jakieś przekąski. Wystarczy po prostu nie dostarczać cukru.

        Pierwsze 2-3 dni całkowitej głodówki mogą dać objawy lekkiego osłabienia i „zamglenia” myśli – mózg jest głodny glukozy, ale potem się uruchamia spalanie.

        Dlatego najgorszym, co może być w sytuacji jakiejś ewakuacji, czy survivalowego bytowania, w warunkach braku możliwości dostarczenia organizmowi pełnej porcji energii, jest podjadanie jakichś czekoladek, cukierków i innego badziewia, zwanego przez nie mających pojęcia o odżywianiu „poprawiaczami morale”.

        • Piotr napisał(a):

          Pamiętam swoją pierwszą głodówkę (od razu rzuciłem się na głęboką wodę – 7 dni :D). Wtedy też należałem do klubu „kawki i batonika” (na podniesienie poziomu energii :D). Przez pierwsze 48h przekonałem się co to jest uzależnienie od cukru. Zachowywałem się jak narkoman na głodzie a umysł wyczyniał różne rzeczy aby „wymusić kolejną działkę” (bóle głowy itp. – wtedy już praktykowałem medytację i wiedziałem, że to tylko „sztuczki umysłu”, takie same tricki jak ustępujący ból zęba bezpośrednio przed wizytą u dentysty itp.). Trzeciego dnia rano było swego rodzaju przełamanie kryzysu – w 2-3 godziny od pobudki wszystko się unormowało i mimo braku spożywania pokarmów (piłem tylko wodę) poziom energii wzrastał i kolejne dni już były całkowicie normalne (pomijając to, że w ogóle nie czułem głodu ale… parę kilo zapasów tłuszczu miałem, nie należałem do „suchych patyków”, organizm miał z czego brać :D). Po tygodniu zacząłem normalnie jeść i to nie z powodu poczucia głodu ale „z rozsądku”.
          Od tamtej pory (to już parę lat :D) regularnie raz w miesiącu robię sobie weekendowe głodówki i nie mam w związku z tym już żadnych „sensacji” (ale też i naturalnie zmieniły mi się preferencje – przestałem lubić „dopalacze” w postaci cukrów prostych).

  4. bura2 napisał(a):

    Wody DESTYLOWANEJ??? no chyba nie do końca o to chodzi. woda destylowana to jest do akumulatora. w nawadnianiu organizmu chodzi o coś innego.

    A co do roweru. Rower daje duże możliwości, ale:
    -trzeba jeździć rowerem, to zupełnie inne mięśnie niż chodzenie i bieganie. Wiem to jako piechur
    -dużo gorzej jedzie się pod wiatr niż idzie

    Po co infrastruktura? ano po to, że po ładnej płaskiej asfaltowej dróżce będziemy poruszać się szybciej niż po polnych drogach. To jest fakt, a że rower pozwoli śmignąć wioskami omijając kłopoty to tylko dodatkowy plus.

  5. linkolm napisał(a):

    Do Krzysztofa-Zabieraliście ze sobą jakieś zestawy naprawcze np łatka do dętki i tym podobne,jeżeli tak to co to było.

  6. ansuz napisał(a):

    Od 2 lat wożę w samochodzie składany rower górski, całkowicie bez związku z surwiwalem i apokalipsą, chociaż oczywiście można go z powodzeniem do tego wykorzystać. Wielokrotnie przydał mi się ten rower na jakieś dojazdy w miejsca w centrach miast z ograniczonym ruchem. lub w terenie gdzie nawet moje kombi 4X4 nie dojedzie, albo nie chcę go uszkodzić, albo tylko ubrudzić. 😉

    Wprawdzie przez te 2 lata nie zdążyła mi sie jakaś surwiwalowa przygoda (brak paliwa, zombie, czy prywatna apokalipsa), ale potrafię sobie wyobrazić taką sytuację, gdy ten rower dowiezie mnie do najbliższej stacji benzynowej, pozwoli poszukać pobliskiego mechanika, lub znaleźć trzeźwego rolnika, który w weekend wyciągnie mnie głębokiego błota. 😉

    Teoretycznie taki rower pozwala kontynuować podróż, przerwaną poważną awarią, lub brakiem paliwa.

  7. hardkor napisał(a):

    Czołem miejskie partyzanty!
    Tak naprawdę to nie jest test roweru/zasięgu/przydatności ale opis trudniejszej wycieczki kogoś kto nie miał doświadczeń z dłuższymi trasami rowerowymi. Twierdzę tak, nie po to aby krytykować ale na podstawie własnych doświadczeń jako niedzielnego turysty, który jeździ maks. 40-50 km na dzień drogami leśnymi. I uważam to za slaby wynik.

    Prawdziwy test możliwości zastosowania roweru powinien odbyć się w Polsce (nawet nie koniecznie jesienią czy zimą) ale z CAŁĄ rodziną tj. także z dziećmi na małych /młodzieżowych rowerach. A trasa powinna przebiegać nie jak w Holandii po super wypucowanych, płaskich i gładkich ścieżkach (znam, jeździłem) tylko np. z Wawy w kierunku Kielc drogami trochę bocznymi, trochę polnymi i trochę z niewielkimi podjazdami. 3 dni dałoby odpowiedź na jaką realną odległość można wyjechać z miasta.
    Natomiast zakładając utrudnienia i zatory na drodze trzeba przyjąć 50% tej wartości.

    Czytałem kiedyś wspomnienia z ’39 – młody człowiek, uciekał sam, z Warszawy rowerem z plecakiem i walizką. Na 2-3 dzień dotarł w okolice Kotunia (ok. 80 km). Fakt, nie miał węglowej ramy, przerzutek i amortyzatorów i GPS 🙂

    Generalnie uważam rower za najlepszy środek ewakuacji, komunikacji i transportu (słynne rowerowe konwoje Vietcongu z uzbrojeniem i ryżem) w trudnych czasach.
    Jest stosunkowo niezawodny, łatwy w naprawie (to już coraz rzadziej jest prawda ze względu na potrzebne specjalistyczne narzędzia) i niezbyt atrakcyjny do rekwizycji (powszechność) jak np. motocykl, nie mówiąc o samochodzie.

  8. Pozyskiwacz. napisał(a):

    Rower jest fajny i można przyjąć że warto go mieć zarówno na co dzień jak i w razie mniejszych (np. reglamentacja benzyny) jak i większych (np. koronalny wyrzut masy) kłopotów.
    Natomiast jako pojazd ewakuacyjny ma jedną podstawową wadę – żeby nim jechać trzeba być w miarę sprawnym i zdrowym. Już choroba czy wypadek jednego z członków grupy znacznie spowalnia wszystkich lub nawet uniemożliwia podróż. Prozaiczne skręcenie kostki, silne stłuczenie nie mówiąc o złamaniu (np. w razie upadku z roweru) uniemożliwia podróż.
    Podobnie obecność w grupie małych dzieci lub osób starszych.
    Trzeba to wziąć pod uwagę i pomyśleć o jakichś, nawet prymitywnych wózkach ciągniętych za rowerem.
    Tu też wiele zależy od terenu, w górach raczej odpadają podjazdy z takim obciążeniem .

  9. djans napisał(a):

    Materiał nie jest odpowiedzią na zadane w tytule pytanie. Brakuje wyliczenia przewag nad innymi środkami, oraz ewentualnych wad. Liczę, że w drugiej części, w podsumowaniu, coś takiego się znajdzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner