6 produktów spożywczych, które warto mieć w zapasie [film]

Jakiś czas temu pisaliśmy i nagrywaliśmy film o najprostszym i najtańszym zapasie żywności, składającym się z produktów kalorycznych i łatwych w przechowywaniu (mąka, cukier, kasze, makaron, olej roślinny, itd.). Niedawno — o 6 zasadach tworzenia zapasów żywności. Dziś pozostaniemy w tym temacie i pokażemy 6 produktów spożywczych, które warto mieć w zapasie.

majonez koncentrat sól fasola orzeszki miód żywność zapas 720

Sól

Zaczniemy od soli, która w naszym kraju jest chyba podstawową i najbardziej popularną przyprawą. Makaron, kasza, ziemniaki, ale także wszystkie inne warzywa i mięsa są smaczniejsze, gdy je posolimy.

Ale to nie jest główny powód, dla którego warto mieć ją w zapasie.

Sól przecież jest doskonałym środkiem konserwującym, używanym przez wieki, przed wynalezieniem chłodziarek. Kapustę i ogórki można zakisić na długi czas. Po posoleniu można też długo przechowywać mięsa. I to bez warunków chłodniczych.

A więc w trudnych czasach sól może przydać się do zakonserwowania na dłużej tej żywności, którą uda się zdobyć. Ale też do przyrządzania posiłków.

Fasola i groch

Wspomniany prosty i tani zapas żywności to kalorie głównie pod postacią węglowodanów. Zaś groch i fasola mają sporo białka.

Można je kupić pod postacią suchych nasion, które przed spożyciem trzeba namoczyć i ugotować. To wymaga sporo wody, ale też i energii. Można je też kupić w puszce, jak pokazana fasola czerwona w zalewie (ale także np. groszek konserwowy) i w tej formie są gotowe do spożycia po wyjęciu z opakowania.

W trudnych czasach fasolę w puszce łatwiej będzie zjeść (bo wystarczy otworzyć puszkę), ale z drugiej strony puszki zazwyczaj są sporo droższe od fasoli w torebce.

Orzechy

Ziemne, laskowe, włoskie, czy inne rodzaje bardziej egzotycznych orzechów są cenne dlatego, że mają dużo tłuszczu.

Zaspokajają też na dość długo głód, bo są ciężkostrawne. Ponoć to właśnie dlatego jeden z wiodących batoników leczących „gwiazdorzenie” zawiera w składzie orzeszki ziemne.

A w ostateczności można je sobie własnoręcznie zmielić na masło orzechowe.

Koncentrat pomidorowy

Czyli skoncentrowany smak lata, słońca i dojrzewających na świeżym powietrzu pomidorów. Czy jakoś tak.

A poważnie — często używany do przygotowywania posiłków (np. sosów do mięs, ale i pomidorówki, bo wystarczy dodać go do rosołu). No i w trudnych czasach rzeczywiście będzie cennym źródłem smaku dla potraw składających się głównie z makaronu, albo kaszy. A po rozmieszaniu z wodą i przyprawami powstanie ketchup.

Majonez

Też cenny, bo ma dużo tłuszczu w sobie, a przez to jest bardzo kaloryczny. I smaczny.

Miód

Droższy, ale bardzo cenny zamiennik cukru. W trudnych czasach o miód może być łatwiej, niż o cukier (bo łatwiej mieć jeden czy dwa ule, niż pole buraków cukrowych i całą cukrowniczą linię technologiczną). Mimo to, wtedy też pozostanie bardzo cenny. W dodatku jest to produkt spożywczy, o którym uważa się, że jest wieczny. A na co dzień łatwo go użyć do deserów, ciast, czy mięs.

To pewnie nie ostatni taki film, więc zasubskrybujcie kanał RSS bloga. 🙂

Survivalista (admin) i Krzysztof Lis

Artur i Krzysiek z wykształcenia są inżynierami (a Artur jest także magistrem zarządzania). Obaj są zafascynowani tematyką przygotowań na trudne czasy. Z tego konta publikują artykuły, nad którymi pracowali wspólnie.

Mogą Cię zainteresować także...

49 komentarzy

  1. michał Stelmaszczyk pisze:

    Jabym dodał przyprawy, dużo przypraw☺

  2. Leszek LJM pisze:

    Koncentrat pomidorowy okej, ale zwróć uwagę, że po otwarciu błyskawicznie łapie pleśń. Kiedyś zapakowałem sobie keczup do małego pojemniczka z zamiarem dodania do jedzenia w pracy. O pojemniczku zapomniałem, był w normalnych warunkach pokojowych i po miesiącu był tego samego smaku i zero pleśni (specjalnie testowo zjadłem na koniec zmiany, żeby w razie czego udzielić sobie w kiblu pierwszej pomocy 😛 )

    • oles77 pisze:

      Koncentrat pomidorowy po otwarciu wystarczy zalać kilku milimetrową warstwą oliwy i może śmiało stać bardzo długi czas, wypróbowane, więc też sprawdzone.

  3. Selerski pisze:

    Miód nie tylko ma opinie. gdzieś wykopali jakąś amforę z miodem nadającym się do spozycia. bagtelka – ok. 4 tys. lat 🙂

    Źródła w razie potrzeby podam, na razie pisze z niczego, czyli z głowy 😉 ale duzo się nie pomyliłem.

    Oprócz grochu i fasolki polecam tez ciecierzyce,l bób i soczewice.

  4. Selerski pisze:

    Aha, i nie tylko koncentrat pomidorowy, ale wszelkie domowe przetwory, oraz wszelkie przyprawy – w celu takim, jak wyłuszczony w artykule.

  5. djans pisze:

    Majonez lubię i zawsze mam, akurat ten przez Was 'reklamowany’, ale żeby o tak nietrwałym produkcie wspominać jako cennym zapasie? Ile tych słoików mieć? W lodówce, czy poza nią? To już chyba lepiej trzymać jajka i olej…

    Podobnie z przecierem – też akurat tego producenta lubię, ale jak już ktoś wspomniał – po otwarciu szybko się psuje.

    Poza tym – ok, przy czym orzechom bym poświęcił o wiele więcej miejsca. Są idealne do przechowywania (zwłaszcza jeśli je zasolić, albo zalać miodem) , bardzo pożywne, do jedzenia bez żadnej obróbki. Prócz stosunkowo drogich orzechów egzotycznych warto mieć też włoskie, laskowe i najtańsze -ziemne. Do tego mam zawsze pewną ilość łuskanego słonecznika i nasion dyni – świetny dodatek do sałatek warzywnych, albo jako składnik musli.

    A skorośmy przy musli – rodzynki, suszona żurawina, suszone śliwki. także niezastąpiony składnik długoterminowych zapasów.

    • Krzysztof Lis pisze:

      Majonez ma termin przydatności rzędu 6 miesięcy. Jeśli zjadam 2 takie słoiki w ciągu miesiąca, to mogę mieć ich w zapasie 12 bez przekraczania terminu przydatności. Przyjmijmy 10, by mieć margines bezpieczeństwa. W słoiku jest ponad 5 000 kcal, czyli razem mogę mieć w tej formie nawet 50 000 kcal. Mało?

  6. Julia pisze:

    Jak zwykle swietna dykcja. 🙂 Ja jeszcze zawsze mam w zapasie jakies suszone owoce. Trzyma to pierunstwo bardzo, bardzo dlugo i sie nie psuje, a zawsze moze sie przydac jako dodatek witaminowy, szczegolnie jesli ktos liczy na to, ze w razie czego wszystko mu wyrosnie w ogrodzie, to zanim sie doczeka, moze sobie jesc suszone morele, czy nawet rodzynki. W miedzyczasie zuzywam do ciast, tak wiec nic sie za mocno nie starzeje, a zapasik jest. Suszone morele maja 241 kalorii na 100g, a rodzynki 299, takze tez wcale niezle, a przy tym morele maja duzo potasu i witaminy A. Zrodlo: http://nutritiondata.self.com/facts/fruits-and-fruit-juices/1838/2

  7. Bunkier pisze:

    Świetnie się Ciebie, Krzyśku, słucha. Serio. Mógłbyś czytać audiobooki. Co do soli – dodaje się ją również do słodkich produktów… To dziwne, ale tak jest 😉

  8. Jaro pisze:

    Brakuje na liście płatków owsianych. Proste do zrobienia a mają sporo węglowodanów i mocno nasycają organizm.

  9. Coyote pisze:

    Nikt nie zwrócił uwagi na paskudne problemy szkorbutu i w ogóle awitaminozy . W Australii traperzy żywiący się wyłącznie „jałowym” króliczym mięsem umierali . Kiszone ogórki , kapusta kiszona , szpinak na moje są chyba ważniejsze od majonezu i chemicznego sosu pomidorowego .

    • Piotr pisze:

      Jak nie zwrócił? Wiele razy na tym blogu był poruszany temat żywności i wiele razy ludzie pisali, że „nie samą kalorią żyje człowiek” i patrzenie na żywność z punktu widzenia zawartości węglowodanów/białek/tłuszczy to droga do trumny (można umrzeć z niedożywienia będąc przejedzonym), no ale autorzy tego bloga głównie patrzą pod kątem „jak tanio mogę kupić i jak długo to poleży i czy jest smaczny” (i ewentualnie na ile sposobów można to wykorzystać) – ich blog, ich prawo 😀

      • Survivalista (admin) pisze:

        To prawda, patrzymy głównie pod kątem tego, jakie produkty można kupić najtaniej i z nich najprościej zbudować zapas żywności. Bo od tego należy zacząć, nie zaś od zastanawiania się nad tym, jak zbudować zapas w pełni zbilansowany, w każdym aspekcie tego słowa.

        Inna rzecz, że ani ja, ani Krzysiek nie jesteśmy w stanie stworzyć takiej listy produktów, która będzie zawierać wszelkie niezbędne do życia substancje odżywcze, minerały i witaminy. Bardzo chętnie natomiast opublikujemy wpis któregoś z Drogich Czytelników, lub innej osoby. Na razie ochotników do jego napisania nie było, niestety. 🙁

        No i wreszcie — to wpis z 6 przykładami produktów, które w naszej ocenie warto mieć. Nigdzie Krzysiek nie mówił, że to lista kompletna, zaspokajająca wszystkie potrzeby żywieniowe, prawda?

      • banczuk pisze:

        Piotrek to Ty polecałeś olej kokosowy zamiast jakiegokolwiektam? Bo zdrowszy? Rozejrzyj się. Po afryce na początek. Strasznie się pieścisz. Przez trochę na samym cukrze pojedziesz. Ale widzę, że ty jesteś fanem zdrowego odżywiania w sytuacji zagrożenia. Dla mnie to trochę brzmi jak porady gimnastyczne dla górnika w zawale – żeby mu nogi nie zdrętwiały. Komą!

        • Piotr pisze:

          Nie, nie ja polecałem (choć to chyba też był Piotr, tylko że się bodajże Piotrek podpisuje :D). Co do zdrowego żywienia – sorry, ale dłużej niż kilka tygodni na cukrze nie pojedziesz (a 2 tygodnie to pojedziesz i bez jakiegokolwiek żarcia – oczywiście pod warunkiem, że jesteś zdrowy i jako tako sprawny). Jeśli mówimy o zapasach na 2-3 tygodnie, to co byś nie miał będzie ok, jeśli mówimy o zapasach na pół roku to… dla przykładu z witaminą C: albo masz zapas produktów w nią bogatych (fasola, groch czy orzechy mają jej ponad 50 razy mniej niż na przykład pietruszka czy papryka a nie są 50 razy tańsze, wolę więc mieć paprykę konserwową niż fasolę konserwową :D) , albo wiesz, że możesz ją pozyskać na przykład z sosnowych igieł, albo… po kilkunastu tygodniach nie będą goić Ci się rany, zaczną wylatywać zęby, spadnie odporność na przeziębienia, będziesz miał bóle mięśni i stawów oraz wysokie ryzyko depresji (tak, brak witaminy C pociąga za sobą zaburzenia neurobiologiczne). Twój przykład z górnikiem w zawale jest z przysłowiowej d..y wzięty – merytoryki trochę by Ci nie zaszkodziło 😀 Zgadnij czemu żołnierze NATO-wscy czy ONZ-owscy na misjach w Iraku, Kosowie czy Afganistanie mają na przykład racjonowane mięso (białka) i węglowodany takie jak ryż czy fasola, ale na przykład mają nieracjonowany dostęp do owoców i warzyw? Myślisz że w grę wchodzi cena? Ryż jest tańszy od owoców 😀 Chodzi o to, żeby żołnierze mając „głoda” jak baba w ciąży (organizm sam się „domaga” odpowiednich składników) nie przyjmowali witamin i minerałów razem z nadmiarem kalorii, tylko żeby żołnierz na przykład potrzebując 60-70mg witaminy C dziennie zjadł powiedzmy 30-40g czarnej porzeczki a nie… 1,5kg groszku konserwowego (tak, tak, to są ekwiwalenty jeśli chodzi o witaminę C).

          • banczuk pisze:

            Ja wiem czy z dupy? Mam wrażenie że wychowany jesteś i myślisz w kategoriach czasów dobrobytu i dlatego próbujesz cyzelować w nonsensowny moim zdaniem sposób swoje teoretyczne zachowania. Gwarantuje Ci że nic mi nie wyleci ani zęby ani rany nie przestaną mi się goić z powodu braku pietruszki. Tym bardziej po kilku tygodniach. Mam do dyspozycji wiele innych naturalnych źródeł witaminy C przez cały rok. Tobie proponuje paczkę rutinoscorbinu z apteki jeśli koniecznie lubisz pakować się czymś kupionym.
            Przykład żołnierzy – oczywiście sielankowy. Bardziej z dupy niż mój o górniku który był aluzją do twoich rad typu zachowanie idealnego bilansu w czasie kłopotów.
            Poczytaj trochę jak to wygląda w realu – tzn jak wygląda zaopatrzenie wojsk w trakcie działań taktycznych – nie mówię o aspekcie okupacyjnym który jest dosyć spokojnym wariantem jak na wojsko i wojnę. Problemy z brakiem wszystkiego włącznie z wodą pitną to raczej chleb powszedni. Zaufaj mi – kondycja żołnierza najmniej zależy od tych owoców i cukiereczków. Zawodowcy to ludzie którzy jadą na psychice wtedy kiedy majonezy się kończą. I tak chyba powinno być.

            Pamiętaj też, że wojsko maszerowało np z Francji do Rosji i nie mieli ani świeżych warzywek ani cukierków, nie mieli nic – kiedy wracali ich trasę znaczyły objedzone z podkorza sosny.

            Witaminę C znajdziesz np rokitniku, jarzębinie i czarnym bzie, dostępnym do późnej jesieni. Jak boisz się że twoje zęby nie dociągną wiosny szamaj kapuchę kiszoną, kiedy nie masz już nic – iglaki.

            Sto lat temu ludzie bez ZUSu i etatu które w skali masowej wyobraź sobie są wynalazkiem 20wieku, na prostej diecie i bez suplementów radzili sobie zupełnie nieźle. Nie wspomnę o pozostałych wiekach i milleniach tradycji naszej zacnej cywilizacji.

          • Piotr pisze:

            Z powodu braku pietruszki nie, natomiast z powodu braku witaminy C już tak. Jarzębinę czy czarny bez znajdziesz na wsi, ale w mieście już nie (większość „mieszczuchów” pewnie nawet nie umiałoby jej znaleźć), poza tym co z tego że jesienią jest, skoro zimą i wiosną nie ma i jeśli nie wiesz jak to uzupełnić? Skoro możesz skoczyć do apteki po rutinoscorbin, to możesz i skoczyć do żabki po limonki 😀 Nasłuchałeś się „opowieści partyzantów” rodem z II wojny światowej tylko nie bierzesz pod uwagę faktu, że ponad połowa z nich tej wojny nie przeżyła. W czasach Napoleona (bo pewnie o nim piszesz jeśli chodzi o marsz Francja-Rosja) nikt nie miał pojęcia o tym czym jest witamina C, po prostu marynarze umierali masowo, a armia „naziemna” zostawiała spustoszenie w miejscowościach, przez które przechodziła. Niedobory witaminy C wychodzą mniej więcej po 2-3 miesiącach więc mniej więc tego typu okresy można przeżyć na samych „kaloriach” ale dłużej po prostu się nie da.

            Co do zaopatrzenia wojsk w trakcie działań taktycznych – nie muszę o tym czytać, mogę zapytać brata lub kilku moich znajomych. Piszesz, że żołnierz „jedzie na psychice gdy kończy się majonez” – tak jak napisałem, do 2-3 miesięcy „pojedzie na samych kaloriach” (a parę tygodni to nawet bez nich) ale choćbyś nie wiem jak twardy był psychicznie, to biologii nie oszukasz i na przykład pół roku na SAMYCH kaloriach nie pociągniesz. A że garść owoców czarnego bzu da Ci tyle wspomnianej witaminy C co parę kilo fasoli to inna rzecz. „Partyzantom” wydaje się, że takie rzeczy są bez znaczenia, więc opowiadają, że jedli tylko chleb z trocin i na tym przeżyli (a zjedzenie garści przydrożnego szczawiu czy „herbatka” z igieł sosnowych były równie istotne, ale przez nich bagatelizowane i postrzegane jako „czymś trzeba było zapchać żołądek”) – patrzysz na tych co przeżyli, ale nie bierzesz pod uwagę tych, którzy poważnie chorowali bądź umarli z głodu.

            100 lat temu ludzie (przynajmniej na wsi) robili zapasy na zimę z wszystkiego co się dało, kiszona kapusta i kiszone ogórki to był standard u każdego. Prosta niewyszukana dieta nie oznacza diety ubogiej w składniki odżywcze (zwykle jest wręcz przeciwnie, produkty przetwarzane przemysłowo mają tych składników znacznie mniej). A te „milenia” naszej cywilizacji – no cóż, w starożytnym Rzymie średnia długość życia wynosiła 30 lat. Nawet obecnie w biednych krajach (i nie mam na myśli na przykład ludów z dorzecza Amazonki – tam część ludzi żyje bez używania pieniądza, to że nie noszą iPhonów nie znaczy, że żyją biednie :D) ludzie „padają jak muchy”, bo niedożywiony organizm jest słaby i podatny na choroby.

          • banczuk pisze:

            Piotr powodzenia w ssaniu. Cukierków.

    • banczuk pisze:

      Umierali z braku tłuszczu a nadmiaru białka – z zakwaszenia organizmu – nerki nie wyrabiały. Dziś podobne akcje są przy dietach wysoko białkowych.

      Ja kapustę kiszoną i ogórki, jakiś przecier z dyni czy pomidorków to traktuje normalnie jako rutynowe działania. Natomiast zapasy to dla mnie coś bardziej jałowego, lekkiego, do przetworzenia generalnie, soja, ryż, kasze, mąka, cukier, fasola, groch, soczewica, do tego przyprawy trochę chemii typu bulion w kostce i olej. Łatwe to przenoszenia, mało zajmuje.

      Taki zestaw to spore możliwości – zupy, potrawy jednogarnkowe, drugie dania, pasty.

      Oprócz tego trochę puszek czy słoików – ryby, dania gotowe, warzywa.

  10. red pisze:

    Fasola biała jak wspomniałeś ma to do siebie iż wymaga moczenia i długotrwałego gotowania, polecam soczewice wymaga znacznie krótszej obróbki cieplnej a skład i kaloryczność podobna. Fasolę w zapasie mam ale jednak w większości stawiam na soczewicę i groch drobny ponieważ są łatwiejsze w obróbce. Koncentratów mam kilkanaście puszek ale preferuję własny przecier pomidorowy robię co roku spory zapas. Sól jak najbardziej, ale przydają się inne przyprawy choćby te podstawowe jak pieprz czy papryka. Domowe przetwory owocowo warzywne ze szczególnym uwzględnieniem kiszonek. Dodatkowo suszone warzywa mam ich spory zapas są śmiesznie tanie i mogą leżeć naprawdę długo. Z gotowego jedzenia nie wymagającego obróbki warto mieć czekolady o wysokiej zawartości kakao 60% lub więcej. Jakieś wafelki, pierniki z długim terminem przydatności, tak na wypadek jak by nie było warunków do przyszykowania ciepłego jedzenia.

  11. Julia pisze:

    Lepiej miec szkorbut i zyc, niz nic nie miec i nie zyc. A poza tym tak dla ciekawostki, przepytalam moja 86 letnia Babcie na okolicznosc ciezkich czasow, jako, ze w czasie wojny dosc mocno cierpiala glod i powiedziala, ze do tego co sie mialo, jak np. chleb, czy ziemniaki, dodawalo sie rozne rosnace dziko owoce, borowki itd. i chociaz nie lubi tego wspominac, to jakos miedzy innymi dzieki temu przetrwali. Mowila, ze jako dzieci razem z siostra schodzily do rowow nawadniajacych pola i tam znajdowaly rozne skarby, takie jak grzyby i bylejakie, dzikie owoce. To podaje tylko jako ciekawostke, wiec prosze na mnie zaraz nie wskakiwac. 🙂 Ja jednak polecam suszone owoce jako czesc zapasow, bo w dzisiejszych czasach ja nie mam na przyklad takiej wiedzy, ktore borowki nie sa trujace itd…

    • banczuk pisze:

      mój dziadek jak jeszcze był w mieście zanim niemiaszki go wywieźli na roboty, ganiał za chlebem na wieś parę kilometrów w jedną stroną. Chleb to było zboże rozcieńczone trocinami. Także potwierdzam, że tu chodzi o kratywność i Wiedzę. Wiedza od wiedzy różni się tym czym wyższość czegokolwiek co jest nad czymś 'zdrowym’ czego nie ma.

      • Piotr pisze:

        No ale chyba lepiej jest mieć zdrowe niż mieć niezdrowe, lepiej jest żyć bez szkorbutu niż ze szkorbutem 😀 Banczuk, czasem podajesz argumenty w stylu „po co mieć latarkę w domu, przecież w razie braku prądu można wetknąć sznurówkę z buta w puszkę z sardynkami w oleju i światło jest” – posiadanie sprzętu i zapasów nie wyklucza posiadania wiedzy i umiejętności (problem jest tylko wtedy, jeśli człowiek jest UZALEŻNIONY od zapasów i sprzętu, bo nie ma wiedzy i umiejętności i bez niego nie potrafi sobie poradzić, ale zapasy i sprzęt są ok i po prostu ułatwiają funkcjonowanie). Podajesz przykład swojego dziadka – ok, zapytaj go, czy nie wolałby być tym kimś na wsi, kto ma do dyspozycji zapas zboża/mąki i nie musi jeść chleba z trocin 😀 Nie tylko Twój dziadek przeżył wojnę, były też gorsze rzeczy niż przymusowe roboty (są i tacy, co na przykład Oświęcim przeżyli albo „wycieczki” za Ural) – Twój dziadek (jak i wielu innych) jadł chleb z trocin, co nie zmienia faktu, że mając do dyspozycji lepsze możliwości na pewno by z nich skorzystał i gdyby miał możliwość na przykład zgromadzenia zapasów mąki na pewno by je zrobił i nie rzucałby tekstu „jestem kreatywny, po co mi mąka, na chlebie z trocin przeżyję” 😀

        • Survivalista (admin) pisze:

          Jasne, że tak!

          Jak tylko ktoś podeśle nam gotową, opracowaną listę produktów nadających się do długotrwałego przechowywania, które zapewnią prepersowi 100% potrzebnych substancji odżywczych, z radością ją opublikujemy.

        • banczuk pisze:

          Piotr to było 5 lat wojny – mówisz o zapasie na pięć lat mąki – pewnie że było by lepiej ale sorry, to był czas reglamentacji, niedoborów, konfiskat. Wczuj się w realia.
          Tym kimś na wsi była moja babcia przed wojną miała tak samo słabo jak w jej czasie. Bo taka była wieś wtedy. Robiłeś na jedenastą kupkę, a co rok prorok.

          HALO?!

          I wyobraź sobie – przeżyli i wiochę i miasto w wojnie i komunizm. Z własnymi zębami do pewnego momentu.

          • Piotr pisze:

            Tak, masz rację, bądź „twardy psychicznie” i na trocinach przeżyjesz 5 lat wojny 😀
            Co za różnica czy twój dziadek korzystał ze swojego zapasu mąki czy z czyjegoś? Ten zapas po prostu był (a że na wsi uzupełniany corocznie, to już zupełnie inna sprawa). Gdyby babcia miała Twoje podejście, to by tych zapasów nie miała, bo myślałaby „e-tam, poradzę sobie, coś zaimprowizuję” i Twój dziadek nawet tego chrzczonego trocinami chleba by nie miał. Gdyby WSZYSCY myśleli tak jak Ty, to nie byłoby od kogo tej mąki/chleba skombinować. Twojemu dziadkowi udało się podłączyć „na sępa” do czyichś zasobów – ok, musiał więc to robił, ale ktoś na tej wsi miał głowę na karku i za siebie i za Twojego dziadka 😀

            Dziecko też może powiedzieć, że nie trzeba kasy zarabiać, bo można wziąć od rodziców 😀

          • banczuk pisze:

            Jasne OK dobra, ja i ja i mój dziadek, babcia, nie kumasz, ciekawe co Twój i co Ty. Nara.

          • Piotr pisze:

            Ja nigdy miesiącami nie głodowałem, w zasadzie najdłuższy czas przymusowego głodu to miałem 1991 roku jadąc niezelektryfikowanym pociągiem w środku zimy do Petersburga (wtedy jeszcze Leningradu) kiedy pociąg po prostu stanął w szczerym polu (kilkadziesiąt km do najbliższej wioski) i został „wykopany” po 4 dniach (jedzenia miałem na mniej więcej 24h, bo tyle się zwykle jechało) – rozpiździel w Rosji był wtedy taki, że generalnie nikt nie zauważył, że pociąg do celu nie dojechał i dopiero jak miał „wracać” to się zorientowali że go nie ma 😀 Tak więc moje najdłuższe głodowanie kryzysowe to trzydniówka (pomijam jakieś świadome testowanie jak organizm i umysł reaguje, bo takie to miałem dłuższe, chodzi mi o kontekst „z zaskoczenia” wymuszony przez rzeczywistość).
            Co do moich dziadków… jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to jeden uciekł z robót i pokonał „z buta” około 250km wracając do domu (oczywiście wszystko lasami i polami aby nie zostać złapanym) a drugi dostał Krzyż Oświęcimski – nie chodzi o to kto jest lepszy/gorszy, bo prawie nikt wtedy lekko nie miał. Zarówno przed wojną jak i po wojnie obydwaj mieszkali na wsi i obydwaj zawsze mieli zapasy (zresztą kiedyś na wsiach zapasy zboża, ziemniaków, kiszonej kapusty/ogórków, przetwory, własne wędzone mięso, kiełbasy itp. to był standard, nawet chleb sami ludzie piekli).

            Chcesz to sobie „kozacz” i udowadniaj, że można przeżyć jedząc mech i liżąc kamienie (tak byli więzieni pobici Szkoci w zamku Carlisle w Anglii – nie dostawali nawet wody), ja po prostu twierdzę, że skoro już bierzemy się do robienia zapasów, to trzeba organizmowi zapewnić różnorodność składników odżywczych a nie tylko bilans kaloryczny. Zresztą, można to bardzo łatwo przetestować – wystarczy przez pół roku odżywiać się tylko tym, co mamy w zapasach (tylko i wyłącznie tym, żadnych wyjątków typu „jogurt na mieście” czy „piwko w sobotę” :D) i organizm pokaże, czy to co mamy wystarcza długofalowo. Skoro gromadzimy zapasy z tego co jemy to i jedzmy tylko to co gromadzimy w zapasach (no chyba że ktoś gromadzi jogurty, masło, piwo itp. :D)

          • banczuk pisze:

            Piotr bardzo późno lub bardzo rano pisałeś ten wpis o kozaczeniu i o jedzeniu mchu – zapewniam cię że nic takiego nie mówiłem tutaj i jestem osobą która między bajki wsadza taki rodzaj praktyk.

        • banczuk pisze:

          Rzeczowo bo to schodzi na boki; chodziło mi o to że w prawdziwym kryzysie trzeba kombinować i nie ma mowy o idealnym zestawieniu produktów. Praktycznie. W teorii wszystko jest możliwe.
          Dla mnie zapas to podstawowe produkty o dużej wartości odżywczej, ale w podstawowym zakresie. Nie nastawiam się też na jakieś długie terminy. Miesiąc do trzech to dla mnie optymalny czas. Nie łudzę się, że uda mi się stworzyć i ochronić w moich warunkach większe zapasy. Raczej stawiałbym na jakiś rodzaj samowystarczalności ale to w tej chwili dla mnie nie możliwe i zbędne.

          To co mówisz o tym że lepiej mieć niż nie mieć, że lepiej zdrowe niż niepełnowartościowe to wszystko prawda. Jednak to jest bardzo trudne do zorganizowania i utrzymania. Co innego codzienna zdrowa kuchnia a co innego duże zapasy. To się nie zgrywa niestety. No pomijając kiszonki itp które nawet nie traktuje jak zapasy bo to normalne u mnie w rodzinie ze coś tam jeszcze samemu się robi.

  12. LosowyNick pisze:

    Suszona proteina sojowa! Przeznaczone głównie dla wegetarian kotlety sojowe, flaki sojowe, kostka sojowa, granulat sojowy… Można je przechowywać co najmniej 2 lata. Mają około 50% białka i łatwo się przyrządza.

    Fakt, trzeba się nauczyć paru przepisów bo to zupełnie inne gotowanie niż potraw mięsnych. Ale jak już się nauczymy – jest smaczne i łatwe w przyrządzaniu.

    Na dodatek tanie – paczka 500g kostki sojowej kosztuje około 3.5 zł.

    • banczuk pisze:

      Faktycznie to jest też fajny i sprawdzony pomysł. W porównaniu z przyprawami np papryką, można robić substytuty np gulaszu czy tam zupy gulaszowej i tysiące innych kombinacji mniej lub bardziej orientalnych. Tanio i całkiem smacznie. Do tego dosyć szybko.

    • cichy rusznikarz pisze:

      Szczerze nie sądzę by żywienie się soją w dużych ilościach było dobrym pomysłem. Słyszałeś może o tzw. Fitoestrogenach? (Może to i błachy powód ale skutki i duskomfort wywołany ich działaniem mocno uprzykszy życie i ewentualne zdobywanie żarcia i witamin) są to substancje chemiczne działające jak chormony kobiet, więc możecie so ie wyobrazić jak takowe zadziałają na organizm zdrowego mężczyzny (osłabienie mięśni i ból na klatce piersiowej wywołany zmianami w gospodarce chormonalnej)

  13. Paweł pisze:

    A tradycyjny, polski worek ziemniaków?

    • banczuk pisze:

      Nie zawsze wypali. U mnie w bloku do póki grzeją normalnie – nie wypali jest za ciepło w piwnicy żeby trzymać więcej niż kilka kilo na zapas. Jak przestaną grzać – to się zastanawiam czy tam zostać czy wyrywam na peryferia. A tam ziemniaki OK. Tylko stosunek kalorii do wagi będzie mniej korzystny np w porównaniu do ryżu jak sądzę.

      • Paweł pisze:

        Ja mieszkam na wsi. Stosunek kalorii do wagi może jest gorszy niż w przypadku ryżu. Natomiast ceną zdecydowanie wygrywają.

        • banczuk pisze:

          no a jak nie pożresz wszystkiego to możesz resztę zasadzić. Dużo lepszy produkt, jednak jak piszę – w mieście może być problem z przechowywaniem większej ilości.

  14. Julia pisze:

    Piotr i Banczuk, ja subskrybuje te komenty na e-mail specjalnie po to, zeby Was czytac. 🙂 A przy okazji chcialam przekazac info, ze wczoraj zezarlam puche brzoskwin przeterminowanych o osiem miesiecy i jeszcze wychlalam caly syrop z niej i mam sie dobrze. To tak, jakby ktos sie zastanawial, czy mozna zjesc brzoswinie po terminie – najwyrazniej tak.

    • banczuk pisze:

      Generalnie terminy to są minimalne terminy przydatności do spożycia – zwykle z grubym zapasem. Teoretycznie taka konserwa mięsna będzie dosyć smaczna i nie trująca nawet po kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu latach – jakieś filmiki są na YT jak chłopaki próbują racji z okresu wojny w Wietnamie.

      Konkurencja i dyskusja stymulują rozwój. Moje stanowisko stonowane, mądre, ułozone oraz Piotra który wyraźnie jest narwany i chętnie piekli się, muszą dawać ciekawy efekt. Jing i Jang.

      Ja widziałem że to subskrybujesz i dlatego tyle pisze żebyś mogła uczyć się od najlepszych.

      Moje posty prowokują riposty Piotra a on jest najlepszy.

    • erpi pisze:

      Spoko Julia.
      Owoce/warzywa w puszkach i słoikach, makarony, sojowe preparaty, szczelnie zapakowana mąka, kasze, sól, cukier, miód, gorzka czekolada, orzechy, nawet dżemy… można śmiało przechowywać i spożywać po kilka lat od terminu ważności. Przechowywane we względnie chłodnych, zacienionych, suchych i możliwie niezmiennych warunkach.
      Z mięsem konserwowym trzeba uważać, ale rok czy dwa po terminie nie powinno być problemu (przy warunkach przechowywania j.w.). Wypukłe, nabrzmiałe opakowania – nie warto otwierać. Źle pachnąca zawartość – zakopać z dala od ujęć wody.
      Najgorzej jest z nabiałem – 1-2 dni po terminie dla jogurtów i mleka pasteryzowanego to maksimum (obarczone już pewnym ryzykiem). Znalazłem kiedyś u mnie mleko UHT z przekroczonym o ok. 2-ce terminem – spożyłem, żyję, rewolucji żołądkowych nie przypominam sobie. Ale zalecam ostrożność (ze względu na różnych producentów opakowania, przechowywanie…). Nade wszystko należy pamiętać o
      systematycznej wymianie zapasów i pilnowaniu terminów przydatności. W normalnych warunkach można sobie pozwolić na dokupywanie świeżych produktów. W warunkach ew. kryzysu i głodu, i tak będziemy jeść wszystko co uda się zdobyć i będzie się nadawało…

  15. hardkor pisze:

    Czołem miejskie partyzanty!
    Ponadczasowy jest zestaw: mąką -> chleb, smalec/słonina, cebula i wódka.
    I nie ma mocnych!

  16. Jakub pisze:

    Co do zapasu witaminy C to polecam konfiturę z dzikiej róży, która ma 30-40 razy więcej witaminy C niż cytrusy. Rośnie to to czasami w dużej ilości i nikt tego nie zbiera. Przy takiej konfiturze jest trochę pracy bo owoc trzeba przekroić, wybrać pestki i takie małe włoski. Ale ma wiele zalet. Poza mega dawką witaminy, taka konfitura mniej się psuje ponieważ witamina C jest naturalnym konserwantem.
    Moim zdaniem nic lepszego w naszym klimacie z witaminą C nie znajdziemy.

  17. paweł pisze:

    zapomniałeś o czekoladzie chyba najlepszy towar w razie kryzysu mało miejsca zajmuje a dostarcza sporo kalorii, a i bardzo trwały nawet po przekroczonym terminie przydatności dalej można jeść.

    • paweł pisze:

      sorry za 2 komenty pod sobą za szybko wysłane

      Zamiast fasoli lepsza soczewica nie wymaga tak długiej obróbki, a jej czerwona odmiana już po 5 minutach nadaje się do zjedzenia. W ekstremalnych sytuacjach prostota wykonania posiłku to podstawa szczególnie jak się nam kończy gaz w butli

  18. MarcinB pisze:

    Cześć,
    jak przechowujecie zapas soli?
    Zależy mi na tym aby móc zapomnieć o wymianie tego zapasu na 2 a może nawet 10 lat.
    Mój pomysł to zakopać w szczelnych słoikach. Co o tym myślicie?

  19. tewi pisze:

    Mąka, kasza, cukier, makaron, strączkowe, sól, mięso konserwowe, czekolada, woda. Wódka i papierosy – na ewentualną wymianę. Spirytus, wódka i papierosy zawsze w cenie. Pilnowanie terminu przydatności wódki jest wyjątkowo przyjemne 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.