Czy brak prądu rzeczywiście oznacza trudne czasy, czyli nierealne założenia (2)

Dziś kolejny materiał o nierealnych założeniach, jakie niektórzy czynią w przygotowaniach na trudne czasy, albo w przekonywaniu samych siebie, że te przygotowania nie są potrzebne. Poprzedni znajdziesz tutaj. To założenie mieści się najczęściej w komentarzach podobnych do tego:

Są miejsca na świecie gdzie ludzie nie mają telewizji,prądu,internetu,telefonu,kibla,bieżącej wody,auta …. i żyją sobie na luzie bez spiny. Oglądając Twój kanał czasem zadaję sobie pytanie. Może założę sobie kanał. ” Surwiwal na Marsie ” jako parodia wszystkich survivalowców ; ) Byłby ciekawie ; )

który autor o pseudonimie Wędkarstwo Rekreacyjne pozostawił pod naszym filmem o tym, czy warto w przygotowaniach na sytuacje kryzysowe ufać technice.

Komentarze tego typu na swoje potrzeby nazywam głupio-mądrymi. Bo na pierwszy rzut oka nie sposób odmówić im słuszności. Tak, przez setki tysięcy lat ludzie żyli bez prądu i innych wytworów techniki. Dziś też mnóstwo ludzi tak żyje i wcale nie ma poczucia walki z jakimś kataklizmem.

Niemniej jednak uważam, że to nie jest powód, by odpuścić przygotowanie sobie na brak prądu czy awarię innych technicznych systemów, od których jesteśmy dość mocno uzależnieni. Wyodrębniłbym przynajmniej 3 takie powody.

1. Jak wyglądało życie bez techniki?

Życie bez techniki oczywiście jest możliwe. Można w to głęboko wierzyć podniecając się filmami z youtube’owego kanału Primite Technology (nie zwracając uwagę na to, że nagrywany jest w Australii, a więc w zupełnie innym klimacie). Ale wystarczy zastanowić się, jak to życie kiedyś wyglądało, by uświadomić sobie, że spora część ludzi bez prądu po prostu nie przeżyje.

Średnia długość życia bardzo wzrosła na przestrzeni ostatnich lat (dzięki zdobyczom cywilizacji). W V wieku wynosiła ok. 25 lat. Także przez dużą śmiertelność dzieci i noworodków. Mogłoby się więc okazać, że ci tak pewni siebie komentujący po prostu by umarli jako dziecko na pierwszą lepszą infekcję. Albo po prostu z głodu.

Bo populacja też przyrasta dzięki rozwojowi techniki. Las, w którym nagrywałem film, nie jest w stanie wyżywić dzisiejszej populacji naszego kraju i to nie tylko dlatego, że jest powojenną sosnową monokulturą. Przede wszystkim jest nas zbyt wielu.

2. Życie bez techniki i prądu wymaga więcej wysiłku

Oczywiście możliwe jest zaspokojenie wszystkich potrzeb życiowych rodziny samodzielnie, z pomocą kawała gruntu, który posiadamy, ale wymaga to mnóstwo pracy. Tę na co dzień wykonują za nas maszyny, m.in. pompy, młyny, ciągniki. Można uprawiać gospodarstwo bez wsadu z zewnątrz (paliwa, nawozów, materiału do nasadzeń i środków ochrony roślin), ale jest to bardzo trudne.

I raczej nie ma się co łudzić, że będziemy w stanie takie życie zorganizować sobie na poczekaniu, gdy sytuacja kryzysowa nastąpi. Aby móc tak żyć, trzeba tak żyć już teraz!

3. Na nasze przetrwanie wpływ mają też inni ludzie

Buńczuczne zapewnienia „ja sobie poradzę bez prądu, bo przecież ludzie tak przez wiele lat żyli” nie mają żadnego znaczenia, gdy wziąć pod uwagę także członków dalszej rodziny i sąsiadów. Gęstość zaludnienia w Polsce jest tak duża, że nie da się o tym nie myśleć.

W razie braku prądu nie będziesz siedzieć w domu z żoną na romantycznej kolacji przy świecach z zapasu, delektując się upolowanym jelonkiem, bo wszyscy Twoi sąsiedzi naraz umarli z głodu. Oni będą umierać, owszem, ale powoli. W międzyczasie mogą zechcieć uwolnić Cię od ciężaru zapasu żywności czy płodów rolnych na Twoim polu, jeszcze niedojrzałych.

 

Życie bez prądu jest możliwe. Ale nierealne jest bezproblemowe przestawienie się na brak techniki i nie ma się co okłamywać, że jest inaczej.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

52 komentarze

  1. Piotr napisał(a):

    Podstawowy błąd logiczny jaki jest w komentarzach podobnych do tego który zacytowałeś, że są miejsca gdzie ludzie nadal bez prądu żyją (czy że kiedyś u nas żyli bez prądu) polega na tym, że WIĘKSZOŚĆ ludzi na takich obszarach (jak i infrastruktura na tych terenach) jest przygotowana do takiego funkcjonowania i jest to dla nich sytuacja normalna a nie wyjątkowa/kryzysowa. Jeśli wszyscy mają zapasy żywności na zimę (na przykład na 3 miesiące), to problem braku dostaw do sklepów nie istnieje bo wszyscy mają co jeść ale jeśli tylko powiedzmy 1 na 1000 ma takie zapasy a reszta nie, to nawet ten 1 na 1000 mimo że jest przygotowany aby „żyć jak 100 lat temu” (czy jak w miejscu gdzie tak ludzie żyją teraz), to żyje w obszarze objętym poważną sytuacją kryzysową bo pozostałe 999 osób nie jest przygotowanych do takich warunków, głoduje i trudno przewidzieć do czego się posuną w walce o przeżycie.
    Obecnie bardzo trudno byłoby przeżyć na przykład długotrwały brak prądu/dostaw całkowicie w oderwaniu od społeczności, przy czym „oderwanie” rozumiem jako brak wpływu w obydwie strony, bo oczywiście można się tak przygotować aby przeżyć bez pomocy z zewnątrz ale to nie oznacza, że nie będzie różnych prób „ingerencji z zewnątrz” w nasze życie i to jest właśnie ta różnica między „KIEDYŚ wszyscy w Polsce żyli bez prądu” (był to stan normalny i wszyscy byli przygotowani do tego) a „TERAZ umiem sobie poradzić bez prądu i żyć jak kiedyś” (bo większość nie potrafi i nie jest na to przygotowana).

  2. linkolm napisał(a):

    Przeżyć się da,tylko najpierw trzeba przeczekać pierwszy okres braku prądu.U mnie w wiosce prąd założono w 1952 r. Kable zakładano w jednym pomieszczeniu w domu,najczęściej w kuchni i jeżeli było gospodarstwo rolne to też w jednym pomieszczeniu,a resztę przewodów musieli ludzie sami rozprowadzić.Maszyny napędzane prądem typu młockarnia dostępne dla małych gospodarstw pojawiły się później.Dla wyżywienia jednej rodziny,załóżmy 4 osobowej nie trzeba co roku uprawiać (przekopywać czy orać) całej ziemi przeznaczonej pod produkcję jedzenia,część areału mogą stanowić sady,krzewy owocowe i uprawy wieloletnie np.truskawka.W sadzie można pozyskać trawę dla królików czy gęsi,a na polu po jęczmieniu ozimym jeszcze w tym samym roku można posiać grykę i ją zebrać jesienią.Problemem była by obrona tego wszystkiego przed rabunkiem.

  3. Mariusz napisał(a):

    Szanowny Panie Krzysztofie
    Rozważaliśmy kiedyś w gronie kolegów, pracowników jednej z elektrowni cieplnych, skutki burzy słonecznej, która spowodowałaby trwałe uszkodzenie infrastruktury przesyłowej i np. transformatorów na dużym obszarze, np. w Europie. Dodam, że jest to zdarzenie pewne, choć może minąć lat sto, lub więcej, nim się ziści. Rezerwowe transformatory są, ale na poziomie kilku procent potrzeb. Produkcja nowego transformatora blokowego trwa rok, no dobra, niecały rok. W normalnych warunkach. Przywrócenie produkcji i przesyłu może potrwać rok lub dłużej. A tu zabrakło prądu, powiedzmy w większości krajów rozwiniętych. Nie ma transportu, wiem – jest na paliwa płynne, ale pompy już są na prąd. Nie ma centralnego w miastach (ach te pompy), nie ma wody, zapasy psują się – większość jest w chłodniach, reszta w magazynach ogrzewanych lub przewietrzanych elektrycznie. Giną setki tysięcy zwierząt hodowlanych, drób zdechły to już setki milionów (karmione, dojone, ogrzewane, chłodzone, wietrzone elektrycznie).
    Przemysł stoi. Choćby dlatego, że sterowanie jest elektroniczne. W każdym ciągu technologicznym jest coś, co potrzebuje prądu. Załamuje się porządek społeczny. Przywrócenie stabilizacji trwa kilka lat. Ale jest to stabilizacja na innym poziomie. Nastąpi zmniejszenie populacji, przejście na gospodarkę naturalną, na poziomie średniowiecza i to raczej tego wcześniejszego.
    A wracając do rozważań, że kiedyś ludzie tak żyli, to bez nawozów, mechanizacji i przemysłowej produkcji żywności na terytorium Polski wyżywi się na progu egzystencji jakieś kilkanaście milionów ludzi, pod warunkiem, że będzie miało kilka milionów koni pociągowych, odporne gatunki roślin i zwierząt, narzędzia i umiejętności. Kto zna się dziś na tradycyjnym rolnictwie ? Kto ma studnię przy domu? Najlepiej z wodą nadającą się do picia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu gdy na wsi ludzi przysypało w zimę, to taki odcięty od świata gospodarz mógł przeczekać i do wiosny. W poważnym dyskomforcie oczywiście. Ale opał na całą zimę był, studnia, a więc woda była, krasula w obórce ryczała, kury może słabo się niosły, ale zawsze, a za chałupą pod śniegiem był kopczyk z kartoflami. A co dziś? W ogródku tuje, po kurczaka do sklepu, zapasy na 3 dni.
    Konkludując, choć z zainteresowaniem zaglądam na Pańską stronę, sądzę, że można przygotować się na klęskę krótkotrwałą, lub częściową (o łagodnym przebiegu). Totalna apokalipsa, taka jak długotrwały brak energii, atak jądrowy i podobne, zmiotą znaczną część populacji i cofną cywilizację co najmniej do 18 wieku.
    Strasznie się rozpisałem. Pozdrawiam.

    • Rafał M. napisał(a):

      Niezupełnie.
      Na przykład pewien japoński rolnik wymyślił metodę uprawy polegającą na mieszaniu różnych roślin, by się wzajemnie uzupełniały i rosły niemal bez nadzoru. Żadnej mechanizacji, żadnej elektryczności, żadnych nawozów, żadnych zwierząt pociągowych. Chyba jedyne, co kupował z zewnątrz, to zapałki i nafta do lamp.
      I uzyskiwał wydajność z hektara nie gorszą niż „nowoczesne” gospodarstwa sąsiadów, tyle że miał znacznie mniej pracy niż oni.
      No, ale wytworzenie takiej równowagi wymaga kilku lat, oraz wiedzy (z wykształcenia był biologiem).

      Ma na świecie wielu naśladowców, nawet w Polsce zdarzają się ludzie próbujący żyć całkiem bez pieniędzy.

      Współczesny człowiek ma przewagę nad średniowiecznym w postaci wiedzy. Średniowieczny nie znał praw przyrody.
      Przykładowo, średniowieczny musiał sobie podgrzać wodę do mycia na piecu, gdzie palił chrustem zebranym z okolicy. Współczesny może postawić na dachu pomalowaną na czarno beczkę z wodą (okrytą szkłem) i ma ciepły prysznic.
      Takich współczesnych prostych sztuczek, nie znanych w średniowieczu, jest znacznie więcej.

      • Survivalista (admin) napisał(a):

        Ale nie bójmy się powiedzieć, że „życie bez pieniędzy” to w Europie tak naprawdę tylko życie na koszt innych. Nie okłamujmy się, że można żyć inaczej.

        Oczywiście, możesz mieć gospodarstwo dostatecznie duże, by być samowystarczalnym energetycznie i żywnościowo. I poza tym nie korzystać z internetu, chodzić w wykonanych własnoręcznie ubraniach ze skór wyhodowanych zwierząt. Leczyć się własnymi ziołami a dla rozrywki patrzeć w gwiazdy. No ale to mrzonka jest. 😀

        • Rafał M. napisał(a):

          W Europie życie bez pieniędzy nie jest na koszt innych, bo wykorzystuje głównie śmieci, które i tak są wyrzucane przez innych 🙂
          Taka współczesna forma prehistorycznego koczowniczego zbieractwa.

          Ale to szersze zagadnienie.
          Przykładowo, można pomagać za granicą w jakiejś organizacji charytatywnej, w zamian za wyżywienie i nocleg. Można pomagać w jakimś gospodarstwie rolnym, w zamian za wyżywienie i nocleg. Można opiekować się czyimś mieszkaniem lub domem, w zamian za wyżywienie i nocleg, albo nawet sam nocleg (niektórzy mają kilka domów w różnych częściach świata, w których przebywają zaledwie kilka dni lub tygodni w roku i nie chcą zostawiać ich pustych na pastwę losu, a opłacenie pracownika by dochodził i się zajął też słono kosztuje).
          Można udostępniać sobie nawzajem mieszkania lub pokoje, przyjmować zagranicznych gości i samemu gościć u nich za granicą (czyli wszystkie strony korzystają na eliminacji bardzo kosztownego komercyjnego wynajmu lokalu podczas wczasów).
          To też różne lokalne sieci wzajemnej wymiany usług z pominięciem pieniądza, choć to w Polsce dopiero raczkuje, ale kryzys w Grecji i Hiszpanii rozwinął tam takie aktywności.

          Albo taki od dawna znany autostop. Jak kierowca jedzie samochodem w jakimś kierunku i ma miejsca wolne, to zabranie autostopowiczów praktycznie nic go nie kosztuje (może z powodu większej masy zużycie paliwa wzrośnie o 1/10 litra na 100km). Są ludzie, którzy za darmo autostopami zwiedzili niemal całą Europę.

          Życie bez pieniędzy to też różne sposoby wyeliminowania lub ograniczenia regularnych rachunków. Na przykład wykorzystanie słońca do ogrzewania, gotowania i generowania elektryczności. Wykorzystanie zbiornika na deszczówkę. Przechowywanie żywności w piwnicy lub ziemiance. Wykorzystanie kompostu zamiast fabrycznych nawozów. Lokalne używanie radiotelefonów zamiast telefonów komórkowych.
          Główną przyczyną biedy w miastach są różne rachunki, które przymusowo trzeba zapłacić co miesiąc. Każdy zresztą może sobie wyobrazić o ile byłby bogatszy bez rachunków 🙂

          Na chwilę obecną nie jest możliwe całkowite zrezygnowanie z pieniądza, bo ideologia gospodarcza wymusza korzystanie z pieniądza (model gospodarki w którym producenci produkują i sprzedają za pieniądze na rynku), więc zawsze gdzieś coś będzie do kupienia (chyba że dostanie się w prezencie, albo za jakąś przysługę).
          Ale jest całkiem spory potencjał ograniczenia wydatków. Choćby przy wyjściu z domu zabranie ze sobą teczki z kanapką i termosem z herbatą lub kawą, wyjdzie duuużo taniej niż stołowanie się na mieście.

          • Piotr napisał(a):

            Te wszystkie prace dla fundacji za michę i dach nad głową czy jeżdżenie autostopami to nie jest życie bez pieniędzy, tylko tak jak Survivalista napisał – życie za pieniądze innych. Nie ważne że kierowca który Cię podwozi wleje do baku praktycznie tyle samo, ważne że bez jego pieniędzy ten samochód by nie jechał i Cię nie zabrał – jedziesz dzięki jego kasie jaką wydał na samochód i za jego pieniądze jakie wydał na paliwo i inne opłaty, jego ten kilometr ileś tam kosztuje, a że nie współuczestniczysz w tym koszcie to nie znaczy że to nic nie kosztuje i że to jest „bez kasy”. Możesz za coś nie płacić i „żyć bez kasy” tylko gdy ktoś inny pokrywa koszty czyli żerujesz na pracy innych (pomijam sytuacje gdy wynagrodzenie za pracę wolisz odebrać „w naturze” a nie w pieniądzu, to inna sprawa; pisząc o żerowaniu na innych mam na myśli sytuację typu „zapiszę się do fundacji aby michę dostać”, „wybiję szybę w sklepie aby mnie w pudle przezimowali”, czy „zamiast pracować można pójść do ośrodka dla bezdomnych” – owszem, da się, ale to wykorzystywanie innych i marnowanie zasobów fundacji, które to zasoby mogłyby być przeznaczone na osoby rzeczywiście nie potrafiące sobie poradzić bez pomocy czy na wolontariuszy którzy idą z przekonania a nie kalkulacji).

          • linkolm napisał(a):

            Śmieci które wykorzystasz powstały w wyniku kupna jakiegoś towaru przez inną osobę.Jeżeli masz piwnicę czy ziemiankę to musisz zapłacić podatek od działki na której się znajdują.Musisz mieć jakieś ubezpieczenie zdrowotne,a na starość przydała by się emerytura.Dopóki żyjesz pośród ludzi korzystających z pieniędzy to i ty pośrednio z nich korzystasz.

      • linkolm napisał(a):

        Gospodarowanie biodynamiczne czy też inaczej uprawa współrzędna była znana praktycznie od początku uprawy roli tyle,że tak tego nie nazywano. Przykładowo indiańskie trzy siostry-Fasola,Dynia i Kukurydza.Średniowieczny człowiek jak najbardziej znał prawa przyrody,inaczej by nie przetrwał,a świadectwem tego są liczne przysłowia.

  4. Rolnik. napisał(a):

    Od siebie dodam jeszcze, że teren Polski, nawet bez mechanizacji i nawozów sztucznych byłby w stanie wyżywić całą populację. Było tak przed wojną. Ale jest jedno ważne zastrzeżenie: wówczas 60-70% populacji pracowało przy produkcji żywności, a koni były miliony. Dziś ściśle w rolnictwie pracuje kilka procent ludzi a spotkanie konia który umiałby uciągnąć pług graniczy z cudem.

    Tak więc można żyć w świecie post-apo ale ciężko do niego dożyć.
    Pozdrawiam

    • Coyote napisał(a):

      Kiedyś w ramach „projektu agepo” takiej zabawy intelektualnej grupki polskich surwiwalistów wyliczono że na obszarze obecnej Polski mieliśmy zbliżoną populacje w 1912 roku . Ludzie się byli w stanie wyżywić mimo że wiele zboża zagarniali zaborcy .

      Problem zwierząt pociągowych przy szybkiej reakcji miałby akurat proste rozwiązanie .
      Mięsne rasy bydła , z pewnymi zastrzeżeniami mleczne .
      Mamy potężne pogłowie , 6 mln sztuk . Licząc 50 % śmiertelność wychodzi jedno zwierze na 3 ha gruntów ornych .
      Do tego bydło nie jest zdegenerowane hodowlą wystawową jak konie , przyuczenie do przysłowiowego pługa byłoby wykonalne .

