Jak namówić żonę do survivalowej współpracy?

Co mnie najbardziej zaskoczyło, gdy zacząłem poznawać anglojęzyczne serwisy o nowoczesnym survivalu, to zainteresowanie tym tematem kobiet. Niektóre z najciekawszych blogów, które czytam, są wręcz pisane przez kobiety — jedna z autorek nawet twierdzi, że zadbanie o przetrwanie rodziny to zadanie dla kobiety.

W Polsce tymczasem jest chyba dokładnie odwrotnie. Widzę to po swojej małżonce, widzę to też po Waszych komentarzach pod moimi wpisami (o ile się nie mylę, wypowiadała się pod wpisami tylko jedna przedstawicielka płci pięknej, zresztą zupełnie niedawno). Widać to też na innych blogach i forach w tym temacie.

Jak więc przekonać żonę, że nowoczesny survival to nie jest tylko niegroźne hobby, ale całkiem niezły kierunek, który powinna obrać cała rodzina? Jeśli planujesz przygotować siebie i swoją najbliższą rodzinę na gorsze czasy, reszta rodziny musi z Tobą współpracować. A przede wszystkim współpracować musi żona (mąż). Bo to ona razem z Tobą zarabia na utrzymanie domu, razem pracuje na zaspokajanie Waszych potrzeb, razem wydaje wspólnie zarobione pieniądze.

Gdzie zamieszkać?

Na wspólne bezpieczeństwo w gorszych czasach wpływ ma przede wszystkim (moim zdaniem) miejsce zamieszkania. Uważam, że w gorszych czasach bezpieczniej będzie mieszkać na wsi, niż w mieście. Że na wsi łatwiej będzie zdobyć żywność, opał. Łatwiej będzie o wodę oraz o utylizację ścieków. Ze względu na mniejszą gęstość zaludnienia zagrożenie epidemią czy napadem też powinno być mniejsze.

Dlatego w dłuższej perspektywie uważam, że dla własnego bezpieczeństwa trzeba się przeprowadzić na wieś. Tylko, że taka decyzja wymaga absolutnej zgody i akceptacji ze strony obojga partnerów. Bo oznacza ona rozluźnienie kontaktów z rodziną i przyjaciółmi (jeśli mieszkamy z nimi w jednym mieście), utrudnienie dojazdów do pracy a może wręcz jej utratę czy zmianę na inną, oraz znaczną zmianę trybu życia.

Jak namówić żonę do wyprowadzki na wieś? Ja nie miałem tego problemu, bo moja żona (jak twierdzi), niekoniecznie marzyła o mieszkaniu w mieście. Ale jeśli Twoja ma inne podejście, będzie znacznie trudniej.

Na pewno warto kupić kawałek ziemi w promieniu 50-100 km od miasta. Gdzieś na skraju wsi, w jakiejś ładnej okolicy. I zbudować tam jakiś domek letniskowy, albo nawet kupić przyczepę kempingową i tam postawić. Jeździć tam na weekendy (na dalszą odległość to już trudno jeździć), rozkoszować się świeżym powietrzem, spędzać miło czas na łonie natury. Od czasu do czasu zostać po weekendzie na jeszcze jedną noc by wrócić zamiast w niedzielę wieczorem to w poniedziałek rano, prosto do pracy. Pokazać, że codzienny dojazd na taką odległość jest możliwy, choć czasochłonny. I liczyć, że żona się przekona i zapragnie mieszkać tam na stałe.

Jeśli nawet to się nie uda, masz przynajmniej cel ewakuacji i okazję, by tam popracować, zbudować ziemiankę, zamontować może jakiś wiatrak albo baterie słoneczne. Wykopać studnię, postawić sławojkę, urządzić ogród, itd.

Na co wydawać?

Drugim fundamentem przetrwania w gorszych czasach będzie bezpieczeństwo finansowe. Ono wprawdzie nie uratuje nas przed epidemią, bo to nie szczepionka na grypę, ale pozwoli bezkarnie zostać w domu w razie takiej epidemii, gdy nie będzie się trzeba obawiać wyrzucenia z pracy. Zabezpieczenie finansowe pomoże też łatwiej przetrwać utratę pracy czy nagłe pogorszenie warunków spłaty kredytu hipotecznego.

Kluczem do tego bezpieczeństwa jest unikanie kredytów i posiadanie zapasu gotówki, którą będziemy trzymać w różnej formie — lokat bankowych, akcji, obligacji, srebrnych i złotych monet, itd. Aby jednak taki zapas zbudować jak najszybciej, trzeba trochę zmienić sposób wydawania pieniędzy przez rodzinę.

I tu też może być spory problem w dojściu do porozumienia.

Ja osobiście jestem bardzo skąpy i nie raz i nie dwa walczyłem z żoną o kolejne jej wydatki. Nie rozumiem, jak kobieta może kupować sobie co miesiąc nową parę butów albo nową torebkę, które tylko potem lądują w szafie. Nie widzę sensu jeżdżenia nowym samochodem prosto z salonu. Nie widzę potrzeby kupowania droższych mebli, jeśli tańsze są równie funkcjonalne i trwałe (za ich ładny wygląd nie jestem skłonny dopłacić). Nie widzę potrzeby budowania dodatkowych 20 m² powierzchni domu, albo jego wykończenia droższymi kafelkami.

Są ludzie, którzy twierdzą, że pieniądze są po to, by je wydawać i trudno się z nimi nie zgodzić. Ale mimo to, jakiś zapas tych pieniędzy trzeba sobie koniecznie przygotować. Wydawanie na bieżąco wszystkiego, co się zarabia, jest po prostu głupie.

Ale nie tylko samo ograniczenie nie-survivalowych wydatków jest trudne. Równie trudne jest przekonanie żony, że wydatki na przygotowania nie są głupie. Że kupowanie co tydzień kolejnych 10 litrów wody w baniaku nie jest głupie. Że kupienie ręcznej maszynki do mielenia mięsa czy suszarki do warzyw nie jest marnowaniem kasy.

Testy i próby

Aby najlepiej uświadomić żonie, jak bardzo utrudni nam życie brak przygotowań na awarię prądu czy wody, warto przeprowadzić jakieś ćwiczenia, choćby takie, jak opisał kiedyś Jack Spirko.

W piątek wieczorem wyłączyć korki w mieszkaniu i powiedzieć, że włączone zostaną dopiero w niedzielę wieczorem. Miesiąc później podobnie zakręcić główny zawór wody. Żona się pewnie wścieknie, gdy nie będzie mogła wysuszyć włosów, ugotować wody na herbatę, czy wykąpać się w wannie pełnej gorącej wody. Ale może zrozumie, że warto się przygotowywać, gdy wyciągniesz z szafy zapomnianą kuchenkę turystyczną i ugotujesz wody na dwie filiżanki herbaty?

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

31 komentarzy

  1. Richmond pisze:

    Jestem kobieta, ale nie wiem jak przekonac zone 😉 Tez nie wiem po co kupowac torebki czy ciuchy i wrzucac do szafy 😉 Jestem zbyt praktyczna.

    U nas w domu ten temat jest poruszany od lat. Moj maz zajmuje sie research na ten temat, sprawdza wszystko i relacjonuje mi co ciekawsze rzeczy. Dlatego tez nie czytalam tego bloga wczesniej i nie wypowiadalam sie.

  2. survivalista dzięki za wpis, dokładnie o podjęcie takiego tematu chodziło mi wczoraj w naszej rozmowie

    Richmond to jesteś wyjątkiem, ja odpuszczam żonie bo to jak walka z rwącym prądem, za chwilę jadę 25 km aby sobie kobita mogła pochodzić po sklepach – ja to naturalnie olewam i pochodzę z dzieckiem po parku

    co do 50-100 km
    z doświadczenia wiem jednak, że lepiej jeśli odległość jest mniejsza – przy złej pogodzie z dojazdem robi się wielki kłopot – także problemem są kradzieże, więc solary i wszelkie drogie instalacje znikną szybko

    • Survivalista (admin) pisze:

      Te instalacje znikną szybko, nawet jeśli będą 20 km od miasta, bo to nie kwestia odległości, tylko tego, że jeździ się tam tylko na weekendy. A skoro tak, to wszyscy w okolicy wiedzą, że w ciągu tygodnia dom stoi niepilnowany i można wejść i ukraść wszystko, co tylko da się unieść.

      50-100 km to już odległość, w której ceny nieruchomości spadają a przez to działkę można kupić względnie tanio. No i „w razie czego” mniejsza szansa, że akurat tamtędy przejdzie horda ludności ewakuującej się z miasta.

      • zalezy o jakim konkretnie miescie mowa?

        a co do hord, czy przemarszów wojsk to bardziej zalezy od korytarzy komunikacyjnych niz bliskosci miasta – poza tym gdzie te hordy mialyby sie ewakuowac w PL?

        a skoro jestes swiadomy kradziezy to na jakiej zasadzie proponujesz wiatrak i solary?

        cwiczenie braku wody i pradu z zona? hmm, zle to widze

        • Survivalista (admin) pisze:

          No właśnie problem polega na tym, że nie ma dokąd uciekać z polskich miast, bo wszędzie jest blisko i wszędzie będzie tak samo źle.

          Proponuję wybrać taką działkę, gdzie ryzyko kradzieży będzie mniejsze, blisko innych domów, utrzymywanie dobrych kontaktów z sąsiadami, może monitoring i alarm? Na pewno to ma większy wpływ na bezpieczeństwo pozostawionego tam sprzętu, niż odległość od miasta…

          • dalszemu sąsiadowi wymontowali i ukradli wszystkie kaloryfery z dużego domu jednorodzinnego w kilka godzin po montażu, bezpośrednio widok min. z 2 domów – jeden po drugiej stronie ulicy

            dom na skraju większej wsi pozostawiony bez opieki dzień w dzień = dom obrobiony przez meneli z okolicznych wiosek

          • Survivalista (admin) pisze:

            No właśnie czegoś takiego bym chciał uniknąć…

          • w mojej rodzinie jest taki dom w popularnej turystycznej okolicy, ochrona przed kradzieżą polega na ładowaniu tam wyłącznie wyposażenia i przedmiotów używanych o niskiej wartości dla złodzieja, rzeczy których się łatwo nie da wymontować i wynieść i do tego stałe doglądanie przez umówionego sąsiada –
            ale wiem, że i tak jakikolwiek lepszy sprzęt zniknąłby bardzo szybko – solary i wiatrak max. pierwszej pochmurnej/bezksiężycowej nocy po wyjeździe, złodzieje potrafili ukraść nawet dopiero co posadzone drzewka

            z doświadczeń swoich i sąsiadów ciężko to widzę z tym celem ewakuacji, a kobieta jadąc ze mną chce oczywiście wygód

          • Survivalista (admin) pisze:

            Z tymi wygodami jest najgorzej. Wychodzi na to, że nasze żony mają sporo wspólnego. Jak jej zapowiedziałem przećwiczenie braku prądu w przyszły weekend to stwierdziła, że mi odbiło. 😉

          • może zaproponuj jej kupno biżuterii jako akumulacje kapitału na ciężkie czasy, ciekaw jestem co bym powiedziała

          • Survivalista (admin) pisze:

            Pewnie by się ucieszyła, ale mnie się średnio podoba pomysł przepłacania za to, że srebro ma postać nie sztabki tylko jakichś fikuśnych gadżetów.

            Tak czy siak, muszę kiedyś spróbować. Najbliższa okazja niemal równo za 2 m-ce.

          • to prawda, przepłaca się, chyba że trafisz na wyprzedaże, itp. – jednak biżuteria ma pewną wartość dodaną jako ozdoba, często ma mniejszą wagę niż sztabka czy nawet moneta – wiec mamy mniejszy nominał, w razie SHTF nie zwraca tak mocno uwagi jak operowanie monetami i sztabkami

            bo zobacz, wczuj sie w zlodzieja, łańcuszki i pierścionki z kruszców ma każdy, a jak ktoś ma kilka monet to zastanawiajace – może w domu ma ich jeszcze więcej?

          • artur xxxxxx pisze:

            Solarów raczej nikt Wam nie ukradnie. Trzeba by się nieźle namordować żeby je zdemontować i znieść z dachu. Do tego byłaby to robota na widoku całej wsi.
            Co do kradzieży wyposażenia domu w moim przekonaniu jedynym skutecznym sposobem są dobre zabezpieczenia antywłamaniowe plus alarm z powiadomieniem do dobrej firmy ochroniarskiej.
            Zabezpieczenia powinny być tak skonstruowane, aby alarm z powiadomieniem włączył się zanim złodziej wejdzie do środka. Np. czujki między roletami a szybami, czujki reagujące na dźwięk tłuczonego szkła + szyba klejona min. P3, alarm na klamce drzwi wejściowych.
            Sąsiedzi nie sprawdzają się w razie zagrożenia, policja niestety też.

            Odnośnie żony, to może lepiej zaproponować jakąś wycieczkę w weekend z plecakiem, czy na rowerach zamiast wyłączać prąd i wodę w domu?

          • mowa była o solarach i turbinie – czyli kontekst PV – solary PV są lekkie, dość przenośnie i mniejsze niż grzewcze – minimalna sensowna turbina to tysiąc kilkaset zł

            nie martw się stosowny akrobata się znajdzie

            na wioskach są ludzie bardziej kumaci niż ci się wydaje i w mig mi sprawdzą co to za wiatrak i ile kosztuje,

            jak pisałem w bliskim sąsiedztwie 2 zamieszkanych budynków i na dość dobrym widoku sąsiadowi wynieśli wszystkie nowe grzejniki – lekkie nie były

            najbliższa agencja ochrony 15-20km od wsi, już błyskawiczny przyjazd grupy interwencyjnej

          • aha, a kto przypilnuje tych moich „zabezpieczeń antywłamaniowych”?
            inny sąsiad z 2-giej strony założył rolety antywłamaniowe w domku letniskowym, który miał na posesji przed wybudowaniem się na stałe

            lokalni spece rozpracowali te rolety, przy okazji niszcząc je – w domku niewiele było – główna strata to te rolety,

            to się działo na małym osiedlu teoretycznie na bezpośrednim widoku z okien 3 sąsiadów

            zabezpieczenia i teoretycznie podpisana umowa z ochroną nie ochroniła 2 sklepów na naszym osiedlu na wsi /praktycznie to małe miasteczko/ – gwarantuje, że potencjalny skok musiało widzieć min. kilku świadków

  3. artur xxxxxx pisze:

    Tak swoją drogą widać żeście miastowi 🙂
    Na wsi nie ma potrzeby zakręcania wody i wyłączania prądu w celu ćwiczeń. Następuje to samoistnie, szczególnie zimą i nikt nie wpada w panikę. Zapala się świeczki, latarkę diodową, wyciąga agregat. Norma.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Wiesz, ale jak się z żoną wybiorę na wycieczkę, to poza miłym spędzeniem czasu niczego się nie nauczę. Za to jak przetestuję nasze przygotowania w razie tak prozaicznych sytuacji jak brak wody z wodociągu czy brak prądu, będę wiedział, czego nam brakuje i nad czym muszę jeszcze popracować.

      • artur xxxxxx pisze:

        Nauczysz się już pakując plecaki na taką wyprawę, a nocując na kempingu pod namiotem pokażesz żonie, że można żyć bez mediów i nie jest to horror.
        Wyłączenie prądu w mieszkaniu na 2 dni, to nie jest jakaś tragedia. Czego chcesz się nauczyć w ten sposób? Że potrzebujesz świeczek i zapałek?

        • Survivalista (admin) pisze:

          Światło to nie jedyna rzecz, do której w domu potrzeba prądu. Mnie jest niezbędny np. do gotowania, bo ja mam tylko kuchenkę elektryczną w mieszkaniu (no i mikrofalówkę). A przecież na balkonie sobie ogniska nie rozpalę…

          Nie spodziewam się żadnych innych niedogodności, choć właśnie po to taki test warto przeprowadzić, by się utwierdzić w tym przekonaniu, a nie potem zdziwić, że czegoś niezbędnego nam brakuje.

        • a moja żona na kemping nie pojedzie i tyle, jest za wygodnicka

          wyłączenie prądu czy ciepłej wody na kilka godzin to już katastrofa, awaria na kilka dni to masakra – w mieście też tak jest – nieczęsto ale jednak

          żona to dziecko miasta i cywilizacji i nic tego nie zmieni

  4. aPC pisze:

    > stwierdziła, że mi odbiło

    to moja twierdzi już od dawna 😀 i porównuje mnie do zapaleńców słuchających pewnego radia ojca dyr. :/

    > … mozna zmienic zone, na taka ktora …

    mało prawdopodobne – dość kosztowna operacja i raczej rozwiązanie ostateczne : )

    • Survivalista (admin) pisze:

      Zdecydowanie zbyt kosztowne rozwiązanie.

      Zresztą… ja tam osobiście nie czuję potrzeby, aby moja żona jakoś mi w naszych przygotowaniach pomagała. Sądzę, że jestem w stanie wziąć tę odpowiedzialność na siebie. Oczekuję tylko od niej, że jeśli wyznaczę jej jakieś zadanie do wykonania (dajmy na to, nauczenie się wypieku chleba), to ona to zrobi i będę miał jeden problem z głowy. 🙂

      No i fajnie byłoby, gdyby nie patrzyła na mnie jak na idiotę gdy wkładam do wózka w markecie kolejne puszki konserw. 😉

  5. Mc pisze:

    Moja, jak zobaczyła że robię zapasy, to powiedziała z płaczem że albo mi odbiło, że mam już Alzheimera i demencję i żebym się leczył,
    albo że wiem o czymś strasznym tylko nie chcę jej powiedzieć.
    No to jest powiedziałem, że straszne jest to, iż co kilka dni jest sytuacja, że żadne z nas nie zrobiło zakupów i rano kiedy się spieszymy, nie ma co zjeść na śniadanie, albo wieczorem wpadają goście i mamy tylko światło w lodówce na kolację.

  6. issa pisze:

    Panowie, a jak namówić upartego (póki co jeszcze nie) małżonka? Który puka się w czoło i mówi, że naoglądałam się zbyt wielu filmów, ewentualnie gdzieś tam w środku typowo po męsku ma umyślone,że jako facet w ciągu minuty da radę ewakuować pół domu, garaż i cholera wi co jeszcze…

    • Survivalista (admin) pisze:

      A to akurat bardzo proste. Namów kogoś z jego rodziny lub bardzo bliskiego przyjaciela, by zadzwonił do niego w środku nocy — o godzinie 2. albo 3. i obudził go wrzaskami, że właśnie pędzi w Waszym kierunku fala powodziowa / chmura toksycznych gazów z pobliskiego kolejowego terminala przeładunkowego i że musicie się jak najszybciej ewakuować. Wtedy zobaczy, że w kilka minut to on się nawet dobrze nie zdąży ubrać…

      Jeśli chodzi o gromadzenie zapasów, wystarczy zapomnieć zrobić zakupy w jakieś święto, w które sklepy muszą być zamknięte. Albo zasymulować awarię kuchenki.

      A na poważnie, wystarczy, że Ci nie będzie przeszkadzać.

  7. xyz pisze:

    Moja się krzywo patrzyła jak wstawiałem do łazienki 3 baniaki 5L z wodą, ukryte za pralką (nacopoco). Potem wystarczyło, że na osiedlu w poniedziałek rano wywaliło hydrofornię i do pracy musiała się myć w misce (woda pogrzewana czajnikiem). Od tej pory sama pilnuje tych baniaków a na kolejne wynalazki (typu akumulatory pod biurkiem) to już tylko przytakuje głową. Wniosek: robić swoje po kryjomu a jak przyjdzie co do czego do sama się zorientuje, że było warto. I problemu nie będzie.

  8. Delwin pisze:

    Paradoks – z nas dwojga to moja żona jest bardziej „surviwalowa”. Tak naprawdę o tym decyduje nie płeć ale to kto faktycznie prowadzi gospodarstwo domowe…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner