Czy ty też popełniasz „błąd przeżywalności”?

Dzisiejszy materiał, także nagrywany przy ognisku, poświęcimy bardzo istotnemu błędowi przy tworzeniu strategii przetrwania trudnych czasów, zresztą całkiem popularnemu także w innych sferach życia oraz w nauce.

Oczywiście chodzi mi o tak zwany błąd przeżywalności, gdy wyciągamy złe wnioski, bo analizujemy tylko historie tylko tych, którzy przeżyli. Na pierwszy rzut oka wydaje się to słuszne i sensowne, by brać przykład z ludzi, którym się udało przetrwać przeróżne kryzysowe sytuacje. Skoro chcemy przetrwać wojnę, poczytajmy historie ludzi, którym to się udało, czyż nie?

Otóż właśnie nie!

Jak za chwilę, mam nadzieję, udowodnię, bezmyślne korzystanie z takich świadectw jest ogromnym błędem, bo może nas wyprowadzić na manowce.

Przyjrzyjmy się dwóm przykładom błędu przeżywalności zaobserwowanym w wojskowości

Pierwszym przykładem jest historia związana z wprowadzeniem przez brytyjską armię do służby w czasie I Wojny Światowej tak zwanego Hełmu Brodiego. Hełm był prosty, bo tłoczyło się go z jednego kawałka blachy. Ten proces produkcji dawał całkiem niezłą wytrzymałość i jednocześnie niski koszt produkcji. Całkiem nieźle miał chronić głowę i częściowo także ramiona znajdujących się w okopie żołnierzy przed spadającymi na nich odłamkami. 

I co się po wprowadzeniu hełmu do służby okazało? No podobno nagle wzrosła liczba żołnierzy, którzy trafiali do szpitali z poważnymi obrażeniami głowy! Skoro tak, to należy się go pozbyć, bo ewidentnie szkodzi, prawda?

Zanim wyjaśnię, gdzie w tym rozumowaniu był błąd, idźmy dalej, do kolejnego przykładu.

Oto mamy II Wojnę Światową i szukamy możliwości dopancerzenia bombowców. Bierzemy bombowce, które po misjach wróciły do bazy. Wiele z nich ma przestrzeliny w różnych miejscach, zazwyczaj na skrzydłach, w części kadłuba. Raczej nie trafiają się dziury w ogonowej części kadłuba, silniki też nie bywały uszkadzane, podobnie jest z kabiną pilotów. 

Aż się prosi, by dołożyć dodatkowe opancerzenie tam, gdzie zanotowano uszkodzenia, prawda?

I tu właśnie jest ta pułapka. Błąd przeżywalności w tym przypadku polegałby na tym, że bierzemy pod uwagę tylko te samoloty, które wróciły do bazy. Widzimy w nich dziury i chcemy tam dokładać pancerza, podczas gdy powinniśmy zrobić coś dokładnie odwrotnego. Te dziury pojawiły się w miejscach, w których on nie był potrzebny, bo dowodzą, że samolot trafiony w te obszary był mimo wszystko w stanie trafić do bazy.

A dlaczego nie było dziur w innych miejscach? Otóż trafienia w te obszary z pewnością się zdarzały, ale one kończyły się zestrzeleniem samolotu lub awarią zbyt poważną, by bombowiec mógł dolecieć na swoje lotnisko. 

Oznacza to więc, że należałoby dołożyć pancerza właśnie tam, gdzie NIE BYŁO dziur w analizowanych samolotach. 

Wróćmy więc do przykładu hełmu. Mamy nagle więcej ofiar z ranami głowy. Czy to oznacza, że nagle więcej żołnierzy było trafionych w głowę? Nie, po prostu wcześniej tacy żołnierze ginęli na miejscu ze względu na zbyt poważne obrażenia! Najzwyczajniej w świecie nie mieli szansy trafić do wojskowego szpitala… Skoro bierzemy pod uwagę tylko żołnierzy, którzy przeżyli, to teraz widzimy więcej ciężkich obrażeń głowy, których wcześniej nie było.

I znów widać, że prowadząc analizę tylko na tych żołnierzach, którzy przeżyli, wyciągnęlibyśmy błędne wnioski.

Ale błąd przeżywalności wykracza daleko poza samą sferę wojskowości. Na moment zatrzymajmy się przy micie, że każdemu z nas może się udać osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, jeśli tylko będziemy mieli dość determinacji. Rozumiecie, trzeba po prostu odpowiednio mocno się starać. To wystarczy. Największe korporacje dzisiejszego świata powstawały przecież w garażach, pokojach w akademikach, czyli ja w moim garażu albo w pokoju u rodziców mogę założyć kolejny Microsoft albo następnego Facebooka. I w innych dziedzinach życia też tak jest. Można przecież stać się najlepszym piłkarzem z piękną żoną i wielomilionowymi kontraktami (nie tylko reklamowymi), mimo faktu, że się ma trudne początki a po drodze jakąś kontuzję.

Otóż nie.

Biografie pisze się zwycięzcom albo ludziom, którzy po prostu coś przeżyli. Do historii trafiają jednostki wybitne, które osiągnęły nieprzeciętne sukcesy. Nie słyszy się jednak o ludziach, którzy robili DOKŁADNIE TO SAMO, ale sukcesu nie osiągnęło.

Ile firm założonych w garażu upadło?

Ilu sportowców musiało się pożegnać z dyscypliną po tej jednej niefortunnej kontuzji?

Rozumiecie do czego zmierzam i jak tu ujawnia się błąd przeżywalności?

Sugerowanie się wyłącznie historiami ludzi, którym się udało, możemy odnieść wrażenie, że zastosowane przez nich działania wystarczą, by odnieść sukces. Tymczasem wcale nierzadko ogromny wpływ na ten sukces mają czynniki pozostające w całości poza naszą kontrolą. Szczęście. Splot sprzyjających okoliczności. Działania innych ludzi, którzy po prostu w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie musieliby się znaleźć w naszym życiu.

Co więcej, czytając takie historie możesz minimalizować znaczenie błędów, które popełnili ci ludzie. Skoro je popełnili, ale im się udało, pewnie nie były tak ważne, prawda? Właśnie nie, dopiero rzetelna analiza wszystkich osób, które robiły tę samą głupotę, dałaby rzetelną odpowiedź na to pytanie. 

Chyba każdy słyszał kretyńską historię o znajomym znajomego, który przeżył wypadek samochodowy mimo niezapięcia pasów. Może nawet nie tyle pomimo ich braku, co wręcz dzięki niemu — bo wypadł z samochodu i nie spłonął w pożarze rozbitego auta. To jednak nie oznacza, że powinniśmy jeździć bez zapisania pasów bezpieczeństwa, bo mnóstwo (znacznie więcej) ludzi zginęło w wypadkach z powodu braku pasów…

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale nie mam intencji tego robić.

Do czego jednak chcę was zachęcić, to po prostu samodzielne myślenie i analizowanie tego, co czytacie, słuchacie, oglądacie, na chłodno. Mając w pamięci, że czytacie pojedyncze świadectwo osoby, która mogła przeżyć wcale nie dlatego, że podejmowała dobre decyzje, tylko z powodu na cholerne, niesamowite, nieziemskie szczęście. Szczęście, którego wam może zabraknąć…

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

1 Response

  1. Patryk pisze:

    Bardzo trafne spostrzeżenia…to, że Bill Gates lub Steve Jobs zaczynali gdzieś w zapyziałych garażach, to nie znaczy, że trzeba powielać ich drogę. Warto pamiętać, że te biografie dotyczą przeszłości. Aktualnie rynek jest w dużo większym stopniu nasycony produktami, które są dla nas faktycznie przydatne. Konkurencja jest o wiele wyższa, a to wymaga dokładnego planowania i strategii już od pierwszych dni pracy nad projektem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner