Domowy Karaluch Challenge 2: zawartość i test zestawu ucieczkowego

W ubiegłym tygodniu opublikowałem pierwszy materiał dotyczący przygotowań do Domowy Karaluch Challenge 2 — drugiego testu zestawu ucieczkowego. Dziś pora na materiał nagrany w trakcie tego testu.

Na filmie i w tym artykule pokażę i omówię także zawartość mojego zestawu ucieczkowego. Na końcu wpisu znajduje się zaś pełna i szczegółowa lista zawartości zestawu.

Ale zanim zacznę, wspomnę o tym, co zabrałem ze sobą, a co w skład zestawu nie wchodzi. Mam na myśli kamerę GoPro i teleskopowy monopod, które wziąłem po prostu po to, by nagrać jakieś fajne ujęcia i wrzucić później do filmu. Spodziewałem się, że w przeciwnym wypadku nikt nam nie uwierzy, że w ogóle eksperyment powtórzyliśmy.

Wziąłem też ze sobą awaryjną ładowarkę do telefonu i kamery i dobrze, bo zaraz po wyjściu okazało się, że bateria w kamerze jest rozładowana. Szlag trafił albo baterię, albo ładowarkę, bo poprzedniego wieczora na pewno kamerę ładowałem. Dlatego zanim byłem w stanie coś nagrać, musiałem kamerę naładować.

Lars na bieżąco udostępniał nasze położenie ze swojego telefonu komórkowego i można nas było obserwować na trasie. Zapis tej trasy z tego monitoringu znajdziecie na blogu Larsa, w tym wpisie. W ogóle polecam jego blog Waszej uwadze, bo są tam i dwa inne artykuły na temat naszego eksperymentu: o jedzeniu i o noclegu.

Zaplanowaliśmy przejście ok. 45 km, bo to odpowiada odległości z mojego domu do mojego celu ewakuacji. A szliśmy w okolicy, w której mieszka Lars, bo inaczej po prostu nie byliśmy w stanie się spotkać. Planowaliśmy powtórkę eksperymentu od kilku miesięcy i przekładaliśmy ją kilka razy, ale teraz, pod koniec października, wreszcie się udało.

Trasę wyznaczyliśmy z pomocą Google Maps i wrysowaliśmy ją sobie też w uproszczeniu na samochodową mapę okolicy. Zabraliśmy ze sobą wydruk mapki z Google Maps i wydruk opisu trasy.

Na opis trasy stworzony przez Google Maps muszę trochę ponarzekać, bo momentami średnio się sprawdzał. Na opisie pojawiła się np. ul. Książęca, której w rzeczywistości nie byliśmy w stanie odnaleźć, bo nigdzie nie było żadnej tabliczki. Zapytaliśmy przechodnia, po czym dowiedzieliśmy się, że w tej miejscowości nigdy nie było takiej ulicy. Potem uznaliśmy, że nie będziemy więcej pytać nikogo, kto z samego rana już jest pijany. 😉

Ostatecznie w dwóch miejscach trochę zeszliśmy z zaplanowanej trasy, przez co łącznie pokonaliśmy ok. 46 km. Jeśli chcecie dokładnie obejrzeć trasę, którą pokonaliśmy, kliknijcie tutaj, by przenieść się do serwisu Google Maps. Z oczywistych względów nie ma tam informacji o początkowym i końcowym odcinku.

Z punktu widzenia moich własnych przygotowań nie ma to większego znaczenia, bo ja znam dużo różnych tras ewakuacji do mojego celu ewakuacji i nie muszę mieć mapy ani rozpiski. Jestem w stanie te trasy odtworzyć z pamięci o dowolnej porze dnia i o dowolnej porze roku. Oczywiście opis trasy powinien być elementem procedury ewakuacji, ale to inna historia.

Jeśli chodzi o pogodę, to mieliśmy ogromne szczęście. Była przepiękna. Względnie ciepło, słonecznie, bezwietrznie, ale przede wszystkim nie padało. Wiem, że pewnie byście woleli, żebyśmy się czołgali w błocie, ale ja tam osobiście byłem bardzo zadowolony z pogody. Jak na tę porę roku nie mogliśmy trafić dużo lepiej.

Pierwszy postój na jedzenie na trasie zrobiliśmy po kilkunastu kilometrach. Żarcia mam w zestawie ucieczkowym dużo, za dużo nawet. W sumie nie zjadłem dużej części, bo nie byłem specjalnie głodny. Ale też takie było moje założenie, żeby się nagradzać jedzeniem za pokonane kilometry.

Podstawą jedzenia oczywiście są suchary, do tego wziąłem czekoladę, orzeszki, a do sucharów — dżem, miód i mięsną konserwę. Lubię mięso i nie chciałem z niego rezygnować.

Jeśli chodzi o wodę, wziąłem ze sobą 1,5 litra wody (w tym litr w plastikowej butelce po soku z zakrętką o dużej średnicy), oraz 2 puszki 0,25 l napoju energetycznego, który bardzo lubię. Normalnie w zestawie jest wody więcej (2 litry + energetyki), ale tym razem uznałem, że 0,5 litra dokupię na trasie, jeśli byłaby taka potrzeba. To miała być rekompensata za dodatkową masę w postaci kamery i monopoda, których przecież w zestawie nie ma. 🙂

W zestawie jest też też filtr do wody LifeStraw i plastikowe torebki strunowe na mrożonki, by móc zaczerpnąć wodę na trasie. Do tego składana torba na zakupy, by w razie potrzeby móc wygodnie tę wodę nieść. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na fakt, że z tej litrowej butelki mogę pić za pośrednictwem filtra (da się go wsadzić do butelki). Dlatego wodę piję najpierw z tej butelki, by potem ewentualnie uzupełnić ją na trasie.

Tym razem jednak nie było takiej konieczności.

Nie miałem ze sobą żadnego naczynia do gotowania. Uznałem, że gdyby pojawiła się konieczność zagotowania wody, użyję do tego pustej puszki po napoju energetycznym.

 

Pierwsze 25-30 kilometrów nie sprawiło mi większych trudności. Tym razem miałem na plecach nie 18 kg jak poprzednio, a chyba jakieś 8-9 kg i czułem to dosłownie na każdym kroku.

Drugim najprzyjemniejszym momentem naszego marszu był trzeci z kolei dłuższy postój, na którym wciągnąłem całą tabliczkę czekolady. Czułem się, jakbym jadł melanż, przyprawę z Arrakis, jakbym podróżował bez ruszania się z miejsca. Oczami wyobraźni widziałem imiona wszystkich krów, które dały mleko do tej czekolady. Smakowała mi tak, jakbym zaspokajał nią kilkudniowy głód, podczas gdy ja niespecjalnie byłem głodny. Po prostu trudno jest mi opisać to, jak bardzo byłem zadowolony, że ją jem. 🙂

Najmniej przyjemny odcinek drogi wiódł wzdłuż drogi wojewódzkiej 733. Szliśmy wąskim poboczem, mijani przez rozpędzone samochody. To pewnie kwestia przyzwyczajenia. W Warszawie poruszam się raczej chodnikami, a przecież chodniki nie są umieszczone wzdłuż tras, którymi ludzie poruszają się 120 km/h — miałem wrażenie, że niektórzy mijali nas co najmniej z taką prędkością. Jakbym chodził tak codziennie do pracy czy szkoły, pewnie bym nawet na to nie zwracał uwagi.

Ostatnie 10 km było szczególnie trudne. Już bolały mnie dość mocno kolana (kostki nie) i zaczynały boleć mięśnie. Skupiałem się na stawianiu każdego kolejnego kroku, powtarzając sobie w myślach lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa. Wiem, to brzmi głupawo, ale dzięki temu skupiałem się nie na bólu, tylko na kolejnych krokach. Wydaje mi się, że tylko dzięki temu byłem w stanie dalej iść.

Najprzyjemniejszym momentem eksperymentu była ta chwila, gdy dotarliśmy do miejsca, w którym mogliśmy przenocować. Niestety, było to już po zmroku, więc nagrałem coś dopiero następnego dnia, rano.

Mój zestaw ucieczkowy nie zakłada noclegu na trasie. W zestawie 72-godzinnym mam hamak, plandekę i śpiwór. Gdybym musiał się ewakuować, zabrałbym z domu oba zestawy, a pewnie także i parę innych rzeczy. W ramach eksperymentu zaplanowaliśmy jednak nocleg, na wypadek, gdyby taka konieczność mimo wszystko się pojawiła.

Spałem w foliowym worku, przykryty dodatkowo mapą. Przypuszczałem, że będę zmuszony jeszcze przykryć się kocem ratunkowym z apteczki, ale ostatecznie nie było aż tak tragicznie. Było zimno i niewygodnie, nie wyspałem się w ogóle. Co robić…

Tyle, jeśli chodzi o samą relację z eksperymentu. W kolejnym materiale podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami i wnioskami. Bo przecież o to właśnie chodziło — by przetestować zestaw i wyciągnąć z tego testu wnioski.

 

Zawartość mojego zestawu ucieczkowego (stan na październik 2015).

  • żywność:
    • 4 opakowania sucharów specjalnych Su-2 po 90 g każde,
    • 2 czekolady mleczne,
    • mieszanka studencka,
    • orzeszki ziemne w chrupiącej polewie,
    • gulasz angielski, 200 g,
    • miód, dżem,
    • 2 opakowania sezamków,
    • mus owocowy,
  • woda:
    • 2 litry wody w butelce litrowej i dwóch butelkach 0,5 litra,
    • 2 puszki napoju energetycznego po 0,25 litra każda,
    • 3 duże torebki strunowe do mrożonek,
    • filtr do wody LifeStraw,
  • apteczka,
  • koc termiczny (w apteczce),
  • maseczki przeciwpyłowe,
  • pół rolki papieru toaletowego,
  • mokre chusteczki,
  • mydło,
  • spirytus salicylowy w atomizerze,
  • krótkofalówka PMR,
  • zapasowe baterie AA,
  • latarka (czołówka z Biedronki),
  • zapasowe baterie AAA,
  • duży foliowy worek na śmieci,
  • kompas,
  • 2 pakiety do rozpalania ognia w małych foliowych torebkach, w każdym mała zapalniczka BIC i paczka zapałek,
  • 2 opaski odblaskowe z migającymi lampkami LED,
  • zapasowa bielizna, para skarpetek, t-shirt.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

27 komentarzy

  1. Bunkier napisał(a):

    Z całym szacunkiem, ale branie napoju energetycznego jest IMHO słabym pomysłem. Izotoniczny – w porządku, ale z energetykiem bym uważał.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Wiem, napoje energetyczne to taka moja słabość. 🙁

      Ale kiedy taki wypić, jeśli właśnie nie podczas tak obciążającego przedsięwzięcia. 😉

      • JPW napisał(a):

        No wlaśnie nie w czasie tak obciążającego przedsięwzięcia. Chociaż może powinienem pisać za siebie i o konkretnym energetyku? O konkretnym nie napisze, ale za siebie owszem, bo nie wierze, żebym był takim oryginałem i ewenementem, żeby tylko mój organizm tak reagował. Otóż 😉 – swego czasu często musiałem powtarzać pewien dość wysoki wysiłek. Jako że lubiłem smak pewnego napoju energetycznego, to często piłem go w czasie owego wysiłku. Po jakimśtam czasie zauważyłem, że w czasie owego wysiłku męczę się – haha – wiem jak to brzmi, ale chodzi mi o takie niepokojące zmęczenie, które nie powinno występować w trakcie, taki brak sił gdzieś ze środka. Odstawiłem energetyk i wszystko wróciło do normy. Wydaje mi się, że problemem w napojach energetycznych czy energetyzujących jest zawartość cukru. W zasadzie teraz sobie uświadamiam, że być może to był przełomowy moment w moim życiu – najpierw odstawiłem energetyki, potem wszelkie napoje słodzone (czyli wszystkie dostępne w handlu napoje poza wodą) a od dłuższego czasu unikam wszelkich węglowodanów (polecam 🙂 )
        Jako, że odbiegłem od tematu, to wrócę – nie dla każdego energetyki są dobre w czasie wysiłku. Piszę, że nie dla każdego chociaż myślę, że dla nikogo, ale zostawiam sobie margines błędu w związku z tym, że ludzie są różni i może komuś służą takie dawki cukru PODCZAS (podkreślam „podczas”) wysiłku.

        • sieroslaw napisał(a):

          znajomy (młody chłopak, sportowiec, ogólnie zdrowie w normie) kiedyś prowadząc wypił energetyka, a po jakimś czasie drugiego. prawie na zawał zszedł, dobrze że zdążył stanąć zanim wypadł dosłownie z samochodu na chodnik żeby odzyskać świadomość. ostrożnie.

  2. Rafał M. napisał(a):

    No i oczywiście zabrakło koca 🙂
    Są bardziej uniwersalne niż śpiwory, bo mogą służyć nie tylko do spania, ale też okrycia się. Nawet latem potrafi być zimno w nocy – ja trafiłem o godzinie pierwszej w nocy na dworzec w Warce, pociąg skończył bieg i następny był za 3 godziny, wszystko zamknięte włącznie z dworcem, zrobiło się 10 stopni, a ja w krótkim rękawie. Nie chciało mi się brać torby z czymkolwiek, myślałem że nie będzie potrzebne. Ludziom ponoć się przytrafiało, że zimą zamarzły kable i pociąg się zatrzymał na odludziu.
    Innym razem postanowiłem się zatrzymać w samochodzie i zdrzemnąć, był chyba wrzesień, już rano. Momentalnie się zrobiło zimno od blachy i szyb. Od tej pory wożę w samochodzie kilka kocy i kurtkę-kamizelkę odblaskową z polaru.

    Zastanawiam się nad zabieraniem w podróż… soku. Takiego zagęszczonego, do dodania do wody, np. od urządzenia do otrzymywania wody gazowanej.
    Bo woda pitna jest stosunkowo łatwo dostępna, w każdym kranie, ostatnio niezłej jakości. Nic, tylko brać jakąś butelkę i sobie nalewać. Jednak w praktyce okazywało się to nie takie proste i w końcu kupowałem sobie jakiś napój, bo długo samej wody nie da się pić.

  3. puszka napisał(a):

    Podgrzewanie pokarmów/ wody w puszkach po napojach/konserwach jest niezdrowe, może nawet na dłuższą metę trujące. Puszki aluminiowe są powlekane warstwą lakieru od wewnątrz i dzięki temu napoje np. takie jak cola czy te energetyki, kt. pijesz nie wchodzą w reakcję z aluminium. Gdy zaczniesz gotować wodę w takiej puszce, to naturalnie pijesz ten roztopiony lakier. Jeśli sytuacja nie jest kryzysowa, tylko spędzacie sobie wolne w lesie bawiąc się w survival, to w sumie nie ma powodu sobie szkodzić. Generalnie odradzałbym takie pomysły 😉

  4. Piotr napisał(a):

    Podobnie jak powyżej puszka: odradzam podgrzewanie płynów w puszkach z alu. Stalowe kubki z nierdzewki są dostępne w każdym markecie w cenie kilku PLN. Ważą tyle co nic, oraz praktycznie nie zajmują dodatkowego miejsca (można sklepać bądź nawet uciąć/urwać ucho a kubek zakładać na dno butelki z wodą czy też do kubka włożyć jakieś rzeczy).
    W moim przypadku największe oszczędności na masie daje przede wszystkim:
    – nie branie żadnych „odżywczych” płynów typu słodkie soki itp. bo do ich trawienia potrzebna jest…. woda 😀 jeśli już, to można brać napój izotoniczny, ale najlepsza jest zwykła woda (zawsze zabieram ze sobą sól aby w razie czego móc ją uzupełnić gdy się „wypłukam”)
    – branie jak najmniejszej ilości jedzenia, a jeśli już, to pokarmy zużywające mało wody do strawienia (białka i tłuszcze jakkolwiek „sycące” to niestety zużywają sporo wody na strawienie) i jednocześnie „odwodnione” (typu ryż, płatki, żadne tam „puszki”), jeśli idę na maksymalnie 24-30 godzin, to nie biorę praktycznie w ogóle jedzenia, ewentualnie jakiś kisiel owocowy itp.; wytrenowałem pod tym względem swój organizm, to oczywiście powoduje, że organizm trzyma około 1kg tłuszczu więcej w organiźmie niż w przypadku „suchej” sylwetki, ale za to 2-3 dni bez jedzenia nie są problemem fizjologicznym (kwestia pokonania głodu, który się czuje przez kilka godzin „kryzysu” zanim się metabolizm nie przestawi); oczywiście to wariant dla osób w 100% zdrowych, bo jeśli ktoś ma problemy z wątrobą albo hipoglikemię, to oczywiście musi jeść cały czas
    – jeśli już zabieram pokarmy, to nie takie „dające kopa”, bo nie chodzi o to aby sobie podkręcać BMR „strzałami” kofeiny i cukru, tylko o to aby organizm miał jak najmniejsze tempo metabolizmu (jak najwięcej „chodził na wolnych obrotach”), bo to oszczędza kalorie; oczywiście przy wysokim BMR czujemy się rześcy i „naładowani” ale wtedy spalamy więcej kalorii nawet nic nie robiąc 😀
    – nie zgadzam się z Rafałem M. odnośnie koca – jest dobry do samochodu ale nie do plecaka, dobry śpiwór daje lepszą izolację niż wełniany koc przy mniejszych rozmiarach i mniejszej masie, a jeśli trzeba się przykryć, to przecież można śpiwór rozpiąć i użyć jako przykrycia, do tego dwie karimaty (jedna to gąbka a’la Texar a druga to w zależności od sezonu albo mata powleczona folią aluminiową albo pompowana podobna do materaca – oczywiście pompowana jest cięższa, ale lepsza na mróz :D) albo zamiast karimat hamak (używam bardzo rzadko hamaka, bo nie potrafię się w nim wyspać :D)
    – rękawiczki i kominiarka (aby nie zmarzły mi palce, uszy, nos itp. gdy jest chłodno bądź wietrznie), na prawdę „oszczędzają” w moim przypadku dodatkowe warstwy ubrań/śpiworów podczas spania, ale to kwestia indywidualna, ja jeśli mam „dogrzany” tułów oraz głowę i dłonie, to mogę spać „na gołe nogi” i nie zmarznę ale różni ludzie mają różnie (są tacy, którzy dla odmiany muszą mieć wygrzane stopy)
    – zamiast namiotów itp. zabieram zwykły tarp (taki najprostszy nieprzemakalny, chodzi jedynie o zabezpieczenie przed deszczem, folia niestety nie przepuszcza wilgoci więc przykrycie się nią powoduje, że pogarszają się izolacyjne właściwości śpiwora, ubrań itd., jest zimno a człowiek „mokry od potu” :D), czasem nawet tego tarpa nie rozpinam na drzewie, tylko po prostu na ziemi „przygważdżam” narożniki śledziami do ziemii (aby wiatr nie zwiał) i wsuwam się pod niego z karimatą i śpiworem 😀
    – wolę zabierać więcej cienkich ubrań niż jedną grubą kurtkę, małe ubrania łatwiej spakować i łatwiej regulować temperaturę zakładając/zdejmując poszczególne warstwy
    – nie zabieram kupy różnych zbędnych gadżetów typu 15 latarek, 30 noży, wiadro baterii itp. w zupełności wystarcza jeden nóż (+ mały scyzoryk) + dwie latarki czołowe bez zapasowych baterii
    – jeśli idziemy w kilka osób, to nie biorę „backupów”, czyli wystarcza jeden nóż, jedna latarka itd. a sprzęt się rozdziela pomiędzy osoby (na przykład jeden bierze kuchenkę turystyczną, drugi radio, trzeci „gary”, czwarty mapy/kompas/GPS itd., bo na przykład nie ma potrzeby aby wszyscy jedni na raz, można robić tak, że najpierw je jeden, potem drugi itd., a jak się nóż złamie albo latarka padnie, to też nie ma tragedii, bo działamy w grupie)

    To oczywiście w przypadku krótkich wypadów, bo jeśli na przykład wypad jest na tydzień, to „na minimum” się nie da 😀

    • Piotr napisał(a):

      Oczywiście można też trasę rzędu 30-40km przy dobrej pogodzie pokonać nie zabierając ze sobą nic poza ewentualną butelką wody, bo na przykład latem startując rano dojdziemy do celu wieczorem przed zapadnięciem zmroku, a do pokonania dystansu rzędu 200-300km wystarczy sprzęt mieszczący się w „torbie z Biedronki” jak tu:
      https://www.youtube.com/watch?v=uOBezpxPY_k
      https://www.youtube.com/watch?v=6ahhjal6eeY
      no ale to przy założeniu, że wszyscy w ekipie są odpowiednio przygotowani (jeśli przygotowana jest na przykład tylko głowa rodziny, a żona, dzieci, rodzice nie, to będzie więcej walki z „marudzeniem” innych niż z rzeczywistymi problemami).

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Patrząc na to, co miałem, a z czego najbardziej nie skorzystałem, mogę oszczędzić sporo masy na pozostawieniu puszki z mięsem. Akurat zrobi się „miejsce” na kubek lub garnek.

  5. PABLO napisał(a):

    Optymalne wyposażenie na wędrówkę (pieszo, rowerem, na nartach czy w kajaku) – czy to na jeden dzień, czy to na miesiąc i dłużej to jest „standard” w turystyce. Czy warto wyważać otwarte drzwi?

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Wyważać otwarte drzwi? Co masz na myśli?

    • Piotr napisał(a):

      Ewakuacja to nie to samo co turystyka. Turysta może na przykład zrezygnować z wypadu przy złej pogodzie, wypad jest aktem woli (a nie konieczności), idzie z innymi o porównywalnej sprawności (nie zabiera ze sobą na przykład kilkumiesięcznego dziecka czy niepełnosprawnego rodzica/dziadka) no i ma ten komfort, że w razie poważnych problemów może liczyć na działanie służb ratunkowych (bo jego przypadek będzie jednostkowy a nie „masowy” jak w przypadku jakiegoś większego kryzysu). No i każdy jest inny, ma inne umiejętności, wytrenowanie, nastawienie, możliwości finansowe (przekładające się na masę i jakość wyposażenia, wyżywienia itd.) i wiedzę (przekładającą się na przykład na to ile przydatnych do jedzenia rzeczy jesteś w stanie znaleźć i wykorzystać po drodze a co za tym idzie ile gotowego jedzenia musisz ze sobą zabrać na przykład na dwutygodniowy wypad).

  6. paprokles napisał(a):

    patrze, patrze i nie widze…
    gdzie jest bron czarnoprochowa ja sie pytam (rozumiem ze prawdziwa ewakuacja i tak bedzie samochodem terenowym do rodziny na wsi)?

  7. Ooops napisał(a):

    To całe żarcie można by było spokojnie zastąpić z 10 snickersami. Na dwa dni marszu w sam raz i żadne „bo sam cukier”, „bo sam tłuszcz”, „bo odwadnia”, „bo nie ma białka” w tym przypadku jest kompletnie bez sensu!

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Nie żartuj. Mam zastąpić coś, co lubię jeść czymś, co lubi jeść jakiś anonimowy Ooops z internetu? 🙂

      • Piotr napisał(a):

        Nie chodzi o to co lubimy jeść, tylko o to co jest optymalne z punktu widzenia ewakuacji – coś co ma dużo kalorii przy małej masie i przy okazji nie „wypłukuje” (na przykład nie działa moczopędnie jak niektóre kofeinowe napoje energetyczne). Zapasy długoterminowe składowane w domu (których nie musisz nosić na plecach :D) można dobierać pod względem gustów kulinarnych, bo ich masa nie ma jakiegoś specjalnego znaczenia, ale jedzenie na krótkie, kilkudniowe wypady ma przede wszystkim odpowiednio uzupełniać składniki odżywcze (głównie energię) przy stosunkowo małej masie – jeśli odpowiednio zgłodniejesz, to wszystko będzie smakować jak czekolada 😉 Przy okazji takie jedzenie nie kusi aby sięgać po nie bez potrzeby (niektórzy mają tendencję do „zajadania problemów kaloriami” albo robią z jedzenia „wymówki” do przerwania marszu gdy nie jest to konieczne). Zabierz ze sobą kupę smakołyków, a możesz być pewien, że dziecko będzie non stop chciało abyś mu je dawał (szybko się nauczy, że mu je dasz „dla świętego spokoju” i będzie na tym mechanizmie „żerować” :D).
        No i prosta zasada biwakowa: przyprawy ważą niewiele, a zmieniają dużo – zwykła sól, pieprz, sproszkowana papryka czy kostka rosołowa potrafią „czynić cuda” nawet w przypadku „nijakich” bazowych składników takich jak płatki owsiane czy ryż (albo ziemniaki znalezione gdzieś na polu) 😀

      • Ooops napisał(a):

        Piotr po części wyjaśnił o co mi chodzi 🙂
        Jeśli biwakujesz czy siedzisz w domu – to jak najbardziej trzymaj to co lubisz. Masa i ilość nie ma wtedy znaczenia. Za to walory kulinarne tak! Ale jeżeli musisz szybko się gdzieś ewakuować, maszerować 1-3 dni bez przerwy, sytuacja wygląda trochę inaczej.
        Sam kiedyś trzymałem w BOBie w cholerę zbędnego żelastwa (puszek) itp rzeczy. W międzyczasie trochę zmieniłem podejście. Im mniej na plecach tym lepiej a resztę w samochodzie jeśli takowy jest dostępny.

        ps 1. to jest patent „podpatrzony” od brodatych kolesi biegających po Kaukazie
        ps 2. kiedyś nie taki anonimowy ale teraz wolę tak 🙂

  8. Jasio napisał(a):

    Z opisu wnioskuje że chyba masz problem ze stawami i biegane czy długie wędrówki z duzym obciążeniem są niewskazane.

  9. bura2 napisał(a):

    Na wstępie gratulacje, dobra robota. Wielu ludzi ma blokadę – 30 km? to jest nie do przejścia! Wygrałeś z samym sobą.

    Albo mi się wydaje, albo nie wpisałeś w skład zestawu żadnej latarki. Jeśli dzieliliście się sprzętem z Larsem to warto by też wrzucić co on miał ze sobą.

    Jeśli na miejscu ewakuacji wszystko już jest, to wtedy do plecaka bierzemy mniej. Jednak na wypadek jakichś kłopotów, warto mieć możliwość wykonania minimum jednego noclegu w lesie.

    Warto też zabrać z odzieży: jedną zapasową parę skarpet, rękawiczki, szal/chustę/kominiarkę i polarowy ocieplacz typu koszulka z długim rękawem. Jak widać na filmie było dosyć ciepło w dzień to noc już chłodniejsza. Można też z tych rzeczy, zawiniętych w folię zrobić małą poduszkę do siedzenia. Na plecaku lepiej nie siadać a na mokrej, zimnej trawie średnia przyjemność.

    Jeśli będziesz planował kolejny podobny wypad warto zawrzeć w nim elementy marszu w nocy oraz przejść chociaż kawałek na przełaj, chociażby po to żeby docenić jak się przyjemnie idzie po drogach.

    Jeśli planujesz iść z bronią to warto było ją zabrać lub ekwiwalent masowy. To jest jakieś 2 kg i może być gwoździem do trumny. Jak również mogłeś włożyć tam ok. 200 g obciążenia symbolizującego towary na wymianę, ja skłaniam się ku lekom. W 200 g zmieścisz ich sporo a jako towar wymienny będą bezcenne. Oczywiście nie mówię tu o kładzeniu cegieł do plecaka. Bez sensu. Ale możesz np jako te 200 g obciążenia włożyć 2 czekolady i obiecać sobie że ich nie zjesz, jeśli zjesz to jakbyś wyrzucił po drodze te leki.

    Jeśli chodzi o to czy brać „bonusy” w formie zapasowych baterii, łopatki, kuchenki, większej ilości jedzenia itp. To uważam, że tak. Nikt nie każe nam tego targać 40 km. Zawsze można na pierwszym postoju wymienić stare baterie na nowe i starych się pozbyć itp. Tak samo łopatki kuchenki – jeśli zostawiam je w domu z którego uciekamy to równie dobrze możemy je zostawić gdzieś na trasie.

    Jeśli idziemy grupką to sprzęt można podzielić ale każdy musi mieć swoje minimum przy tyłku Latarka, mapa,kompas, multitool/scyzoryk, zapalniczka, śpiwór,pakiet opatrunkowy, jedzenie i woda na 24 h resztą można się dzielić.

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      Dzięki za miłe słowa! 🙂

      Rzeczywiście, zapomniałem o paru elementach zestawu.

      Latarkę (czołówkę) miałem, widać to na jednym z ostatnich ujęć (gdy pokazuję odblaski). Wziąłem też na zapas bieliznę, skarpetki i t-shirt. T-shirtem dodatkowo się okryłem w nocy (też go widać na filmie).

  10. arachne napisał(a):

    Polecam uwzględnić w zapasach żywnościowych chałwę: jest kaloryczna, bogata w białka i tłuszcze a jej największym plusem jest to, że nie rozpuści się w czasie upałów 🙂
    Pozdrawiam

  11. sieroslaw napisał(a):

    coś więcej o krótkofalówka PMR ?

    • Krzysztof Lis napisał(a):

      A co byś chciał więcej wiedzieć? Mieliśmy o tym parę artykułów tu na blogu…

      • sieroslaw napisał(a):

        Znalazłem dwa
        https://domowy-survival.pl/2013/08/grupowe-przygotowania-bandy-i-gangi/
        https://domowy-survival.pl/2011/09/radiowa-komunikacja-na-sytuacje-kryzysowe/

        Pierwszy temat traktuje bardzo zdawkowo, hasłowo, bez konkretnej analizy polecanego modelu , drugi zaś dla laika jakim ja jestem, brzmi jak strona z książki o radiokomunikacji z 2 roku politechniki.
        Więc może coś dedykowanego temu tematowi, w Twoim stylu, prosto i na temat – jaki masz model, jakie ma zasięgi, jakie pasma da się nim obsłużyć, czy ma radio FM, jak z wytrzymałością i ładowaniem alternatywnym. To w sumie najważniejsze kwestie, nie potrebuję znać całej fizyki rozchodzenia się fal, nie interesuje mnie też komunikacja na 200km. Proste, względnie tanie radio z możliwością słuchania radia FM, komunikacji z bliską osobą, ewentualnie podsłuchem innych osób/służb (plus krótki manual jak to się robi oraz info prawne, czego nie wolno).

        • Krzysztof Lis napisał(a):

          OK, zapisuję do listy tematów do omówienia, ale to nie będzie takie proste, niestety… Nie mam na tyle wiedzy, żeby móc dziś taki materiał nagrać — bo w życiu korzystałem z dwóch PMRek.

          Jeszcze mieliśmy jeden materiał w ubiegłym roku, ale pewnie też nie odpowie na te pytania:
          https://domowy-survival.pl/2015/10/gdy-zabraknie-pradu-3-komunikacja-radio/ .

          • sieroslaw napisał(a):

            Wiesz, może źle się wyraziłem. Może to i dobrze że nie masz wystarczającej wiedzy 😉 bo ja nie mam prawie żadnej, a nie chodzi mi o wykład wyczerpujący temat (taki wpis jak rozumiem próbował popełnić Hans Klos i merytorycznie pewnie poprawnie ale wartość użytkowa dla mnie malutka), ale o bardzo praktyczne rzeczy, któe wymieniłem. Ot choćby od prostej sprawy zaczynając, czemu masz akurat ten model a nie inny, jakie on ma funkcje, jak planujesz ładowanie na wshtf. Bo zakładam że jednak skoro masz taki sprzęt to znając Ciebie nie był to przypadek ale jakiś pomysł na to urządzenie posiadasz 😉 ?

          • sieroslaw napisał(a):

            Tak, ten ciekawy, np. to radio LW z opcją ładowania akumulatorków pięknie się wpasuje w mój zestawik, choć cena nieco odstrasza, ale wpisuję na swoją listę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner