6 zasad przygotowywania zapasów żywności

Od dawna tu i na kanale na YT mówimy i piszemy, że w nowoczesnym survivalu najważniejszy jest chyba zapas żywności. Wprawdzie w hierarchii potrzeb wyżywienie postawilibyśmy na drugim miejscu, to tę potrzebniejszą wodę łatwiej jest w kryzysowej sytuacji pozyskać, niż żywność.

I dlatego dziś omówimy 6 zasad przygotowywania zapasów żywności.

zapas-zywnosci-720

1. Jedz to, co masz w zapasie. Trzymaj w zapasie to, co jadasz.

Chodzi o to, by nasz zapas żywności w jak największym stopniu składał się z rzeczy, które jadamy na co dzień, znamy, a najlepiej — lubimy.

Po pierwsze dlatego, żeby tych produktów nie wyrzucać. Zapas żywności będzie dla nas w zasadzie bezkosztowy, jeśli każdy kupiony produkt zjemy przed upływem terminu przydatności do spożycia. Będzie za to bardzo kosztowny, jeśli te produkty będziemy wyrzucać.

Po drugie dlatego, że nie chcemy w kryzysowej sytuacji dokładać sobie zmartwień typu „moje dziecko nie chce jeść tego, co mu daję, a nic innego nie mam w zapasie”. Albo „moje dziecko zjadło to coś, ale teraz ma rozstrój żołądka”. To oczywiście jest bardziej istotne w przypadku osób, które mają dzieci, ale także i dorosłym te problemy mogą w jakimś stopniu doskwierać. Po co martwić się nimi dodatkowo, gdy należałoby się skupić na tym, co dzieje się dookoła?

A więc z całą pewnością nie należy kupować całej palety amerykańskich racji MRE czy dziesięciu kartonówsucharów wojskowych, a potem zbunkrować je gdzieś tylko po to, by wyrzucić, gdy się zepsują. Suchary czy awaryjne racje żywnościowe takie, jak Seven Oceans, są bardzo dobre i warto je rozważyć, ale tylko wtedy, jeśli masz szansę je zjeść przed upływem terminu przydatności — na przykład zabierając je ze sobą na wakacyjne wycieczki.

2. Kopiowanie puszek

Temu zagadnieniu poświęciliśmy swojego czasu osobny wpis, ale przypomnimy, w czym rzecz.

Zasada polega na tym, by kupować po dwa opakowania wszystkich produktów, które da się dłużej przechowywać, gdy potrzebujemy jednego. Przykładowo: potrzebujesz do sałatki puszkę kukurydzy — kupujesz dwie. Potrzebujesz na naleśniki karton mleka UHT — kupujesz dwa. Drugie opakowanie odstawiamy do zapasu żywności. Gdy ponownie potrzebujemy kukurydzy lub mleka, znów kupujemy dwa opakowania, ale oba wstawiamy do zapasu — do przygotowania posiłku wykorzystujemy zaś opakowanie przyniesione z zapasów.

Ta metoda pozwala zbudować zapas żywności w zasadzie bez jakiegokolwiek planowania czy myślenia. A mamy zapas doskonale spełniający pierwszą zasadę — czyli zapas takiej żywności, którą jadamy na co dzień.

Jak dużo tych opakowań kupować? Tak dużo, by dało się je wykorzystać przed upływem terminu przydatności.

Aha, tę metodę można zastosować także dla produktów świeżych — jak choćby ziemniaków. Jeśli jesteś w stanie trzymać w piwnicy 20 kg ziemniaków i ten zapas nie ulegnie zepsuciu zanim w całości go nie wymienisz, gorąco Cię do tego zachęcam.

3. Zacznij od tanich produktów

Jeśli potrzebujesz szybko zrobić zapas żywności, kup większą ilość produktów tanich, kalorycznych i niepsujących się:

  • mąki,
  • cukru,
  • makaronów,
  • kasz i wszelkiego rodzaju płatków (owsiane, kukurydziane),
  • ryżu,
  • oleju roślinnego,
  • grochu i fasoli.

Dzięki temu, że są tanie, możesz zrobić zapas kalorii na pół roku dla jednej osoby za kilkaset złotych. Zresztą omawialiśmy to w osobnym materiale, podając nawet konkretną listę takich produktów do kupienia.

Jasne, to w większości będą puste kalorie, ale od czegoś trzeba zacząć. Wolę w kryzysowej sytuacji jeść te puste kalorie i zastanawiać się, czym je wzbogacić, niż nie mieć nic i zastanawiać się skąd wziąć i kalorie i witaminy!

4. Zabezpiecz zapas żywności przed zniszczeniem

Nie jest sztuką kupić jakiś zapas żywności i zostawić go na kilka lat bez opieki. Chodzi o to, by po tym czasie nie był zjedzony przez myszy, robactwo, ani np. zniszczony przez wilgoć.

Ryż w papierowych torbach bardzo łatwo może stać się ofiarą wilgoci, gryzoni, ale też różnego rodzaju owadów. Czasem też ryż czy mąkę kupujemy właśnie zainfekowane larwami jakichś szkodników (np. moli spożywczych). W takim przypadku niepilnowany zapas żywności może zostać zainfekowany w całości.

Dlatego warto rozważyć przepakowanie tego ryżu do plastikowych wiader (choćby po kapuście kiszonej), albo wsadzenie ich osobno do plastikowej beczki lub torby foliowej i metalowej puszki po farbie. Na rynku są też i pojemniki dedykowane do długotrwałego przechowywania żywności. W takim pojemniku będzie on zabezpieczony zarówno przed wilgocią, jak i przed szkodnikami. A jeśli już jest zainfekowany larwami, to zniszczeniu ulegnie tylko ta część w jednym opakowaniu.

5. Trzymaj pieczę nad zapasami

Chodzi głównie o to, by wiedzieć co w tych zapasach mamy, ile tego jest, kiedy zbliża się termin przydatności do spożycia. No i gdzie ten produkt fizycznie leży (o tym więcej za chwilę). Chodzi o to, by w odpowiednim momencie przynieść opakowanie ryżu czy kukurydzy z piwnicy, zapakować do garnka i zjeść. Oczywiście zaczynamy od konsumpcji tego, co zostało kupione najwcześniej, czyli jest najbliżej terminu przydatności do spożycia (w myśl reguły „pierwsze przyszło, pierwsze wyszło”).

Krzysiek ma w tym celu arkusz kalkulacyjny. Ja mam papierową tabelkę (też generowaną z Excela, ale to jest pomocnicze narzędzie), którą uzupełniam dodając zapasy (dokupując produkty), ale i zjadając je.

Wprawdzie można zrobić zapas produktów, które wytrzymają na półce i nawet 20-30 lat (jak choćby wysuszona pszenica w szczelnym opakowaniu), to jednak nawet taki zapas warto od czasu do czasu obejrzeć. Choćby po to, by sprawdzić, czy nie został zjedzony przez myszy.

6. Trzymaj zapasy w różnych miejscach

Niczym przysłowiowe jajka w jednym koszyku, zapasy trzymane w jednym miejscu można łatwo stracić. Jeśli masz wszystko w mieszkaniu to wystarczy, że zaleje Cię sąsiadka, albo mieszkanie spłonie, albo będziesz musiał się z niego błyskawicznie ewakuować.

Lepiej jest więc mieć zapasy w kilku różnych miejscach — ryzykując stratę części tych zapasów.

Oczywiście warto mieć zapasy u celu ewakuacji — ale rzecz jasna nie wszystkie. Bo przecież może się okazać, że nie możesz się ewakuować i musisz pozostać w mieszkaniu jak najdłużej.

Survivalista (admin) i Krzysztof Lis

Artur i Krzysiek z wykształcenia są inżynierami (a Artur jest także magistrem zarządzania). Obaj są zafascynowani tematyką przygotowań na trudne czasy.

Mogą Cię zainteresować także...

48 komentarzy

  1. Yanek pisze:

    Muszę zacząć robić zapasy 🙂 Myślałem raczej o puszkach obiadowych, typu zapas fasolki po bretońsku, jakieś pulpety itd. To się przydaję nawet na co dzień jak żona obiadu nie zrobi 🙂

    • djans pisze:

      To jest, wbrew pozorom, stosunkowo drogie rozwiązanie i niespecjalnie zdrowe. Puszka pulpetów w sosie kosztuje np. 10 zł za kg, z czego mięso stanowi tam może 1/5, reszta to jakaś wypełniająca skrobia i dużo wody. Plus sporo chemii, przez co taki posiłek do zdrowych nie należy. Za tę samą cenę kupisz mięso.

  2. Siergeij pisze:

    Hej
    Polecę jeszcze raz ten podcast http://www.intentionallydomestic.com/radio-show/
    Tu można się dowiedzieć jak zrobić zapasy prawdziwego jedzenia, a nie tylko zapychaczy (ryż, makaron, mąka, cukier).
    Kalorię to ostatnia rzecz na jaką bym zwracał uwagę. Teorią kalorii na tyle dziur że naprawdę dziwie się że ludzie nadal jej używają.
    Odnośnie oleju to ktokolwiek widział opis procesu technologicznego wytwarzania oleju roślinnego (rzepakowy, słonecznikowy) wie że to nie jedzenie tylko co najwyższej paliwo do lampy lub disla.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Co do zasady, to oczywiście prawdą jest, że lepiej jest mieć zapasy żywności wysokiej jakości i bogatej w substancje odżywcze, a nie tylko węglowodany. Tego chyba nikt nie neguje. Można robić zapas suszonych warzyw i owoców (niespecjalnie drogi i niespecjalnie czasochłonny), zapas mięs i gotowych posiłków, ale także kapustę kiszoną, ogórki konserwowe, domowej roboty wędzone wędliny, smalec, itd.

      Problem jest jeden — to wymaga cholernie dużo czasu, jeśli porównać do wsadzenia do koszyka dodatkowej puszki kukurydzy albo ryżu.

      I jeśli będziemy promować wyłącznie robienie zapasów czaso- i pracochłonnych, to nikt z naszych rad nie skorzysta. Dlatego zaczynamy od pokazania tanich i prostych sposobów robienia zapasów, które są idiotoodporne (o ile tylko ktoś pilnuje terminów przydatności do spożycia, albo w rozsądny sposób je przekracza). Bo naszym zdaniem takie porady mają większe szanse na to, by zostać wdrożone.

      Lepiej mieć zapas zapychaczy, niż nie mieć nic, bo się komuś nie chciało zrobić zapasu produktów wyższej jakości.

      • Siergeij pisze:

        Ok
        Tylko zamiast oleju roślinnego można do koszyka włożyć puszkę czy słoik oleju kokosowego. Dobra jest 3~4 razy droższy ale jest zdrowy bardziej odżywczy (tłuszcz nasycony podstawowe paliwo każdej komórki i ważny budulec w organizmie) a lista jego możliwych zastosowań w domu jest dłuższa nawet od sody oczyszczonej (od smażenia, zabezpieczenia ran do zapobiegania odparzeniom od pieluch u dziecka). Olej kokosowy jest bardzo stabilny i ma też właściwości antyseptyczne co bardzo pomaga w przechowywaniu i niema najmniejszych problemów żeby trzymać go cały rok nawet na blacie w kuchni przez parę lat bez obawy o jego trwałość.
        Rozumiem że chcesz zacząć od standardowych rzeczy ale warto też dawać lepsze alternatywy bo wiele osób nie wie że takie coś w ogóle istnieje.

        • Survivalista (admin) pisze:

          To w sumie dobry pomysł na osobny materiał — lepsze zamienniki dla podstawowych produktów w zapasie. Dzięki za sugestię!

          Olej roślinny polecamy także dlatego, że dzięki jego niskiej cenie nie będzie szkoda zutylizować go np. jako paliwo do awaryjnej lampki.

          • Piotr pisze:

            Apropos „dzięki niskiej cenie nie będzie szkoda (…)” – cena to jest przy zakupie (ewentualnie przy sprzedaży) ale jak już jest się posiadaczem, to korzysta się z zasobów bez patrzenia na ceny zakupu (wartość towaru to nie to samo co cena), jeśli będzie trzeba, to nie będę miał oporów przed paleniem truflami w kuchni (bo mają większą wartość opałową niż odżywczą :D), nie będzie mi szkoda „bo drogie” 😀

          • Siergeij pisze:

            Na temat oleju kokosowego i sody oczyszczonej są osobne książki opisujące na na ile sposobów można je wykorzystać.
            A odnośnie zabezpieczanie przed owadami w podcascie podlinkowanym wyżej zalecają traktować każdy suchy produkt jako zainfekowany nieproszonymi gośćmi i sugerują szczególnie w naszym klimacie kupowanie zapasów zimą gdy są duże mrozy. Wystawiasz wtedy takie wiadro na balkon 2 dni i problem robaczków masz już z głowy.

  3. Leszek LJM pisze:

    Fajny wpis, kiedyś już czytałem coś podobnego, być może nawet twojego autorstwa, ale wstyd się przyznać, że do dzisiaj nie mam prawie żadnych zapasów…
    Dzięki za przypomnienie.

  4. Julia pisze:

    Dziekuje za ten material. Dzieki niemu wreszcie sie zabralam za rozparcelowanie mojego 5kg ryzu do roznych pojemnikow w roznych miejscach. Ryz stal i na mnie patrzyl juz od dwoch tygodni, wiec dobrze, ze wreszcie to zrobilam. Jeszcze raz dziekuje i pozdrawiam.

  5. Jasio pisze:

    Zamiast gromadzić zapasy dość wątpliwej jakości lepiej jest nauczyć się gotować, zapasy kiedyś się skończą, umiejętności nie. Poza tym Gromadzenie zapasów prowadzi do kupowania jedzenia w puszkachca to dość słaby pomysł na dietę.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Ale co będziesz gotować, jeśli nie masz zapasów, a umiesz tylko gotować?

      To może lepiej nauczyć się hodowli roślin i zwierząt? Albo polowania czy łowienia ryb?

      Zapasy trzeba mieć i tyle.

    • Piotr pisze:

      Umiejętności gotowania a zapasy to dwie różne sprawy (i jedno nie wyklucza drugiego). Co będziesz gotował i na czym jeśli nie zgromadzisz „surowców” i paliwa do kuchni? Nikt nikomu nie każe robić zapasów z „zupek chińskich” i konserw.

      Swoją drogą nie do końca zgadzam się z autorami bloga, żeby zapasy i codzienna dieta to były te same zestawy produktów. Po prostu na co dzień spożywamy wiele produktów szybko psujących się (na przykład surowe warzywa i owoce), a z wielu z nich nie da się zrobić zapasów, jakiś ekwiwalent składników przez nie dostarczanych należy mieć (no i może pojawić się tendencja, do niespożywania i niekupowania produktów o małym okresie trwałości, ale bogatych w składniki odżywcze). Ugotowane warzywo czy owoc i zapakowany w słoik nie jest zamiennikiem swojego surowego odpowiednika – obróbka termiczna nieodwracalnie pozbawia produkty na przykład wielu witamin (no i niestety w cywilizowanym świecie jest tendencja do „sterylizowania” wszystkiego, zarówno jedzenia poprzez obróbkę termiczną, ale też i w ogóle całego otoczenia, przez co mamy coraz więcej alergików i coraz mniej odporne organizmy – dzieci nie nabywają odporności i przeciwciał w „sterylnych” warunkach a potem byle co i od razu chorują; trzeba pozwolić organizmowi aby się naturalnie „zaszczepił” przed tym, co jest w środowisku, no ale to już jest zupełnie inny temat).

      • Survivalista (admin) pisze:

        No wiesz… optymalnie byłoby mieć 100% tego, co jadasz w zapasach, ale to jest nierealne, jak zauważyłeś. Nie da się przecież zrobić dużego zapasu bułek, czy mięsa. Mrożonka wymaga prądu, suszone mięso smakuje nieco inaczej, puszkowane jest przesolone, a na zawekowanie nie każdy ma czas.

        Ale absolutną koniecznością jest by to, co już masz lub planujesz mieć w zapasach, było przez Ciebie zjadane. Jeśli nie jadasz ryżu, nie kupuj ryżu do zapasów. Albo zacznij jadać ryż. 😉

        • Piotr pisze:

          Nie ma jakiegokolwiek problemu abym zaczął jadać w sytuacji kryzysowej coś, czego na co dzień jadam mało. Jeśli jada się dostatecznie różnorodnie, to organizm nie będzie stwarzał z tym jakichkolwiek problemów. Swego czasu dużo podróżowałem po świecie (przez dwa lata latałem średnio raz w miesiącu na 2-3 tygodnie – taka praca) i ponieważ z natury jadam różnorodnie, to nie było problemu ze zmianami diet (nie brałem w plecaku „zapasów” domowego żarcia), nawet brytyjskie żarcie mnie nie wykończyło (choć do najsmaczniejszych nie należy :D). Jedyne „sensacje” jakie czasem miewam, to spożycie większej ilości mleka po dłuższej przerwie jego nie picia (laktoza – bakterie w jelitach muszą się namnożyć, ale po 2-3 dniach już nie ma problemu).

  6. Julia pisze:

    Zgadzam sie z tym, ze warto umiec gotowac i ja tez widze ten problem, ze z jednej strony staram sie skladowac zywnosc, a z drugiej nigdy nie kupuje roznych niezdrowych konserw, typu paprykarz itd., bo wiem, ze ich nie lubie i jakos wewnetrznie nie zgadzam sie z jedzeniem tych chemicznych, slabych jakosciowo produktow. Znalazlam czesciowo rozwiazanie ogladajac na youtubie duzo filmikow uploadowanych przez religijnych amerykanskich preppersow, szczegolnie tych, ktorym to religia nakazuje skladowanie conajmniej rocznego zapasu zywnosci (serio, sa tacy). Oni maja w tym wieloletnie doswiadczenie i pokazuja jak zakonserwowac domowym sposobem praktycznie wszystko, lacznie z konserwowaniem miesa w sloikach, ktore ma 5 letni okres waznosci. Wtedy wiemy co tam jest, jakie zostaly uzyte skaldniki itd… Polecam. Jednym z takich filmikow jest ten wyklad: http://youtu.be/gOLuIApyNPc Jest on po angielsku i trwa poltorej godziny, wiec trzeba przygotowac slownik i kawe. 🙂

    • Piotr pisze:

      Nie trzeba szukać daleko, jeszcze nasze prababcie nie miały zamrażarek i supermarketów, tylko musiały umieć przetworzyć to, co było dostępne tylko „w sezonie” tak, aby można było na tym żyć przez cały rok. Dla nich zapasy to nie była „fanaberia” tylko zwyczajna konieczność życiowa. No i przy okazji „babcine sposoby” dotyczą tego, co rośnie u nas naturalnie w Polsce i do czego my jesteśmy ewolucyjnie przystosowani przez tysiące lat (niekoniecznie dieta Hindusa czy Indianina jest zdrowa dla nas, a dieta Eskimosa wykończyłaby nas w kilkanaście tygodni :D).

      • banczuk pisze:

        Ta jasne, tysiącletnia rzesza itp. przystosowani od tysięcy lat, ehę. Pierdoły na sporą skalę. Kleju z pod tapety pojesz i będzie OK. Sprawdzone. Na dawniejszym kleju oczywiście. Teraz idę kupić organik cocosowy olej żebym się zdrowo odżywiał wshtf. Oczywiście jak macie dostęp do takiego kleju do tapet jak na przykład w czasie odcięcia Leningradu to chętnie kupię trochę i w ramach robienia zapasów wytapetuję mieszkanie, zaraz po tym jak wyłożę podłogę olchowym parkietem żeby było w czym palić w surwiwalowej kuchence.
        Może styknie cynizmu i ironii.
        O co chodzi w tym całym biznesie – żeby umieć improwizować i dostosowywać się do sytuacji a nie obarczać się towarami. Chyba trochę jak z uchem igielnym – może ktoś kojarzy – to z takiej starej książki.
        Czasami mam wrażenie że panuje na podobnych forach ‚lekka’ paranoja i pewien rodzaj fobii. Nie analizuję tego – po prostu zauważam.
        I Piotr – to że piszę pod twoim postem, nie znaczy, że czepiam się do Ciebie. Po prostu byłeś ostatni 🙂

        • Survivalista (admin) pisze:

          I tak i nie.

          Oczywiście, w kryzysowej sytuacji umiejętność improwizowania będzie bardziej przydatna. Ale używanie tego jako argumentu przeciwko robieniu zapasu żywności jest co najmniej dziwne.

          Jasne, mogę nie mieć zapasu żywności i jakoś ją zdobywać.
          Mogę nie mieć nawet małego zapasu wody w mieszkaniu i przynosić ją wiadrami z rzeki. A jak nie będę mieć filtra, to potem gotować (na zdobytym drewnie), żeby usunąć z niej wszystkie żyjątka. Albo doleję zdobytego wybielacza z chlorem.
          Mogę też nie mieć latarki i baterii w domu, a w razie braku prądu po prostu chodzić sobie po omacku, przecież dobrze znam rozkład pomieszczeń.

          Tylko po co? W jakim celu?

          Czemu mam sobie nie ułatwić życia, robiąc zapas żywności, wody i kupując latarkę z bateriami?

          Prawda jest taka, że w naszym klimacie robienie zapasów było niezbędne do przetrwania zim. A mimo to i tak na przednówku ludzie często głodowali…

          • banczuk pisze:

            Nie używam tego przeciwko robieniu zapasów tylko cackaniu się ze sobą. Olej taki zastąpimy takim, cukier biały trzcinowym albo miodkiem.
            LUB co pożytecznego może wynikać z zastanawiania się nad tym czy jestem genetycznie przystosowanym polakiem na tyle żeby wyciągnąć maximum energii ze zjedzonej porcji kiszonek kapusty….

        • Piotr pisze:

          banczuk: Możesz się śmiać z „tysiącletniej rzeszy” ale na przykład Eskimos ma znacznie większą tolerancję na cholesterol niż „biali”, dlatego jemu dieta wysokotłuszczowa zupełnie nie przeszkadza (a znane są przypadki, że „biali” rozbitkowie przyłączający się do Eskimosów ginęli jedząc to samo co oni), analogicznie Indianie mają znacznie mniejszą tolerancję na alkohol – różnice są, nie zawsze metody wypracowane przez ludy na innych kontynentach nadają się do zastosowania u nas – tylko tyle, dla nas kiszona kapusta i woda uzdatniana do picia poprzez zrobienie z niej niskoalkoholowego piwa działa dla nas, ale jest „niestrawne” dla innych.
          Kolejna rzecz: sama improwizacja i dostosowanie do sytuacji to nie wszystko, ważnym czynnikiem jest planowanie. Jak na przykład ze sklepów masz wszystko „wymiecione” i masz środek zimy, to sobie na przykład warzyw nie „zaimprowizujesz”. Inna rzecz, że wielu preppersów skupia się głównie na planowaniu a pomija zdobywanie umiejętności ale… ten temat na blogu dotyczy robienia zapasów – tylko i wyłącznie tego, nie skupia się na dyskusjach, komu to jest potrzebne a komu nie itd., temat dotyczy tylko „jak to robić”.

      • Siergeij pisze:

        O tej diecie Eskimosa to bez przesady. Stosuje podobną wysokotłuszczową od prawie roku i jak na razie trzymam się dobrze :p Schudłem, wyleczyłem się z alergii a wyniki badań mam znakomite. Mało kto wie że piramida tzw. zdrowego żywienia promowana na każdym kroku na zastosowanie nie tylko w żywieniu człowieka ale też w żywieniu trzody chlewnej. Tylko że tam ma trochę inny cel (wyhodowanie jak największej „tłustej” świni)

    • banczuk pisze:

      Pani Wendy DeWitt to znana komwojażerka sprzedająca szybkowary. Jak połowa preppersów coś sprzedaje a to bunkry a to informacje, szkolenia, co tam jeszcze? Także to taki biznes wiązany 🙂 im bardziej się boisz noo iii im bardziej jestes za zdrową zwynością kiedy inni padają z głodu – tym bardziej masz ochotę kupić ten fenomentalny wszystko mogący bezpieczny dla zdrowia – BA! – bardziej wart Twoich pieniędzy – wspaniały szybkowar All-American. A jak znudzi ci się już jedzenie, albo kompocik przyfermentuje, zawsze możesz przegotować go w nim na mocnego winiaka. I to jest dopiero inwestycja – jak to wiesz i umiesz to zrobić.

      Musisz wiedzieć że w czasie kryzysu przywracana zostaje odwieczna waluta i odpowiedni handel – kobiety handlują ciałem a mężczyźni wyprodukowanym bimbrem.

      Wracając do tematu – konkrety:
      1. dlaczego 5 lat a nie 4 albo 6?
      2. kto to za oni i co to za ich doświadczenie?
      3. komu religia nakazuje robienie rocznych zapasów i dlaczego tylko rocznych? Czuję się gorszy, więc pędzę peklować co się da w słoiki.
      4. też oglądam dużo filmików, szczerze mówiąc na tyle dużo, że chyba za dużo. Bo stałem się specem w większości spraw które mnie interesują a nie mam z nimi nic wspólnego. Funny!
      5. tak się przypadkiem składa że jestem w posiadaniu 2 imiennych zaproszeń wypisanych in blanco! na prezentację jednej z tych firm sprzedających niezawodne… mało powiedziane – kultowe – garnki i kołdry lecznicze (śpisz jak dziecię i zdrowiejesz naraz – NAWET JAK NIC CI NIE DOLEGA!).
      Może chcesz to odstąpię. Prezentacja trwa około godziny po czym możesz kupić wszystko co chcesz a o czym była mowa.
      6. Czy piwo niepasteryzowane da się jednak spasteryzować tak aby utrwalić je na 5 lat? Zdecydowałem że to najlepszy produkt surwiwalowy. Znacznie lepszy od każdego oleju. Nawet kokosowego.

      Słuchaj no kochana. Mam w piwnicy kilka słoików kaszanki z `85 roboty mojej teściowej – i podobnie jak ty nie pałasz uczuciem do paprykarza, ja wewnętrznie czuje – jej nie polubię mimo, że nie jest chemiczna (może trochę toksyczna – teściowa) i chętnie ci ją opchnę za symboliczną złotówkę. Ciekawe jak z jej jakością – ale to mi odpiszesz żeby nie strzępić ozora na teorię.

      Julia przyznaj się – jesteś Świadkiem Jechowy i chcesz nam za tydzień wciskać po gazetce?

      A teraz na serio: w ruskim kilku litrowym szybkowarze (30zł) można pasteryzować słoiki z mięsem (wieprzowina, sól, wiep. sól, w.,s,w,s) i wychodzi gulasz angielski tylko bez przypraw i chemii. Koszt – tyle co mięso i gaz. ALE – ja bym tego za 5 lat nie jadł.
      Dla odmiany przegotowane w tym samym sprzęcie wino – jak najbardziej nie traci nic na jakości nawet po wielu latach.
      Każde gotowanie – kasza, ziemniaki, jakakolwiek potrawa typu eintopf, zupa, gulasz, destylacja alkoholu czy po prostu wody to są wszystko bonusy takiego urządzenia. Wszystko za parę złotych. Nieocenione, niedocenione.

      Masz taki garnek i wcześniej opisaną surwiwalową kuchenkę i każdy gołąb, pies, kot, mysz, warzywo lub jego substytut, zamienisz w magiczną potrawę. W dodatku A) Świeżą B) bezpieczną bo wyższej temp.

      • Julia pisze:

        O bycie Swiadkiem Jehowy jeszcze mnie nikt nie oskarzyl, a to dopiero nowosc. Jestem w ogole niewierzaca.
        Ja tylko podalam filmik zainteresowanym, takze nie trzeba na mnie w ten rozrywkowy sposob napadac. 🙂 Gotowac umiem, chetnie zawsze zjem swieze, ale ryzu i kilku innych produktow zawsze mam w zapasie i nikt mi tego nie zabroni.
        Kaszanki Twojej tesciowej nie chce, dziekuje. Wiem, ze mozna sobie zrobic to i tamto w szybkowarze, a ze ta kobieta sprzedaje swoje szybkowary, to nie wiedzialam, ale ciesze sie, ze mnie oswieciles.
        Na prezentacje kolder z Toba chetnie pojade, zeby posluchac Twoich zgryzliwych uwag, bo poczucie humoru masz wyostrzone i mysle, ze bym sie posmiala.

        A tak w ogole to wyluzuj, to tylko strona o peklowaniu zarcia itd., a nie konstytucja. Ja bym sie bardziej martwila sytuacja polityczna w PL.

        • Survivalista (admin) pisze:

          A ja bym się nie martwił sytuacją polityczną, bo nie mam na nią żadnego wpływu. Za to na wielkość i jakość mojego zapasu żywności — i owszem.

          • banczuk pisze:

            kup se fabrykę galaret, zup, kaszanki i pulpetu.

            zapas się sprawdza w rozsądnym zakresie. Nie wiem – miesiąc? Później trzeba kombinować (w stadzie). Tak było i będzie chyba że się dobrze zabunkrujesz ale nie w ziemiance pod Warszawą. Bez jaj.
            Miesięczny zapas to na plery zapakujesz rodzinie czy do bagażnika razem z resztą majdanu w razie relokacji. Każdy inny przypadek to schizowanie na wariant – skupiasz się jak schizol na żarciu a możesz zostać w sandałach bez żarcia. Rozdądny zapasik – taki jak to za komuny w piwniczce się miało, alko, jakieś przydatne przedmioty, precjoza i tyle. Wszystko inne albo więcej to będzie balast i opóźniacz.

          • Survivalista (admin) pisze:

            Co to znaczy „zapas sprawdza się w rozsądnym zakresie”? Kiedy się sprawdza? Teraz? Teraz to wystarczy mieć żarcia na jeden dzień. Przecież sklepy zaopatrzone są dobrze. Żywności nie brakuje. Pieniędzy też. Można pójść i kupić.

            Już pisałem — to, że teraz wszystko jest OK nie oznacza, że będzie tak zawsze. Zapas żywności to takie samo zabezpieczenie na jej brak, jak gaśnica jest zabezpieczeniem na pożar. Długotrwałego głodu nie rozwiąże (całego domu jedną nie ugasisz), w samochodzie masz co najwyżej symboliczny zapas (miniaturową gaśnicę), a w niesprzyjających warunkach można zapas (gaśnicę) utracić. To jednak nie przekonuje mnie, by gaśnicę z domu wyrzucić.

            Jeśli Ciebie przekonuje — to kim ja jestem, żeby Cię pouczać? Z Twoich wypowiedzi wynika, że masz wieloletnie doświadczenie w sytuacjach kryzysowych i wiesz lepiej.

          • banczuk pisze:

            Moje wypowiedzi chcą się bić. Z tematem. Dyskutować. Nie mam praktycznego złego doświadczenia. Nie zgwałcono mnie w dzieciństwie i nie mam żadnych lęków. Mam pracę, psa* rodzinę.

            Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii. Przeczytaj fragmenty jak Grozny wyglądało. Co tam zostało. Jest tego więcej a aktualnie chyba trochę na Ukrainie gdzieniegdzie.

            Czerpię z doświadczenia innych. Generalnie dochodzę do wniosku że tyle wiem ile zjem. Ile wezmę ze sobą ile potrafię, ile znam języków, jakie mam zalety. W kwestii zapasów stawiam nad puszki które kupować każdy potrafi, zapomnianą od zaledwie pokolenia sztukę gotowania i przygotowywania konserw – mięsnych i warzywnych. Ludzie zamiast kupić 60kg pomidorów i przegotować je na przecier lampią się w Master Gessler. Albo Suits, albo Klan. A dziewczyny to potrafią ugotować cherbatę. Przez CH. I to jest problem. Drugi raz w tym wątku odniosę się do Biblii której nie czytam – biedak, bogacz i ucho igielne. Tu nie chodzi o kasę tu chodzi o graty vs. elastyczność, umiejętność dostosowania się do warunków.

            I to co piszesz o gaśnicy to jest oczywiste. Jak mówimy o jedzeniu to chciałbym usłyszeć o tym że ktoś coś zrobił a nie że kupił jakiś olej kokosowy co to dziś jest zdrowy a jutro dupę mu wytną bo czyraka dostanie. Puszki są niezdrowe bo często z alu. Więc ważniaki wymyślili, że prysną to takim ‚lakierem’ temat do sprawdzenia co to za lakier i co robi. Po tygodniu, a co po paru miesiącach? Dziecku? Ale to nic w porównaniu z tym w czym wozi się np tej olej kokosowy. On żeby był taki zdrowy na wspomniane rany itp to musi być przygotowany, zaprawiony, zapakowany, przesłany, rozlany, rozdystrybuowany. Jak ktoś myśli że uczulenia są od ‚pasteryzowanych’ produktów to niech pomyśli jeszcze raz.
            Albo jak dostanie od kogoś pałą w łeb to niech pałę aresztuje i pozwie za obrażenia.

            Gdyby ludzie wiedzieli czym myją te cysterny, co płynie w rurach w instalacjach w fabrykach spożywczych, albo nawet w maszynie do kawy którą popijasz w firmie na otwarcie oczu. To można parę groszy oszczędzić. I nie płakać nad konserwantami.

            My co jesień jako normalni rodzice i normalna rodzina:
            robimy pierogi ruskie kilkaset sztuk to jest może ze dwa wieczory roboty i do zamrażarki, przerabiamy dynię wychodowane gdzieś tam u kogoś na kompostowniku, kupione na giełdzie pomidory (nie że takie zdrowe tylko tanio po 50-80gr za kilogram w zalezności od roku) i robimy sok w sokowniku – z aroni, dzikiego bzu z malin czy wiśni. Z tego co zostanie z gotowania soku – robię parę balonów wina które zawsze mi nie wychodzi i natychmiast przetwarzam je na szlachetniejszą i trwalszą postać.

            AA jeszcze jako rodzynek dorzucam temat – tzw cygańska patelnia to jest przyrząd kuchenny absolutnie męski i niedoceniany. Jakież to z niej naleśniki wychodzą – nic się nie przykleja (mąka jajko mleko). Jakie placki można upiec. (cebula, ziemniaki jajko). Patelnia kosztuje 20zł za dużą która ma metalową rączkę w którą można włożyć patyka i piec na niej na ognisku właśnie złapanego leszczyka. Tylko trzeba taką patelnię potrafić obsłużyć. Przygotować, zahartować, wypalić, utrzymać.

            Czyli ja jestem pan konserwa domowa, szybkowar, patelnia.

            *) Pies zdechł parę lat temu. Nie zjadłem go.

          • Survivalista (admin) pisze:

            To, że stawiasz zapasy zrobione własnoręcznie, nad kupionymi, jest akurat bardzo rozsądne. Wytwarzając własnoręcznie wędliny czy robiąc konserwy w słoikach masz absolutną pewność, że słoiki są wyczyszczone, wypłukane, mięso dobrze zmielone, że nie dodajesz konserwantów. Czyli podnosisz jakość tej żywności w zapasach i to jest korzystne.

            Nie masz jednak wpływu na to, co dodawane jest do mięsa, zanim trafi do Twojej lodówki (pod postacią pasz z pestycydami, hormonów, antybiotyków, konserwantów i wody). Nie masz możliwości sprawdzenia jakości warzyw, nie badasz ich na obecność metali ciężkich, albo środków ochrony roślin. Absolutnej pewności odnośnie jakości tej żywności nie będziesz mieć nawet wtedy, gdy tę świnkę wyhodujesz sam, następnie własnoręcznie ją zabijesz i podzielisz na kawałki, ani gdy tę marchewkę sam hodujesz we własnym ogrodzie.

            I oczywiście zgadzam się, że lepiej jest robić zapasy własnoręcznie, to jednak korzyści z tego nie są na tyle duże, by odrzucać w całości wytwory przemysłu rolno-spożywczego. Sami robiliśmy raz taki pasztet w słoiku i wyszedł całkiem nieźle. Ale zrobienie zapasu żywności dla całej rodziny w oparciu o produkty domowej roboty jest w moim konkretnie przypadku nierealne.

            Jeśli Ty masz dość czasu i chęci, by robić przetwory samodzielnie, pozostaje mi tylko Ci zazdrościć.

      • Bunkier pisze:

        Dobrze zrobione weki nie mają się prawa psuć nawet i po 5 latach. Najczęstszym błędem przy robieniu weków jest zbyt słabe wygotowanie zawartości i kiepska technologia wekowania/zbyt krótki czas. Kiedy ja robiłem weki z mięsem, pomidorami i cebulą (która rzekomo sprawia, że weki się psują), to najpierw długo gotowałem gotowy wsad, wszystkie słoiki zalałem wrzątkiem, wygotowałem nakrętki, jak również wszystko, co miało kontakt z żywnością – łyżki itp. Po napełnieniu słoików powycierałem brzegi otworów i zakręciłem. A potem włożyłem na 30 minut do piekarnika. Nawet 30 stopniowy upał i wożenie samochodem im nie zaszkodziły, a były to zwykłe słoiki zakręcane.

        • banczuk pisze:

          Ja robiłem mięso królika i wieprzowe tylko z solą w słoikach 0.33l w szybkowarze bo tam się dobrze pasteryzuje. O metodzie piekarnikowej słyszałem nie używałem. Jednak 5 lat kurcze nie zaryzykowałbym – jednak szczypta chemii dla stabilizacji by mnie uspokoiła.

          • Bunkier pisze:

            A co tu ryzykujesz? Otwierasz i po mięsie to od razu czuć 😉 Cały bajer polega na wyeliminowaniu bakterii i grzybów powodujących psucie się żywności. Przy zachowaniu wysokiej higieny w trakcie przygotowywania jedzenia i wygrzaniu weków w piekarniku ilość drobnoustrojów jest naprawdę niemalże zerowa.

          • banczuk pisze:

            Nie. Chodzi o jad kiełbasiany tego ani nie czuć ani nie widać (nawet wieczko nie musi być wydęte). Pałeczki jadu kiełbasianego to jest rzecz toksyczniejsza niż toksyczność. Vide wiki.
            Chcesz tej kaszanki? Spróbować?

          • Piotr pisze:

            Bez przesady, jad kiełbasiany ulega degradacji po mniej więcej 20 minutach gotowania (lub poprzez na przykład wysokie zasolenie) i mam tu na myśli nie bakterie, tylko już wyprodukowaną przez nich neurotoksynę zwaną botoxem. Takie stare mięso wystarczy poddać porządnej obróbce termicznej i można zjeść. Paradoksalnie na przykład szybciej można się zatruć starym ryżem (czy innym produktem zawierającym skrobię, a przechowywanym w cieple) niż starym mięsem, bo w przypadku bakterii skrobiowych bardzo często ich przetrwalniki wytrzymują temperaturę 100 stopni i jeśli już się zdążą namnożyć, to ponowne gotowanie nic nie da 😀 Tak więc czyste mięcho w słoiku można ponownie przegotować i zjeść, ale już na przykład gołąbki (mięcho z ryżem) bez odpowiedniego przygotowania. Jak pisałem o metodach w naszym klimacie wypracowanych przez setki czy nawet tysiące lat, to się nabijałeś z „tysiącletniej rzeszy” ale właśnie nawet takie detale jak kilka stopni wyższa średnia temperatura robią różnicę i to co zadziała w Szwecji (niższa średnia temperatura) nie zadziała w Grecji a w Polsce „raz się uda a raz nie” – w przypadku jadu kiełbasianego progiem jest bodajże temperatura około 20 stopni (głowy za to nie dam) i w niższej jest ok, a w wyższej już pojawia się ryzyko.

            Tak więc… co do próbowania 10-letniej kaszanki… nie zaryzykowałbym ze względu na kaszę a nie ryzyko jadu kiełbasianego (to drugie można łatwo wyeliminować za pomocą patelni :D).

      • banczuk pisze:

        Julia założę się że byś się uśmiała. Ze mną zawsze ubaw po pachy. Czepiłem się Twojego postu bo była w nim wymieniony ten filmik. O filmik bardziej chodzi. Trochę wkurza mnie komercjalizowanie tematu który kiedyś był oczywisty i prosty jak sikanie. Teraz wszystko trzeba kupić, bo jak nie kupisz to ty nie jesteś prepers tylko wieśniara. ALE TO NORMALNE, WIDZĘ NA PRZYKŁAD ŻE CHŁOPAKI Z DOMOWEGO SURWIWALU SPRZEDAJĄ MIELONKĘ (ZA 6ZŁW SKLEPIE) PO 11 ZŁ. Także też ubaw. Musiałbym sobie obiecać że po takiej mieloneczce to z klopa ze dwa dni nie skorzystam żeby się wchłonęła co do złotówki, a z puszeczki zrobił bym piórnik dla syna.

  7. piotrm1975 pisze:

    A dla takich bułgarów to wg artykułu robienie zapasów na zimę jest sportem narodowym 🙂
    http://biznes.onet.pl/swiateczne-potrawy-na-ciezkie-czasy-przechowac-w-b,18491,3103166,news-detal

  8. Michał pisze:

    można przeczytać artykuł o Ukrainie, wydźwięk propagandowy ale kilka ważnych z punktu widzenia prepersa jest

    http://wyborcza.pl/1,75477,16989654,Mieszkancy_wschodu_Ukrainy_juz_nie_chca__Noworosji__.html

    „W Czerwonopartyzantsku w obwodzie ługańskim zmarły z głodu 64 osoby. Taką informację miano podać wczoraj na Zgromadzeniu Narodowym – piszą ukraińskie media. Wszystkie ofiary miały być emerytami, najstarszy z nich miał 95 lat. Trzy osoby były niepełnosprawne, nie wstawały z łóżek.”

    „Jednak problemem jest nie tylko dostępność żywności, ale przede wszystkim brak środków na jej zakup. Wiele kluczowych dla regionu zakładów pracy nie działa, niektóre są niemal całkowicie z niszczone, a to oznacza wstrzymanie wypłat pensji. Mieszkańcy Donbasu mają też problem z wypłatami emerytur i świadczeń pomocy społecznej.”

  9. Jasio pisze:

    Drogi adminów, umiejętność gotowania jest ważniejsza niż zapasy bowiem sytuację w których się przydaje pierwszą są o wiele częstsze niż w przypadku drugiej. Kiedy niemogłeś ostatnio kupić żywności w sklepie ? Przypominam sobie jedna sytuację podczas ciężkiej zimy na Lubelszczyźnie przysypało drogi i nie można było dowieźć towarów do sklepów. Ale jeśli ktoś mieszka na takim terenie to liczy się z takimi sytuacjami i żadnych blogów czytać nie potrzebuje.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Kiedy nie mogłem zrobić zakupów w sklepie?

      01.11 i 11.11 pozamykane były wszystkie sklepy w okolicy, w której mieszkam. Choć w kryzysowej sytuacji mógłbym pójść na stację benzynową po batonika, hot doga albo chipsy.

      Ale tak samo, jak kupuję herbatę w pudełkach po 100 torebek, a w domu trzymam zawsze parę rolek papieru toaletowego, tak trzymam też zapas żywności. Bo czasem do sklepu pójść można, ale się nie chce. I w takiej sytuacji zapas żywności doskonale mi się przyda. Także wtedy, gdy wrócę po weekendowym wyjeździe do domu i okaże się, że lodówka się popsuła. Albo gdy przyjadą niezapowiedziani goście.

      Argument „dawno nie było braków żywności w sklepach, więc nie ma potrzeby trzymać jej w zapasie” mnie nie przekonuje.

      • prepper pisze:

        Albo mój ulubiony argument : „przecież teraz są sklepy na każdym kroku, więc po co kupujesz wszystko zgrzewkami ?” Ludzie nie wierzą, że coś może się wydarzyć do czasu aż sie nie wydarzy.
        Zapasy są najważniejsze, ale umiejętność przetwarzania żywności swieżej jest nie mniej ważna i nie mam tu na myśli tylko gotowania, ale skórowanie, sprawianie tusz, wytwarzanie wędlin w tym wykorzystanie podrobów, kiełbas, marynowanie, wędzenie, kiszenie etc.

    • Krzysztof pisze:

      Co ma umiejętność gotowania do zapasów? Dlaczego przedstawiasz je jako alternatywy?

  10. piotrm1975 pisze:

    Jak tak czytam niektóre komentarze to łapki opadają. Przecież Krzysztof w w krótkim filmiku podaje ogólniki które każdy może rozwinąć. Jakby miał podać dokładnie co i jak uwzględniając widzimisię każdego oglądającego to 24h/dobę przez 2 tygodnie byśmy od ekranów nie odeszli a i tak byłyby braki. Trochę dystansu, to jest podpowiedź a nie super precyzyjna instrukcja 😀

  11. PawelW pisze:

    Tak przygotowana kukurydza podobno wystarczała indianom na 3 miesiące podczas polowań. Jest tanie łatwo się przygotowuje, zajmuje mało miejsca i można przechowywać przez długi czas.
    youtube.com/watch?v=F9ekge-HIl8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner