👪Jak przekonać rodzinę do przygotowań na trudne czasy

W dzisiejszym materiale chciałbym się skupić na tym, jak przekonać własną rodzinę do włączenia się w przygotowania na trudne czasy. Wiemy, że ten temat jest dla Was ważny, bo widzimy to w pytaniach, które do nas przesyłacie. Nie jest to też jedyny nasz materiał na ten temat — niedawno opublikowaliśmy materiał o tym, jak przygotowywać się będąc nastolatkiem (i czy warto przekonywać do przygotowań rodziców), a kilka lat temu Artur napisał tekst o tym, jak w przygotowania angażować żonę.

Nic dziwnego. Rodzina jest przecież podstawową komórką społeczną. Nie zawsze to z rodziną mamy najsilniejsze więzy (czasem bliżsi są nam znajomi z pracy, z którymi co tydzień idziemy się nawalić do klubu, niż rodzina, którą odwiedzamy raz w roku, w czasie świąt lub odwiedzając groby na początku listopada), ale w sytuacjach kryzysowych więzy krwi będą prawie zawsze miały priorytet. Mając dylemat: nakarmić własne dziecko, czy dziecko sąsiada, wybierzemy nakarmienie własnego dziecka.

Zresztą chcielibyśmy po prostu, by nasi bliscy byli przygotowani na trudne czasy i nieprzewidziane sytuacje kryzysowe tak dobrze, jak my sami. By nie byli od nikogo zależni. By mogli sobie poradzić bez naszej pomocy. I podejścia, by ich do tego zachęcić, są dwa.

Można ich popychać do przygotowań na trudne czasy. Przypominać. Opowiadać przy każdej okazji, co powinni zrobić. Dopytywać, czy już to zrobili. Pouczać, że muszą, że jest to niezbędne. Pilnować. Marudzić. Jednym słowem, być upierdliwym. To rozwiązanie samo się niejako narzuca — bo przecież my wiemy lepiej, co ci ludzie zrobić powinni.

Można też ich wciągać do przygotowań, na własnym przykładzie, albo w oparciu o wspólną analizę zdarzeń, o których jest głośno w mediach. Czyli:

  • dać szansę samemu popełnić niegroźne, ale upierdliwe błędy, jak np. na własnej skórze przekonać się, co oznacza brak wody w domu, gdy się jej nie ma w zapasie,
  • pomóc w sytuacjach, w których znajdziemy się wspólnie z nimi, np. przykręcić własnym multitoolem z zestawu EDC koło w wózku dziecięcym, z którym będziemy na spacerze z żoną, albo nakarmić i napoić dzieci siostry (rzeczami z zestawu samochodowego), gdy na dwa samochody pojedziemy gdzieś na wycieczkę, a drugi się popsuje i trzeba będzie zaczekać na pomoc drogową,
  • angażować bliskich w przydatne z punktu nowoczesnego survivalu aktywności, choćby zabierać dzieci siostry na wyjazdy pod namiot z własnymi dziećmi (dzięki czemu rodzina siostry będzie mogła się taką samą przysługą zrewanżować, a dzieci będą mogły zajmować się sobą w większej grupie same),
  • obdarować ich jakimś przydatnym prezentem (o czym też był osobny materiał).

 

Chciałbym jeszcze o jednej ważnej rzeczy wspomnieć. Czasem piszecie nam, że w razie sytuacji kryzysowej się wyniesiecie z miasta i udacie do rodziny na wsi. To podejście jest zupełnie naturalne, ale absolutnie nie może oznaczać, że będziecie dla tej rodziny ciężarem.

Nie wolno jest opierać swojego przetrwania w trudnych czasach na pomocy innych — zarówno państwowych służb, prywatnych fundacji, jak i bliskich. Nie wolno zakładać, że w razie kryzysu przyjmie nas rodzina i ta rodzina będzie czuła się w obowiązku nas wyżywić. Może się przecież okazać, że fizycznie nie będzie w stanie tego zrobić.

Dlatego taki scenariusz musi z Waszej strony oznaczać jakiś istotny wkład dla przetrwania rodziny — może w formie Waszych umiejętności, oszczędności, jakichś zapasów (np. dużych ilości paliwa) czy sprzętu (broni?). Bo co wybierzesz, mając dylemat: nakarmić dziecko własne, lub dziecko brata?

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

10 komentarzy

  1. Maciej pisze:

    Szykować się tak aby była to zabawa dla 2 połowy. Działka zobacz jak jest fajnie, że to mamy . Zapasy trzeba niestety racjonalizować . W moim przypadku wiązało się to z wykazaniem, że zapasy ryżu i cukru właściwie niewiele kosztują. 30 kg ryżu około 100 PLN dobrze zabezpieczony może leżeć i 25 lat z cukrem jest podobnie tyle, że prawidłowo składowany jest prawie wieczny. W domku na działce gromadzimy rzeczy, które w razie konieczności pozwolą nam się ubrać, zjeść przespać. Korzystamy z nich w weekendy. Gdy kilka razy nie będzie prądu żona sama wpadnie na pomysł z agregatem, byle tylko zasilił suszarkę do włosów 🙂 . Zrobi się zimniej doceni koc, czy piecyk. Tak pierwsza taktyka z żoną na pewno się nie sprawdzi bo to ona nas zagdacze. Pewne ilości zapasów można wprawdzie zgromadzić nie rozgłaszając kochanie kupiłem kolejny nóż czy siekierę lecz dobrze abyśmy je mieli. Zawsze zostaje nam kobieca taktyka kochanie kupiłem to już lata temu nie pamiętasz , one robią tak z ciuchami więc może i nam uda się przemycić kilof czy narzędzia 🙂

  2. bura2 pisze:

    Czekanie na sytuację awaryjną która pokaże drugiej połowie że warto się przygotowywać – czekanie na cud. A osoba która ma nastawienie negatywne i tak będzie je miała – w stylu: „no i co z tego,że miałeś jakieś tam jedzenie i wodę w aucie wozisz to g*** świrze całymi miesiącami a ile razy się auto zepsuje? raz na 5 lat? A w ogóle to za dwie godziny byliśmy już w mieście i mogłam Brajankowi kupic jego ulubionego Tigera i hot-doga z orlenu a nie te twoją chemie”

    Dobrze gdy druga połowa ma jakieś sportowe/turystyczne zacięcie – wtedy łatwiej.
    Dobrze tez metodą małych kroczków – nie 25 kg ryżu w worku rolniczym do kawalerki w bloku 😀 tylko kompletne jedzenie na dwa – trzy dni ( a co i tam jak sklepy zamkną, albo się nie będzie chciało gotować to zjemy” )
    Łatwiej uczyć i wymagać – słuchaj patrz kobito bo masz w razie czego umieć jak się stanie a ja będe w pracy xx km od domu. (nastepuje nauka umiejętności „iście prepperskich” jak np. odpalanie na pych albo odłączanie aku od auta na mrozie)
    Nie odpuszczać że żona jeździ tylko swoją micrą a w passata kombi to już nie bo to misiu zawsze od jeżdżenia dużym autem.
    Czasem ekstremalne przypadki z dużych miast – no wszystko jest w sklepie można zawsze podejść 24/7… wtedy to jak już rozum nie daje rady to powiedzieć wprost, ma być i wuj nie podoba się to nie patrz. mozesz sobie w nocy o północy zapierniczać do najbliższej apteki dyżurnej po np. plastry ale ja dla dzieci będę w domu trzymał żeby było już a nie za 30 minut

    Generalnie troska o dzieci jest dobrym argumentem. Jak napisał jeden amerykaniec – zaczynasz od tego, że mówisz żonie że po prostu chcesz zabezpieczyć dzieci przed pożarem lasu (wildfire – zagrożenie w miejscu gdzie mieszkał autor)a zanim się obejrzysz przyjedzie do domu z karabinem :-p

  3. rrt pisze:

    warto nie straszyc rodziny, niestety taki foliarz co to wszedzie wietrzy jakies katastrofy zniecheca otoczenie.

    kupilem 3 wiadra i niestety po pol roku zostaly zagospodarowane na rozne rzeczy.

    • Maciek pisze:

      Nadal masz 3 wiadra

      • Krzysztof Lis pisze:

        I jeśli nie zostały zagospodarowane jako doniczka do kwiatów, albo do mieszania farby, to najpewniej można je użyć do przyniesienia wody. A że na co dzień stoją sobie głęboko w szafie, pełne nie wiem, suchej karmy dla psa czy żwirku dla kota, to nie ma przecież znaczenia. 🙂

    • Piotr pisze:

      Kasa wydana na sprzęt, którego nigdy nie użyjesz (jeśli nigdy nie przyjdzie „godzina W”), to kasa zmarnowana. Właśnie o to chodzi aby kasa wydana na przygotowania na trudne czasy przynosiła też korzyść w codziennym życiu.

      Co do Twojego pierwszego zdania (o zniechęcaniu otoczenia wietrzeniem katastrof): prepping to nie jest podejście emocjonalne sterowane strachem (widzenie we wszystkim zagrożenia, wieszczenie najgorszych scenariuszy i przygotowywanie się tylko na apokalipsę z jednoczesnym „ignorowaniem” normalnego życia) tylko to jest podejście racjonalne sterowane zdrowym rozsądkiem i równowagą. Prepper to nie jest ktoś, kto spodziewa się najgorszego, tylko ktoś, kto jest przygotowany na najgorsze (i dzięki temu jest OPTYMISTĄ a nie katastrofistą, bo wie, że sobie poradzi niezależnie od tego co się w życiu wydarzy).
      Postawa „ewangelizowania apokalipsą” to nie prepperstwo tylko patologia 😀

  4. Agnieszka pisze:

    No ja straszyć rodziny tez bym nie straszyła. Jeżeli chodzi o wyjazd do rodzinnego domu na wioskę np, to za bardzo bym także nie liczyła bo co będzie jak nagle się okaże że wszyscy wpadli na taki genialny pomysł i w domu miejsca zabraknie. Jako kobieta uważam że trzeba zawsze mieć w zapasie jedzenie tak jak to mieli nasi dziadkowie.

  5. Piotr pisze:

    Przede wszystkim „lepiej zapobiegać niż leczyć”, czyli mądrze wybierać partnera życiowego 😀

  6. Rafał M. pisze:

    Ojtam, że żona nie pozwala. Nie w Polsce, w Polsce kobiety są jakieś takie uległe wobec mężczyzn. Pomarudzi i przestanie. Tak kobiety mają, mówią co innego, ale lubią stanowczych mężczyzn, jakoś tak skonstruowana psychika (co czasem przeradza się w przemoc domową wobec kobiety, która z jakiegoś powodu nie odejdzie i jeszcze broni męża jak przyjedzie do niego policja po donosie sąsiada).
    Byle z tą stanowczością w granicach rozsądku, mądrze, bo można przesadzić z kwotami wydawanymi na jakieś hobby i uciążliwością, w końcu reszta domowników może mieć dość.

    Co do dalszych rodzin, to z tym różnie. Nie wiem z czego to wynika, może kulturowo, może wychowanie, może geny, może coś innego. Są rodziny, które bez problemów się dogadują, nawet w kwestiach finansowych, rozdzielenie spadku sprawnie idzie. Są też takie, które kłócą się dosłownie o wszystko, dużo gorzej niż Pawlak z Kargulem i potrafią dziadka zostawić w szpitalu, jeśli wcześniej przepisze im mieszkanie.

    Poza pasjonatami survivalu, szykującymi się na zagładę cywilizacji, cała reszta ludzi potrzebuje zapasów na zaledwie kilka dni. Na minimum 3 dni, nie więcej jak 2 tygodnie.
    I takie zapasy robi się stosunkowo łatwo. Wystarczy kupić 2 sztuki zamiast 1 sztuki, kiedy zostaje 1 to wrzucić na listę i dokupić przy najbliższej okazji. Wtedy tworzy się niewielki bufor, swobodnie wystarczający na minimum kilka dni bez chodzenia do sklepu.
    Niektórzy ludzie robią zakupy 1 raz w tygodniu, na cały tydzień, wtedy mogą raz zrobić na 2 tygodnie i za tydzień dokupić na tydzień do przodu, wtedy będzie minimum 1…2 tygodnie w buforze.

    W przypadku towarów o długim okresie przechowywania (puszki, dżem, makarony, sól, pieprz, cukier, ryż, herbata, kawa itd.) można korzystać z promocji i kupić większą ilość taniej, wtedy wystarczy z zapasem do kolejnej promocji.

    Wydrukowany na opakowaniu termin przydatności do spożycia należy traktować orientacyjnie, do selekcjonowania kolejności spożycia, ale nic nie mówi o rzeczywistym stanie żywności. Zwłaszcza produkty suche (i miód) mogą być przechowywane latami po upływie terminu. Dzisiaj widziałem w sklepie okulary ochronne dla majsterkowiczów, z przezroczystego plastiku i też miały na opakowaniu datę produkcji oraz przydatności, dziwne.

    Co do sprzętu, tutaj należy zachować umiar. Urządzenia elektroniczne psują się od samego stania na półce. Plastiki z biegiem czasu mogą stawać się kruche. Guma może parcieć. Z przewodów może schodzić izolacja (miałem tak niedawno z 15-letnimi słuchawkami, kabel ponoć wzmacniany kewlarem po prostu zaczął pękać i się sypać). Więc istotny sprzęt może być zbuforowany, na wypadek awarii by sięgnąć po drugi, ale bez przesady w ilości.

    • Piotr pisze:

      Co do ostatniego akapitu i psucia się sprzętu elektronicznego od stania na półce – w pełni się zgadzam. Powiem nawet więcej, sprzęt elektroniczny użytkowany co jakiś czas będzie zwykle działał dłużej niż ten nieużywany.
      Praktycznie każdy sprzęt elektroniczny zawiera kondensatory elektrolityczne, które ulegają „rozformatowaniu” gdy nie są przez dłuższy czas podłączone do prądu – warstwa izolacyjnych tlenków ulega w nich degradacji i jeśli się zdegraduje za mocno, to mogą potem nie wytrzymać podłączonego do nich napięcia (ulegają przebiciu a czasem nawet potrafią „wystrzelić” od wytwarzających się gazów). Tak samo wszelkiej maści transformatory, filtry (cewki), czy nawet same obwody drukowane mogą brać wilgoć z otoczenia – jak są co jakiś czas używane, to od temperatury się regularnie „dosuszają” a nieużywane potrafią „zapleśnieć” (często izolacją w cewkach jest impregnowany papier). Do tego nieużywane potencjometry potrafią się pokryć nalotem i potem trzeszczą, mikrostyki pokrywają się warstwami tlenków itd.
      Część urządzeń ma także akumulatory podtrzymujące (do podtrzymania zegarów, pamięci z ustawieniami itd.) i jeśli te akumulatory ulegną głębokiemu rozładowaniu, to mogą ulec uszkodzeniu (mogą powodować zwarcie, wycieki itp.).

      Sprzęt elektroniczny (nawet ten przeznaczony tylko na „apokalipsę”) powinien być użytkowany – niekoniecznie intensywnie, bo to oczywiście też skraca żywotność, ale sprzęt odłożony na półkę po 2-3 latach może odmówić posłuszeństwa nawet jeśli jest „funkiel nówka nie śmigany”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner