Czy jesteś prawdziwym preppersem?

Jakiś czas temu przeczytałem dziwaczny tekst na jednym z blogów o przygotowaniach na trudne czasy. Chciałem go skomentować, ale mój komentarz tam się nie pojawił, więc uznałem, że odniosę się do niego na blogu i na YouTube.

Tekst dotyczył tego, jak sprawdzić, czy jesteś prawdziwym preppersem.

Cytuję:

Weź plecak i namiot i spędź samotnie weekend w lesie, zabierz ze sobą tylko wodę i przeżyj 48 godz. to nic cię nie kosztuje, jest za darmo, a pozwoli Ci sprawdzić jak daleką masz jeszcze drogę do bycia prawdziwym preppersem.

Kiedy przeczytałem te słowa pomyślałem sobie, że to świetny pomysł. Że wezmę plecak, namiot, 5 litrów wody i spędzę te 48 godzin w lesie.

Ale im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to nie ma sensu.

Samo przedsięwzięcie na pierwszy rzut oka wydało mi się ciekawe. Bo przecież mógłbym dla Was nagrać co dokładnie w tym lesie robiłem i jak sobie poradziłem.

Ale taki materiał nie ma żadnej wartości. O samej wodzie 48 godzin w lesie przeżyje każdy zdrowy dorosły człowiek. Dwudniowa głodówka nikogo zdrowego nie zabije. Co najwyżej bym się zanudził na śmierć.

W przygotowaniach się na trudne czasy taki eksperyment też niespecjalnie pomoże. Bo w czym?

Od dawna uważamy (ja i Artur) tradycyjny, zielony survival, za ciekawostkę przyrodniczą o znikomej wartości w realnym życiu. Szansa, że ktoś będzie musiał z tych umiejętności skorzystać, jest znikoma. Chyba, że celowo zaszyje się w lesie, by spędzić tam kilka tygodni.

Uciekanie w trudnej sytuacji do lasu też jest kiepskim pomysłem. W sprzyjających warunkach statystyczny preppers mógłby tam przetrwać maks kilka tygodni. W skali kraju jest pewnie tylko kilka osób, które mogłyby się utrzymać w lesie dłużej, np. przez rok. A kiedyś do lasów uciekano głównie ze względu na brak innych możliwości.

Nie jestem więc i nigdy nie będę tak rozumianym prawdziwym preppersem. Nawet nie zamierzam tego próbować.

Bo i przecież nie o to w przygotowaniach na trudne czasy chodzi. Nie o to, by uczyć się rozpalać ogień z użyciem patyków. Raczej o to, by robić zapas żywności, poznać sąsiadów, poznać okoliczne miejsca, w których można pozyskać wodę do picia.

A więc ja nie jestem prawdziwym preppersem. Trudno. Będę musiał jakoś z tym żyć.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

43 komentarze

  1. Domi napisał(a):

    uffff, wróciłam do was po przerwie związanej z duża ilością pracy. Podzielam wasze zdanie. Właściwie wielokrotnie się nad tym zastanawiałam, nie czuję się preppersem, chodź nie raz i nie dwa łapałam się na tym, że zadziwiająco dobrze mam zaplanoane pewne reakcje i scenariusze, ewentualnie W OGÓLE JAKKOLWIEK ZAPLANOWANE, że się interesuję pewnymi rzeczami i staram się nie panikować, a działać racjonalnie w sytuacjach zagrożenia. Umiejętność przetrwania w lesie jest spoko, fajnie wiedzieć, które rośliny można zjeść z tych rosnących w naszych lasach (wciąż obiecuję sobie, że przeczytam o tym książkę, póki co jedliśmy żołędzie z lasu kabackiego na surowo i nic nam nie jest:)
    Warto umieć przetrwać i poradzić sobie w kryzysowych sytuacjach, które są charakterystyczne dla twojego otoczenia. W USA dzieci uczone są reagowania na sytuację pojawienia się w ich otoczeniu osoby z bronią (tak nam dziś powiedzieli na szkoleniu – ile w tym prawdy – nie wiem) ja właśnie byłam na kilkugodzinnym kursie dzięki któremu będę mogła lepiej pomagać innym pasażerom metra (ale nie tylko metra, z tym, że z racji na szczególne znaczenie naszego metra po prostu to jego zarządcy zorganizowali taki kurs dla cywili) i to jest strasznie fajne uczucie, wiedzieć więcej, coraz więcej, głównie po to, by pomagać innym. No i samemu nie robić głupot. Nie mam czasu na siedzenie 48 godzin w lesie samemu, czasem ubolewam. Przydałoby mi się trochę spokoju i głodówka oczyszczająca 🙂

  2. Przechadzający się napisał(a):

    Nie musi być do lasu, jak ktoś go nie lubi, to niech idzie w jakieś ruiny lub jaskinie. Nie trzeb też tych 48 h głodować. Można złapać szczura i go sobie usmażyć, jaszczurki, ślimaki, według pomysłowości. Warto też mieć doświadczenie w tym, jak reaguje psychika podczas samotnego bytowania, co dzieje się w głowie przy pierwszym samotnym nocowaniu w terenie, itp. I zapewniam Was, że nudzić się nie będziecie, bo czas wtedy upływa zupełnie inaczej, godziny zlatują błyskawicznie. Wszystko trzeba sobie samemu zorganizować, nawet coś tak banalnego jak siedzenie.

  3. Piotr napisał(a):

    Mądrze powiedziane. I ten smutek na końcu… 😀 Prawda jest taka, że ucieczka do lasu to leczenie. A zapasy i przygotowania – zapobieganie.

  4. Piotr napisał(a):

    Moim zdaniem „zielony survival” to świetna szkoła charakteru i improwizacji. Nie chodzi tak na prawdę o przetrwanie w lesie (bo nigdy nie wiadomo gdzie przyjdzie przeżyć), tylko o radzenie sobie z minimalną ilością zasobów i nauką wykorzystywania wszystkiego co nas otacza. Równie dobrze „zielony survival” można uprawiać w mieście (wielu bezdomnych go uprawia), w zielonym survivalu nie chodzi o las, tylko o podejście (przetrwanie bez zapasów i z użyciem minimalistycznego sprzętu). Piszesz „48h bez jedzenia przeżyje każdy” – ok, to teoria, zbadałeś jak radzisz sobie z długoterminowym głodem (zarówno fizjologicznie jak i psychicznie)? Jeśli nie, to… jesteś teoretykiem, co innego wiedzieć teoretycznie że „to nie problem”, a co innego przeżyć to (i dowiedzieć się czegoś o sobie samym :D). Moim zdaniem jest w tym sformułowaniu dużo prawdy: kto nie sprawdził sam siebie w trudnych warunkach (głód, chłód, brak zapasów, brak bezpośredniego wsparcia kumpli czy rodziny, brak trwałego schronienia itd.) ten sam siebie nie zna, 48h w lesie (bez „oszukiwania” ze śpiworami, namiotami itp., nie o to chodzi aby sobie pole biwakowe z kuchenką mikrofalową i internetem robić, tylko ciuchy na sobie, woda, nóż i parę prostych narzędzi i bez gadulstwa wieczorem przez komórkę :D) to najprostszy sposób aby się sprawdzić – to się może wydawać dziwne, ale są ludzie, którzy nocą w lesie gdy zgaśnie światło (i nie ma księżyca, bo jest na przykład pochmurno albo nów) i szumi wiatr dostają „pierdolca” po kilkunastu minutach (deprywacja sensoryczna). Powiesz, że zawsze masz 15 latarek ze sobą – ok, a co jeśli nie będziesz z nich mógł skorzystać, bo będziesz chciał pozostać niezauważonym? Kiedy ostatni raz w życiu doświadczyłeś tak banalnej rzeczy jak całkowita ciemność (trwająca dłużej niż kilka minut)? Zanim powiesz, że to nieprzydatne, to najpierw sprawdź, ale tak bez oszukiwania (bez namiotów, śpiworów, kuchenek itd.), postaw się w kontekście, w którym nie masz praktycznie nic na czym w normalnych warunkach polegasz (jeśli potrzebujesz „scenariusza” który ma szansę się wydarzyć, to wyobraź sobie, że na przykład wjechali okupanci, zapakowali Cię w wagony i wiozą do obozu pracy a Tobie jednemu udało się uciec z pociągu w środku jakiejś puszczy, masz tylko ciuchy na sobie, nie ma z Tobą rodziny, przyjaciół itp.)

    Patrząc na temat bardziej ogólnie – jak najbardziej popieram tezę, że jest istotna różnica między filozofem (osobą twierdzącą, że należy być przygotowanym) a prawdziwym preppersem (osobą, która się przygotowuje), ta druga WERYFIKUJE wszystko w praktyce, nie ogranicza się do robienia zakupów i gromadzenia książek (tudzież zakładek w przeglądarce internetowej :D), to osoba, która może niekoniecznie pójdzie do lasu na 48h (zależy jakie kto ma podejście), ale na przykład na kilka dni wyłączy w domu prąd, wodę, gaz, internet, ogrzewanie itd. (zrobi sobie symulację blackoutu) i w ten sposób zweryfikuje co jest ok, a co jeszcze trzeba poprawić. Osoby które nie ćwiczą i nie testują, tak na prawdę nie są preppersami a jedynie „posiadaczami zapasów i sprzętów” (i wyobrażeń zamiast doświadczeń :D).

  5. LosowyNick napisał(a):

    Przeżycie 48h w lesie. Tak, pod warunkiem, że będzie tam działało WiFi lub LTE. Inaczej sobie nie wyobrażam przeżycia godziny. 😉

    A na poważnie – lepiej nauczyć się przeżycia w mieście gdy padnie prąd, gaz, woda, komunikacja i sklepy. Spróbuj przeżyć przez tydzień bez robienia zakupów, spróbuj przeżyć 2 dni bez prądu, gazu i wody w swoim mieszkaniu. To będzie prawdziwy test.

  6. Domi napisał(a):

    Widzę, że lecimy w licytację. Właściwie to w dzisiejszych czasach jedno i drugie jest przydatne, przy czym miejski survival z oczywistych względów dla mniej bardziej przydatny. Czytając komentarze do scenariuszy na Domowym Survivalu widzę jak inni są skłonni reagować, staram się tez zastanawiać, jak mogliby zachowywać się współmieszkańcy, czego moge uniknąć i na jakie zagrożenia nie narażać bliskich bez potrzeby. O to w tym trochę chodzi. Umiejętnośc rozpalenia ognia na czuja w całkowitej ciemności jest spoko, ale jeszcze bardziej spoko w moim otoczeniu będzie umiejętnośc zorganizowania sąsiedzkiej samopomocy w obliczu przykładowo dużej awarii, która sparaliżuje nam nieco życie na osiedlu. Ostatniej zimy wysiadł prąd wieczorem w całym naszym kwartale, byłam akurat na zakupach z dziecmi, miałam szczęscie, że już zapłaciliśmy, więc wyszliśmy z ciemnego sklepu i przez ciemne alejki wróciliśmy do bloku. Z powodu braku prądu drzwi były zacięte. Ale wiedziałam, że z drugiej strony budynku zamek jest słabszy i wystarczy mocniejsze szarpnięcie, by dostac się do środka. Miałam przy sobie latarkę, więc wchodząc do domu zgarnęłam sąsiadkę z dzieckiem, która latarki nie miała. Na górze okazało się, że w windzie uwięziony jest sąsiad z psem. WInda nowego typu – zamykana hydraulicznie. Tymczasem sąsiad zostawił ziemniaki na gazie i prosił w pierwszej kolejności o pomoc w wyłączeniu kuchenki. Musiałam wrócić do swojego mieszkania, wymacać w szufladzie świeczki, znaleźć odpowiednio mocny klucz francuski, aby choć odrobinę rozsunąć drzwi i przejąć klucze. Pójśc piętro wyżej, wejśc do cudzego mieszkania, wyłączyć kuchenke i zejśc na dół. W międzyczasie zadzwoniliśmy do serwisu technicznego od wind, by przyjechali wypuścić człowieka. Przy okazji młodsze dziecko zaczęło się szalenie bać, więc musiałam je dodatkowo uspokajać. Generalnie to są zdarzenia, w których trzeba zachować zimną krew i działać krok po kroku i to są sytuacje, kiedy przydają się różne omawiane choćby i tutaj scenariusze. Umiejętność uwarzenia bigosu z korzeni i żołędzi nad własnoręcznie rozpalonym ogniem przydałaby się dopiero wtedy, gdyby jednak nie udało się zgasić kuchenki i nasz blok poszedłby z dymem 🙂 A tak na serio, gdybym spędzała większość życia za miastem pewnie w małym palcu miałabym wszystkie techniki krzesania ognia, za to umiejętność współdziałania z sąsiadami byłaby na dalszym planie.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      O to właśnie mi chodziło.

      Tradycyjny survival to umiejętności szalenie przydatne. Dla żołnierza na misji w dżungli. Dla marynarza, który samotnie chce przepłynąć Atlantyk. Dla wyczynowego sportowca, który chce przejechać pół świata na motocyklu. Dla kogoś, kto się zgubi w głuszy i będzie oczekiwać na pomoc.

      Dla przeciętnego zjadacza chleba jest to nic więcej, jak kompletnie nieprzydatna ciekawostka. Przydatna najwyżej jako przyjemny sposób spędzania wolnego czasu. Zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie trzeba chcieć, by zgubić się w lesie. Zamiast uczyć się, jak rozpalić w takich warunkach ognisko pocierając patyki, albo zbudować szałas z gałęzi, lepiej po prostu nauczyć się nie gubić w lesie. To umiejętność znacznie bardziej przydatna.

      • Piotr napisał(a):

        Jeśli już tak na to patrzeć, to 48h w lesie z butelką wody to nie jest „zielony survival”. „Zielony survival” (bushcraft) to umiejętność przeżycia w lesie dowolnie długo. Przydatność „testu 48h w lesie” jest bardziej psychologiczna niż technologiczna – to test jak radzisz sobie ze stresem, brakiem pożywienia, brakiem schronienia, ciepła, światła, bliskich itd. Nie chodzi o to aby nauczyć się ogniska palić i szałasy budować (to akurat jest banalnie proste) tylko o to by w realnej sytuacji typu zastanie Cię burza podczas wycieczki górskiej (czy będziesz miał wypadek w nocy na „pustkowiu”, typu strzeli opona i skończysz na drzewie z pożarem samochodu w którym masz „wszystko”) dać sobie radę bez problemu nie mając w zasadzie nic. Większość preppersów (moim osobistym zdaniem) uzależnia się od sprzętu i zapasów i… to jest ok, ale trzeba też umieć sobie radzić bez nich (dopiero wtedy jesteśmy gotowi na praktycznie wszystko co się może wydarzyć).

      • bogi1 napisał(a):

        Krzysiu, a powiedz mi co by się działo, jakby wsftf i powiedzmy ewakułacja twoia i twojej rodziny jest przerywana przez awarie pojazdu. Stoisz na środku drogi, w lesie, i wiesz że musisz z niej szybko uciekać bo – powiedzmy okupant przemieszcza się drogami i walą do pojazdów. Uciekasz do lasu z rodziną, zabierasz tylko to co uniesiesz, a reszta zostaje w samochodzie. Dodam że do celu ewakuacji masz powiedzmy 40km. Tu chyba by mogło się przydać przygotowanie do przebywania w lesie. W nocy latarką z twoejgo EDC nie poświecisz bo któś mugłby cie zauważyć. Przemysl to!

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          Jeśli muszę porzucić samochód 40 km od celu, to idę dalej pieszo.

          Jestem w stanie sobie wyobrazić, że w tym scenariuszu „przygotowanie do przebywania w lesie” będzie rzeczywiście istotne — ale raczej pod kątem odpowiedniego ubrania dopasowanego do pogody. W sytuacji, w której „okupant wali do pojazdów” na pewno nie będę chciał tam rozbijać obozowiska, tylko spieprzać stamtąd jak najszybciej.

          W dobie dronów i taniego sprzętu termowizyjnego oraz noktowizyjnego nie zaprzątałbym sobie głowy latarkami…

      • brock napisał(a):

        nie zgadzam się. z takim podejściem to, co głosisz i robisz- nie ma najmniejszego sensu. każdy, kto się tym zajmuje, wymieni masę zalet, absolutnie nieporównywalnych z jakimiś zapasami czy majsterkowaniem w garażu. to świetna szkoła i punkt wyjścia, podstawy.
        masz takie zdanie i własne podejście ale nie trzeba do tego dorabiać ideologii czy deprecjonować. mam wrażenie, że bronisz własnej postawy ale kto co lubi… ja się nie podniecam zapasami i gadżetami i nie nazwę tego hobby na miarę jakiegoś sportu ekstremalnego 🙂 naprawdę lepsze i sensowniejsze jest siedzenie w 4 ścianach i w tym się warto doskonalić?

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          Wyczynowa jazda na monocyklu też ma masę zalet i każdy, kto się tym zajmuje, Ci je wymieni.

          Nie oznacza to, że jest to najlepsza metoda na poruszanie się z punktu A do punktu B.

          Jeśli celem, który chcesz osiągnąć, jest dotarcie z punktu A do punktu B, lepiej skupić się na innych działaniach, niż nauce jazdy na monocyklu.

          I tu jest analogicznie.

          Spędzanie czasu w lesie ma szereg zalet i nikt tego nie neguje. Jeśli jednak działasz w kierunku przygotowań na trudne czasy, lepiej skupić się na innych działaniach, niż siedzeniu tam 48 godzin z plecakiem, namiotem i wodą. Jeśli chcesz umieć przetrwać długotrwały brak prądu, lepiej wyłączyć go sobie w domu (razem z wodą i gazem) i zobaczyć, jak wtedy wygląda życie, niż iść do lasu z namiotem.

      • a.jedlinski napisał(a):

        Czy jednak część umiejętności z zakresu zielonego survivalu / bushcraftu się aby na pewno nigdy nie przydadzą? A co szkodzi zdobyć dodatkowe umiejętności? Mogą się przydać w czasie ewakuacji – to też coś;-)

  7. tomek21 napisał(a):

    scenariusz wcale nie taki beznadziejny i mogący wiele nauczyć nawet kilkanaście godz. A jak komuś mało 48h to jaki problem 3, 4 doby.bez namiotu, śpiworu,zapasów jedzeni w lesie gdzie mogą być dzikie zwierzęta,owady no nie jest to kaszka z mleczkiem

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Czego to konkretnie może nauczyc?

      I kiedy konkretnie ta wiedza może się przydać?

      W jaki sposób ta wiedza pomoże Ci w przypadku utraty pracy, awarii zasilania, braku wody w kranie, kłopotów w zaopatrzeniu w żywność w mieście, braku ogrzewania, epidemii ptasiej grypy, kryzysu finansowego?

      • Piotr napisał(a):

        A sytuacje typu wypadek samochodowy na „zadupiu”? A burza podczas na przykład wypadu w góry? A sytuacje typu porwanie przypadkowych osób przez „pseudoterrorystów” dla okupu i wyrzucenie Cię gdzieś w lesie na pustkowiu?

        Przede wszystkim to uczy psychologii przetrwania (temat przez Was mocno bagatelizowany, tak jakby sprzęt i zapasy miały automatycznie wyeliminować stres, zmęczenie itp.) – najtrudniej jest sobie poradzić ze swoją własną głową i własnymi słabościami (każdy je ma). Nie poznasz siebie chodząc po marketach i kompletując różne „przydasie” 😀

        • Survivalista (admin) napisał(a):

          Wypadek na zadupiu? Sięgam po to, co mam w zestawie samochodowym.

          Burza podczas wycieczki w górach? Sięgam po to, co mam w plecaku.

          Porwanie i wyrzucenie w lesie? Idę przed siebie i po 1 dniu marszu docieram do cywilizacji.

          Tak, jak pisał Krzysiek: szansa na to, że w polskich warunkach takie umiejętności będą potrzebne, jest bardzo nieduża, jeśli ktoś myśli i nie robi głupot (np. nie idzie do lasu, którego nie zna, nie mając ze sobą nic, a potem zamiast iść przed siebie, krąży w kółko). Dlatego to nie na tym powinny się koncentrować przygotowania na trudne czasy.

          O psychologii przetrwania nie piszemy, bo nie mamy na ten temat nic specjalnie mądrego do powiedzenia. Staramy się testować posiadane zapasy i używany sprzęt. Ale w takich warunkach, w jakich jest największa szansa ich potencjalnego użycia.

          W moim odczuciu znacznie większy walor edukacyjny ma eksperyment polegający na przeżyciu w mieszkaniu 48 godzin bez wody w kranie i prądu w gniazdku, niż 48 godzin w lesie, bez żywności i narzędzi. Oczywiście, jeśli myślimy o przygotowaniu się na trudne czasy, czyli tym całym nowoczesnym survivalu.

          • Piotr napisał(a):

            Tylko że jak Ci się w wypadku samochód spali albo rzucisz niedźwiedziowi zawartość plecaka (aby miał się czym zająć i nie gonił Ciebie), to już „zapasów” nie masz. W nocy też sobie w lesie nie pospacerujesz bez światła (jeśli nie wiesz jak, bo oczywiście można).

            Wszystko zależy od podejścia i od tego jakie kto ma konteksty życiowe. Ja mam podejście takie, że jestem gotowy „na wszystko” gdy poradzę sobie nawet wtedy, gdy nie będę miał dostępu do tego, co sobie wcześniej przygotowałem (na przykład gdy epidemia, blackout czy blokada komunikacji samochodowej/lotniczej dopadnie mnie gdy będę powiedzmy na wycieczce kilkaset km od domu albo będę siedział na plaży nie mając ze sobą „plecaka ucieczkowego”). Nie zamierzam po prostu ograniczać swojego życia do kontekstów typu nie ruszam się dalej niż na kilka metrów od „walizki” (nie jestem prezydentem Rosji czy USA :D), nie rezygnuję z latania samolotami tylko dlatego, że większość mojego EDC nie mogę zabrać w bagażu podręcznym itp. Jeśli Wasze życie sprowadza się do przemieszczania na trasie praca-dom i raz do roku wyjazdu do hotelu wczasowego – ok, nie potrzebujesz, ale myśląc w ten sposób, to WIĘKSZOŚĆ ludzi w ogóle się nie przygotowuje na trudne czasy żyją bez jakichkolwiek problemów.

            Ja kilkakrotnie robiłem sobie „blackout” w domu (jeden ponad tydzień) jak i wiele razy byłem „goły i wesoły” (nie mając nic poza ubraniem) na kilkudniowych wypadach w lesie – jedno i drugie jest bardzo kształcące i każde pod innym względem; dzięki „blackoutowi” w domu mam doświadczenie że tak powiem technologiczne, a dzięki wypadom do lasu mam doświadczenie „osobowościowe” (przebywanie poza strefą komfortu psychologicznego).

            Nie chcecie spróbować – ok, wolny wybór, ale ja przynajmniej nie wypowiadam się (nie mam opinii) na temat rzeczy, których nie doświadczyłem. Najtrudniejsza rzecz to utrzymanie swojego umysłu w ryzach, reszta to „detal”; większość ludzi dostanie pierdolca od samego „nicnierobienia” (bez jakiegokolwiek zagrożenia życia, po prostu siedzisz sam w pomieszczeniu, w którym masz światło, jedzenie, wodę, kibel i nic poza tym, zero „rozrywek” w postaci tv, radia, internetu, pogaduchy z innymi itp.), dołóż do tego stres związany z realnym zagrożeniem i wariat gotowy. Głupi areszt na 24h w jednoosobowej celi będzie dla wielu osób większym „przeżyciem” niż brak prądu w domu przez weekend.

          • Piotr napisał(a):

            Może inaczej – ja nikogo nie namawiam i nie zmuszam, ale wypowiadanie się na temat czegoś, czego się samemu nie doświadczyło jest jak opowiadanie dziewicy o seksie – nikt jej nie mówi, że ma to dziewictwo koniecznie stracić (jeśli nie chce, to nie), ale niech nie opowiada „rozdziewiczonym” że wie lepiej od nich jak to jest.

        • Niktto napisał(a):

          Scenariusze mało prawdopodobne, ale z psychologią trudno sobie poradzić. Mając tylko śmieci, zwykle można zrobić źródła światła czy coś, wystarczy tylko wiedza i wyobraźnia. Gorzej jeśli wiemy, że nie należy panikować, a i tak nam odwala.

        • Rafał M. napisał(a):

          Utknięcie w samochodzie poza cywilizacją jak najbardziej zdarza się w USA, ale raczej to niemożliwe w Europie. Inna gęstość zaludnienia i zabudowań.

          W Europie za to zdarzały się przypadki, że ktoś zaginął podczas przejazdu między miejscowościami, nawet w Polsce tak policjanci zaginęli. Później się okazywało, że samochód zjechał z jezdni (poślizg, wyminięcie przeszkody?) i wpadł do jeziora, wszyscy utonęli. Trzeba umieć opuszczać pojazd który wpadł do wody, choć skrajnie mało prawdopodobne by to kiedykolwiek się przydało.

          Nie słyszałem o przypadku w Polsce, żeby ktoś zgubił się w lesie i tam umarł z głodu (poza jednym przypadkiem pustelnika z zaburzeniami psychicznymi, byłego wojskowego, który zamieszkał w domku dla myśliwych i znaleziono go na skraju wyczerpania).
          Z wychłodzenia zimą jak najbardziej możliwa jest śmierć.

          Z kolei w USA zdarzają się przypadki awarii samochodu i zagubienia na pustkowiu, w tym śmiertelne, ale tam odległości są znacznie większe niż w Europie, potrafi być minimum kilkaset kilometrów do najbliższych zabudowań lub drogi. Np. ktoś zjedzie z trasy na pustynię i paliwo mu się skończy, albo samochód popsuje, lub ugrzęźnie, a telefon poza zasięgiem, po kilku latach ktoś znajdzie wrak i przy nim szkielet.
          Więc nie zawsze pomysły z USA sprawdzają się w Polsce, inne realia.

          • Piotr napisał(a):

            Mi się zdarzyło w Europie 😀 Tyle że to była Rosja nieco ponad 20 lat temu – jechałem pociągiem (jako pasażer rzecz jasna), który utknął w śniegu na prawie dwa dni, to był pociąg z lokomotywą spalinową, koniec paliwa = koniec prądu w wagonach. Ogrzewanie nie było elektryczne, tylko każdy wagon miał swoje „centralne ogrzewanie” – drugiej nocy nie było już ani prądu (ciemność), temperatura też spadła (węgiel w wagonach się skończył, kolejarze rozpoczęli wycinkę drewna przy torach, bo stanęliśmy w lesie, ale drewno miało „nieco” gorszą wydajność, na szczęście las był niezłym wiatrochronem). Do najbliższej miejscowości było kilkadziesiąt kilometrów (przy minus 30 na zewnątrz wędrówka raczej odpadała).
            Wtedy był taki rozpiździel w Rosji (czasy pierestrojki), że zorientowali się dopiero po dobie, że pociąg na stację docelową nie dojechał 😀 Skończyło się na fajnej przygodzie, ale w mogło być nieciekawie. Europa to nie tylko „na lewo od Odry” 😀

  8. Rafał M. napisał(a):

    Teoretyzowanie, że siedzenie przez 48 godzin w lesie nic nie da. Spacer z plecakiem też miał być prosty, no i co z tego wyszło?

    Przez 48 godzin zapewne nie będzie konieczności zdobycia pożywienia, co znacznie ułatwia sprawę. Ale jak się domyślam, zajdą pewne okoliczności i okaże się w praktyce, jakie wyposażenie naprawdę jest potrzebne, a teoretycznie tego się nie przewidzi. Taktyka pakowania wszystkiego co może się przydać zawodzi, bo po kilku kilometrach każdy dodatkowy dźwigany gram zaczyna ciążyć.
    W zeszłym roku postanowiłem pójść na spacer do lasu, z pół godzinki. Z pozoru niby nic trudnego. W praktyce okazało się, że mnie komary zaczęły kąsać. Gdyby dłużej tam przebywać, to człowiek wyglądałby jakby miał ospę. Więc jeśli zajdzie konieczność nocowania poza domem, bardzo przydatne byłoby coś na komary. Może jakaś maść, może olejek waniliowy (ponoć odstrasza komary, nie sprawdzałem), może jest jakaś roślina, która po wrzuceniu do ogniska odstrasza komary. Koniecznie trzeba pomyśleć co z tym zrobić.
    Jak się domyślam, kompas może okazać się niezbędny, inaczej łatwo zgubić kierunek i chodzić w kółko.

    W życiu mogą zajść okoliczności, gdy trzeba będzie nocować na łonie przyrody, czy to w lesie, czy w parku, czy może w jakiś krzakach.
    Choćby wojna, trzęsienie ziemi które zniszczyło budynki, powódź.

    Przez dłuższy czas da się przeżyć w lesie, szczególnie od wiosny do jesieni. Tam naprawdę są zwierzęta, tylko się ukrywają przed ludźmi. Ale mogłyby się wyżywić zaledwie pojedyncze osoby, jak w razie czego kilka milionów schowa się w lesie, to nic z tego.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Ale czemu w przypadku tej wojny czy trzęsienia ziemi, albo powodzi, chcesz ewakuować się akurat do lasu?

      Czy nie lepiej i bezpieczniej jest przenieść się np. do rodziny na wieś?

      Nie mogę tego zrozumieć…

      Traktowanie lasu jako rozwiązania ostatecznego, gdy wszystko inne zawiedzie, rozumiem. Nie rozumiem traktowania go jako rozwiązania domyślnego, gdy można poradzić sobie na inne sposoby.

      Nie twierdzę, że nie ma sensu bawić się w nocowanie w lesie. Twierdzę jednak z całą stanowczością, że eksperyment pod tytułem „48 godzin w lesie” jest niemal bezużyteczny, jeśli działamy w zakresie przygotowań na trudne czasy. Jeśli już koniecznie chcemy spędzić 48 godzin w lesie, to lepiej zapisać się na któryś weekendowy kurs Survivaltech.pl, na pewno będzie bardziej produktywny i przyniesie dużo więcej użytecznych umiejętności.

      Z których i tak później w trudnych czasach raczej nie będzie okazji skorzystać, ale to inna historia.

      A spacer z plecakiem miał za zadanie sprawdzenie w praktyce tego, co w teorii wyglądało dobrze. I dowiódł, że ewakuacja pieszo z ważącym prawie 20 kg plecakiem nie ma sensu w moim przypadku. Przy czym znów rozmawialiśmy o wariancie ekstremalnym, bo ucieczka pieszo z domu była wyjściem absolutnie ostatecznym, gdybym nie mógł skorzystać z kilku innych metod ewakuowania się.

      • Rafał M. napisał(a):

        Może niekoniecznie w lesie, ale chyba lepiej być przygotowanym na konieczność nocowania na łonie przyrody.
        Można wymyślić sporo scenariuszy przewidujących taką ewentualność, np. konieczność ewakuacji na piechotę (zabrałbym przede wszystkim wygodne buty, butelkę wody i jakiś koc), trzęsienie ziemi, działania wojenne, upadek meteorytu, powódź i inne, powodujące uszkodzenie budynków. Sytuacja może mieć miejsce wieczorem, więc nawet trwająca kilka godzin oznacza konieczność nocowania.
        Jak nie w miejscu zamieszkania, to może się przytrafić np. podczas wczasów w jakimś egzotycznym kraju, jakieś tsunami albo dojście radykałów do władzy.

        Najgorszy problem jaki widzę to właśnie komary, potrafią być wredne.

        Natomiast zdobywanie żywności w lesie jest raczej mało przydatną umiejętnością, bo na dłuższą metę i tak w ten sposób człowiek się nie wyżywi, nie w Europie. Bardzo trudno coś upolować, zwłaszcza bez broni długiej lub kuszy oraz lat praktyki w polowaniach, a tego typu konieczność wymagałaby jakiegoś wielkiego kataklizmu z tysiącami uchodźców ukrywających się po lasach i wyżerających nawet korę z drzew. Historie wielkiego głodu, m.in. w Korei Północnej, Chinach, na Ukrainie pokazują, że nie tak łatwo się wyżywić. A coś takiego może się przytrafić nawet w Europie, bo wszystko jest powiązane z pieniądzem i jakiś większy kryzys finansowy lub rozbłysk słoneczny spowodują brak dostępu do żywności.
        Raczej w Polsce nie przewiduję zamieszek, żeby ludzie zaczęli ze sobą walczyć, jeśli już to zaczną demonstrować przeciwko władzom, co oznacza m.in. rozkradanie sklepów i podpalanie samochodów, ale zwykłym ludziom trzymającym się z dala od demonstrantów osobiście raczej nic nie grozi, scenariusz rodem z MadMaxa jest głupi (po co po zagładzie cywilizacji jeździć po pustyni samochodem i walczyć o benzynę?).

        W takim ekstremalnym przypadku może nie być możliwości ewakuacji samochodem, drogi zbyt łatwo zablokować lub uszkodzić, więc pozostaje ewakuacja piechotą lub w ostateczności (i najwygodniej) rowerem. Co może oznaczać konieczność nocowania gdzieś w krzakach.

      • Piotr napisał(a):

        Nikt tu nie mówi/pisze o lesie jako o podstawowym celu ewakuacji, a jedynie niektórzy (w tym ja) uważają, że las to świetna szkoła psychologii przetrwania.
        Tak przy okazji – uważam, że lepiej jest umieć przetrwać w lesie niż nie umieć. Wolę mieć wybór miasto/wieś/las niż go nie mieć i być skazanym tylko na to, na co się przygotowałem. Jak to już kiedyś napisałem: wolę być przygotowany na nic, ale gotowy na wszystko, niż być przygotowanym tylko na jakieś konkretne scenariusze i zależeć od sprzętu i zapasów, które pod tym kątem zgromadziłem. Nie znaczy to, że neguję przygotowania tego typu, to ułatwia sprawę i jest przydatne, ale jeśli moje być albo nie być miałoby zależeć tylko od sprzętu, zapasów i wcześniej przygotowanej lokalizacji, to byłaby to tylko iluzja bezpieczeństwa. Jedyną rzeczą jaką ZAWSZE mam ze sobą, to ciało i umysł – to są podstawowe czynniki do których cała reszta są tylko dodatkami. Nic mi na przykład nie da zapas gotówki jeśli po utracie pracy nie będę w stanie skutecznie znaleźć źródła dochodu, nic mi nie da pełen bagażnik sprzętu jeśli spanikuję podczas wypadku i w ciemności nie będę w stanie wydostać się z samochodu który wylądował w wodzie a potem nie dam sobie rady sam, nocą, bez sprzętu, przemoczony ochronić się przed zimnem i dotrzeć do cywilizacji itd. Podstawowymi korzyściami z „zielonego survivalu” nie są umiejętności rozpalania ognia przez tarcie patykami czy ciapanie siekierką, ale właśnie hartowanie ciała i umysłu.

  9. jan napisał(a):

    Wg mnie osoba która się czuje preppersem, powinna przede wszystkim uczyć się i próbować improwizować w różnych warunkach. Myślę, że majsterkowanie przyda się o wiele bardziej niż próba przeżycia na siłę dwóch dni w lesie.

  10. Domi napisał(a):

    Panowie, tak to można się przekomarzać miesiącami. Wszystko jest ważne i przydatne, o ile ktoś umie to wykorzystać dla siebie. „Nie mam prawa jazdy, ale umiem prowadzić samochód, nie wożę ze sobą zestawu narzędzi, ale wiem jak naprawić usterkę w rowerze korzystając z kluczy do mieszkania. Nie lubię zarządzać ludźmi, ale w sytuacji zagrożenia ich zdrowia umiem ich opanować i bezpiecznie odprowadzić gdzie trzeba”. Zamiast tracić energię zbierajcie siły na nowy piątkowy scenariusz 🙂

  11. tomek21 napisał(a):

    Domi w mojej opinii ma racje nadto dostrzegam osobiści wiele scenariuszy i umiejętności czy też rozlwoju cech , które takie działania pomogą rozwinąć. Jako Ciekawostkę do przemyślenia daję swoją myśl. że lepiej byc na coś przygotowanym jak nie być i mówię to w kontekście tego , żę kilka osób które w innym temacie twierdziła ,że pewne działania nie mają większego sensu tutaj jest za tym treningiem a te które były za w innym temacie tutaj są przeciwko. Szybko i pobieżnie analizując dochodzę do wniosku , że po pierwsze w takim układzie nie zawsze będziemy mieli racje i czasem warto posłuchać innych o odmiennym zdaniu zwłaszcza jeśli nas to nic nie kosztuje

    • Piotr napisał(a):

      I tak jest, pewne „treningi” są ogólne i uniwersalne a inne są specyficzne dla jakiegoś konkretnego kontekstu (a więc mniej ogólne). Taki banał jak codzienne bieganie, większość preppersów (nie biegających) zapyta po co to i na co, przecież niczego nie uczy, lepiej w tym czasie kolejny panel słoneczny na dachu umieścić albo książkę poczytać o budowaniu schronu, bo to się wydaje bezpośrednio przynosić większe korzyści (i będą argumentować, że z tego panela to przynajmniej prąd będą mieli gdy go w sieci energetycznej zabraknie, a taki biegacz będzie w ciemności siedział), tyle że statystycznie biegacz w razie „W” będzie miał większą wytrzymałość i wydolność organizmu, będzie sobie radził lepiej z kryzysami zarówno fizjologicznymi jak i psychicznymi (z którymi rutynowo się styka codziennie na bieżni) i byle „nie mam już siły”, „mięśnie mnie bolą” czy „nie chce mi się” nie będą stanowić jakiegokolwiek problemu (pomijając już fakt, że u osoby uprawiającej sport te kryzysy pojawią się znacznie później niż u osoby nie trenującej). Analogicznie wolę mieć umiejętność skonstruowania regulatora ładowania akumulatora z byle złomu radiowego i potrafić zbudować prosty alternator z blachy po konserwach i kabli wyciągniętych spod tynku, niż mieć „wieczną” latarkę/radio na korbkę w której awaria jakiegoś trybika czy elementu elektronicznego unieruchamia mi urządzenie. Wolę więc trenować bieganie i uczyć się elektroniki (wiedza i umiejętności bardziej ogólne i uniwersalne), bo to mnie uczy pokonywania słabości i improwizowania z tego co mam pod ręką.
      W tym samym kontekście uważam, że zielony survival to najprostsza (dla przysłowiowego mieszczucha – bez obrazy oczywiście) możliwość wyjścia poza strefę komfortu i sprawdzenia się w „obcym środowisku” w którym można nauczyć się pokonywania swoich słabości i „kombinowania” (wykorzystywania tego, co znajdziemy w otoczeniu).
      Dziwi mnie, że najwięksi sceptycy tego podejścia to są Ci, którzy tego nigdy nie spróbowali, jakoś nie ma tu osób, które by takie rzeczy robiły, a po fakcie mówiły „nie warto” 😀

  12. Bomba Kaloryczna napisał(a):

    Trudno się z Tobą nie zgodzić, bo moim zdaniem umiejętności to jeden z kluczowych i indywidualnych atrybutów, które posiada każdy człowiek.

    W moim odczuciu warto brać też pod uwagę bardzo uniwersalną walutę, jaką jest czas.
    Co mi po umiejętności skonstruowania defibrylatora, jeśli nie mam takowego na podorędziu, pomocy znikąd, a „na rękach” umiera mi osoba z migotaniem komór?
    Co mi po ultranowoczesnych trampkach, jeśli moje ciało nie ma kondycji, aby szybko w nich „popylać”?

    Myślę, że zazwyczaj warto dążyć do pewnego optimum pomiędzy środkami a umiejętnościami.

    • Piotr napisał(a):

      Jest też jeszcze jeden czynnik: wiele braków umiejętności da się zastąpić odpowiednimi środkami jak i wiele braków środków można zastąpić odpowiednimi umiejętnościami (na przykład zapałki zastępują brak umiejętności rozpalania ognia metodami survivalowymi jak i umiejętność rozpalania ognia „byle czym” zastępuje brak zapałek) ale pewne rzeczy są niezastępowalne, na przykład niczym nie zastąpisz umiejętności podejmowania decyzji pod presją stresu czy czasu (jak i prostymi umiejętnościami nie zastąpisz braku defibrylatora, chyba że jesteś kardiochirurgiem, rozetniesz pacjenta i zrobisz mu dłonią bezpośredni masaż serca, ale to bardzo specjalistyczna wiedza). Moim zdaniem obszary, w których środki i umiejętności się pokrywają, to warto mieć zarówno środki (bo ułatwiają pewne sprawy) jak i umiejętności (gdyby się okazało, że te środki stracimy). Dodatkowo umiejętności nierekompensowalne (lub bardzo trudno kompensowalne) warto umieć, lepiej jest mieć kondycję do wejścia na siódme piętro w bloku niż bawić się w awaryjne zasilanie generatorami windy w bloku gdy prądu zabraknie. Dodatkowo niektóre środki są niewspółmiernie drogie do ich odpowiedników umiejętnościowych, jeśli mam na przykład poświęcić miesiąc swojej pracy na kupienie porządnego generatora prądu elektrycznego, to wolę umieć sobie radzić przy małym zużyciu prądu (lub zupełnym jego braku), wolę umieć korzystać z mapy i kompasu w dowolnym terenie niż zależeć od GPS-a (dobry GPS odporny na warunki pogodowe swoje kosztuje, a do tego jest bardziej zawodny, choć mam GPS-a, to nie jestem od niego zależny), wolę umieć rozpalić ognisko i zbudować improwizowane schronienie niż zależeć od niezawodności silnika samochodu gdy utknę gdzieś zimą w zaspie (i samochód w 2-3 godziny stanie się „lodówką”), wolę wiedzieć jak uzdatnić domowymi sposobami wodę do picia niż zależeć od jakiegoś profesjonalnego filtra (który mam i sobie chwalę na wypadach w plener, ale gdy filtr padnie, to nic się nie stanie) itd.

      Odnoszę wrażenie, że wiele osób próbuje środkami zrekompensować brak umiejętności, do pewnego stopnia się da, ale to uzależnia od tych środków, co jest moim zdaniem złą strategią jeśli chodzi o przetrwanie (nawet najbardziej profesjonalny i niezawodny, często bardzo kosztowny, sprzęt czasem zawodzi i to zawodzi najczęściej wtedy, gdy są to warunki intensywnej eksploatacji, a więc w najmniej nieodpowiednim momencie).

      • Bomba Kaloryczna napisał(a):

        Moje wrażenie odnośnie rekompensowania niedostatku umiejętności środkami, jest podobne. Istnieją osoby, które wpadły w pewną formę gadżeciarstwa i o ile nie ma w tym nic złego, jeśli zbieranie różnego rodzaju wyposażenia rozpatrujemy jako samodzielne hobby, to z „preppersowaniem” nie ma to zbyt wiele wspólnego.

        Z mojego doświadczenia wynika, że nadmierne poleganie na sprzęcie – tak jak piszesz – przynosi opłakane skutki. Poza tym sprzęt WAŻY swoje, za to wiedza i umiejętności – niekoniecznie i ma się je zawsze ze sobą, nawet będąc gołym i wesołym. Tak jak pisałem wcześniej: dla mnie grunt, to zachowanie odpowiedniej równowagi i niezaniedbywanie zarówno aspektu sprzętowego, jak i umiejętnościowego.

  13. Domi napisał(a):

    No i warto po prostu mieć świadomość na co każdego z nas stać. Jesli czegoś nam się nie udawało zrobić wnormalnych warunkach, well, nie liczmy nagle, że w sytuacji stresowej staniemy się nagle orłami i wszystko nam wyjdzie. A znam takich, oj znam 🙂 ja jestem z tych co specjalnie kalkulują wszystko zaniżając opcje . Jeśli zazwyczaj jestem w stanie przebiec jakiś dystans w takim i takim czasie, to zakładam, że zawsze może się zdarzyć, że pokonam go wolniej z jakichkolwiek powodów (to tylko jeden z przykładów, to samo z jedzeniem i innymi rzeczami) normalnie powiedziałabym, że to mierzenie sił na zamiary, ale to chyba niedomierzanie 🙂

    Wyjątek stanowi praca. Zawsze biore za dużo pracy na siebie. Ale chyba uczę się powoli w tym roku przekazywac obowiązki podwładnym. Zarządzanie ludźmi to cholernie trudna robota. Ostatnio na kursie w metrze powiedziano nam, że w sytuacjach awaryjnych będziemy musieli pomóc podróżnym. Zdałam sobie sprawę, że to najpewniej będzie przypominało zagonienie bandy kozaczących gimnazjalistów do robienia zadań z fizyki w wolnym czasie. Da się zrobić, tylko to stresująca rola 🙂

  14. Fomalhaut napisał(a):

    Temat tu poruszony dotyka szerszej kwestii – mianowicie całej działalności strony DS i jej twórców. Mianowicie sądzę ,że Panowie intuicyjnie przeczuwają , że szykuje się coś „bardzo niemiłego” i stąd cała wasza działalność. Zrozumiałe zatem ,że kierunki waszych przygotowań są inne niż tradycyjne „szkoły survivalu”. Z czym to całkowicie się zgadzam – problem „48 h w lesie” to naprawdę pikuś.. przy tym o czym możemy się dowiedzieć w poniedziałek rano z telewizorni.. Pozdrawiam twórców i dziękuje za dotychczasową pracę.

  15. GNOM napisał(a):

    Preppers – czyli kto?
    Jeśli wiem jak znaleźć i przefiltrować wodę, oraz upolować zwierze wykorzystując wnyka to już jestem preppersem czy nie. A może stanę się nim dopiero jak upiekę to zwierzę w ognisku przy wykorzystaniu gliny-ognisko oczywiście rozpalone przy pomocy pocierania dwóch patyków- żadnej hubki i krzesiwa bo to nie po preppersku. Czy też będę nim dopiero jak wybuduje szałas i prześpię w nim kilka nocy nie moknąc.
    Moja definicja preppersa jest taka: jeśli w niesprzyjających warunkach dajesz sobie radę, nie krzywdząc innych, nie kradnąc i nie zabijając to jesteś gość. w innym wypadku jesteś zwykłym bandytom.
    Jak pisałem już tutaj w innym wątku- gdy odkryłem w tamtym roku ten blog dowiedziałem się że od prawie dwudziestu lat jestem preppersem nie wiedząc o tym.
    Więc pytanie brzmi czy ta nazwa coś zmienia? Czy słoiki które robię jesienią będą lepiej smakować w zimie bo zrobił je preppers? Czy gromadzony opał będzie od tego lepiej sechł, lub palił się w piecu? Wydaje mi się że nie.
    Ale jeśli komuś potrzebna jest nazwa aby lepiej się poczuć to jego sprawa. I nic mi do tego.

  16. Michał napisał(a):

    Bycie osobą bezrobotną przez kilka miesięcy bez zasiłku, pokazuje tak naprawdę kim jesteś i świetnie weryfikuje twoich przyjaciół i znajomych.

  17. bura2 napisał(a):

    Ja proponuje inny trening – imprezy na orientacje – dystans i topień trudności dostosowujemy do siebie, wybierając odpowiednią imprezę i trasę na niej. Są trasy 100 km w 24 h dla sportowców ale są i trasy 10 km w 5 h dla rodzin z dziećmi. Organizatorzy z reguły nie nakładają żadnych ograniczeń co do sprzętu z wyjątkiem tego do nawigacji, więc można zarówno zrobić różne warianty:

    1- familijny- bierzemy mały plecaczek, wybieramy łatwą trasę, w plecaczku kompas, aparat przekąski i napoje i ruszamy na familijna wycieczkę – korzyści jak z każdego innego sportu rodzinnego.
    2- sportowy – wygodny dres, mały-plecak albo nawet pas biegowy i ciśniemy po wynik na dystansie który nam najlepiej odpowiada.
    3- „trening preppera” – bierzemy cały plecak ewakuacji i sprzęt do nawigacji zabroniony przez organizatorów, i próbujemy ukończyć trasę o dystansie najbliższym naszej planowanej trasie ewakuacji ( jak dla mnie szkoda startu w imprezie)

    W każdym z tych wariantów uczymy się nawigacji, która jest WARUNKIEM ewakuacji. Na dowolnej nie-rekreacyjnej trasie poznajemy też siebie w sytuacjach typu „40 minut do zamknięcia punktu nie wiem dokładnie gdzie jestem, mam do niego pi razy drzwi 4 km -krucho” i to w środku nocy, jeszcze niech dla większego dramatyzmu zacznie padać deszcz.

    Jak dla mnie 100 x lepiej niż siedzieć 48 h w lesie bawiąc się w łapanie żab.

  18. Adam napisał(a):

    Panie Krzysztofie,

    dziwne ma pan zdanie ponieważ już kiedyś próbował pan ewakuacji. W teorii to też proste. Nawet trzeba być kaleką aby nie przejść ok. 100 km. A jednak pan po kilkudziesięciu km zrezygnował. Nie naśmiewałbym się z pomysłu tamtego blogera na pana miejscu.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Dlaczego by się Pan nie naśmiewał ze spędzenia 48 godzin w lesie na moim miejscu?

      Naśmiewam się z tego „testu prawdziwego preppersa”, bo jego użyteczność w realnych scenariuszach, jakich może się prepperse spodziewać, jest znikoma.

      Użyteczność mojego eksperymentu z pieszą wycieczką do celu ewakuacji była większa. Ale trzeba powiedzieć, że niedużo większa, bo pieszy marsz był dopiero którymś z kolei z możliwych sposobów dotarcia tam, z których zamierzałem skorzystać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner