Hodowla dzieci z porcelany

Nie dalej jak wczoraj na lubionym przez nas Kryzysowo.pl pojawił się artykuł Taka będzie Rzeczpospolita jakie jej młodzieży chowanie, odnoszący się do absurdalnej sytuacji opisanej w paru tekstach w mediach, na przykład:

W dużym skrócie sytuacja wyglądała tak:

  1. 35-latek postanowił zrobić synowi frajdę,
  2. zabrał go na jeden z warszawskich fortów,
  3. tam zbudował (albo zbudowali — w sumie nie wiadomo) szałas z gałęzi
  4. i mieszkali sobie przez 2 dni, żywiąc się jedzeniem kupionym w znajdującym się nieopodal sklepie tudzież złowionymi rybami,
  5. jakiś przechodzień zauważył błąkające się dziecko, zadzwonił na policję,
  6. policjanci znaleźli „przestraszone dziecko”, wezwali karetkę, okazało się zdrowe, ale pogryzione przez komary,
  7. tatuś został zabrany na komisariat,
  8. prawdopodobnie będzie mieć sprawę w prokuraturze, a ja obstawiam, że także i w sądzie, za narażenie dziecka na utratę życia lub zdrowia.

Ja to skomentowałem na FP Kryzysowo następująco:

Takie są skutki przyjmowania, że państwo wie lepiej od rodziców, jak powinno się dbać o swoje dzieci.

Oczywiście czasem rzeczywiście lepiej dla ich dobra, by państwo interweniowało, np. żeby powstrzymać brutalnego rodzica. Ale w tym przypadku to są jakieś żarty.

Cała machina uruchomiona tylko dlatego, że żaden z durniów zaangażowanych w sprawę nie ma jaj by ją na tym etapie zamknąć. Będzie pewnie sprawa w prokuraturze, a być może w sądzie, bo nie ma jednego odważnego, który powie „dość”, tylko każdy potrzebuje „dupochronu”.

Za to jak się coś naprawdę w rodzinie dziecka źle dzieje, to nagle wszystkie durnie chowają głowy w piasek.

Teraz jednak dochodzę do wniosku, że to symptom głębszego problemu.

Zamiast wychowywać, hodujemy dzieci z porcelany.

Wiadomo oczywiście, że każde kolejne pokolenie jest gorsze od poprzedniego.

Dzisiejsza młodzież lubi luksus, ma złe maniery, nie uznaje żadnych autorytetów i nie ma szacunku dla starszych. W naszych czasach dzieci stały się tyranami. Nie są posłuszne swoim rodzicom, zbyt szybko jedzą i tyranizują nauczycieli.

Powyższy cytat mylnie przypisywany jest Sokratesowi, a prawdopodobnie jest jedynie parafrazą cytatu z komedii Chmury autorstwa Arystofanesa (w której m.in. krytykował Sokratesa właśnie). Można jednak spokojnie założyć, że podobne opinie pojawiały się na świecie 20 lat temu, 200 lat temu i 2 000 lat temu.

I jak w każdym przypadku, tak i teraz, możemy za to wszystko winić wyłącznie siebie.

Zakładamy, że to państwo powinno nasze dzieci edukować — zapewniać im wykształcenie niezbędne do rywalizacji na rynku pracy. Oraz oczywiście umiejętności, także te miękkie, jak np. zdolność do pracy w grupie. Bo przecież rodzic nie ma czasu na dzielenie się swoją wiedzą i przekazywanie dzieciom swoich umiejętności.

Zakładamy, że to państwo powinno dbać o ich dobrostan. O zdrowie — pod postacią bezpłatnej opieki lekarskiej, ale także dostępu do lekarza i pielęgniarki w szkole. Bo przecież zabrać dziecko do lekarza po pracy jest nadludzkim wysiłkiem dla dorosłego. O nakarmienie w szkole z pomocą dotowanej stołówki, bo przecież zrobienie bułki z serem przekracza możliwości czasowe i finansowe rodziców. O wyposażenie w wyprawkę (becikowe) i bezpłatne podręczniki.

Chcemy, by to państwo organizowało dzieciom czas wolny. Pod postacią organizowania zajęć pozalekcyjnych, budowania placów zabaw, wyposażania domów kultury, produkcji odpowiednich programów telewizyjnych itd.

Bo kiedyś po szkole dzieciaki mogły oglądać telewizję edukacyjną, a teraz od 14. w TVP tylko gówno leci! Na co idzie mój abonament! Gdzie jest misja (i dlaczego w programie o szukaniu żony dla rolnika)?!

Jednocześnie oczekujemy, by w tej szkole dzieciom było łatwo. By nie były stawiane przed dużymi wyzwaniami. Co na zachodzie kończy się tym, że nie liczy się punktów przy grach zespołowych, a puchary dostaje się za uczestnictwo.

W domu też na każdym kroku mówimy dziecku „nie rób tego, bo ci się nie uda”, albo „zostaw to, bo zrobisz sobie krzywdę”. I nie pozwalamy dziecku popełniać własnych błędów, bo przecież będzie mu przykro, będzie go bolało, albo coś tam.

Często też nie stawiamy dzieciom wymagań. Nie wyznaczamy granic. Grozimy karą, ale gróźb nie realizujemy. Nie wyznaczamy domowych obowiązków. Nie nakładamy oczekiwań, które mają być spełnione.

Efekt tego jest taki, że hodujemy sobie dzieci z porcelany. A jak wygląda zetknięcie porcelanowego młodzieńca z brutalną rzeczywistością życia?

dziecko-z-porcelany-opt

Porcelanowa figurka roztrzaskująca się przy upadku. Fot.: Martin Klimas. Źródło: 123inspiration.com .

Dokładnie tak.

Nie dalej jak parę tygodni temu byłem świadkiem komicznej sytuacji, która utkwiła mi w pamięci. Oto krnąbrny czterolatek kilka razy w ciągu wieczora u znajomych rodziców rzucił jakimś przedmiotem. Raz na mniejszą odległość, raz na większą. Krzywdy nikomu nie zrobił, nic nie popsuł, ale mamusia go przywoływała do porządku. Za każdym razem wyjaśniała, że nie można tak robić, bo coś można zniszczyć, albo zrobić komuś krzywdę, gdy się go trafi w głowę.

I za każdym razem oczekiwała od niego zapewnienia, że to będzie ostatni raz.

Inne jego niepożądane zachowania kwitowała groźbą „uspokój się, bo inaczej zaraz idziemy do domu”. Groźba oczywiście nie została zrealizowana, choć chłopiec bardzo się starał, przeciwstawiając się mamie. Nic dziwnego, bo jasno komunikował jej, że jest znudzony i chce już iść do domu. Co zupełnie nie przeszkadzało jej w grożeniu mu, że jak się nie uspokoi, to wychodzą.

I tak sobie myślałem, że w ten sposób właśnie wychowuje się młodocianych bandytów.

Bandytów, którzy nie znają zasad współżycia społecznego. Nie wiedzą, co wolno robić, a czego robić nie wolno. Bo skąd mają wiedzieć, jeśli rodzice ich tego nie nauczyli? Jeśli rodzice nie karali ich za zachowania moralnie naganne?

Jeśli takie dzieci będą silne (psychicznie i fizycznie), zostaną młodocianymi bandytami.

Jeśli będą słabe, znajdą się na drugiej stronie tego transferu przemocy — to one właśnie będą gnojone w szkołach. W dorosłym życiu zaś wyrosną na nieudaczników którzy nie potrafią sobie radzić z czymś tak prozaicznym jak szukanie pracy, kupienie mieszkania,

Odpowiedzialność rodziców za losy dzieci

Wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy wzięli na samych siebie odpowiedzialność za przyszłość naszych dzieci, a nie zrzucali ten przykry obowiązek na wszystkich dokoła.

Zacznijmy od tego, że decyzja o prokreacji powinna być podejmowana świadomie. Na podstawie realnej oceny, czy rodziny na to stać — pod każdym względem, nie tylko finansowym. Jeśli ktoś nie ma zdrowia do dzieci, niech ich sobie nie robi. Jeśli ktoś nie ma pieniędzy na wózek, niech dziecka nie płodzi. Wiem, prezerwatywy są drogie, ale jednak do diaska są tańsze, niż pieluchy!

Po drugie trzeba mieć cały czas w głowie, że posiadanie dziecka jest tylko etapem w życiu człowieka. Że dziecko trzeba wychować, wykształcić, a potem wyrzucić z domu (w razie potrzeby — z pomocą kopniaka). Bo nie chodzi o to, by hodować darmozjada, przywiązanego zbyt grubą pępowiną do mamuni, tylko dorosłego, odpowiedzialnego człowieka.

Ja do swoich synów mówię „gościu”, żeby się nie przyzwyczajali, że zawsze będą ze mną mieszkać.
Piotr Bałtroczyk

Teraz ponarzekam trochę na kobiety. Kobietom się zdaje, że „dziecko się ma, a partnera się miewa”. I że dziecku trzeba przez to poświęcać więcej uwagi, niż partnerowi. Nie dość, że przez to rozpadają się związki, to jeszcze w dodatku hoduje się przez to maminsynków. To ciekawe, że kobiety chcą mieć bardzo silne relacje z dorosłymi synami, a jednocześnie cholernie im się nie podoba, gdy silne relacje z mamą utrzymuje ich dorosły partner.

Po trzecie, dbajmy o rozwój naszych dzieci i nie liczmy, że w tym rozwoju wyręczy nas szkoła. Uczmy dzieci tego, co według nas jest ważne. Pokazujmy ciekawy świat, przeróżne rzeczy, które można w nim robić. Pokazujmy nasze hobby, choćby miało to być budowanie fortec w Minecrafcie czy łowienie ryb.

I wreszcie, po czwarte, nie ułatwiajmy dziecku życia za bardzo. Nie pozbawiajmy go wyzwań, a wręcz odwrotnie — sami stawiajmy przed nim nowe wyzwania, na miarę jego możliwości i ambicji. Nie trzymajmy dzieci w klatkach, izolując od wszelkich niebezpieczeństw. Zabezpieczenie kuchenki przed rocznym dzieckiem, by nie ściągnęło sobie na głowę garnka z wrzątkiem, jest słuszne. Zabranianie dziecku grania w piłkę z kolegami na boisku, bo ubrudzi koszulkę, zniszczy buciki, albo obetrze sobie kolano, jest głupie.

Nasze dzieci staną się tak odpowiedzialnymi dorosłymi ludźmi, jak im na to pozwolimy. Nie hodujmy pokolenia porcelanowych młodzieńców, którzy nie radzą sobie w życiu i muszą prosić o pomoc — nas, innych, czy państwo.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

24 komentarze

  1. Krzysztof pisze:

    Dobry wpis, zgadzam się w całej rozciągłości. Tylko dziwnie czytać takie wpisy na tym blogu.

  2. Kacper pisze:

    W miarę jak cywilizacja postępuje, chcielibyśmy coraz więcej kontrolować. Czasem do przesady. Ważna kwestia została tu poruszona, o której się nie wspomina zazwyczaj, a mianowicie – powiedzmy – odpowiedzialność zapłodnienia. Dziecko to ogromny wydatek. I to nie jednorazowy, tylko na przestrzeni wieeeelu lat. Ludzie często o tym zapominają i „jakoś to będzie”.

  3. Koso pisze:

    Co prawda to prawda ale z tym nie do końca się zgodzę „Nie hodujmy pokolenia porcelanowych młodzieńców, którzy nie radzą sobie w życiu i muszą prosić o pomoc — nas, innych, czy państwo.” Zależy co autor miał na myśli. Jeśli proszą o pomoc bo sobie nie radzą to bardzo dobrze, a że ludzi którzy chcą pomóc jest coraz mniej, no cóż świat schodzi na psy i samemu się nic z tym nie zrobi. Tylko zazwyczaj oni o tą pomoc nawet nie proszą oni jej żądają bo uważają, że im się to należy a nawet nie wiedzą ile czasami taka pomoc kosztuje.

    • Survivalista (admin) pisze:

      „Jeśli proszą o pomoc, bo sobie nie radzą, to bardzo dobrze” — ja bym tam wolał, żeby sobie radzili i nie trzeba im było pomagać. 😉

      A ludzie pomagać nie chcą, bo nigdy nie wiesz dokładnie, na co pomoc pójdzie. Czy pieniądze, które dasz cygance z dzieckiem na ręku (pewnie uśpione lekami), pójdą na mleko dla dziecka, czy na wódkę dla całej rodziny żyjącej z żebractwa? Czy pieniądze dawane na WOŚP lub Caritas trafiają do potrzebujących, czy są przejadane przez pracowników?

      A poza tym — skoro państwo wzięło na siebie obowiązek pomagania potrzebującym, to ludziom się zdaje, że oni już pomagać nie muszą.

  4. grabarz pisze:

    Ta sprawa z początku tekstu, to przykład patologii, w jakiej znajduje się społeczeństwo. Ma być tak, jak chce państwo. Seks, narkotyki, podporządkowanie, brak myślenia, rozrywka. To jest super obywatel.

  5. marcin pisze:

    Bardzo wartościowy tekst, a kluczowy fragment to ten o braku konsekwencji rodzica w realizowaniu zapowiedzianej sankcji, i wienczacy go cytat to: „… skąd mają wiedzieć, jeśli rodzice ich tego nie nauczyli”.
    Rodzice przecinają związek przyczynowo-skutkowy miedzy zachowaniem a jego konsekwencją. Ale przecież to samo na mega skalę robi „państwo opiekuńcze”. Transferami, dotacjami, totalną redystrbucją i nadregulacją nisczy sens odpowiedzialnosci za wlasne starania i zaniechania, bo jak ktos sie nie ubezpieczy a jest do „dużo” inni za niego zapłaća. Pytanie kto kogo demoralizuje? Mam wrażenie zdemoralizowani przez państwo rodzice nie maja motywacji by dobrze wychowac dzieci, bo to nie od relacji z dziećmi zależała (to może się zmienić;-) ich emerytura.

  6. Pan Żul pisze:

    Zgadzam się z wpisem Marcina – jacy rodzice, takie dzieci. Dorośli oczekują od Państwa, że zajmie się wszystkim i wszystko zapewni. Nawiązując do survivalu, dlaczego społeczności lokalne w obliczu drobnych (w skali kraju, choć tragicznych dla poszkodowanych) klęsk żywiołowych polegają na służbach państwowych w kwestii usuwania ich skutków? Dlaczego wobec takich wydarzeń jak wichury i podtopienia ludzie nie potrafią działać samodzielnie? Dlaczego do zwalonego drzewa zawalającego drogę wzywają straż pożarną, czyżby we wsi nie było pił i rąk do pracy? A może boją się skutków prawnych ścięcia drzewa bez zezwolenia? Czy społeczność ludzi żyjących razem na terenach zalewanych nie mogłaby zrzucić się na odpowiednio wydajną pompę aby samodzielnie usunąć sobie wodę z zalanych garaży czy piwnic? Czy muszą dbać o to służby państwowe? Czy gdyby wysłano Jaśka na kurs pierwszej pomocy i kupiono mu odpowiedni zestaw do tego celu służący, to Stasiek by żył, zamiast zemrzeć w oczekiwaniu na przyjazd karetki? Przykłady można by mnożyć. Reasumując, dorośli powinni przede wszystkim świecić przykładem, stając się bardziej niezależnymi od Państwa i jego służb. To pozwoli ich wychować dzieci w duchu bycia zaradnym, przygotowanym do samodzielnego życia i niezależnym.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Dlaczego? To proste.

      Po co mam marnować czas, męczyć się i spalać cenne paliwo do pilarki (że nie wspomnę o zużyciu pilarki i łańcucha), by drzewo usunąć, jeśli zrobią to strażacy?

      🙂

    • PK pisze:

      Jakieś 20+ lat temu natknąłem się na korek, spowodowany zawalonym w poprzek drogi drzewem (była dość ostra burza, tereny wiejskie, odludne, telefonów komórkowych jeszcze nie było). Zaraz z pobliskiego (czyli majaczącego gdzieś na horyzoncie) gospodarstwa przyjechał furmanką chłop z piłą spalinową, drzewo pociął z pomocą stojących najbliżej kierowców, zdjął czapkę i każdy z przejeżdżających kierowców wrzucał mu do tej czapki jakieś drobne. Wszyscy byli zadowoleni, akcja sprawna i bez angażowania służb, których i tak nie byłoby jak tam wezwać.
      Ale było to w czasach, kiedy poszkodowanego w wypadku brało się do samochodu i wiozło do szpitala, bo karetki poza miastem NIE BYŁO JAK wezwać! Nie zostawiało się człowieka w rozbitym aucie NA ŚMIERĆ, bo „na pewno ktoś już zadzwonił”. NIE ZADZWONIŁ BO NIE BYŁO Z CZEGO! Mam wrażenie, że telefony komórkowe przyczyniły się do rozmycia odpowiedzialności w takich sytuacjach.

  7. oles77 pisze:

    Witam

    W opisanym artykule wskazuje się 3,5 latka i podaje iż cała młodzież lub jej większość jest wychowywana w sterylnych warunkach, tak aby się nie pobrudziła myśleniem i zaradnością.

    Po części się zgadzam z tą opinią gdyż rodzice zachłystali się tzw. „wolnością” i jeśli się coś dzieje z ich dzieckiem nie tak, to już jest wina wszystkich a nie po prostu błąd lub brak wychowania rodzinnego.

    Jednakże odnośnie wymienionego artykułu czyli wspomnianego 3,5 latka to jestem przeciwnikiem takiego stawiania rzeczy, iż każdy robi sobie dupochron a nie podejmie decyzję „dość”.

    Nie wiem jak moi poprzednicy, ale sam jestem ojcem dwóch synów 5 i właśnie 3 latka. ja zasuwam po lasach, przez tydzień robię sobie różnego rodzaju eksperymentalne diety aby sprawdzić swój organizm, ale nigdy by mi nie przyszło na myśl czegoś takiego robić tak małemu dziecku. Wydaje mi się, że poprzednicy wraz z autorem artykułu, nie mają dzieci, bo chyba nie wiedzą jakiej opieki wymaga dziecko, ani jak słaby jest jeszcze ich organizm.

    I nie staram się wychować swych synów na młodocianych przestępców, jak podano, bo nie raz zaliczyli „klapsa” za złe zachowanie, ale to co robimy ze swym ciałem jeszcze w tym wieku nie nadaje się dla takiego maluszka.

    Gdy osiągną swój wiek czyli około 7-10 lat, w zależności od psychicznego wychowania, za które my rodzice odpowiadamy, można już robić im wypady jedno lub dwu dniowe.

    Niech każdy pamięta iż sztuki przetrwania nie uczy się w ciągu jednego wyjazdu lecz jest to długotrwały proces, do którego trzeba przygotować ciało jak i „ducha wali”.

    W tym przypadku ojciec zachował się bardzo nierozsądnie a nawet powiem wykazał się skrajnym kretynizmem. I aby zapobiec takiemu zachowaniu powinien on sam dostać „klapsa”.

  8. Rufus pisze:

    @oles77

    Kolego oles777 – a może Ty powinieneś dostać „klapsa”?

    Kilku zdurniałych pismaków wytworzyło tzw. fakt medialny, że nieodpowiedzialny ojciec wziął synka na „obóz przetrwania” i piszą inne bzdury nie biorąc pod uwagę bliskości sklepów, że nie było to odludzie w – sensie odległości od siedzib ludzkich, nikomu nie groził głód, odwodnienie czy brak pomocy lekarskiej w razie „W”.

    Może wzięlibyście pod uwagę, że być może rodzice tego chłopca są w konflikcie. Że być może mama i eks partnerka mówiąc delikatnie „zmieniła zdanie” co do przyszłości związku z ojcem dziecka i ma swoje prywatne plany oraz niechybnie wykorzysta te medialne fakty do załatwienia sprawy np. tzw. „zakazu kontaktów” chłopca z ojcem?
    Niemożliwe? Mało prawdopodobne?

    Myślicie, że jeżeli zgromadzicie kilka noży, worek kaszy i paliwo do generatora to staniecie się mistrzami przetrwania?
    Nie, uderzenie może przyjść z najmniej oczekiwanej, najmniej chronionej strony – bo od bliskiej Wam osoby. Powiecie – nie zdarza się? Lub – „co one jej zrobił?” Porozmawiajcie z kuratorami sądowymi to Wam powiedzą co się dzieje.

    Zachęcam do zapoznania się z historiami ojców na stronach dzielnytata.pl – niektórzy nie widzą swojego dziecka w takich lub podobnych okolicznościach po 2-4 lata. Powstała też nowa kategoria prawna „uprowadzenia rodzielskiego”.
    Jesteś twardzielem – kochasz swojego synka – przetrwałbyś kilka lat niewidzenia go na skutek pomówienia lub tzw. faktu medialnego (dziennikarz chciał zarobić a udramatyzowane historie lepiej się czyta)?
    Przy okazji straciłbyś pracę, firmę i połowę (oby!) majątku?
    Poczytajcie historię ojców na dzielny tata.pl i dajcie spokój temu facetowi.

    • oles77 pisze:

      Witam Rufus
      jak jesteś taki odważny to możesz spróbować, jeśli starczy Ci odwagi!
      a tak poważnie… to nie opisywałem tego faktu sugerując się pismakami, ani ich „prawdomównością” jak również biorąc pod uwagę podłoże jego powstania.

      Ale masz rację tryb osoby w jakim powinien być on napisany powinien być inny, za to wszystkich urażonych ojców przepraszam.

      Zdaje sobie sprawę iż dziennikarze, rzadko piszę prawdę, najczęściej jest to okrojony tekst, który przeinacza lub pomija wiele faktów.

      Jednakże nadal będę obstawiał przy swoim, iż gdyby taka sytuacja okazała się w 100% prawdą (co oczywiście Rufuisie, nie musi) ojciec okazałby się skończonym kretynem. Takie małe dziecko nie należy pchać do lasu na „noc survivalową” i to obojętnie gdzie ten przysłowiowy sklep się znajduje.

      A co do samotnych ojców którzy walczą o dzieci lub je widzą raz na jakiś czas… to po pierwsze ten ojciec jeśli nie widział swego syna to po cholerę brał go do lasu, zamiast do piaskownicy. Tam dzieci czerpią większą frajdę z bycia z rodzicem. Dla maluchów ważniejsze jeszcze w tym wieku są piaskownica i zabawki. A nie napierdzielanie po lesie, gdyż to ich męczy i nudzi… Po drugie nigdy w trakcie rozwodu nie jest tak, ze winny jest ojciec lub matka. Zawsze wina leży gdzieś po środku i cierpi na tym dziecko (piszę to jako stażysta w małżeństwie, hehe.

      Zaś pisanina ideowców jest dla mnie śmieszna, to wszystko
      oles77

      • Survivalista (admin) pisze:

        Widzę u Ciebie bardzo niebezpieczną tendencję do decydowania o tym, co inni ludzie powinni robić. Piszesz:

        Takie małe dziecko nie należy pchać do lasu na „noc survivalową” (…) Dla maluchów ważniejsze jeszcze w tym wieku są piaskownica i zabawki. A nie napierdzielanie po lesie, gdyż to ich męczy i nudzi…

        Rozumiem, że znasz to konkretne dziecko i na tej podstawie twierdzisz, że nie należało go pchać do lasu, bo to je męczy i nudzi, a ważniejsze są w tym wieku piaskownica i zabawki.

        Odstosunkuj się od człowieka i zajmij się swoimi dziećmi. Dopóki dziecku nie dzieje się fizyczna lub psychiczna krzywda, nie powinno to być niczyim zmartwieniem. Oczywiście postawa obywatela, który był zaniepokojony, jest jak najbardziej słuszna — choć on powinien sam się przejść do tego ojca i dowiedzieć się w czym rzecz, by spokojnie z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku iść do domu.

        • oles77 pisze:

          Witam
          Widzę, że gromy sypią się z jasnego nieba…

          po pierwsze: piszesz Admnin, że lubię decydować za innych, możliwe iż jest w tym trochę prawdy, ale jest to natura ludzka i każdy ma coś takiego w sobie. Jednakże mówienie a kazanie to dwie różne sprawy.

          po drugie: a może to Wy i ojciec małego, nie dajecie mu wyboru. Nie znam tego akurat maluszka, ale jako ojciec takiego dziecka, niestety lub stety obracam się w gronie rodziców z takimi dziećmi. I dziecko w tym wieku jest zainteresowane zabawą w piaskownicy z innymi dziećmi niż wędrówkami po lasach. I nie ma tu znaczenia, iż nie znam tego konkretnego dziecka, ale znam takie małe dzieci, nic więcej. Zwykle doświadczenie życiowe. Postawcie dziecko przed wyborem piaskownica z zabawkami a wędrówki w lesie…

          Po trzecie: wydaje mi się, ze nikt z Was nie został survivalowcem z dnia na dzień, droga była długa i czasami bolesna. Nie raz zabierałem do lasu dorosłego kanapowca (czytaj człowieka)i po całodniowym marszu, wracał obolały i jęczący. A co dopiero takie małe dziecko ma czuć.
          No chyba iż nakupowaliście tonę sprzętu, poczytaliście kilka książek i już czujecie się zdobywcami lasów itp. W tym przypadku gratuluję i współczuję.

          po czwarte: piszecie iż hoduje się dzieci z porcelany, a może jest to ich świadomy wybór, gdyż takie życie jest prostsze i wydaje im się, ze nie boli. Czy jeśli ktoś zechce być idiotą to każecie mu zostać twardzielem?

          po piąte: Admin fajna stronka i wiele ciekawych artykułów przeczytałem u Ciebie na stronkach, mam nadzieję iż wiele jeszcze zamieścisz. Z opisywanych artykułów można wnioskować iż praktykę masz mocno zaliczoną, co bardzo cieszy. Nie wiem czy masz dzieci, ale wydaje mi się że odnośnie wychowania dzieci i tzw. ich obsługę musisz się jeszcze troszkę podszkolić… (bez urazy)

          Sam staram się aby moi chłopacy nie byli „dziećmi z porcelany” ale nie zmuszę ich siła do robienia pompek ani biegania z nożem po lesie i polowania na zwierzynę, to jest ich wybór. Lecz nie należy rzucać dziecka na głęboką wodę, to jest fajne jedynie na filmach amerykańskich i jedynie może podziałać odwrotnie. Abstrahując od tego jak było naprawdę, gdyż nikt z nas do tego nie dojdzie, to dziecko małe należy małymi kroczkami zachęcać do poznawania lasu, sposobu zachowania w lesie i tego co tam żyje i rośnie.

          Tak więc zasadnicze pytanie powinno brzmieć skoro widzisz u mnie tendencję do tego abym za innych decydował, to czy ten 4,5 letni chłopak miał taki wybór?

          pozdrawiam
          oles77

          a teraz nie się leje na mnie żar goryczy i nienawiści… ja to wytrzymam.

          • Survivalista (admin) pisze:

            To, czy znasz konkretne dziecko, czy nie, ma ogromne znaczenie.

            Bo Ty jesteś przekonany, że ono jest zainteresowane wyłącznie grzebaniem w piasku. I na tej podstawie wydaje Ci się, że wiesz, co dla niego konkretnie jest lepsze.

            I masz rację — wydaje Ci się.

  9. Rufus pisze:

    W tej konkretnej sytuacji nie wiemy tak naprawdę NIC.
    Dlatego poza dyskusją o „fakcie medialnym” również nic nie zdziałamy.

    Jeżeli chłopiec chwilę był sam bo tato poszedł na stronę, to nie ma się co dziwić jeżeli się wystraszył widząc policjantów, wtedy to malec „dowiedział się” że dzieje się coś złego.

    Jeżeli ten facet ma pecha tylko patrzeć, jak nadgorliwy prokurator dopatrzy się nieumyślnego narażenia zdrowia dziecka, uprowadzenia rodzicielskiego lub przetrzymywanie wbrew woli dziecka – które co oczywiste – wolałoby być w piaskownicy…
    W sądzie rodzinnym ograniczenie władzy rodzicielskiej jak w banku.
    A jeżeli kupował piwo w pobliskim sklepie (lub osoba do niego podobna)? To już dramat.
    Z mojej wiedzy i doświadczenia wynika, że neutralna sytuacja może rozwinąć się znacznie gorzej.
    Zwłaszcza, jeżeli matce tego dziecka będzie zależało, aby tego faceta udupić.

    W sumie powyższa sytuacja sygnalizuje zupełnie nowy rodzaj zagrożeń, społeczno cywilizacyjnych. W szkołach jesteśmy uczeni produktywności, bycia konsumentem.
    Zero wiedzy o organizacji systemu prawnego, prawach klienta czy osoby zatrzymanej.

    Jako społeczeństwo i wiele rodzin – jesteśmy w proszku, taki jest stan na dziś.
    Osoba ojca to normy, zasady, patriotyzm. Pozbawiając dzieci ojców, społeczeństwo jako takie przestanie istnieć.

    PS.
    Badania dra Witkowskiego wskazują jednoznacznie, że dzieci wychowywane przez ojców nie mają zaburzeń. Mają je dzieci wychowywane przez matki, szczególnie jeżeli chodzi o chłopców.

  10. tomaszfotograf pisze:

    Adminie całym szacunkiem, bo wiele prawdy piszesz, jednak jeśli uważasz że kupno mieszkania albo zdobycie jako takiej pracy w Polsce, tak żeby tylko na rachunki starczało, to nie jest czynność prozaiczna….. chyba że nie znasz polskich realiów. Ja znam chociażby z Bieszczadów i reszty Podkarapcia… więc nie dziw się że młodzi ludzie mieszkają ze starymi, jak za swoją pensję co najwyżej kupią jedzenie w sklepie… nie mam mowy o zdolności kredytowej albo kasie na wynajęcie mieszkania. Rzeczywistość nie jest czarno-biała. Inna sprawa że młodzi ludzie boją się do lasu pójść i w nim spać….to jest dramat….bo w razie czego mają przechlapane…

    • Survivalista (admin) pisze:

      Częściowo się zgadzam. Fakty są takie, że rzeczywiście mieszkanie kupić jest niełatwo. Zbudować dom też. Na to narzekam od dłuższego czasu. Uważam, że dużo złego uczyniły kredyty hipoteczne z pieniędzmi wykreowanymi z powietrza, ale także kretyńskie przepisy budowlane, które nie pozwalają mieszkać byle gdzie.

      W razie czego i tak ludzie nie pójdą do lasu, bo tam nie ma dla Polaków dość miejsca. Chyba, że masz innego rodzaju w razie czego na myśli.

  11. Arek pisze:

    Oj tam oj tam, jak sam zauważyłeś, ludzie narzekali na młodsze pokolenia od zawsze, a wszystko jakoś tam hula i jeszcze się nie rozleciało. Tym niemniej artykuł ciekawy.

  12. Robert Surma pisze:

    Cytat o młodzieży nie pochodzi ani od Sokratesa, ani Arystofanesa, ani nawet nie jest jego parafrazą i nie ma tak fragmentu, który mógłby być źródłem tej parafrazy.

  13. ŻABKA pisze:

    Z początkiem o absurdalności oskarżenia tamtego rodzica się zgadzam. Skończyłem jednak czytać na tym że się daje medale za uczestnictwo a nie za wyniki. Jak was znam cały artykuł jest wartościowy, ale nie chce mi sie czytać całości. Zaś co do tego fragmentu, to jednak czasem oprócz własnego widzi mi się, warto dowiedzieć sie dlaczego tak jest. Otóż nie chodzi o to żeby dzieci trzymać pod kloszem i stresować tym że nie wygrały. Zwyczajnie w młodym wieku to jeszcze nie czas na medale i zwycięstwa, a liczy się wytrwałość i próbowanie. Nie jest to żadna poprawność podyktowana decyzją polityczną, tylko wynik bardzo wielu badań nad rozwojem dzieci i młodzieży. Niedawno czytałem o akademii piłkarskiej największego polskiego klubu (nie chce robić reklamy), który opisywał zmiany jakie wprowadzono by lepiej uczyć gry w piłkę. Że słabo szkolimy grać w piłkę nawet laik chyba wie i że na zachodzie robią to dużo lepiej chyba również. Otóż ta akademia pod wpływem zachodnich systemów szkolenia m.in. przestała dzieci uczyć gry zespołowej jak to robiła do tej pory, a zaczęła indywidualnej. Stwierdziła że zespołowej jest się nauczyć najłatwiej i można to zrobić w późniejszym wieku. Przestała oceniać wyniki i rozliczać trenerów i piłkarzy za wyniki, a zaczęła za indywidualne osiągnięcia. A co dla laika być może najbardziej dziwne… żeby nie nakręcać dzieci i rodziców, przestała… publikować w internecie wyniki meczów. Stwierdzili też że jeśli zwycięstw będzie więcej niż 60% to z za słabymi przeciwnikami grają. Tyle z pamięci. Chodzi o to że łatwo się zniechęcić, ale oprócz zwycięstw i talentu, najważniejsza i najwięcej daje w życiu wytrwałość i systematyczność. Ktoś może zwyciężać w młodości dzięki talentowi, a potem się zniechęcić bo się skonfrontował z lepszymi i pojawiła się frustracja i zniechęcenie, bo za łatwo kiedyś osiągał sukcesy. O to chodzi w dawaniu medali za uczestnictwo a nie za osiągnięcia… bo po latach być najlepszym w szkole czy swoim mieście, to dość małe osiągnięcie, mało wymierne.

    • Roza pisze:

      Moze w sporcie tak jest, ze przynosi to efekty,ale w szkolach nawet , o zgrozo, na uniwersytetach, wymagania sa drastycznie obnizane, a kazdy ” matol” dostaje ocene, nawet jesli jest to „g”. Coraz wiecej studentow ma problemy z jezykiem, pisownia, ale ….taka jesg polityczna poprawnosc, ze kazdy moze studiowac. Potem w urzedach siedza „absolwenci” szkol wyzszych i nie potrafia sporzadzic notatki, albo wytlumaczyc spraey, bo…nie znaja jezyka. Wielu cwaniaczkow podrabia dyplomy , nawet na ksero, podajac sie np. za inzynierow, czy lekarzy, choc nawet podstawowki nie ukonczyli. Skandaliczne, ze na to sie pozwala i jest to mozliwe do zrobienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner