Alkohol wrogiem survivalisty

Jeśli lubisz pić alkohol i robić to często, proponuję zrewidowanie swojej alkoholowej sympatii. Bo ona może Ci zrobić krzywdę.

I nie mam tu nawet na myśli kwestii zdrowotnych.

Moim skromnym zdaniem, alkohol jako taki jest wrogiem każdego survivalisty.

1. Alkohol jest drogi

Każda droga przyjemność, której lubimy się poświęcać, z punktu widzenia przygotowań na gorsze czasy, jest niekorzystna. Bo zużywa pieniądze, które możemy poświęcić na coś bardziej przydatnego w trudnych chwilach. Hedonizm, z definicji, jest zaprzeczeniem nowoczesnego survivalu.

Osobiście lubię od czasu do czasu wypić z kolegami butelkę wódki, przejść się po pracy na piwo, wybrać się w piątkowy czy sobotni wieczór do klubu i wypić tam kilka drinków. I przez to doskonale wiem, ile to pieniędzy kosztuje.

Czasem niestety mam wrażenie, że zamiast zupełnie bezproduktywnie przetańczyć noc (a potem przespać kolejny dzień) wydając sporo kasy, lepiej te same pieniądze gdzieś odłożyć, czy wydać na trochę złota. Srebra nie, ostatnio strasznie podrożało. 😉

2. Alkohol szkodzi

Nie sposób nie wspomnieć, że duże ilości alkoholu szkodzą na zdrowie. A zdrowie dla nowoczesnego survivalu jest bardzo istotne. Nie należy liczyć na to, że w trudniejszych czasach dostęp do opieki zdrowotnej będzie tak łatwy, jak dziś.

Więc zamiast wypić pięć piw przed telewizorem, rozbudowując mięśnie piwne, lepiej pojeździć na rowerze, albo choćby wypić dwa piwa na wycieczce za miasto (przy okazji oglądając możliwe drogi ewakuacyjne).

3. Alkohol przytępia zmysły

Już nawet nie mam tu na myśli wpływu alkoholu na kierowcę, bo o trzeźwości za kółkiem nawet nie zamierzam dyskutować. Mam na myśli raczej wpływ alkoholu na pijanego człowieka, który po nocy wraca z imprezy do domu.

Wpływ ten jest zgubny. Jestem przekonany, że większość okradanych w środku nocy ludzi jest pijanych (i np. śpią w nocy w autobusie). Kilka bliskich mi osób zostało po pijaku okradzionych, napadniętych lub pobitych.

Oprócz samych strat materialnych, które się z takimi zdarzeniami wiążą, oraz ewentualnymi uszkodzeniami ciała, nie sposób nie wspomnieć o urazach psychicznych. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, dla których fakt bycia napadniętym jest bardzo przykry bo zaprzecza ich męskości.

Nie twierdzę, że spacer po pijaku po mieście musi skończyć się źle, ale uważam, że to proszenie się o kłopoty. Nieprzypadkowo, to właśnie po alkoholu podejmuje się głupie decyzje, których na trzeźwo by się nie podjęło. Brak trzeźwej oceny sytuacji niejednego już wpakował w tarapaty.

4. Alkohol uzależnia

Jeśli ktoś nie wyobraża sobie spędzenia wieczoru w domu bez wypicia jednego czy dwóch piw, niech się zastanowi, skąd weźmie to piwo w razie czego. Czy aby na pewno będzie go stać na to, by co dzień wydać te dodatkowe 5-10 PLN? Czy na pewno będzie miał gdzie kupić to piwo?

Jak już ktoś się nie może obyć bez alkoholu, niech go zacznie produkować we własnym zakresie. Ta umiejętność akurat będzie w gorszych czasach przydatna, bo alkohol z cała pewnością stanie się jeszcze bardziej cenny, niż teraz.

Aparatura do destylacji spirytusu zwłaszcza będzie przydatna, jako że można alkohol etylowy używać jako paliwo do silników benzynowych.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

26 komentarzy

  1. Boungler pisze:

    Nie tylko alkohol ale wszystkie używki nawet taki jak fajki czy kawa. Generalnie to z alkoholem nie powinno być większego problemu, można go wyrabiać na różne sposoby. Problem moim zdaniem leży po stronie tytoniu. W Polsce naturalnie uprawia się tytoń jednak w takiej wysuszonej postaci nie nadaje się do palenia, poza tym aby go uprawiać trzeba mieć rozsadę lub nasiona (trudniej dostać i trzeba czekać aż urośnie) alkohol można destylować praktycznie w ciągu kilku dni jak tylko zacier będzie gotowy. Tytoń moim zdaniem jest większym wrogiem dla osób które są od niego znacząco uzależnione. Nie przewiduję aby z wódą był jakiś znaczący problem. Jeżeli odwołać się do czasów I i II wojny światowej jedno i drugie było dostępne (trudno ale było) ludzie też nadrabiali własną produkcją.

  2. Adam pisze:

    Zgadzam sie z wszystkimi argumentami, ale nie do konca z tytulem, znam bowiem zastosowania w ktorych IMO wlasnie alkohol jest jedynym dobrym rozwiazaniem dla survivalisty. Sa to:
    – nalewki zoladkowe (moja polecana – z zielonych wloskich orzechow w skorkach) – w przypadku kiepskiej jakosci jedzenia zapobiega biegunce i w ogole niestrawnosci – srodki z apteki raczej blokuja niz pomagaja cos przetrawic
    – jako pewien substytut powyzszego – wodka, dobra rowniez jako pewien antyseptyk chociaz w zasadzie dzialanie alkoholu jest odwotne – scina bialko, zamiast dezysfekowac
    – szklanka piwa (dla jasnosci – szklanka dla mnie oznacza 250 ml) po treningu jako zamiennik plynow tonizujacych – ale z tym bym uwazal, zbyt latwo dla faceta przeksztalca sie w wykret bo jak to? otworzyc butelke i wypic polowe? gaz z reszty wyleci i sie zmarnuje 🙂

  3. Emill pisze:

    Alkohol zawszę można potraktować jako walutę w handlu wymiennym lub pomoc przy załatwieniu czegoś co na pozór załatwionym być nie może 😉

  4. Wrobel.Cwirek pisze:

    [i]Oprócz samych strat materialnych, które się z takimi zdarzeniami wiążą, oraz ewentualnymi uszkodzeniami ciała, nie sposób nie wspomnieć o urazach psychicznych. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, dla których fakt bycia napadniętym jest bardzo przykry bo zaprzecza ich męskości.[/i]

    Czy ja wiem, dla mnie najgorsze by było nie jak by mnie napadli, tylko jak by napadli moją żonę. Wtedy, to by mi siadło na psychikę, a nie jak ktoś by mi strzelił… ale w sumie tyle razy na karate się dostało ale i dało, że może to dlatego haha 🙂 Jak to się mówi – pierwszy strzał w mor*** boli 🙂

  5. sopo pisze:

    nie przesadzajmy. alkohol nie jest wrogiem niczego, ani nikogo – nadmiar alkoholu tak, ale to już coś innego. obserwuję to bez przerwy na swojej dzielnicy – mam wrażenie, że okoliczne lumpy pierwsi popadają w razie jakiejś katastrofy.
    wypicie piwka, albo dwóch z kumplem w pubie to nie hedonizm, ale miłe spędzanie czasu. nie trzeba od razu pić flaszki wódki (osobiście nie znoszę), albo pięciu piw.
    jeżeli przy okazji kupna browara będę myślał, że straszny ze mnie głupiec, bo zamiast przeznaczyć te pieniądze na złoto, które przyda mi się w czasie globalnej katastrofy, wydaję je na przyjemności, to popadnę w paranoję. przyszła katastrofa katastrofą, ale żyć trzeba też w chwili obecnej – i to w miarę miło (to nie hedonizm).
    alkohol szkodzi, ale w dużych ilościach – w małych jest nawet zdrowy. na przykład wino. o nalewkach ziołowych już ktoś wyżej napisał.
    przytępia zmysły – owszem, ale też relaksuje. wydaje mi się, że małe piwko w czasie katastrofy rozluźni napięcie i da wrażenie pewnego rodzaju normalności i spokoju. przecież nikt nie będzie permanentnie stał przy zabarykadowanych drzwiach z nożem w garści czekając na atak rozwścieczonych, nieprzygotowanych do katastrofy i przez to głodnych i niebezpiecznych sąsiadów – to wycieńczy i przytępi zmysły szybciej niż alkohol.
    co do uzależnienia to, jak pisałem wyżej, lumpy i tak nie przetrwają kataklizmu – to ich problem, a nie wydaje mi się, żeby ktoś „od nas” był alkoholikiem.

  6. Ok, wypijamy alkohol – dziennie piwo, czasem dwa, albo setkę wódki, nalewki, łyskacza. Co nam to daje? Rozluźnia, zmula, zmienia perspektywę – obniża stres.

    Moim zdaniem stres jest bardziej zabójczy od alkoholu – a nie żyjemy w sterylnym i idealnym świecie.

    Lepiej (w oczach kobiety) jak zestresowany mężczyzna wypije tego kielonka – rozluźni się i ma siłę i energię robić coś – a nie skalmeć i użalać się.

    Przy okazji – mam zaraz zamiar wypić kieliszek bułgarskiej brandy.

    • Julek pisze:

      „Lepiej (w oczach kobiety) jak zestresowany mężczyzna wypije tego kielonka – rozluźni się i ma siłę i energię robić coś – a nie skalmeć i użalać się.”

      Ten sposób jest wyjątkowo ruski i w długim terminie grozi rozluźnieniem permanentnym. Może lepiej nauczyć się relaksacji a akumulatory ładować poświęcając się pasji? Tak tylko pytam 😉

  7. Survivalista (admin) pisze:

    @wszyscy: myślę, że z alkoholem jest z naszego punktu widzenia podobnie, jak z niezdrowym jedzeniem i słodyczami. Jak ktoś lubi sobie sprawić przyjemność wciągając wielką porcję golonki z kapustą albo czekolady, to świetnie, byle nie przeginać. Ja zaś znam ludzi, którym nie opłaca się wyjść z domu na piwo jeśli tych piw ma być mniej niż 5…

    Najważniejszy dla mnie jest aspekt przytępienia zmysłów. Chodzenie po ulicy w nocy jest wystarczająco niebezpieczne, by robić to na trzeźwo. Zwłaszcza w miejscach, których nie znamy.

    • Zgadzam się, chodzenie po nocy po alkoholu to ciężki idiotyzm, szczególnie wracanie do domu samemu.

      Jeśli miał ktoś kasę na chlanie z kumplami w lokalu, powinien zabezpieczyć sobie gotówkę na powrót taksówką bezpośrednio pod dom.
      W przeciwnym razie to głupie.

      Racja z umiarem. Ja myśląc o alkoholu, myślę o wypiciu sobie drinka lub piwa wieczorem – i na tym koniec. Z kolegami ciężej zachować umiar. Jeśli skończyliście 0.5 w paru kumpli – zaraz ktoś wyskoczy z propozycją aby otworzyć kolejną.

  8. Julek pisze:

    Co to ma być, jakiś nowy cykl? Rozumiem, że w kolejce czekają jeszcze „Narkotyki wrogiem surwiwalisty”, „Hazard wrogiem…”, „Wpisz-co-chcesz wrogiem…”. Bez jaj, alkohol nie jest ani zły ani dobry tylko zwyczajnie neutralny. To my decydujemy co nam zrobi (lub my jemu).

    Prawdziwym wrogiem człowieka jest PESYMIZM i od niego się zaczyna ewentualne nadużywanie różnych rzeczy. To pesymiści mają tendencję do sięgania po alkohol, prochy czy przepuszczania forsy w kasynie. To oni są okradani, dostają po gębie, brakuje im kasy, zdrowia, a w sytuacji kryzysowej pierwsi zbierają w dupę. Optymista z pewnością nie zacznie nadużywać alkoholu, bo bez wysiłku wymyśli tysiąc innych, o wiele ciekawszych od zalewania pały rzeczy do roboty.

    W surwiwalu tak jak w życiu liczą się wiara i nastawienie. Jeśli negatywnie nastawiony koleś wierzy, że nie jest dostatecznie przygotowany na SHTF to ma rację – nie jest i życie z pewnością dostarczy mu na to dowodów. Jeśli pozytywnie nastawiony koleś wierzy, że jakoś sobie poradzi, to też ma rację – poradzi sobie na pewno. Dlatego zamiast siedzieć na blogu o końcu świata i trząść portkami ze strachu przed SHTF idźcie lepiej na jakieś piwo 🙂

    Admin, popełnij dla kontrastu jakiś pozytywny wpis a nie takiego gniota 😉

    • a mi sie tam wpis podoba
      jak zwykle

      dobry jest argument o tym ze alc. powoduje wyplukanie z kieszeni kasy

      a wg mnie najlepsza na to mieszanka to alc. + koledzy

      lepsze towarzycho dla nas to takie ktore bedzie sie przede wszystkim umawiac na sale/scianke/boisko/pakernie a nie na picie w pubie

      piwo i tak smakuje najlepiej na ognisku,
      np. po dniu marszu jedno i padasz spac
      a wodka/rum/brandy nalana z malej piersiowki na kilku chlopa do herbaty wieczorem na wyjezdzie, itp – kumacie klimat mam nadzieje

      • Korzystając z wolnej chwili napiszę o co mi chodzi z kolegami:
        (jak się admin wkurzy – przeniosę na swój blog)

        Jestem w stanie wyróżnić autentycznie ze cztery „towarzystwa”, grupy znajomych z dzieciństwa z którymi miałem jakiś kontakt – podwórko, szkoły, itp. – to wszystko były towarzystwa dysko-pubowo-alkoholowe.

        Dwie z tych „grup” przeszły ewolucję w dół, jedna na tyle, że sorry ale odwracam głowę i wolę udać że nie kojarzę, oni nie pracują i okupują krzaki pod supermarketem. Tanie wino i najtańsze piwo.

        Druga grupa to obecnie ludzie spod monopola – mają jakąś nędzną pracę i utrzymanie, ale non stop naprani pod lokalnym monopolem. Wóda i browar dzień w dzień – do rana wytrzeźwieją – po pracy znów dojenie. Cześć, cześć, ale sorki, żona, rodzina, muszę iść.

        Trzecia grupa to głównie dawne LO – spotyka się nie często, tatusiowie rodzin, przeciętni zjadacze chleba jak i ja – na co dzień nie piją – ale jak jest spotkanie kończy się alkoholowym zgonem większości – o innych atrakcjach nie wspomnę – bo może ktoś je kolacje. Sporadycznie się spotkam, bardzo sporadycznie, ale staram się pilnować o ile to możliwe.

        Czwarta grupa to mutacja trzeciej + nowi znajomi/klienci/znajomi znajomych – grupa nieco bardziej ustawiona, ale poza kontaktami zawodowymi trzymam się od niej definitywnie z daleka – to także chlanie oraz imprezy non stop, delegacje, wolne – drogie alkohole – ale także pobyty w szpitalu po ostrym przechlaniu, itp.

        • sieroslaw pisze:

          A masz jakichś normalnych znajomych? Bo z tego co opisałeś to musisz być dość samotny otoczony z każdej strony patolami 😉 ?

    • Survivalista (admin) pisze:

      Tak naprawdę to przewidywałem potrzebę opisania w przyszłości (niekoniecznie w formie nowego cyklu) jeszcze jednego wroga nowoczesnego survivalisty. Czy może nie tyle wroga, ile osoby, która nie jest jego sprzymierzeńcem a zdecydowanie powinna.

      Bo mam wrażenie, że w wielu przypadkach, wrogiem survivalisty jest jego żona, która ma kompletnie inną koncepcję odnośnie wydawania wspólnych pieniędzy.

      Ten zaś wpis napisałem pod wpływem kolejnej usłyszanej opowieści kolegi, jak to jego znajomy został napadnięty w obcym mieście (za granicą) gdy mu się po pijaku zachciało łazić po ulicach w środku nocy i jak od tygodnia leży w szpitalu.

      • Racjonalne O pisze:

        Nie ma siły – nie można wymagać od typowej kobiety zrozumienia – wiem z własnego doświadczenia – ONE mają swój świat, swoje wyobrażenia i swoje poczucie bezpieczeństwa. Ona się NIE przekona i NIE zrozumie.

        Tj. zrozumie chwilowo, hmm możę, jak w czasie awarii prądu/wodociągu, itp. nagle okaże się, że prąd jakiś jest – z aku i baterii – że światło jakieś jest, że woda jest. Ale po namyśle ONA uzna to za normalność i twój naturalny obowiązek – zapewnienie działania techniki w domu i zapasów. Potem zapomni i wróci do babskiego świata.

        Tymczasem survival – także ten domowy – to jest męski świat, męskie sprawy, męskie decyzje w domu.

        Trudno, czasem konieczność wydzielenia sub-budżetu i ukrycia niektórych spraw przed kobietą, albo przepchnięcia na siłę (jakie one kurka równouprawione i dominujące się porobiły, eeeh!)

        • Survivalista (admin) pisze:

          Temat na tyle ciekawy, że chętnie rzeczywiście pociągnę go w osobnym wpisie. Jeśli moglibyśmy wstrzymać tę dyskusję do czasu jego opublikowania, byłoby super. 😉

          • Racjonalne O pisze:

            już buzia na kłódkę,
            bo dziś rzeczywiście mam gadane
            za dużo pracy,
            do usłyszenia

          • Survivalista (admin) pisze:

            Ależ nie, po prostu przenieśmy się z tą dyskusją do napisanego na szybko wpisu tutaj. 🙂

      • Julek pisze:

        „Ten zaś wpis napisałem pod wpływem kolejnej usłyszanej opowieści kolegi, jak to jego znajomy został napadnięty w obcym mieście […]”

        Etam, zwyczajnie trafił swój na swojego, tj. dopasowali się poziomem. Kto normalny łazi na bani po obcym mieście? Gość sam sobie to lanie przyciągnął i miejmy nadzieję, że nauka nie pójdzie w las. Ludziom rozsądnym takie przygody się nie zdarzają a przecież innych na tym blogu nie ma 🙂

  9. Tom pisze:

    Aj tam aj tam.
    Jestem pies na piwo i w promocji potrafie kupowac po 180 piw za jednym zamachem – jeden warunek – cena ponizej 2pln/puszke, optymalnie okolice 1,50, lub okolice 1,50pln/butelke. Aktualnie doje Harnasia, ale nie liczac Tatry pijam wiekszosc jasnych pelnych dostepnych na rynku. Srednio pije ponizej 1 bronka/dzien, ale mimo to w zeszlym roku zostalem posadzony przez pania doktor o alkoholizm 😉
    Juz mialem na koncu jezyka rzucic klasyczny tekst ‚ale ja w kazdej chwili moge przestac pic’ (wiem wiem, klasyczny tekst alkoholika), ale pomyslalem sobie, ze zagadalaby mnie wtedy na smierc. Wracajac do meritum – nie jest to wbrew pozorom taka droga impreza – a z kuplami mozna sie spotkac niekoniecznie w lokalu – mozna tez w domu, a lokal sporadycznie – z mojego punktu widzenia lokal nie ma praktycznie zadnych zalet – glosno, do niedawna dym, daleko do domu. Od wielu lat odmawiam picia ‚na umor’, znam swoje granice i jakos nie jestem z tego powodu dyskryminowany w towarzystwie – wszyscy sie przyzwyczaili, ze w pewnym momencie mowie ‚sory, ale to byl ostatni kieliszek’. Wiec da sie – wystarczy tylko chciec – to dla tych, ktorym sie wydaje, ze z kumplami nie da sie zakonczyc imprezy na 0,5 na 4 chlopa.
    A tak poza tym – swietna strona 🙂
    Pozdro,
    Tom

    • mimo wszystko ja mam gdzieś ludzi, którzy ciągną mnie na dno

      kumpli od kieliszka,

      f**k off!

      wolę rodzinę

      a swojego czasu na spolecznościówkach dalem taki wpis co do mojej osoby…

      …moja praca to siedzenie na 4 literach i ma dosyć siedzenia po pracy… jak chcesz się spotkać, odnowić kontakty zapraszam… rower, silownia, scianka, strzelanie, itp.

  10. TZJ pisze:

    Przesada i to gruba 😉 z alko będzie tak samo jak z dentystą gdy
    kupa wpadnie w wentylator. Jeśli ktoś potrzebuje niech zadba o to gdy jest ŁATWO dostępne i nauczy się wytwarzać gdy dostępne już nie będzie.
    Ja nie obraziłbym się gdyby ktoś sprezentował mi praktyczną naukę destylacji i wydajną aparaturę, do tego pole ziemniaków i możemy już zasilać nasz środek transportu. Po za tym spirol to świetny środek odkażający pamiętajcie o tym.

  11. noname pisze:

    Zupełnie się nie zgodzę, na złe czasy zawsze jest dobrze mieć alkohol, wiadomo, nie każdy rodzaj…
    najlepszy jest ten z najdłuższą datą ważności,
    wysokoprocentowy może pomóc odkazić i znieczulić
    wino potrafi wytrzymać wiele lat, im starsze tym lepsze, nie widzę lepszego napoju na złe czasy, jest zdrowe, a przytępienie zmysłów jest czasami przydatne. W złych czasach alkohol drożeje a nawet często staje się walutą

    • sieroslaw pisze:

      Przy czym nie jest prawdą że wino im starsze tym lepsze. Tzn inaczej – nie każde wino. Gatunki które z wiekiem szlachetnieją są zupełnie inaczej produkowane i inaczej się starzeją, butelka nowego wina które może sobie leżeć i „drożeć” kosztuje 200zł. Zwykłe marketowe gówno za 20-30zł na pewno się nie nada do picia za kilka lat.

  12. Fiku pisze:

    „…Moim zdaniem stres jest bardziej zabójczy od alkoholu – a nie żyjemy w sterylnym i idealnym świecie…”

    Nie polecam alkoholu jako sposobu leczenia stresu. Szczególnie w kontekście przewidywania trudnych czasów. Jeśli teraz do leczenia stresu potrzebny komuś jest alkohol to czym go będzie leczył w sytuacji rzeczywiście kryzysowej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner