Wpis opublikował Survivalista (admin) w dniu 06.12.2011
Krzysiek trzy dni temu pisał o pracy, kredytach hipotecznych i emeryturze, jako o przejawie nowoczesnego niewolnictwa. Dziś ja chciałbym podrzucić Wam materiał, który znalazłem dość dawno i ciągle leżał w kolejce do napisania.
Artykuł Downshifting – chcę żyć wolniej! pojawił się w serwisie edziecko.pl dobre kilka tygodni temu. Opisuje trend, który Wikipedia definiuje mniej więcej tak:
Downshifting jest społecznym zachowaniem lub trendem charakteryzującym się uproszczeniem życia w celu ucieckzi z wyścigu szczurów albo obsesyjnego materializm, aby zredukować “stres, nadgodziny i psychologiczne koszty, które się z nimi wiążą”. Stawia nacisk na odnalezienie lepszej równowagi między odpoczynkiem i przyjemnością a pracą i skoncentrowanie się na spełnieniu osobistym oraz budowaniu relacji społecznych zamiast pogoni za sukcesem ekonomicznym. Musicie mi wybaczyć to koślawe tłumaczenie.
Taka filozofia życiowa jest mi bliska, dlatego chciałem ją tutaj opisać. Podobnie, jak i minimalizm, downshifting oznacza zmniejszenie kosztów i tempa życia. Rezygnując z pogoni za coraz to nowszymi samochodami, elektronicznymi gadżetami i modnymi garniturami, otrzymujemy więcej czasu dla rodziny, siebie i swoich przyjemności.
Jednocześnie żyjemy w sposób nieco zdrowszy i bezpieczniejszy, bo w przypadku nadejścia gorszych czasów, jest nam nieco łatwiej. Mając mniej zbędnych do szczęścia gadżetów, starszy samochód, mniejszy dom, mamy mniej kosztów. Jednocześnie rezygnacja z tych wydatków pozwala nam łatwiej i szybciej zbudować fundusz awaryjny.
Sam artykuł zawiera kilka ciekawych myśli, niektóre z nich chciałbym tutaj omówić.
- Wydaje mi się, że ten nurt dotyczy głównie ludzi zamożnych, którzy osiągnęli pewien status materialny i zawodowy (…) – uważa psycholog Agata Marszałek. – Nie każdy ma jednak takie możliwości. Wiele osób, które myślą o zwolnieniu funkcjonuje wedle zasady: “Jak tylko dojdę do pułapu X wtedy się wycofuję”, ale ten pułap często z roku na rok jest podnoszony odrobinę wyżej i nic z tego nie wychodzi.
Właśnie w tym jest problem. Wcale niekoniecznie trzeba myśleć o zwolnieniu tempa życia i zmniejszeniu jego poziomu. Wystarczy odpowiednio wcześnie uświadomić sobie, że nie chcemy uczestniczyć w wyścigu szczurów. Wystarczy po prostu nie zwiększać tempa wydatków i poziomu życia w ślad za rosnącymi dochodami, co niestety robi większość ludzi.
Czy naprawdę potrzebujemy co 5 lat kupować nowy samochód z salonu? Czy potrzebujemy kupować nowe meble, jeździć co roku do Egiptu na 2 tygodnie wczasów all inclusive? Czy musimy mieć najnowszego laptopa z 17-calową matrycą do gier komputerowych, jeśli będzie cały czas stał na biurku (bo przecież jest za cieżki do noszenia)?
W mojej ocenie nie wszystko to jest nam potrzebne do bezpiecznego, przyjemnego życia.
Pytanie tylko: jak walczyć ze społeczną presją, którą ten nieformalny system na nas wywiera?