      Co do ludzi , niewykwalifikowanych trzeba więcej więc trzeba by liczyć z 90 % populacji zatrudnione w rolnictwie w zamian za wyżywienie . Po przejściu najgorszego można by zejść do 60 % i próbować stawiać gospodarkę .
      Na temat śmiertelności nawet mi się nie chce wypowiadać , taki eksperyment przeprowadzono kiedyś w Kambodży , podobno bez intencji ludobójstwa .
      Efekty są powszechnie znane .
      Z drugiej strony z przymusową wycieczkę w głąb ZSRR większość przeżyła mimo że też lekko nie było .
      Pytanie czy jako współcześni Polacy bardziej przypominamy swoich dziadów którzy przeżyli zsyłki i podnosili z gruzów po wojnie totalnie rozwalony kraj . Czy najwyższe kasty Kambodży które praca w prymitywnych warunkach kosiła z efektywnością komór gazowych .

      • Piotr napisał(a):

        Apropos przymusowej wycieczki wgłąb ZSRR – szczerze powiedziawszy uważam, że łatwiej przeżyć w tajdze (odcięcie od ludzi i cywilizacji, ale mnóstwo zasobów naturalnych w tym budowlanych, jedzenia itp.) niż w środku wielkiego miasta (kupa głodnych ludzi walczących o życie i brak zasobów naturalnych).

        Co do eksperymentu i roku 1912 – to oczywiście przy założeniu, że tym wszystkim ktoś w skali kraju skutecznie zarządza i kontroluje a ludzie chętnie współpracują, ale to tylko model hipotetyczny, bo w praktyce szybko będzie „dziki zachód” i ludzie prędzej zjedzą z głodu bydło mięsne niż będą je przyuczać do pługa (którego też nie będzie :D). Jeśli awaria prądu (na dużą skalę, czyli obejmująca duży obszar) zdarzy się powiedzmy w grudniu, to pierwsze ewentualne plony można mieć dopiero w lipcu a przez te kilka miesięcy coś trzeba jeść – większość ludzi nie ma zapasów jedzenia na tak długi okres.

        • Coyote napisał(a):

          Dlatego kluczowe z tą teoretyczną wykonalnością byłoby szybkie działania i organizacja służb oraz współpraca rolników .
          Armia i policja musiałyby się skupić na racjonowaniu i ochronie zapasów żywności ( i majątku do ich odtwarzania) zamiast na ganianiu szabrowników atakujących sklepy monopolowe , jubilerskie czy mieszkania (sorry taki klimat 😀 )
          Ludzie szybko migrowali by tam gdzie armia zapewniała by ochronę , ciepły kąt w baraku i miskę zupy w zamian za pracę .
          Jakby to nie zabrzmiało , wspomaganie i ochrona tych którzy mimo wszystko zostaliby w wielkich miastach byłoby niedopuszczalnym marnotrawstwem sił i środków .

          Narzędzia rolnicze do małych ciągników wywodzą się w prostej linii od tych o żywej trakcji . Zresztą te z przełomu XIX/XX to sprytne ale bardzo proste konstrukcje , łatwe do wykonania nawet w prymitywnych warsztatach i stolarniach .

          • Piotr napisał(a):

            Czyli zaproponowany przez Ciebie scenariusz można między bajki włożyć. W Polsce wojska nie wystarczyłoby aby rozstawić nawet po jednym żołnierzu na miejscowość (przy założeniu, że wyślemy do akcji nawet żołnierzy-biurokratów, którzy od lat nie zajmują się niczym innym poza braniem żołdu i przewalaniem papierków) – to są siły niewystarczające aby nad czymkolwiek zapanować czy cokolwiek upilnować. Gdyby dołożyć do tego Policję, to raptem mielibyśmy po dwie osoby na miejscowość (licząc statystycznie, czyli nie ważne czy wioska z czterema chałupami na krzyż czy miasto typu Warszawa). Bez dyscypliny obywatelskiej taki scenariusz by się nie udał a niestety na takową dyscyplinę nie ma co liczyć.

            Co do narzędzi rolniczych – teoretycznie masz rację, tylko te warsztaty też obecnie bez prądu nie będą funkcjonować, kowali z tradycyjnymi kuźniami mamy jak na lekarstwo a i sprzętu do małych ciągników jest coraz mniej (przynajmniej w moich okolicach bardzo niewielu rolników jeździ starszymi Usrusami z pługami 2 skibowymi które da radę pociągnąć para krów). Owszem, wszystko można, tylko potrzebna jest samodyscyplina obywateli, zasoby ludzi zdolnych do wyprodukowania/przerobienia sprzętu metodami prymitywnymi (bez nowoczesnych warsztatów) oraz rasy zwierząt i odmiany roślin które poradzą sobie bez współczesnych środków stosowanych w rolnictwie (rośliny które urosną bez nawozów sztucznych, bez chemicznej ochrony przed szkodnikami czy chwastami itp. oraz wydadzą płodne nasiona; zwierzęta które urosną bez suplementów i środków farmaceutycznych itd.).
            Moim zdaniem scenariusz jaki opisujesz to iluzja (czyste hipotetyczne spekulacje) i w praktyce są nikłe szanse na jego realizację, a więc nie można takiego scenariusza przyjmować jako założenia w swoich przygotowaniach.

          • pawell napisał(a):

            Nie ze wszystkimi uwagami Piotra (odpowiadającego wcześniej) się zgadzam, np. moim zdaniem w większości małych wsi samoorganizacja społeczności lokalnych w sytuacjach kryzysowych byłaby wystarczająca do opanowania sytuacji.
            Ale ważny aspekt poruszył- płodność roślin. Póki co w Polsce większość roślin uprawnych jest płodna tzn- nasiona mogą w następnym roku wydac kolejne rośliny. Ale tak nie będzie gdy wejdzie GMO- z definicji większości bezpłodne. Więc nawet mając nasiona zbóż nie da rady nic wychodować.

          • Coyote napisał(a):

            W sumie takie łudzenie się że świadomością że jak ta flara słoneczna łupnie albo atak EMP rodem z „Sekundę za późno” to jesteśmy w czarnej d 😀
            Z tym że płycej niż europa zachodnia nie mówiąc o Egipcie czy Bangladeszu .
            Bez przesady z tymi elektronarzędziami , nie ma już fizycznej możliwości uciąć czegoś brzeszczotem , zespawać palnikiem czy wkręcić głupiej śrubki bez wkrętarki ? 😀
            Prosta wiertarka to w zasadzie uchwyt zaciskowy np: z spalonej elektrycznej i odpowiednio wygięty trzpień .
            W większych maszynach przewinięcia uzwojenia i zasilenia ich z generatora na deficytową ropę kiedy to naprawdę potrzebne ?
            Armia ma zawsze pewne możliwości mobilizacyjne , czytaj nałapania Zenków i Grażyn którzy chętnie zgodzą się na lepszą racje żywnościową za lżejszą robotę . Już nie mówiąc o władzy nad tymi głodniejszymi bez munduru i kałasznikowa 😀
            Podejrzewam że byliby wystarczająco lojalni , zwłaszcza mając rodziny wśród „chłopów pańszczyźnianych” .

            Sił nikt by tak nie rozdzielał , zabezpieczyłoby się mniejszy teren . Więc i mniej ludności . Proste .
            A reszta zostałaby poza jurysdykcją . Tymczasowo .

          • Piotr napisał(a):

            @pawell: Też nie jest tak do końca z tymi roślinami że dopiero GMO stworzy problem. W praktyce już większość właścicieli dużych gospodarstw co roku kupuje kwalifikowane nasiona (i nie chodzi tylko o wymóg prawny z „Ustawy o ochronie prawnej odmian roślin” – po prostu nasiona kwalifikowane są przygotowywane tak, że w kolejnych pokoleniach następuje ich degradacja płodności) a te kwalifikowane nasiona wymagają odpowiedniej chemii aby wydały odpowiednio duży plon. To już się dzieje, nie trzeba wprowadzać GMO.

            @Coyote: Owszem, można zmobilizować armię ale… trzeba ją wyposażyć i wykarmić – czym jeśli nie będzie zapasów? To nie takie proste jak się wydaje – utrzymanie żołnierza jest droższe niż „samoutrzymanie się” cywila, bo cywil jeśli zajdzie taka potrzeba, to będzie zbierał jagódki w lesie, korzonki traw, będzie jadł mrówki czy dżdżownice, pił sok z brzozy (wiadomo, zależy od pory roku itp. ale w polu i lesie zawsze jest dużo żywności dla kogoś, kto wie co jest jadalne) ale armii na takim wikcie nie utrzymasz (a ludzie mający zasoby, na przykład świnie czy krowy ras mięsnych będą tych zasobów bronić i nie oddadzą ich tylko dlatego, że przyjdzie jakiś „Zenek z Grażynką ubrani w mundury” i powiedzą, że powinien im oddać).
            Owszem, dużo rzeczy da się zrobić improwizując ale ile tego tlenu i acetylenu (czy karbidu :D) warsztaty mają w zapasie i jak długo będą mogły „spawać pełną parą”, tydzień? Jak długo ludzie będą w stanie słuchać radia na odbiornikach bateryjnych aby wiedzieć że „normalność postępuje”? Ilu ludzi umrze bez takich podstawowych rzeczy jak leki nasercowe które muszą brać codziennie? Jak szybko skończy się paliwo do agregatów? W ilu domach nie będzie funkcjonować ogrzewanie bez elektrycznego zasilania pomp w instalacji CO?
            Ja sobie poradzę (jeśli mnie nikt nie zabije dla przysłowiowej kromki chleba), Ty jak mniemam też, ale 95% ludzi „wymięknie” po 2 tygodniach jeśli nie nadejdzie pomoc z zewnątrz. Armia to nie perpetum mobile – potrzebuje ciągłego zaopatrzenia w żywność, paliwo, środki bojowe (amunicja itp.), potrzebuje utrzymania środków łączności, zaopatrzenia medycznego (żołnierze też chorują, odnoszą rany itp.) i przede wszystkim WYKWALIFIKOWANEJ KADRY która to wszystko utrzyma w kupie i zapewni sprawne funkcjonowanie – tego się nie da szybko zbudować na „Zenkach i Grażynkach” poprzez danie im mundurów i kałachów (zresztą dużych zapasów kałachów w Polsce nie ma :D)

          • Coyote napisał(a):

            Poza warsztatami masz zapasy fabryk , hurtownie , składy budowlane , sklepy itd . A wątpię żeby butle z acetylenem i narzędzia były priorytetem szabrowniczych band .
            Sytuacja pod tym względem lepsza od 1945 gdzie prawie wszystko trzeba było wykonywać od podstaw .
            A zapotrzebowanie też nie byłby roku 2017 tylko raczej 1912 , niezły bufor do czasu wznowienia produkcji .
            Ziarno jak zauważyli inni , aktualnie mamy i takie i takie . Gówniane odmiany do gara , silnych niewymagających odmian których są pewne zapasy na zasiew .

            Pamiętaj że przeciwnikiem nie byłaby wroga armia . Tylko grupy bandytów . Marnie uzbrojonych , jeszcze gorzej zaopatrzonych .
            To nie powojnie kiedy kiedy amunicja walała się praktycznie wszędzie .
            Co nie znaczy że dla „ludzi mających zasoby” bandziorstwo nie będzie śmiertelnym zagrożeniem .
            Więc sami się będą szukać opieki zorganizowanej siły .

            Podobno samych „psów” PPS 43 mamy zmagazynowane ok 120 000 tyś , wierzę bo właśnie mon pozbywa się STENów jeszcze z alianckich dostaw dla ZSRR . Pozbawione możliwości ognia ciągłego są w sklepach po ok 2500 PLN .
            Łącznie gdzieś będzie z pół miliona sztuk broni długiej wraz z amunicją . Od beryli C i pm98 przez kałachy wszelkich odmian po niedobitki mośków i pepesz . Do tego różne km na 7,62×54 i 7,62×51 .
            I tak skromnie , jeszcze w 2006 oficjalnie 2 200 000 tego żelastwa było .

  5. linkolm napisał(a):

    Paradoksalnie im więcej ludzi umrze na początku takiej katastrofy tym większe szanse ma cała reszta.Najlepiej poradzili by sobie ludzie dzisiaj żyjący w trudniejszych warunkach typu góry czy tereny bagienne gdzie często stosowane są prymitywniejsze metody gospodarowania,a siłę pociągową stanowią zwierzęta.Z nasionami zbóż czy kukurydzy nie było by tak trudno jak z warzywami które nasiona wydają w drugim roku uprawy.Hodując na mięso królika czy kozę całą paszę można pozyskać zbierając trawę której nie trzeba uprawiać,jedynie co to rozgarnąć kopce kretów i jesienią rozrzucić obornik,a od wiosny zbierać,karmić i suszyć na siano.Wszystko rozbija się o zorganizowanie obrony dla swojej społeczności.

  6. Maciej napisał(a):

    Może tak na próbę przenieść się w okolice gdzie używa się bardzo mało energii elektrycznej. Nie to że jej nie ma ludzie używają jej bardzo mało. I jakoś funkcjonują. My patrzymy na świat przez optykę mieszczucha dla, którego brak energii elektrycznej nawet na moment utrudnia niesamowicie życie. Od wtaszczenia zakupów na x piętro bez windy po utrudnione zakupy i brak wody w kranie. Pytanie co musiało by się stać by tej energii nie było długo nie godzinę dzień czy tydzień a miesiące czy lata. Rozbłysk słoneczny prawdopodobieństwo istnieje lecz czy na pewno spowodowało by aż taką apokalipsę ? Druga możliwość to wojna . Lecz wtedy ze względu na zimę nuklearną możemy zapomnieć o uprawach. Czasami należy zadać sobie pytanie na co i jak jesteśmy w stanie się przygotować. To że przez pewien czas bez pomocy rządu i jego agend możemy przetrwać jest pewne tak jak i to że na taką pomoc nie można w krótkim czasie liczyć. I tak jak wszędzie musimy rozważyć prawdopodobieństwo danego przypadku. Na to że nie będzie energii przez dzień dwa czy nawet dwa tygodnie jestem w stanie się przygotować dłuższe braki w dostawach oznaczają katastrofę przynajmniej na skalę kraju. Wracając do początku wpisu. Od kilku lat spędzam urlop w społeczności, której zużycie prądu bliskie jest zeru. Tak wspiera ich klimat lecz znacznie bardziej metody życia. Woda dostarczana jest grawitacyjnie do domów – teren górski wszystkie domy w wiosce posiadają piece służące do gotowania jak i ogrzewania domów. Obserwuję i uczę się ich rozwiązań wypracowanych i doskonalonych przez pokolenia. Ku mojemu zaskoczeniu w większości sytuacji okazywało się, że moje zaawansowane technicznie zabawki przegrywały z miejscowymi rozwiązaniami. Ludzie żyją tam inaczej tak znacznie ciężej niż my lecz w zamian są również znacznie bardziej wolni. Autor przytaczał statystykę zgonów, lecz trzeba pamiętać o tym iż u nas elektryfikacja to lata 50. Pośród nas żyją jeszcze ludzie wychowujący się bez prądu. Na wsiach można spotkać ziemianki , czyli jednak się da. I tylko od nas zależy ile wolności oddamy za wygodę.

    • Piotr napisał(a):

      Problemem nie jest to czy Ty sobie bez prądu poradzisz, tylko jak wszyscy wokół Ciebie się będą zachowywać w związku z tym, że tego prądu zabraknie.
      Nie jest sztuką poradzić sobie bez prądu na Syberii (czy ogólnie w terenie, gdzie nie trzeba brać poprawki na zachowanie setek czy tysięcy innych ludzi w sąsiedztwie). Nie jest też sztuką żyć bez prądu w rejonie gdzie wszyscy bez tego prądu żyją (bo są do tego przygotowani i to jest dla nich stan normalny). Niemniej jednak Polska to nie Syberia czy Bangladesz, tu praktycznie 100% społeczeństwa jak i cała infrastruktura jest uzależniona od prądu – w przypadku gdy prądu zabraknie, to nie będziesz w stanie żyć tak jak w Bangladeszu czy na Syberii i nie dlatego że Ty nie wiesz jak, ale dlatego, że pozostali nie będą wiedzieli jak i zapanuje „prawo dżungli”.

      • Maciej napisał(a):

        Pytanie kluczowe to ile czasu tego prądu nie ma. Pisałem na krótką metę można pociągnąć na agregacie, lecz ile paliwa jesteś w stanie zgromadzić. Przy oszczędnym gospodarowaniu na tydzień dwa i co dalej. Moje doświadczenia z panelami słonecznymi są inne niż Krzyśka – nikczemnie mało energii ze sporej powierzchni, kłopoty ze zmagazynowaniem itp. Pytanie jak szybko zapanuje prawo dżungli i czy w tym czasie dostawy nie zostaną wznowione. Nasza sieć przesyłowa jest w znacznie gorszym stanie niż elektrownie, których wiek też nie napawa optymizmem . Lecz co ma spowodować długotrwały brak energii. Przeciążenie sieci wtedy odcina się zakłady przemysłowe przerabialiśmy to jako 20 stopień zasilania za PRL. Reszta to już albo apokalipsa albo wydarzenia regionalne typu zerwana linia zniszczona stacja trafo o mało sympatycznych lecz krótkotrwałych skutkach. A zanim zapanuje prawo dżungli lepiej być gdzie indziej nawet w Bangladeszu lub na Syberii.
        Pozdrawiam

        • Piotr napisał(a):

          Miałem oczywiście na myśli długotrwały brak prądu na większym obszarze (mocna flara słoneczna, atak EMP, huragan który zerwie linie energetyczne na dużym obszarze i temu podobne).
          Co do paneli – zależy jakie kto ma zapotrzebowanie na energię elektryczną, bo oczywiście o gotowaniu wody czajnikiem elektrycznym lepiej zapomnieć 😀 U mnie jeden panel fotowoltaniczny około 1 metra kwadratowego spokojnie wystarcza na autonomiczne zasilane (buforowane akumulatorem) wszystkiego co będzie mi *niezbędne* w sytuacji kryzysowej związanej z brakiem prądu, czyli zasilenie radioodbiornika radiowego, ładowanie akumulatorów do latarek elektrycznych, zasilanie radiostacji, zasilanie laptopa (oczywiście nie włączonego cały czas, a tylko włączanego na 1-2 godziny dziennie po to aby na przykład wysłać/odebrać e-maile czy pobrać mapy pogodowe), do ładowania smartfona (nawet jak nie będzie działać sieć komórkowa, to telefon jest radioodbiornikiem, aparatem fotograficznym, notatnikiem, GPS-em itp.). Sprawdziłem to w praktyce zarówno latem jak i zimą podczas wypadów w teren (zimą tylko 4 dni i to przy stosunkowo dobrej pogodzie) – spokojnie latarki, komórkę i radiostację taki panel „uciągnął” (radiostacja mało używana, głównie na odbiorze, więc prądu dużo nie brała).
          W domu doszłyby ewentualnie dodatkowe odbiorniki prądu: zamrażarka i chłodziarka (mam jedną chłodziarkę absorbcyjną, ale zapas gazu do niej by się skończył po mniej więcej miesiącu), cała reszta (kuchnia, dostęp do wody itp.) może u mnie w domu funkcjonować bez prądu. Na dobrą sprawę panel mi wystarczy ale w razie czego mam przetwornice i każdy samochód może pracować jako agregat (tak wiem, paliwo się kiedyś skończy).

          Co do obecnej sytuacji energetycznej w Polsce, to „20 stopień zasilania” tak na prawdę już mamy i w szczytach zapotrzebowania energetycznego kupujemy prąd z Niemiec (który nota bene jest tańszy niż ten wyprodukowany w Polsce – elektrownie atomowe okazują się być ekonomiczniejsze od tych na „czarne złoto”). Z tego co mi mówił znajomy (pracuje w branży energetycznej jako szef rozdzielni) w razie niewydolności elektrowni (gdyby energii było za mało i nie dałoby się jej importować) strategia jest inna niż w czasach PRL – nie będą wyłączane zakłady przemysłowe czy ważna infrastruktura krajowa, tylko będą odłączani „zwykli Kowalscy” metodą sekwencyjną, czyli na przykład najpierw w dzielnicy X nie będzie prądu przez 1h a w dzielnicy Y będzie a potem na odwrót, będzie w X a nie będzie w Y i tak w koło. Takie podejście teoretycznie umożliwi ciągłą pracę instalacji i urządzeń wyposażonych w zasilanie awaryjne (BTS-y komórkowe, część aparatury szpitalnej, laptopy, komórki, infrastruktura internetowa, bankomaty, kasy fiskalne itp.) lub które wystarczy uruchamiać raz na jakiś czas (na przykład pompy w hydroforach, chłodziarki/zamrażarki) a z drugiej strony pozwoli zaoszczędzić energię używaną do oświetlenia, odbiorników TV, wymuszonej wentylacji itp.

          • Dziad z lasu napisał(a):

            @Piotr
            „Miałem oczywiście na myśli długotrwały brak prądu na większym obszarze […]”
            „[…] zasilane (buforowane akumulatorem) wszystkiego co będzie mi *niezbędne* w sytuacji kryzysowej związanej z brakiem prądu, czyli zasilenie […] zasilanie laptopa (oczywiście nie włączonego cały czas, a tylko włączanego na 1-2 godziny dziennie po to aby na przykład wysłać/odebrać e-maile czy pobrać mapy pogodowe) […]”

            Jak pierwsze ma się do drugiego? No ale to już twoja sprawa, gdzie będziesz wysyłał te e-maile i skąd pobierał te mapy pogodowe, skoro byłby to „długotrwały brak prądu na większym obszarze” 🙂

            Całe nieporozumienie polega na tym, że każdy z tych mówiących, że da się świetnie przetrwać bez prądu, patrzy na sytuację z perspektywy wyłącznie własnego tyłka. I w takim przypadku ma oczywiście rację – indywidualne przetrwanie jest jak najbardziej – z większymi lub mniejszymi trudnościami – możliwe. W przypadku obecnej cywilizacji – nie.
            Kluczem jest tu – o czym zresztą Piotr wspomniał – infrastruktura. Prywatnie jesteśmy w stanie żyć jeśli nie całkowicie off-grid, to przynajmniej dalece autonomicznie. Jednak obecna struktura gospodarcza i społeczna jest niemal całkowicie oparta na energii elektrycznej, począwszy od zarządzania, przez przepływ i przetwarzanie informacji, skończywszy na produkcji.
            Nie ma się co łudzić, długotrwały brak prądu na dużym obszarze oznacza stuprocentową katastrofę dla obecnie funkcjonującej organizacji społecznej. Z całą pewnością, jeśli społeczeństwo przetrwa jako – mniej więcej – całość, to na pewno zmieni się jego struktura, być może powstanie jakaś forma quasifeudalna. Gospodarczy krok wstecz jest tak samo pewny.
            O ile dziś jest stosunkowo łatwo żyć na obrzeżu cywilizacji, i czerpać to, co najlepsze z obu światów, to myślenie, że można będzie machnąć ręką, albo wręcz przeoczyć skutki upadku państwa (państw), jest po prostu krótkowzroczne i naiwne.

          • Piotr napisał(a):

            Z e-mailami i mapami pogodowymi nie ma problemu, krótkofalowcy mają swój system WinLink (http://winlink.org/) działający całkowicie autonomicznie, niezależnie od lokalnych infrastruktur internetowych i padaka sieci energetycznej musiałaby jednocześnie objąć całą Europę i całe USA aby to „uziemić”, jeśli tak się nie stanie i którykolwiek z tych kontynentów przetrwa, to krótkofalowcy mają możliwość komunikacji elektronicznej zarówno między sobą jak i z tymi rejonami gdzie internet „żyje”. Prędkość oczywiście nie powala, bo warstwa transportowa przypomina czasy modemów telefonicznych z lat 80-tych i BBS-ów ale dzięki temu że wejścia do tego są po radiu, to ktoś z Polski może się „wdzwonić” do wystawionych bramek na przykład w USA. System pokazał swoją przydatność już wielokrotnie, na przykład podczas ostatnich huraganów w USA czy kilka lat temu podczas blokady internetowej Egiptu, korzysta też z tego systemu wielu podróżników (zwłaszcza pływających jachtami na morzach i oceanach), bo transmisja danych przez satelity (czy nawet samo dzierżawienie sprzętu) jest stosunkowo droga. Mapy pogodowe też można albo odnierać bezpośrednio z satelitów NOAA, albo pobierać przez WinLink, albo na przykład odbierać mapy nadawane emisją faxymile na falach krótkich.

    • Rafał M. napisał(a):

      Prąd nie jest problemem. Problemem jest wyżywienie się i ogrzanie zimą w mieście. Gdyby nie te dwa problemy, to sytuacja za oknem mogłaby być w zasadzie dowolna.

      Z moich eksperymentów wynika, że w zupełności wystarczyłby akumulator 12V 100Ah i ogniwo słoneczne 120W, aby móc uniezależnić domek/mieszkanie od dostaw elektryczności z zewnątrz.
      Z taką instalacją może nie dać się zasilić lodówki, bo te potrzebują średnio 20W (choć niektóre samochodowe turystyczne 8W). Więc trzeba by zastosować ziemiankę lub głęboką piwnicę.

      A na resztę sprzętów, to cóż…
      Oświetlenie LED to pojedyncze waty. Przydałby się radioodbiornik (najlepiej taki w ogóle nie pobierający prądu po wyłączeniu, na to trzeba zwracać uwagę). Ja zamiast radioodbiornika zastosowałbym radiostację UKF Leixen, pobiera około 100mA na nasłuchu i ma też funkcję radioodbiornika UKF.
      Naładowanie tableta to też żaden problem. Trzeba by wyszukać laptopa na jakimś bardzo energooszczędnym procesorze, typu Atom, to pojedyncze waty podczas pracy.
      Latarkę na akumulatorki też się naładuje z takiej instalacji. Albo golarka na akumulatorki…

      Ja osobiście mam na balkonie pionowo ogniwo 60W (podczas słonecznej pogody jest w stanie dostarczyć 40…50W), z akumulatorem 18Ah. Stały pobór energii w instalacji wynosi około 3..4W (taki wredny radiobudzik-skaner) i daje radę, przy dłuższym (kilkudniowym) deszczu problemem jest niska pojemność akumulatora, ale na razie wytrzymało. W słoneczne dni akumulator też okazuje się zbyt mały i nadmiar energii się marnuje.
      Stąd oszacowałem, że sensowne wielkości to akumulator 50…100Ah i ogniwo 80…120W.
      Przy takim naładowanym akumulatorze już coś da się pomyśleć do zasilania, kwestia dobrania energooszczędnego sprzętu.

      Niedawno kupiłem telewizor 28 cali za 700 złotych, który według deklaracji producenta pobiera średnio 17W (maksimum 40W). Nie zasilam go z mojej mini instalacji, zresztą jest on na 230V, ale ten przykład pokazuje jak sprzęt jest coraz bardziej energooszczędny. Chodziło mi o obcięcie rachunków za prąd, taka moja obsesja (a przy okazji poprzedni 24 cale miał już 13 lat i nie odbierał jeszcze cyfrowych programów z kablówki i anteny).
      Nawet jakiś czas temu wymieniłem żarówkę w lodówce na LED 0,8W. Taką specjalną, wodoodporną. Przechodziłem kiedyś przez supermarket i były w promocji po 5zł, bo wcześniej były po 20zł i najwyraźniej się nie sprzedawały, to kupiłem 2 takie.
      W dużym pokoju główna żarówka superenergooszczędna LED (A++) ma 2W. Do stałego przebywania trochę za mało (ciemno nie jest, nawet nie półmrok, żeby widno też nie można powiedzieć), ale żeby wpaść na chwilę po coś, albo obejrzeć telewizję, to w zupełności wystarczy, do tego są 2 po 6W gdyby potrzeba było więcej światła, z tymi to już widno.

      Istnieją specjalne samochodowe czajniki elektryczne na 12V/10A, chyba 0,5l. Rzadko spotykane, widziałem w sklepie tylko raz, inne co widziałem to chińskie badziewie. Akumulator 100Ah powinien wystarczyć do zrobienia sobie herbaty.

      Żelazko dużo pobiera. Ale okazuje się, że z wyjątkiem eleganckich koszul reszta ubrań nie potrzebuje żelazka. Można tak rozwiesić równo na sznurku do suszenia kiedy jeszcze wilgotne, że po zdjęciu nadaje się do założenia.

  7. Arecki napisał(a):

    Dzień dobry. Ja odpowiem krótko. Pytaniem na pytanie. Czy można żyć bez prądu? Można. Pytanie. Czy jesteś na to gotowy już teraz? Teraz nie jutro. Ja w dużej mierze nie. Jestem gotowy ma brak prądu u siebie w swoim domu. I to też na niezbyt długo. Na globalny? Nie

    • Rafał M. napisał(a):

      A ja mam zapasowy akumulator ładowany słońcem, z wyjściem 12V i 5V USB. Może działać dowolnie długo, dopóki akumulator nie padnie ze starości.
      Gdy zabraknie prądu na zewnątrz, będzie problem z ogrzewaniem zimą (miejskie centralne ogrzewanie), oraz z wyżywieniem się. Gdyby nie te dwa potencjalne problemy, mógłby się stale relaksować wylegiwaniem w łóżku i czytać książki, chociażby za oknem grasowały stada zombie.

  8. Dziad z lasu napisał(a):

    @Coyote
    „Bez przesady z tymi elektronarzędziami , nie ma już fizycznej możliwości uciąć czegoś brzeszczotem , zespawać palnikiem czy wkręcić głupiej śrubki bez wkrętarki ?”
    Ależ tnij HEB-y brzeszczotem, powodzenia…
    A wiesz, jak trudno jest znaleźć wykwalifikowanych spawaczy? Teraz, gdy wszystko działa mniej więcej w porządku?
    Gdzie w razie katastrofy znajdziesz fachowca do naprawy tomografu? Albo choćby i tylko unitu dentystycznego? Kto ci naprawi zepsuty moduł elektroniczny, skoro większość z nich jest produkowana w taki sposób, że z lutownicą (elektryczną, a jakże) nawet nie podejdziesz?
    A skoro wracamy do rozwiązań sprzed lat – ilu znasz cieśli, którzy postawią ci więźbę bez gwoździ? A może znasz dobrego zduna, który wymuruje porządny – wydajny i bezpieczny – piec?
    To się tylko tak wydaje, że wszystko da się naprawić saperką, albo młotkiem i śrubokrętem, a każdą umiejętność da się szybko odtworzyć na podstawie literatury (notabene wcale nie dostępnej powszechnie).

    • Coyote napisał(a):

      Taki dwuteownik to się palnikiem tnie . Chodziło że @Piotr twierdził że pługa jednoskibowego i brony to bez centrum obróbczego cnc nie da rady wystrugać .
      Gwoździe też by się w niebycie nie rozpłynęły . A zanim by ich zabrakło pewnie udałoby się wznowić produkcje . Na miarę możliwości .
      Piece też nie ładnie piknie tylko na miarę możliwości , kozy z beczek i ulepy z cegieł i gliny jakie robią ludzie w Donbasie . Byleby nie zamarznąć .
      A „zdun” ma motywacje żeby wyszło jako
      tako bo jak się ludzie poduszą to inni go na gałęzi powieszą .
      Przy takim EMP elektronika mówi „pa , pa” , rozrusznik C 360 naprawisz , generator andorii połatasz , silnik zwykłej tokarki przewiniesz .
      O tomografie i unicie dentystycznym zapomnij . No chyba że ktoś kumaty naprawi niżej wspomnianego Beskida wytarganego z kąta piwnicy szpitala .

      Żadne „nic się nie stało” ale tym bardziej „olaboga fejsbunia już nie ma , tylko położyć się i umrzeć” .
      Okupacje ludzie przeżyli , zsyłki , gułagi to głupi brak prądu miałby wszystkich zabić ?

      • Dziad z lasu napisał(a):

        „Taki dwuteownik to się palnikiem tnie .”
        Co, wbrew pozorom, aby zrobić to dobrze, wymaga umiejętności i narzędzi, a nie byle czego. Czym innym jest cięcie złomu, aby usunąć zawalidrogę, a czym innym przygotowanie profili na budowę, gdzie wymagana jest określona tolerancja wymiarowa i konkretna wytrzymałość połączenia.
        „Okupacje ludzie przeżyli , zsyłki , gułagi […]”
        Przeżyli, ale w zupełnie innych warunkach! Ludzie nawet w miastach żyli blisko przyrody. Wiedza rolnicza była powszechna. W mieście niemal na każdym podwórku była studnia. Ogrzewano się za pomocą pieców, które były wszędzie. Cała administracja, bankowość była analogowa. Przemysł to też nie była robotyka i komputeryzacja, ze sterowaniem procesami technologicznymi z dokładnością do piątego miejsca po przecinku. Życie było po prostu mniej skomplikowane i w znacznie mniejszym stopniu oparte na technice.
        No i poza tym, to jednak wielu tej – czy też tych – okupacji jednak nie przeżyło, mimo powszechniejszej znajomości, że tak to ujmę, technik surwiwalowych.

        ” to głupi brak prądu miałby wszystkich zabić ?”
        Dlaczego zaraz zabić? Zabić nie. Rozwalić strukturę państwa, gospodarkę i więzi społeczne – o, to z pewnością. I dopiero to by zaczęło zbierać śmiertelne żniwo, a nie „brak fejsbunia”. To, że fejsbuniowicze poszliby zapewne na pierwszy ogień, nie jest żadną pociechą.

        • Coyote napisał(a):

          To jest właśnie śmieszne . Młodzi inżynierkowie robią tolerancje do piątego miejsca po przecinku tam gdzie starczy do milimetra . Przez takie bzdury potem trzeba oszczędzać w innym miejscu np: na materiałach .
          Że nie wspomnę o kabaretowych scenkach kiedy kilku robotników maca wkoło karoserie przyszłej lokomotywy TOWAROWEJ czy przypadkiem gdzieś nie ma odprysku wielkości pół łebka od szpilki .
          Bez żadnego wpływu na działanie i dalszy montaż .
          Nawet w miejscach które nie będą widoczne pod wyposażeniem .
          Kiedy spawane elektrodą gagariny i stonki jeżdżą od pięćdziesięciu lat .
          Bo smarkana elektrodą grubości palca spoina z właściwym przetopem ma taką samą wytrzymałość jak ta głaskana na końcu tigiem żeby inżynierkowi wyglądało jak robota przysłowiowego japońskiego automatu czy jego symulacje w CAD .
          Bo chciałby taki projektować coś co poleci w kosmos a tu jakieś węglarki .
          Za mało dobrych techników żeby ściągać tych kosmonautów na ziemię .

          Dla porównania można spojrzeć na dorobek ZSRR z czasów wojny , skomplikowany sprzęt produkowany przez przyuczone na szybko kołchoźnice i nastolatków . Często w fabrykach pod gołym niebem .
          A mimo to działało w ekstremalnych warunkach lepiej od przekombinowanych konstrukcji niemieckich .
          Dobry inżynier powinien umieć jak najlepiej wykorzystać posiadany sprzęt , siły i środki dostosowując do nich projekt .
          Przeciętny „Inżynier” bez CAD i pomocy starszego kolegi jeszcze trochę będzie miał problem trafić papierem między pośladki .

          • Dziad z lasu napisał(a):

            No i tak sobie gadamy, ja o chlebie, ty o niebie, lub odwrotnie, i nic z tego nie wynika…

            „Dla porównania można spojrzeć na dorobek ZSRR z czasów wojny, skomplikowany sprzęt produkowany przez przyuczone na szybko kołchoźnice i nastolatków. Często w fabrykach pod gołym niebem.”

            Demagogia. Już pomijając to, że „lepszość” ruskiego sprzętu wynikała przede wszystkim, wbrew temu co piszesz, z nieskomplikowaności, jak również obfitości (prostego łatwiej więcej wyprodukować), a przy tym część tegoż sprzętu to ze Stanów przypłynęła, to NIE MOŻNA porównać techniki sprzed niemal wieku do obecnej! Nie tylko inne produkty, ale i inne narzędzia potrzebne do produkcji! Co zawierało wówczas elektronikę, a co jej dziś nie zawiera? Jaki był wówczas stopień skomplikowania elektroniki, a jaki jest dziś?

            „Za mało dobrych techników żeby ściągać tych kosmonautów na ziemię.”
            Skoro za mało teraz, to w razie katastrofy będzie ich jeszcze mniej.

            „Dobry inżynier powinien umieć jak najlepiej wykorzystać posiadany sprzęt, siły i środki dostosowując do nich projekt.”
            Po pierwsze – dobrych inżynierów to dziś ciężko znaleźć, po drugie – z piasku bicza nie ukręcisz. Jak nie będziesz miał narzędzi, to w dymarce mikroprocesora nie wytopisz, niezależnie jak bardzo będziesz dostosowywać projekt do możliwości. Tak samo jak nie uwarzysz na domowej kuchence współczesnych farmaceutyków (tylko już nie pisz, że kiedyś ludzie nie znali antybiotyków i sobie świetnie żyli dzięki ziołom).

          • Coyote napisał(a):

            Dokładnie o niebie i chlebie . Bo zaczęło się od „Możliwość wyprodukowania prostych narzędzi rolnych trakcji bydlęcej w warunkach po EMP” momentem zahaczyło o piece typu koza .
            Zdania nie zmieniam że nie trzeba prądu żeby takie rzeczy wykonać , a środków do tego w prototypowniach fabryk , małych warsztatach itd też nie brakuje .

            Dygresja o kołchoźnicach miała prosty cel , jak szło taką wdrożyć do produkcji elementów czołgu T 34 będącego z jej perspektywy jak dla nas komputer kwantowy to tym bardziej informatyków czy telemarketerów da radę przyuczyć do pracy na roli czy w prymitywnych warsztatach .
            Pomimo postępującej idiotokracji , offtop dotyczył jednego z jej aspektów .

        • Rafał M. napisał(a):

          Jak się samemu improwizuje, to tolerancje są zbędne. Przykładem są własnoręcznie budowane domy z drewna, gliny i słomy. Tam nawet nikt nie próbuje prostować ścian, wszędzie są tylko łuki, żadnego kąta prostego. I wygląda jak z bajki o hobbicie.

      • Piotr napisał(a):

        Nigdzie nie napisałem, że pługa jednoskibowego i brony bez centrum obróbczego CNC nie da rady wystrugać. Nie przekręcaj i nie naciągaj moich wypowiedzi. Napisałem że może to zrobić nawet średniowieczny kowal, tylko… tych kowali teraz to ze świecą szukać.

        • Coyote napisał(a):

          Raczej sądzę że stanęły ci przed oczami zaawansowane maszyny produkowane już po wojnie , i nieraz po dziś dzień używane w małych gospodarstwach za ursusami C 330 i władymircami . Ciężkie do wykonania bez dobrej manufaktury .
          A ja od tego w górę http://voicesforbiodiversity.org/assets/media/images/Feature/Biodiversity%20on%20Organic%20Farms/IMG_0362%20size%20edited.jpg przed wojną większość Polskich rolników miała podobne lub niewiele lepsze .
          Podobnie wiejskie kuźnie częściej niż bogate warsztaty współczesnych metaloplastyków przypominały https://i.pinimg.com/736x/a6/2f/44/a62f44832e4944680ebe0c16ac6e7809–hard-at-work-blacksmithing.jpg Ciut lepszy sprzęt kowalski znajdziesz w kącie byle warsztatu ślusarskiego czy prototypowni fabryki . Wszędzie gdzie zdarza się konieczność jednostkowego odkucia czegoś czy zahartowania .
          Będzie i ktoś umiejący się tym sprzętem posłużyć . Nie na poziomie legendarnych mistrzów co to skuwają głownie z 100 000 warstw stali bla bla bla ale przeciętnego wiejskiego kowala z międzywojnia czy Afrykanów z obrazka .

          Nigdzie nie pisałem o symulowaniu współczesnej produkcji młotkiem i brzeszczotem . Tylko o żerowaniu na resztkach po uderzeniu EMP tak żeby zapewnić stałe dostawy żywności na terenie Polski i jakąś organizacje .

          • Piotr napisał(a):

            Nie no spoko, już widzę jak chodzą te wykute na ogniskach kieraty z zaprzęgniętymi do nich krowami i napędzają zmajstrowane w warsztatach ślusarskich pompy, które pompują miliony litrów sześciennych wody w całej Polsce aby ludzie w miastach nie poumierali z pragnienia czy od picia zanieczyszczonej wody z miejskich „oczek wodnych” czy zasyfiałych rzek – a to wszystko powstanie w 2-3 dni, bo tyle ludzie pociągną bez wody zanim nie zaczną się pierwsze poważne problemy z odwodnieniem. A jak tych ludzi z miasta sytuacja zmusi do jego opuszczenia, to zaczną walczyć o przetrwanie na wsi – rolnik wcale nie będzie tym, który będzie dyktował warunki kogo przyjmie do pomocy i da michę a komu nie, rolnik będzie tym który będzie się musiał obronić przed bandą zdesperowanych ludzi walczących o życie i gotowych na wszystko (jak był w latach 1958-1962 „wielki głód” w Chinach, to ludzie dorośli w desperacji wymieniali się bliskimi śmierci starcami czy dziećmi tylko po to aby… w akcie kanibalizmu nie jeść członków własnej rodziny).

          • Coyote napisał(a):

            „Szybka reakcja służb” czytaj „fala rozbija się o las bagnetów” Spokojny i pokorny dostaje zakwaterowanie , wodę i miskę zupy . Docelowo prace .
            Zbandyciały 8 gram ołowiu czy nożem po gardle i na przydrożny słup potencjalnym naśladowcom na postrach .

            Do tego większość żywności jest w potężnych silosach i magazynach . Ułatwiając zabezpieczenie i dystrybucje .
            Większa część pojazdów wojskowych jest odporna na EMP , zapasy ropy i części zamiennych też nie są takie małe .
            Do końca najgorszego starczy .

            Część gospodarstw dzicz obrabuje , no i co ? Spora część nawet nie będzie wiedzieć gdzie kartofli szukać , a jak znajdą to nażrą się z rozpędu surowych i zdechną .

            Ludzie w 90 % tylko gadają . Obietnica ciepłego kąta , jedzenia i tacy szurają nogami gdzie im władza karze choćby setki kilometrów .

            Sam podałeś przykład , wielki głód w Chinach . Z tego co pamiętam nie obalił reżimu ???

          • Piotr napisał(a):

            Wspomniany przeze mnie głód w Chinach nie obalił reżimu, bo ten skrajny o którym pisałem dotknął „tylko” obszaru północnych Chin i zginęło „tylko” około 30 milionów ludzi (to niecałe 5% ówczesnej populacji Chin). Podobnie w latach 30-stych ubiegłego wieku głód na Ukrainie nie spowodował rozpadu ZSRR. Były to kryzysy lokalne z punktu widzenia DUŻYCH krajów – jak kryzys obejmie obszar powiedzmy 300 tysięcy km kwadratowych, to z punktu widzenia Chin jest to 3% powierzchni kraju a z punktu widzenia Polski jest to 96% powierzchni kraju – różnica chyba oczywista że przy takim samym kryzysie (taki sam obszar, taka sama liczba ludności itp.) u nich władza przetrwa a u nas nie.

    • Rafał M. napisał(a):

      Ojtam, każdy w miarę rozgarnięty człowiek jak przeczyta podręcznik do spawalnictwa, to może się nauczyć spawać. Bez podręcznika też da się improwizować, ale wtedy łatwo popełniać błędy wynikające z nieświadomości tematyki, chyba że ktoś mu wytłumaczy co i jak.
      Później kwestia wprawy, ale to jak z każdą czynnością manualną, za pierwszym razem nigdy nie wychodzi, z każdym następnym jest coraz lepiej, kwestia nauczenia mózgu koordynacji ruchowej dla danej czynności.
      A że brakuje, to inna sprawa, ludzie kończą studia, a brakuje ludzi po 2-letnich zasadniczych zawodowych, do których przyjmowano każdego komu nie udało się zdać egzaminów gdziekolwiek indziej (do liceów i techników były egzaminy wstępne, do zasadniczych nie). Jak ktoś skończył studia, tym bardziej może nauczyć się spawać, a dla tego z zasadniczej problemem byłoby nawet przeczytanie podręcznika do tematyki, dlatego musiał iść do szkół które go nauczyły jakiegoś jednego zawodu i niczego więcej.

  9. Maciej napisał(a):

    W razie katastrofy nie poszukuje speca od naprawy tomografu i unitu nie do końca rozumiem dlaczego ten sprzęt miał by się akurat popsuć a laptop serwisanta oraz układy zamienne nie. Nie działa wracamy do czasów z przed tomografów i unitów marki Beskid. W takiej sytuacji kluczowy jest kapitał społeczny a z tym jest u nas krucho. Bez katastrofy człowiek człowiekowi wilkiem. A może to właśnie jest największa katastrofa. Babcia opowiadała mi jak podczas powstania pomagali jej nieznani ludzie, jaka solidarność panowała podczas tych 63 dni. Co z tego zostało? Pisałem już o swoich wakacjach kraj członkowski UE biedniejszy od nas. Z powodu upału w samochodzie zwariowała elektronika niby pierdoła lecz do miejsca zamieszkania 20 kilometrów do warsztatu, który potrafił by się tym zająć podobnie. Zero jazdy uroki nowoczesnych aut zapłon odcięty. I okazuje się że można sklepikarz dzwoni po pomoc drogową i oferuje darmową podwózkę do miejscowości w której spędzamy wakacje. Troszkę inaczej niż u nas. Nie koniecznie u nas też mamy ludzi, gotowych pomóc lub zorganizować się w trudnej sytuacji. Bez względu na to czy jest to brak energii elektrycznej, wichura, czy powódź. Niestety jest ich coraz mniej. A moje doświadczenie pokazuje że im dalej od mojego miasta tym ludzie lepiej do siebie nastawieni. Nie wiem z czego to wynika może z 98 procent ludności napływowej, lub z tego że uczy nas się jako podstawowego słowa Ja . Rozbudowany do absurdu indywidualizm prowadzi nas do prawdziwej katastrofy.

    • Dziad z lasu napisał(a):

      ” W razie katastrofy nie poszukuje speca od naprawy tomografu i unitu nie do końca rozumiem dlaczego ten sprzęt miał by się akurat popsuć a laptop serwisanta oraz układy zamienne nie.”
      Chodziło mi o Coyotowe mierzenie współczesnej techniki za pomocą brzeszczotu. W przypadku większej katastrofy część dostępnego dziś wyposażenia będzie po prostu stracona i nic się na to nie poradzi. Laptop serwisanta najprawdopodobniej też.
      „Nie działa wracamy do czasów sprzed tomografów i unitów marki Beskid.”
      Albo do obcęgów. I w ogóle większej śmiertelności z powodów dziś raczej błahych (choćby głupi wyrostek).

  10. pawell napisał(a):

    @Maciej. Pisałem już wcześniej, że w mniejszych społecznościach szczególnie w obszarach gdzie rodziny mieszkają od pokoleń wcale nie jest źle z sąsiedzką pomocą i życzliwością. Problemem są b. duże miasta ale być może też nie jest tak źle. Doświadczenia np. wrocławskie z powodzi 1997 dają powód do umiarkowanego optymizmu.

    • Piotr napisał(a):

      Wrocław 1997 to moim zdaniem „dobry przykład złego przykładu” – z jednej strony kryzys był lokalny (na małym obszarze, 50km od Wrocławia wszystko funkcjonowało normalnie, tak zresztą jak i cała reszta kraju), z drugiej strony wiadomo było że to nie sytuacja w rodzaju „pół roku bez dostaw żywności” a z trzeciej strony pomoc państwa i służb przyszła w miarę szybko (może nie natychmiast i może nie w idealny sposób, ale mimo wszystko można było liczyć na to, że te służby działają i jak ktoś nie ma zapasów wody i żywności na 2-3 tygodnie, to mimo wszystko przeżyje).

    • Piotr napisał(a):

      Zmierzam do tego, że zachowanie ludzi w dużej mierze zależy od świadomości jaka jest sytuacja – jeśli przysłowiowa „normalizacja postępuje” i zagrożenie życia jest chwilowe (tak było we Wrocławiu ’97) to ludzie zachowują się zupełnie inaczej niż w sytuacji gdy wiadomo, że na przykład przez najbliższy miesiąc nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc.

      • pawell napisał(a):

        Myślmy racjonalnie. „Szansa” na lokalny krótkotrwały kryzys (wichura, powódź, duży pożar, uszkodzenie np. stacji energetycznej) jest znacząco większa niż na kryzys o skali połowy Polski lub Europy. Więc raczej myślmy i przygotowujmy się na ten pierwszy przypadek.

        • Dziad z lasu napisał(a):

          Ależ nikt, jak sądzę, tego nie neguje. Natomiast błędem jest myślenie, że długotrwały brak energii elektrycznej na dużym obszarze to kaszka z mleczkiem, która spłynie po całej populacji jak woda po kaczce.

        • Rafał M. napisał(a):

          Dosyć prawdopodobny jest kryzys gospodarczy w skali globalnej.

          • Piotr napisał(a):

            Kryzys gospodarczy to nie to samo co recesja gospodarcza – to nie jest tak, że podczas kryzysu gospodarka się zatrzymuje i przestaje wytwarzać dobra podstawowe, tylko następuje zmiana jakościowa bo ludzie z powodu niedostatków finansowych przestają wydawać pieniądze na bzdety, zaczynają się chude lata dla tych co produkują „gadżety”, bo ludzie oszczędzają aby wystarczyło na chleb ale… ten chleb jest i go nie brakuje. Po prostu tak jak co jakiś czas pęka manipulacyjna bańka na giełdach (manipulowanie i pompowanie kursów walut i kruszców) tak samo co jakiś czas pęka bańka manipulacyjna jeśli chodzi o dobra konsumpcyjne, ludzie przestają przepłacać za samą markę a możliwości marketingowego kreowania popytu na niepotrzebne rzeczy osiągają maksimum dla danego rynku i kończy się wzrost i załamuje się rynek „nikomu niepotrzebnych rzeczy”, ludzie wylatują z bankrutujących firm i są tanią siłą roboczą dla innych sektorów (w których rejestruje się szybki wzrost).
            Polecam książkę Henryego Hazlitta „Ekonomia w jednej lekcji” – znakomicie i „na chłopski rozum” (nie trzeba mieć wykształcenia ekonomicznego) tłumaczy i obala wiele mitów funkcjonujących w społeczeństwie (typu „zamówienia publiczne zwiększają PKB”, „podniesienie płac minimalnych powoduje wzrost zarobków” czy „wojny napędzają gospodarkę”).

  11. Rafał M. napisał(a):

    Statystycznie, 1 milionowe miasto potrzebuje DZIENNIE: 1 milion metrów sześciennych gazu, 1 milion metrów sześciennych wody, 3 tysiące ton żywności, 3 tysiące ton paliwa. Trzeba usuwać ponad milion ton ścieków i setki tysięcy ton śmieci.
    Dlatego we współczesnej taktyce wojskowej nie ma już nalotów dywanowych na domy w celu zastraszenia ludności, jak to było podczas II Wojny Światowej (okazały się mało skuteczne). Teraz precyzyjnie atakuje się kluczowe elementy infrastruktury, na przykład przy pomocy samolotów i rakiet. Po ich zniszczeniu następuje całkowity paraliż, zmuszający miasto do kapitulacji.

    W mieście kluczowe jest zdobycie żywności, ewentualnie jeszcze zimą ogrzewania. W niektórych miastach może być też problem z wodą (ja mam zalew kilkaset metrów od domu, w razie czego się przefiltruje).
    I na brak żywności chyba niewiele można poradzić, co najwyżej można sobie na parapecie w kuchni uprawiać jakieś pomidory, pietruszkę, koperek i szczypiorek, ale to raczej przyprawy i zioła. Choć lepsze to niż nic.
    Trochę lepiej jak ktoś ma domek z niewielkim ogródkiem, jak szczelny płot to może sobie puścić kury, postawić jakąś niewielką szklarnię (ale to znowu tylko warzywa), więc przynajmniej byłaby jakaś częściowa samowystarczalność.
    Najlepiej mają ludzie na wsi.

    Są projekty miejskich ogrodów pinowych, na przykład Szanghaj chce być w ten sposób samowystarczalny.
    W warunkach domowych też można sobie poeksperymentować z hydroponiką, mniej roboty niż z grzebaniem motyką w ziemi.

    Wcześniej lub później powstaną drukarki 3D do żywności, więc będzie można sobie jakąś pizzę lub schabowego wydrukować w domu. Na razie to nieosiągalne, choć pewnym substytutem mógłby być zapas żywności w proszku. Na przykład w latach kiedyś usunięto jaja z ciast w proszku, by nieco utrudnić przygotowywanie, dać więcej satysfakcji z własnoręcznego gotowania.

    Do wytwarzania mąki z ziarna może posłużyć ręczny młynek do kawy. Warto coś takiego trzymać, choćby jako ozdobę w kuchni.

    I chyba to byłby dobry pomysł uprawiać kilka warzyw w domu na parapecie. Sam się do tego przymierzam. W razie kataklizmu taka mała samodzielna produkcja nieco odroczy wyczerpanie się zapasów żywności, ewentualnie urozmaici dietę podczas jakiś rządowych przydziałów. Ale oczywiście na permanentny upadek cywilizacji to za mało.

    Jeśli padną telefony komórkowe, to też niewielki problem, gdyż radio nadal działa.
    W sytuacjach kryzysowych krótkofalowcy organizują łączność (EmCom). Często podczas kataklizmów takie organizacje jak Czerwony Krzyż proszą IARU (International Amateur Radio Union) lub amerykański ARLL (American Radio Relay League, ich odpowiednik PZK) o ochotników ze sprzętem do zorganizowania łączności (przekazywanie informacji o zagrożeniach, wzywanie potrzebnej pomocy, przekazywanie prywatnych informacji ludności).
    Samemu też można sobie zrobić licencję (na stronie UKE są gotowe pytania testowe z odpowiedziami). Ewentualnie można sobie zamontować w mieszkaniu CB-Radio, na barierce balkonu antenę balkonową (jeśli nie da się na dachu) i jakoś to będzie, lepsze to niż nic.
    Krótkofalarskie radia na KF mają stałe zasięgi na pół kontynentu, w porywach globalne. Przy UKF zależy od wysokości umieszczenia anteny. Kilka dni temu przeprowadzali u mnie w mieście próby na 144,5MHz, z Radomia osiągalna była Warszawa (100km), Lublin, Zamość i parę innych miejsc. Ale to raczej z antenami na dachu 10-piętrowego wieżowca. Taki łańcuszek, bo jak stacja odebrała w odległości 100 kilometrów, mogła przekazać dalej do kolejnej stacji, tamta do kolejnej, itd.
    Jeśli przemiennik działa, to jest osiągalny na odległość 15…30km z ręcznego radia i 50km z samochodowego (stacja stacjonarna z anteną na wysokim budynku ma podobne zasięgi). Przemienniki mogą być zlinkowane ze sobą (głównie przez Internet), więc ręcznego radia można rozmawiać z kimś z drugiego końca Polski, a nawet za granicą, choćby w Nowym Jorku. Ale oczywiście przemienniki i ich łącza internetowe mogą paść po kilku godzinach braku prądu (przemienniki mają akumulatory), stąd te niedawne próby łączności bezpośredniej.

    Można spróbować przeżyć bez techniki, z samym tylko nożem, jak to pokazywał Bear Grylls, albo nawet nago, jak w innym programie. Ale z techniką jest po prostu wygodniej. Lepiej oświetlać mieszkanie lampkami LED zasilanymi z akumulatora ładowanego słońcem, niż świeczkami, lampami naftowymi, lampkami oliwnymi lub pochodniami. Lepiej mieć metalowy nóż, niż własnoręcznie zrobiony krzemienny. Lepiej gotować w metalowym kociołku, niż własnoręcznie zrobionym z kory drzewa. Lepiej rozpalić ogień zapalniczką, krzesiwem, albo płaską soczewką kupioną w supermarkecie na wyprzedaży za 1 złotówkę, niż męczyć się z łukiem ogniowym. Lepiej przekazywać informacje przez radio, niż pisemnie za pośrednictwem gońców i gołębi pocztowych (chyba już nie ma ani jednego gołębia pocztowego). Lepiej średnie dystanse pokonywać chociażby rowerem, niż piechotą (piechotą zdrowo, ale trwa bardzo długo). Lepiej mieć wodę w kranie, niż przynosić w wiadrze ze studni. Lepiej mieć ze studni, niż ileś kilometrów codziennie chodzić nad rzekę i przynosić stamtąd w wiadrze. Lepiej prać w pralce automatycznej, niż ręcznie. Lepiej w domu ręcznie, niż chodzić z praniem nad rzekę. Lepiej mieszkać w domku lub mieszkanku, niż w kamperze, przynajmniej zimą. Lepiej mieszkać w kamperze, niż w namiocie. Lepiej mieszkać w namiocie, niż w prowizorycznym szałasie. Lepiej zbudować szałas, niż spać na ziemi w jakiś krzakach (zauważyłem, że bezdomni miewają kryjówki z kocem w krzakach).

  12. PL napisał(a):

    Film Burze słoneczne.Co nam grozi.

    http://chomikuj.pl/djksysjsu/Film+dokumentalny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.

banner