Jak zadbać o sprawność fizyczną?

„Domowy Karaluch Challenge” świetnie pokazał, że nie ma co przygotowywać się na gorsze czasy bez uwzględnienia swojej sprawności fizycznej. A ponieważ my dwaj (mam na myśli siebie i Artura) jesteśmy prostymi inżynierami i nie znamy się za bardzo na zdrowiu, sporcie i wychowaniu fizycznym, trzeba było zapytać eksperta.

Skontaktowałem się więc z autorem świetnego bloga o wychowaniu fizycznym, którego czytam od paru miesięcy. Trochę na ten temat pogadaliśmy. Zapis tej rozmowy znajdziecie poniżej.

Krzysztof: Cholernie trudno szło mi przygotowanie pytań w momencie, w którym wiem, jakich udzielisz mi odpowiedzi i wiem, że nie spodobają się one ani mnie, ani czytelnikom. Ani nie są to odpowiedzi, jakie chciałbym dostać i opublikować. No ale „ja wiedziałem, że tak będzie”. 😉

Seba: Może nie będzie tak źle.

Na naszym blogu omawiamy przygotowanie na trudniejsze czasy. Staramy się przygotowywać czytelników w sposób uniwersalny, radząc im by robili to, co przyda się w razie wojny, epidemii, długotrwałego wyłączenia prądu albo załamania gospodarczego. Zdrowie i sprawność fizyczna jest kluczowa, nawet nie tylko po to, by uciekać przed hordami zombie.

Ja przed zombie nie uciekam. Przede Creeper-ami – to tak. Ale przed zombie ?

Problem polega na tym, że większość naszych czytelników, podobnie i my, jest przyspawanych do fotela przed komputerem. Jaka aktywność fizyczna byłaby najlepsza pod kątem „zwrotu z inwestycji”? Czy lepiej biegać wieczorami, jeździć na rowerze stacjonarnym, zapisać się na siłownię, czy może robić jakieś zestawy ćwiczeniowe w domu (np. A6W, 100 pompek w 6 tygodni)?

Ojojoj. Przyszli klienci do „sklepu” i chcą kupić „najlepszy produkt”. Półki uginają się od towaru, większość śmiesznie tania, spora część za darmo i „Panie poradź co tu wybrać”… Człowiek stoi z boku, patrzy na to wszystko z dystansu i widzi jak niewielka garstka ludzi wpada do sklepu, bierze co popadnie – ile tam kto da radę udźwignąć. Przecież „sklepu” prędko nie zamkną – skorzystają z rzeczy, które wzięli, wrócą innego dnia i wezmą sobie coś z dalszej alejki…

Najciekawsze jest jednak to, że najbardziej liczna grupa osób stoi, patrzy, przymula, wybrzydza, kombinuje, ględzi, szuka porady, czasem coś „liźnie” albo kupi gazetę i wałkuje ją od deski do deski,  a w końcu wychodzi ze „sklepu” – może jeszcze kiedyś wróci… Czy to nie zabawne ?

Zacznijmy zatem od tego ,że na początek dobrze by było pomyśleć o sprawności fizycznej w jakiś inny sposób. Rozważmy taki przykład: Przeciętny student AWF po pierwszych zajęciach z gimnastyki sportowej już wie, że będzie miał problem z ćwiczeniami na poręczach. Ręce nie wytrzymują. Co robi ? Idzie do akademika, bierze dwa krzesła i robi seriami pompki w podporze tyłem. Aż padnie. Potem coś przekąsi, pokręci się po pokoju – i jeszcze jedną seryjkę na „dorżnięcie”. Jak już kompletnie nie ma siły to przejdzie się po kumplach, zapyta o radę, jak jest ambitny to zajrzy do biblioteki albo na konsultacje. Drugiego dnia pójdzie na salę gimnastyczną po godzinach i poprosi o możliwość wstępu. Poćwiczy trochę „na czuja”. Gdzieś na końcu rozpisze sobie plan i wcieli w życie. W tej kolejności.

Jaki z tego wniosek ? Najpierw określ w czym masz problem i co chcesz osiągnąć. A potem niezwłocznie bierz się do roboty. Zasuwaj tak jak potrafisz i „ile wlezie”, a teorii – douczysz się w międzyczasie. Najpierw działaj – potem będziesz teoretyzował i ględził.

Oczywiście w odniesieniu do naszego problemu – najczęstsze życzenie „klienta” i pierwsze co by chciał – jest ujęte w bardzo ogólnikowej formułce pod postacią: „chcę być sprawny”. Zatem co da „najlepszy zwrot z inwestycji” ? „Co mam robić ?”

No jak to co… W S Z Y S T K O 😀 Masz robić wszystko. Wszystko i dużo. I długo – ze dwa, trzy lata, regularnie i systematycznie – to wtedy będą z Ciebie ludzie 😉 There is no easy way, tere is no shortcut.

Który z zestawów ćwiczeń typu A6W czy „100 pompek w 6 tygodni” warto wypróbować? A może są jakieś inne dobre zestawy ćwiczeń ogólnorozwojowych, które można byłoby sobie przećwiczyć w domu? Zawsze łatwiej zmobilizować się do ćwiczeń w domu, niż do wyjścia na siłownię.

E tam. W domu to tylko brzuch rośnie (tym szybciej im więcej w nim wygód i gadżetów). A ćwiczenia też najczęściej robione są na „pół gwizdka”. W grupie i pod okiem instruktora – dajemy z siebie więcej.

Zanim obgadamy sprawy wspomnianych „zestawów” ustalmy jedną istotną rzecz. Sprawność fizyczna oraz zdrowie – w największej mierze zależą od naszej aktywności i działań w ciągu całej doby. A nie od „jednorazowych odstępstw”. Weźmy takie dwa przykłady: Stanisław i Mieczysław. Jest sobota.

Stanisław wstaje rano, przeciąga się, z przyzwyczajenia robi kilka skłonów i leci pod prysznic. Trochę się ogarnie, ubierze, weźmie portfel, schyli po buty, podniesie jedną nogę, sprawnie założy but, potem drugi, wreszcie z pozycji skłonu zawiąże sznurówki, złapie jabłko z kuchni i wypad z mieszkania. Zbiegnie szybko po schodach, coś mu zaświta w głowie – nie pamięta czy zamknął drzwi – zatem szybko wbiegnie na górę – tak, zamknął – znowu biegiem na dół i żwawym krokiem do dyskontu po zakupy. Po drodze nieco zboczy z trasy. W parku niedaleko urząd miasta postawił trochę sprzętu outdoor fitness. Więc tak po drodze – wskoczy sobie na drążek i z jabłkiem w zębach kilka razy się podciągnie. Do sklepu wpadnie jak burza, napakuje co trzeba, zapłaci, wróci do domu, nastawi wodę w czajniku (na kawę zbożową), włączy laptop i odpali najnowsze UFC lub Bellatora. Zrobi sobie śniadanie, zje, obejrzy walki, potem stand-up Chrisa Rocka, uśmieje się do rozpuku – no i czas na jakieś ćwiczenia. Zmieni ubranie, wyskoczy na świeże powietrze – i jak to zwykle bywa – ze 20 minut ćwiczeń ogólnorozwojowych na rozgrzewkę. Ludzie się głupio patrzą bo i niektóre dziwacznie wyglądają, ale co tam… Na schłodzenie będzie na końcu z 15 minut ćwiczeń gibkościowych. Z samych „obowiązkowych elementów” już się 35 minut uzbierało… A trening właściwy ? To coś pomiędzy rozgrzewką a schłodzeniem ? A to tak z 10 – 12 minut. Trzy lub cztery razy po jednym kilometrze biegu – tylko takim tempem, aż para uszami pójdzie 😀 Oczywiście w trakcie ćwiczeń – jest popijanie „energetyka domowej roboty” (woda z glukozą), a przed intensywnym biegiem – to nawet niewielki kawałek czekolady na poprawę nastroju. Po ćwiczeniach powrót do domu, oczywiście Stanisław szybko wbiega po schodach, pakuje się pod prysznic, wszystko w ekspresowym tempie. Potem lekki posiłek – jakaś kaszka z bananem i giercowanie w Call of Duty na „hardzie”. Następnie czas na obiad – talerz pomidorówy, tak ze trzy schabowe słusznej wielkości, ziemniaczki, sos, surówka… 😀 I pakujemy się w autobus – oczywiście całą drogę na stojąco (choć miejsca siedzące są). Wizyta w empiku, przeglądanie i czytanie fragmentów książek (też na stojąco), trochę muzyki i gierek na konsolach (też na stojąco). Po powrocie do domu zabawa z workiem treningowym. Coś też ochota na hantelki naszła – ot nic specjalnego, tak dla „uspokojenia”. A wieczorem wyjście z laską na dyskotekę.

Mieczysław. Wstaje chłopina rano i włącza komputer. Trzeba by sprawdzić co tam w internecie się dzieje. Godzina klikania. Śniadanie – no takie jakieś leciutkie. Wczoraj w nocy się przysnęło na trzeciej części Rockyego – trzeba siąść i dooglądać wszystkie sześć. W końcu sobota. No właśnie sobota – czas na trening tygodnia. Dobra  – to dokończyć trójkę Rockyego, obejrzeć czwórkę, piątka i tak słaba, a szóstka zostanie na potem. Oglądamy. I na trening. Mieczysław się ubiera. Potem siada w przedpokoju na stołku, rozsznurowuje buty, zakłada, sznuruje – ok. Lecimy pobiegać. Wychodzi z domu, rozpędza się tak do 8-9 km/h i biegnie. Mija półtorej godziny człapania. Mieczysław wypluty wraca do domu. Trening się udał. Idzie powoli. Na schodach też powoli. Spod prysznica nie wychodzi prawie pół godziny. Potem czas stanąć na wagę – yeah – spada, no to teraz można się w końcu napić wody. Zmęczony – ale szczęśliwy. Siadamy do szóstki Rockyego i znowu do internetu. Potem może do lektury ulubionego miesięcznika… Nie ma jak lektura na leżąco… Oj – ale coś w międzyczasie sen morzy. Dobra – lekka popołudniowa drzemka. Trening był dobry – dzień zaliczony.

Wniosek ? Sprawności fizycznej nie da się nabyć poprzez wciśnięcie w plan dnia „od – do” jakiegoś konkretnego „zestawu” czy „treningu”. Tu trzeba po prostu umieć żyć aktywnie. Jak kto nie wierzy – niech sprawdza empirycznie…

I teraz kilka słów o cudzych „zestawach”  i „planach”… To jest patent, który będę musiał chyba kiedyś wypróbować. Wziąć książkę pod tytułem „atlas ćwiczeń” czy „zbiór ćwiczeń”, otworzyć sobie na losowych stronach, coś tam wybrać, ułożyć z tego rozpiskę – i nazwać to „systemem X”. Trzeba dobrze pokombinować bo nazwa musi być szpanerska. Potem tylko zostaje wpakować forsę w marketing, nauczyć się paru sztuczek od bajerantów pracujących w reklamie (może też nieco od tych co działają w sektach) – i gotowe 😀  No a tak już na poważnie – ludzie mnie męczą o tą „szóstkę Weidera” (rozpisana w necie chyba wszędzie gdzie się dało). A ja znam „nieco” więcej ćwiczeń na mięśnie brzucha 😉 To i po co ja mam się czepiać tych sześciu i akurat w tej kolejności jaką Joe Weider rozpisał  ? Ja sobie mogę przebierać np. w sześćdziesięciu ćwiczeniach gdzie mięśnie brzucha są zaangażowane. Jak mi mało to w specjalistycznej literaturze coś jeszcze zawsze wynajdę. To i mam trochę więcej urozmaicenia. Choć oczywiście A6W też polecam przerobić. Czemu by nie…

A i 100 pompek w 6 tygodni też polecam. Jak ktoś już robi 80 – to w sześć tygodni dojdzie do setki – nawet mądrości i planów od innych nie potrzebuje bo sam będzie wiedział jak…

No chyba, że ktoś tych osiemdziesięciu nie robi i jest głupi. To niech spróbuje „planu” – zobaczy, że to tylko pic i przykrywka dla sprzedaży (najpewniej koksu). Raz mu się nie uda. Za drugim razem „wspomoże przemysł farmaceutyczny” (kupi koks) i też mu się nie uda. Wreszcie zmądrzeje…

Weźmy sobie takiego przeciętnego czytacza internetu, którego największym wysiłkiem fizycznym jest pchanie wózka w markecie i noszenie zakupów z samochodu do windy. Pisałeś na blogu, że warto, by pracę nad sobą zaczął od rachunku sumienia i wizyty u lekarza. Ale po co ten lekarz?

Tak sobie myślę, że gdybym napisał na blogu, iż trzeba często myć jajka to by pewnie ludzie nadal pytali po co… Z kulturą zdrowotną niestety jest u Polaków słabo. Faceci potrafią latać po kredyt na nowy telewizor podczas gdy ich dzieciom potrzeba ortodonty… Kobiety potrafią pójść do chirurga plastycznego, aby im silikony zrobił, lekarz mówi: „a proszę zrobić AAAAA” a tu próchnica… 😀  Dorośli ludzie, którzy mają wady postawy biorą się za maratony (bo to modne), kupują pulsometry z GPS po dwa tysiaki czy buty po pięć stów… a nie pójdą do specjalisty (bo im się samoocena pogorszy).

Przed podejmowaniem wysiłku fizycznego, szczególnie po dłuższej przerwie lekarza warto odwiedzić. Na wszelki wypadek. I dla własnej korzyści. Ale jak ktoś nie chce – jego sprawa i jego ryzyko. Nie chce mi się pisać elaboratów na ten temat.

Mówi się, że „sport to zdrowie”, ale raczej odnosząc to do rekreacyjnego jego uprawniania. Czyli właśnie człapania przez godzinkę po pracy, albo jazdy na rowerze dwa razy w tygodniu. Ale im intensywniejsze uprawianie sportu, tym większe ryzyko np. kontuzji. Jak ich unikać? Co z zużywaniem się stawów?

Sport już od dłuższego czasu nie ma wiele wspólnego ze zdrowiem. Ale tutaj warto wyjaśnić sobie trzy pojęcia, a więc sport, wychowanie fizyczne i rekreacja. Tak na chłopski rozum, wychowanie fizyczne utożsamiamy z kształtowaniem ogólnej sprawności, nabywaniem umiejętności w danych dyscyplinach czy wreszcie kształtowaniem cech psychicznych (bardzo ważny element) i poszerzaniem wiedzy.

Sport – to już jest pewna nisza. Mamy selekcję i kwalifikujemy tylko wybranych. Mamy znaczny odsiew na kolejnych etapach. Jest wstawanie o 4 rano, treningi przed i po zajęciach szkolnych, 7-8 letni (bardzo wymagający) wysiłek fizyczny i psychiczny. Wiele trudności po drodze. Kupa wyrzeczeń. A potem – dla garstki osób poziom mistrzowski oraz kariera zawodnicza.

Natomiast rekreacja (uskuteczniana masowo) – to po prostu umiarkowanie aktywne i przyjemne spędzanie wolnego czasu. I powiedzmy sobie jasno – wielkiego uzysku dla sprawności z tego nie ma. Jest natomiast problem nierealnych (zawyżonych) oczekiwań, a także pomieszania pojęć. Ludzie bawią się w rekreację – natomiast myślą, że „uprawiają sport”. Osiągają umiarkowane korzyści dla podtrzymania zdrowia – oczekują jednak nie wiadomo jakich cudów, a często wręcz je sobie wmawiają. Ponadto – bardziej interesuje ich „teoria” zatem obgadają z Tobą setkę mało istotnych spraw, które przewiną się w mediach i literaturze popularnej, natomiast wysiłek – to w realnej ocenie – tylko tak „na odwał”. Trudno więc mówić na tym poziomie o sprawach kontuzji, bo jeśli są to wynikają jedynie z ludzkiej głupoty i nie zdarzają się gdy człowiek zetknął się z dobrym instruktorem. Nie ma co pisać elaboratów. Jeśli chcesz mieć zdrowe stawy – po prostu ich nie przeciążaj, nie miej nadwagi i tyle. No i nie wpadnij na pomysł przeciążania ich w celu pozbywania się nadwagi.

Dlaczego w Polsce tak wiele osób teraz biega? Czy bieganie z punktu widzenia ogólnej sprawności jest cokolwiek warte? Może poprawia kondycję, albo coś w ten deseń? A może po prostu jest łatwe i dlatego cieszy się popularnością?

Można dopatrzeć się w tym trochę winy u środowiska związanego z wychowaniem fizycznym i sportem. Ruch jest naturalną potrzebą każdego człowieka, my zaś ogarniamy zazwyczaj tylko ludzi młodych. Pracę z osobami powyżej 21 roku życia i nie związanymi z „branżą” – po prostu odpuszczono. I w tę lukę wskoczyli hochsztaplerzy z joggingiem jako swoistym „produktem” dopasowanym dla potrzeb „masowego klienta”. To co obserwujemy jest bliżej biznesu na ludzkich kompleksach i naiwności niż rzetelnego i profesjonalnego podejścia. Problem jest też w tym, iż podejście profesjonalne nie wiąże się z żadną marketingową cukierkowatością, „głaskaniem po główce”, rozdawaniem medali za cokolwiek, słodkimi słówkami, tworzeniem towarzystw wzajemnej adoracji itd. – więc słabiej się nie przebija.

Jeśli chcemy pogadać o bieganiu (ale nie takim rzetelnym w klubach LA – tylko owej lipnej masówce) w kontekście sprawności ogólnej – to weźmy np. najnowszą strukturę motoryczności prof. Joachima Raczka (J. Raczek, Antropomotoryka, Warszawa 2010, s. 26.) gdzie mamy takie oto składowe:

  • kondycyjne/energetyczne (wytrzymałość, siła)
  • koordynacyjne/informacyjne (sprzężenie, różnicowanie, równowaga, orientacja, rytmizacja, szybkość reakcji, dostosowanie)
  • kompleksowe/hybrydowe (zdolności zwinnościowe, szybkościowe i wtórne)
  • gibkość.

No i tak po chłopsku rozumując – cóż z tej listy poprawi nam przemieszczanie się w średnim tempie 9km/h… (bo to w końcu większość tzw „biegaczy” uskutecznia bez większych urozmaiceń) Siłę ? Gibkość ? Szybkość ? Zwinność ? Koordynację ? Szybkość reakcji ? No błagam 😉 Jedynie wytrzymałość.

To ja bym polecał zająć się inną dyscypliną (pod dobrą opieką) – przecież biegania i tam na pewno nie zabraknie. Z tą różnicą, że będzie ono jednym z elementów pracy nad wszechstronnym rozwojem.

Temat rzeka…

Zwróciłem uwagę, że na blogu trochę nabijasz się z ludzi koncentrujących się na planach treningowych. Mnie to zupełnie nie dziwi, bo jeśli nie plan treningowy z książki, to co? Kto ma tym biednym ludziom powiedzieć, na którym przyrządzie na siłowni mają ćwiczyć i w jaki sposób? Jak znam życie, szkoda im paru lat na testowanie na samych sobie, co się w ich przypadku sprawdzi, więc wolą zaczynać od jakiejś konkretnej podpowiedzi.

Aż mi się przypomniał wywiad jakiego udzielił kiedyś ś.p. Włodzimierz Smolarek. Mówił on o różnicach w pracy trenerskiej na przykładzie Polski i Holandii. W Holandii – coach wpada na boisko, daje zawodnikom instrukcje, konkretna lista zadań dla każdego indywidualnie, (w uproszczeniu: tyle a tyle pompek, tyle brzuszków, tyle skrętoskłonów, tyle przebieżek… itd.) – i idzie do swojego biura zająć się inną robotą. Zawodnicy wykonują wszystko bardzo skrupulatnie i z maksymalnym zaangażowaniem. Jak już skończą – to trener też właśnie ogarnął papierkową robotę – i można pracować dalej. Natomiast w Polsce – do niedawna była taka „kultura pracy”, że jeśli trener oddalił  się choć na moment – zaraz było „leżenie truskawką do góry”.

I teraz powinien polecieć z mojej strony stos przykładów na temat tego jak ćwiczy „przeciętny Kowalski po dłuższej przerwie” dostając do ręki PLAN. Ale dajmy spokój – wniosek jest taki, że źle to wygląda.

Plany można sobie pisać do woli. Za komuny to w ogóle byliśmy mistrzami w planowaniu – tylko „wykon” niedomagał…

Plan treningowy można dać dla kogoś, kogo się prowadzi już pewien czas. Ale zanim to nastąpi – trzeba dopilnować aby podopieczny nauczył się prawidłowej techniki danych ćwiczeń. Zdobył trochę wiedzy teoretycznej. I co najważniejsze – wyrobił staranność, samodyscyplinę, samozaparcie itd.

Przeciętny Kowalski – planu albo nie zrozumie, albo zrozumie nie tak jak trzeba, gdzieś się pogubi, będzie ćwiczył byle jak… Więc u siebie nie tyle się naśmiewam – co uświadamiam ludziom jakie błędy popełniają.

Zatem ja bym proponował podejść do kwestii sprawności fizycznej tak jak zakochani podchodzą do seksu. Spontanicznie, z radością i zapałem. Nie żałują sobie wysiłku. Próbują każdej pozycji. Czasami różnych „gadżetów”. I nie mają przecież na to żadnego „planu”… A ponadto – okazują sobie miłość i dbają o siebie przez całą dobę…

Nie rozmawiamy przecież tutaj o sprawach profesjonalnego treningu sportowego – tyko usprawnienia grupy dorosłych ludzi, które i tak musi potrwać. Wiek ok 25 lat: 1-2 lata, 35 lat: 2-3 lata. 45 lat: 3-4 lata. 55 lat (a już szczególnie 60) – to już w większości przypadków umiarkowane ćwiczenia dla podtrzymywania zdrowia.

W mojej opinii – najlepiej jest znaleźć sobie fajny klub. Nie szukać wiedzy po internecie, nie kombinować samemu – tylko znaleźć klub. Dyscyplina – wedle woli i własnych ambicji. Zapisać się na zajęcia w zbliżonej grupie wiekowej. I nie żałować paru groszy dla trenera – w końcu i tak za kilka/kilkanaście lat – oszczędzi nam to pieniędzy na lekarzy.

Korzyści będą na pewno.

W którym momencie warto zacząć zwracać uwagę na dietę?

No ja tak myślę, że jeżeli kogoś dotyka problem z pogranicza gastrologii – nazywany przez Meksykanów „zemstą Montezumy”… Jeżeli czyjaś dziewucha śpi od zewnętrznej strony łóżka a do tego z awaryjną butlą tlenową w zasięgu ręki… Jeżeli dzieci na warsztatach szkolnych wykonały tabliczki informacyjne z tekstem „ewakuacja tędy” i podświetlany napis: „stary zrzuca napalm”… Jeżeli u drzwi stają radzieckie wojska chemiczne z propozycją zatrudnienia – bo waszmość napierdala lepiej niż Saddam gazem musztardowym… No to moim jakże skromnym i nieliczącym się zdaniem – wtedy jest powód aby zwracać uwagę na dietę…

Co ? Spodziewałeś się elaboratu ? 😉

Jedzcie sobie ludzie do syta. Tylko może pooglądajcie trochę programów od Pani Kasi (1, 2).

Jak macie nadwagę – to przede wszystkim zaakceptujcie siebie. Jeśli chcecie zrzucić kilogramy – to przecież nie ma pośpiechu. Weźcie się za umiarkowane ćwiczenia – sprawność stopniowo wzrośnie, kilogramy z czasem się spalą. A jeśli nie – no to też żaden problem. Nie każdy musi być sprawny – Winston Churchill dożył 91 lat, a spytany o jego „sekret” powiedział: „NO SPORT”… A co wyjarał i wypił – to jego 😀

Różne są podejścia do życia. Różne są ludzkie ambicje. Ważne jest aby je racjonalnie realizować i oczekiwać realnych efektów.

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

37 komentarzy

  1. ls pisze:

    To jeszcze w jakimś przypisie nazwę bloga Seby poproszę 😉

  2. Aqua pisze:

    Dużo racji, ale zanim nawyki „ruchowe” staną się rutyną, plan jest dobry, żeby wzmocnić dyscyplinę. Stąd strony typu 100 pompek etc. są bardzo dobre na początek, bo są planem ćwiczeniowym, zrozumiałym dla każdego. Jedyne zadanie dla ćwiczącego to znaleźć co drugi dzień czas na ćwiczenie.

  3. Przechadzka pisze:

    Wypowiedzi kolesia są wyśmienite. Szkoda, że nie podałeś adresu jego bloga, bo po tym wywiadzie chętnie bym poczytał.

  4. bajcik pisze:

    Facet lubi sobie pogadać, aż ciężko wyłowić wnioski z tego wodolejstwa.
    Brakło podsumowania.

  5. Najtajniejszy Współpracownik pisze:

    Przesłanie faceta jest bardzo proste: uprawiaj sport cały czas. Niech każdy twój ruch będzie sportem. Każdy spacer ze śmieciami, każde wbiegnięcie po schodach itd. Pozornie mądre, ale utopijne. Równie dobrze mógłbym powiedzieć: czytaj książki non stop, myśl o kosmosie, dziejach, ludzkości, miejscu człowieka w społeczeństwie, dyskutuj zawsze, bo jak na chwilę przestaniesz – tak naprawdę będziesz zwykłym debilem. Albo:roochaj się non stop, niech każde twoje spojrzenie, krok będzie seksualny – inaczej będziesz kiepskim kochankiem, któremu tylko WYDAJE SIĘ, że sobie radzi. Jeździj samochodem non stop. Niech każdy ruch, każdy zakręt będzie wyzwaniem i prawdziwą sztuką. Inaczej zawsze będziesz tylko niedzielnym kierowcom itp itd. Rozsądek podpowiada: lepiej robić cokolwiek niż nie robić nic. Lepiej czytać pół godziny dziennie, uprawiać seks pół godziny dziennie, jeździć samochodem pół godziny dziennie, biegać pół godziny dziennie. I tyle w tym temacie. Nie dajmy się zwariować. Zgadzam się jednak w 100%, że prawdziwą formę buduje się długo.

    • Najtajniejszy Współpracownik pisze:

      Tam na górze powinno być „kierowcą” a nie „kierowcom”. O 15 minut za krótko studiowałem dziś słownik ortograficzny:(

  6. Kriss pisze:

    Jak ktos pracuje jako budowlaniec, listonosz, gornik itp , to same jego obowiazki wystarcza za wyczynowy trening.Przywiazani do biurek czesto wykazuja faktyczny brak kondycji, wytrzymalosci , sily nawet przy codziennych aktywnosciach ; jakis dluzszy spacer, forsowny bieg , czy wnoszenie ciezkich przedmiotow moze juz ich dobic :-).Jesli nie dodamy do tej stagnacji jakiegokolwiek wysilku fizycznego, na tyle istotnego , by wzmacniac calosciowo cialo, to po prostu przy wyjatkowym zdarzeniu nie podolamy trudom.Ale to sa prawdy dosyc oczywiste.Cherlaki zawsze maja trudniej 🙂

    • tommies pisze:

      Zupełnie mnie nie dziwią powyższe przypadki. Sam tak mam 🙂 Człowiek ma kilkaset mięśni i nie sposób wszystkich wytrenować. Przy konkretnych pracach ćwiczą się różne partie mięśni. Poza tym ważna jest technika przykładowego kopania łopatą czy używania wideł – po pewnym czasie nabiera się wprawy do odpowiedniego balansowania ciałem i tworzenia dźwigni aby robić to jak najmniej wysiłkowo a bardziej technicznie. Dodatkowo pomagają odpowiednio dobrane narzędzia – zobaczcie jakie „pokrzywione” trzonki mają nowoczesne ergonomiczne grabie czy szpadel np. Fiskarsa.

      Najtajniejszy Współpracowniku – pomyśl jak byś się czuł gdybyś nie był fizycznie w dobrej formie. A tak organizm dał radę. Po kilku maksimum kilkunastu organizm by się zregenerował i dostosował. Ktoś bez formy po prostu po pierwszym dniu został by w łóżku i żadna siła by go nie ruszyła 🙂

  7. Negaido pisze:

    Na wstępie chciałbym pochwalić autora wpisu, że po Karaluch Chalange i krytyce komentatorów podjął się tematu budowania kondycji.

    Generalnie widać, że ten Seba lubi sobie pogadać;) Niemniej raczej się z nim zgadzam. Sam niedawno zacząłem się zastanawiać czy zamiast iść na najbliższy przystanek, gdy wybieram się do pracy, to nie lepiej przejść na przełaj przez park ten kilometr i dopiero wtedy wsiąść w tramwaj. Będę musiał wyjść 15 minut wcześniej, ale zawsze coś organizm zyska w moim mniemaniu. Pracę mam siedzącą przed kompem, ale co jakiś czas staram się wstać, zrobić parę przysiadów, pompek czy kilka ćwiczeń rozgrzewających. Współpracownicy się przyzwyczaili;) Oprócz tego mam trening dwa razy w tygodniu i uważam, że to i tak za mało, żeby zbudować dobrą kondycję. Jednak jak się chce to można coś wymyślić, aby się ruszać, tylko ważna jest determinacja, bo czasami naprawdę się nie chce. Pamiętajmy jednak, że przygotowując się na sytuację kryzysową nie ma co rozróżniać czy to jest survival domowy czy outdorowy czy jakiś inny, trzeba po prostu zadbać o jak największą sprawność naszego ciała tak samo jak chcemy, aby nasz sprzęt był sprawny. Z tym, że zawsze łatwiej nakupować zapasy i nowy ekwipunek niż przygotować nasze ciało i utrzymać je w formie. Po prostu jesteśmy leniami;)

  8. tommies pisze:

    Przede wszystkim witam bo to mój pierwszy wpis na domowym-survivalu.

    „Jak ktos pracuje jako budowlaniec, listonosz, gornik itp” – to przede wszystkim ma odpowiednie zwyrodnienia typowe dla wykonywanego zawodu 🙂
    Wpis porusza wiele spraw i jest niezłym zaczątkiem do dyskusji.
    „Przed podejmowaniem wysiłku fizycznego, szczególnie po dłuższej przerwie lekarza warto odwiedzić. Na wszelki wypadek. I dla własnej korzyści.”
    Przyznam szczerze, że jakoś o tym nie pomyślałem i odżałuję te parę PLN.

    Kompletnie natomiast nie zgadzam się ze stwierdzeniem ” Natomiast rekreacja (uskuteczniana masowo) – to po prostu umiarkowanie aktywne i przyjemne spędzanie wolnego czasu. I powiedzmy sobie jasno – wielkiego uzysku dla sprawności z tego nie ma…” Taki stosunek wynika zapewne z zawodowego zajmowania się sportem lub pasją.
    Moim zdaniem rekreacja to najważniejszy element. To ona tworzy wzorce dobrych zachowań i daje podbudowę. To ona tworzy fundament pod ewentualne dalsze rozwijanie sprawności fizycznej.

    Posiadanie trenera jest z całą pewnością dobre, ale powiedzmy sobie szczerze ile osób ma czas na regularne i długie ćwiczenia. Jeśli jest się singlem to oczywiści czas się znajdzie ale jak pojawiają się żona, dzieci i milion spraw o których istnieniu wcześniej się nie myślało to umarł w butach.

    Dlatego ta rekreacja jest tak ważna. Wokół niej można także rozbudowywać cały system budowania sprawności fizycznej i pewnych zmian dotychczasowego sposobu życia.

    Od pewnego czasu staram się w związku z tym zmienić pewne nawyki i swoje i rodziny.
    – rzucenie papierochów (poszło lżej niż myślałem ale dopiero za 3 razem)
    – ograniczenie czasu pracy zawodowej nawet ze stratami finansowymi i poświęcenie go wspólnej rodzinnej aktywności
    – ograniczenie ilości czasu spędzonego w internecie
    – chodzenie po schodach zamiast jazdy windą niezależnie od ilości pięter
    – rezygnacja ze skutera i samochodu tam gdzie mogę jechać rowerem (na miejskim rowerze i w garniturku też się da)
    – rowerowa wycieczka do lasu zamiast samochodowej do Centrum Handlowego
    – ognisko i grill zamiast MacDonalda
    – wyjazd pod namiot zamiast wczasów All Inclusive
    – inwestycja w odnowienie sprzętu turystycznego zamiast nowego srajPhona czy innego Szajsunga Galaxy
    – na działce robótki ręczne piłą, kosą, łopata itp zamiast spalinówki, kosiarki i Ursusa sąsiada
    – szereg podobnych zmian

    Jedne zmiany przyszły lekko, inne cały czas są z mozołem wprowadzane. Najtrudniejsza jest konsekwencja w realizacji.
    Niejako rykoszetem od stron internetowych poświęconych turystyce i przypominania dawnych harcerskich dziejów trafiłem i na tą o domowym survivalu 🙂
    Na całokształcie odczuwam znaczna poprawę szeroko rozumianej kondycji i nie do przecenienia jest fakt polepszenia więzi rodzinnych. Nie sądziłem tez, że na przykład spanie pod namiotem da tak wielką frajdę dzieciakowi.

    Ale się rozpisałem…

    • Pozyskiwacz pisze:

      “Jak ktos pracuje jako budowlaniec, listonosz, gornik itp” – to przede wszystkim ma odpowiednie zwyrodnienia typowe dla wykonywanego zawodu 🙂

      Może i tak, ale opowiem wam ciekawą historię.
      Parę lat temu do kolegi prowadzącego gospodarstwo agroturystyczne przyjechały dwie pary na wypoczynek. Faceci jak szafy, widać ze często siłownie odwiedzają, jak sami mówili również basen, rower itp. Regularnie od lat. Akurat kolega był w pracy, a jego żona z 19 letnią córką zwoziły siano. Goście zachowali się jak dżentelmeni-rzucili się pomagać.Powydawali siano do wieczora, a na drugi dzień nie byli w stanie podnieść się z łóżka.Żony im masaże robiły, okłady z kwaśnego mleka, aspiryna, coś przeciwbólowego itp.Kilka dni ich trzymało. Dziewczyny (już z pomocą kolegi) następne kilka dni nadal zwoziły siano,wydawały na strych itp. Oczywiście oprócz normalnych zajęć:gotowania,sprzątania, karmienia zwierząt itp.
      Jak widać ciężka codzienna praca, to nie tylko zwyrodnienia, ale również pozwala wyrobić i utrzymać kondycję, niejako mimochodem. Nie lekceważył bym tego.

      • Najtajniejszy Współpracownik pisze:

        Buhehehe – dokładnie. Jesienią zeszłego roku byłem w mega formie. Po roku siłowni, wyczynowego roweru, zdrowego odżywiania. Generalnie byłem gotów na wszystko. No i raz pomagałem ojcu na budowie. Dwa dni ładowania i wożenia ziemi taczkami. Codziennie praca po 10 godzin. Już po około dwóch myślałem, że zejdę:D Dałem radę, ale LEDWO. Wieczorem tona magnezu i witaminy C.
        Ciekawe jak pan trener wiecznie sprężysty i ćwiczący non stop wytrzymałby przy takiej robocie;)

  9. panika2008 pisze:

    Ale po co utrzymywać formę? Znaczy rozumiem że jakieś tam minimum żeby mieć siłę dojść do lodówki z piwem, ale po co coś ponad to, jakieś treningi, siłownie itd? Jakoś nie widzę w bezpośredniej przyszłości konieczności polowania na mamuty ani walki wręcz ze Scytami, soł….

    PS. Każdy ciężki trening jest niekorzystny dla zdrowia. Bieganie szczególnie. Również każdy sport uprawiany powyżej poziomu ściśle amatorskiego. Pogadajcie z moim teściem – sportowcem z młodych lat – na temat stanu jego stawów.

  10. TomaszT pisze:

    Wreszcie ktoś publicznie napisał prawdę o bieganiu. Zgadzam się w 100% – główną przyczyną promowania biegania jest jego wysoki potencjał komercyjny – od butów, które musisz mieć, bo inaczej zostaniesz niechybnie kaleką, po oddychające koszulki, gacie czy specjalne skarpety za 200 pln. Nawet jeśli chcesz biegać boso, to według ‚specjalistów’ powinienieś sobie kupić specjalne buty za kilka stówek – absurd. Nie wspominam o biegach ulicznych, które kosztują więcej niż przejechanie danego dystansu taksówką z najdroższą taryfą.
    Natomiast nie zgadzam się z twierdzeniem, że żywienie jest sprawą drugorzędną w stosunku do ruchu. jestem przykładem, że wystarczy zastąpić produkty mączne, oraz słodycze, owocami i warzywami; przestać jeśc wyroby jedzenio-podobne serwowane nam przez przemysł spożywczy, żeby móc obserwować sukcesywny spadek wagi i przypływ energii. I nagle nie trzeba się zmuszać do ruchu! Organizm sam zaczyna domagać się wysiłku. Jestem tego przykladem – ćwiczę godzinę tygodniowo
    (2x30min- których nie mogę się doczekać), sporo chodzę i sześciopak bez wysiłku zaczyna się rysować…

    • Najtajniejszy Współpracownik pisze:

      Godzinę tygodniowo? Pan trener już Cię ochrzcił kaleką:D Godzinę w tygodniu należy nie ćwiczyć (nie licząc czasu snu, choć nawet wtedy tak ze 70 pompek co dwie godziny by się przydało;)). Oczywiście żartuję i w dużej mierze się zgadzam.

    • BtS pisze:

      => TomaszT => napisz proszę – jakie produkty odstawiłeś i czym zastąpiłeś

      =============================================================

      A co do Seby – no cóż..
      ma dosyć ciekawe tezy z którymi nie musimy się zgadzać..
      ja natomiast odniosę się tylko do kilku słów które były poruszone przy okazji Akcji Ucieczkowej zakończonej katastrofą ( w zestawieniu z poglądami Seby)..

      Seba pyta się ironizując PO CO ktoś człapie w tempie 9km/h nawet te 2 czy 3 godziny skoro niewiele z tego ma..

      Otóż drodzy czytelnicy – gdyby wszyscy biorący udział w karaluchczelendż mogli przeczłapać te 3 godz w tempie 9km/h to pokonali by więcej niż im się udało przejść przez cały dzień.

      Dalej Seba śmieje się z tych którzy biorą udział w maratonach i przebiegają 42km w wolnym tempie i się z tego cieszą..

      Otóż 42km to więcej niż domowy-survivalista jest w stanie pokonać idąc – więc spójrzcie ile zyskujecie w przypadku faktycznego zagrożenia i musowej ewakuacji..

      Po co ktoś ma skupiać się w biegach na 1km.. my nie mamy być sportowcami – mamy robić wszystko co możemy żeby przetrwać a nie gonić się z kolegami na 400m!

      • Survivalista (admin) pisze:

        I jak wg Ciebie przekłada się 42 km w maratonie na kilometry z plecakiem?

        • BtS pisze:

          a przyjemnością Ci odpowiem – tylko najpierw sobie zadaj pytanie co miałeś w tym plecaku?
          rzeczy potrzebne do przeżycia przez 3 dni podczas których miałeś dostać się do „safehouse”

          tymczasem niektórzy potrzebowaliby jakieś 4 batony, 4ry butelki wody i w jednym ciągu by zrobili ten sam dystans..

          tak ma się maraton do chodzenia z plecakiem..

          mógłbyś się ewakuować bez plecaka..

          • Survivalista (admin) pisze:

            Mógłbym albo nie mógłbym. Mógłbym mieć dziecko i żonę w ciąży na głowie, wtedy nie mógłbym biec. Mógłbym nie mieć możliwości uciekać do celu ewakuacji przygotowanego zawczasu z zapasami i mógłbym być zmuszony jednak zabrać plecak i iść w inne miejsce. Mógłbym być zmuszony do pokonania większego dystansu, np. 120 km.

            I tylko jeszcze jedna uwaga, ja nie brałem uwagi w challenge’u. Nas tu dwóch jest…

          • KDJ pisze:

            zgadzam się z Tobąkolegą umiejętność przebiegnięcia maratonu w jednym ciągu przekłada się (co prawda nie w 100%) na zdolność do forsownych marszy z obciążeniem

  11. Najtajniejszy Współpracownik pisze:

    A ja wciąż (ale nudziarz) drążę temat. Ciekaw jestem ile Seba czyta książek tygodniowo. Moim zdaniem jeśli mniej niż 3, to powinien zastanowić się nad swoim poziomem intelektualnym. Aha – zaznaczam, że nie chodzi o 30 stronnicowe broszurki o mięśniach poprzecznych brzucha opracowanych przez prof. Mariana Brzęczka z katedry fikołków na wydziale podskoków:D

  12. Julek pisze:

    Zapomnij o rowerze stacjonarnym bo zaraz się znudzi i będziesz na nim suszył gacie. Człowiek nie robot i od bezcelowego kręcenia w miejscu psycha mu wysiada. Kup prawdziwy rower i ewentualnie dobrej jakości trenażer. Jeśli się obawiasz, że jazda rowerem jest ciężka, odpuść górale i kup crossa. Do ewakuacji się nadaje, toczy się lekko i w razie czego można nim ostro pozasuwać.

  13. gajger pisze:

    To ja po namyśle wybieram jednak plan treningowy Churchilla…

  14. Kriss pisze:

    Hehe – to wszystko i tak lepsze , niz w tym programnie na NG , gdzie facet śrubuje czas dojazdu vanem ” na miejsce ” w ciagu 40 minut i pobija rekord , cos kolo 35 minut ( na prostej drodze, bez korkow, sam na autostradzie etc ).A na koncu postrzelil sie w kciuka , 😛

    • Boungler pisze:

      Wiem że trochę nie na temat ale większość z Was zakłada że wsiądzie w samochód i jakimś cudem przez łąki przez pola dojedzie do miejscówki. Zwróćcie uwagę na film opisujące zniszczenia w Fokuszimie. Byle powódź i zostaje tyle śmieci i powalonych drzew że transport 4 kołowy zdaje się na nic (nawet przez łąki i pola). Opcja ucieczki samochodem, quadem, offroadem – to mega komfort!

      Co do ćwiczeń o których mowa, polecam swój tryb:
      1. Niczego nie ćwiczę na siłę. Mam znajomego trenera który powiedział mi: biegaj sobie co jakiś czas i staraj się (nie na siłę) stopniowo powiększać dystans. Jeżeli serducho mówi dosyć – to dosyć. Będziesz miał dobry dzień pobiegniesz dalej, gorszy – wrócisz na piechotę.
      2. Uczestnicz w miarę możliwości we wszystkich możliwych pracach fizycznych koło domu. Ciupiesz drewno? Zapytaj sąsiada czy jak skończysz to mu nie pomóc? Wszystko co wywali was z domu jest lepsze od siedzenia przed komputerem.
      3. Rower!!!!!!!!!
      4. Rolki!!!!!!!!!
      5. Ostatnio co mnie zafascynowało to praca na linach – kupcie sobie jakiś niedrogi zestaw i ponapinajcie tyłki starając się wyjść i zsunąć z niedużej wysokości. Praca na linach jest nieprawdopodobnie potrzebna każdemu z survivalistów i rewelacyjnie wpływa na kondycję fizyczną – zwłaszcza na weryfikację wytrzymałości w pewnych momentach. Nie będę tutaj sypał linkami do PB, ale pewnych węzłów nauczyć się trzeba panowie i panie.
      6. Basen!
      7. Sex, taki prawdziwy seks a nie 5 minut i „dobra byle szybko”.

      Jakieś chodzenie na siłownię i pompki jak dla mnie to para w gwizdek. Uważam również że to czyste marnotrawstwo energii, lepiej już komus pomóc wnieść meble do domu niż jeszcze płacić za dostęp do przyrządów na siłce. Chyba taka już natura ludzi przygotowanych na przetrwanie że powinni nauczyć się organizować sobie wszystko a nie …na gotowe.

      Pozdrawiam serdecznie autorów bloga, ostatnio rzadko zaglądam ale obiecuję że się poprawię.

      Boungler.

  15. Andrew pisze:

    Nie ma dwóch zdań, iż lepiej być sprawnym i młodym, niż starym i zdziadziałym. Z różnych względów. Kiedyś namiętnie się interesowałem granicami ludzkiej wytrzymałości i możliwościami ludzkiego organizmu nie w sterylnych warunkach laboratoryjnych, gdzie psychika nie jest obciążona prawdziwym strachem przed śmiercią i autentycznie zagrożona brakiem nadziei, ale w warunkach katastrof i innych przypadłości, gdzie głównym czynnikiem decydującym o przetrwaniu okazuje się mózg. Można w nieskończoność przytaczać przykłady, gdy cieniasy przeżywały w okolicznościach, w których żaden heros by nie przetrwał i równie wiele, gdy wysportowani młodzi ludzie umierali w warunkach, w których nie powinni się poddać. Nawet hipotermia inaczej działa, gdy psychika daje radę, a inaczej, gdy odwaga siada. Pouczające są zwłaszcza analizy różnych przypadków na morzach i oceanach, gdyż tam, w przeciwieństwie choćby do alpinizmu, w zagrożeniu równie często znajdują się zarówno ludzie kompletnie na to nieprzygotowani, jak i ci, którzy teoretycznie, z racji treningu czy zawodu, powinni być gotowi do walki o życie. I wyniki są często zaskakujące. Co innego survival planowany, gdy świadomie rzucamy się w trudne warunki, a co innego, gdy zagrożenie dopada nas podstępnie, w najmniej oczekiwanej chwili. Oczywiście nie neguję korzyści z dobrej kondycji fizycznej. Nikt rozsądny się o taką tezę nie pokusi. Zastanawia mnie tylko, dlaczego tak mało mówi się dużo ważniejszej stronie medalu, o psychice. Może dlatego, że nie ma całego przemysłu żerującego na kulcie zdrowej psychiki, podobnego do tego, który zajmuje się kultem ciała, zdrowia i młodości?

    • Kriss pisze:

      Dlatego nie tylko w sytuacjach super nadzwyczajnych, ale po prostu w codziennym zyciu okazuje sie , ze najwieksza odwaga ( np kiedy trzeba zareagowac na jakas niegodziwosc na ulicy ) , hartem ducha, wytrzymaloscia, kreatywnoscia i madroscia wykazuja sie osobnicy z pozoru wyjatkowo przecietni, niepozorni, i niby tacy byle jacy , po ktorych bysmy sie nie spodziewali zadnych wyjatkowych dzialan :-).A rozni herosi , dusze towarzystwa, przebojowi pakerzy i inne madralińskie, cwane i wygadane robia w portki, zalamuja rece i traca sily.Nigdy nie spotkaliscie sie z sytuacja, kiedy jakis typek zaczepia dziewczyne np w autobusie, a zaden z obecnych roslych ” mezczyzn” nie reaguje …? Czesto pozorna krzepa i grozna mina, skrywaja w srodku przestraszonego chlopczyka o zwiędłej psychice 😛 , a maly cherlak okazuje sie faktycznym twardzielem.

  16. srajfon pisze:

    Pozwolę sobie rzucić 3 gr o bieganiu.
    Nie wiem dlaczego Seba nabija się z amatorskiego biegania. Bieganie długodystansowe na poziomie amatorskim jest imho najlepszą formą aktywności fizycznej pod kątem ewentualnej katastrofy naturalnej/ataku zombie itd. No, może triathloniści mają przewagę 🙂

    Przede wszystkim w treningu biegowym samo bieganie jest tylko jednym ze środków treningowych. Co prawda tym, którzy widzą niebiegający, ale nie jedynym! Rozwijanie gibkości i gimnastyka siłowa są kluczowe, inaczej nie ma mowy o postępie w bieganiu. Gimnastyka siłowa to niemal 1/3 całego treningu w bieganiu.

    Bieganie (amatorskie) na długie dystanse:
    – niewyobrażalnie poprawia wytrzymałość
    – pozwala poruszać się na duże odległości bez maszyn. Ponieważ mamy powszechny transport, odległości pomiędzy punktami, które codziennie odwiedzamy, są duże. Gdy nie ma transportu (katastrofa = brak paliwa, jak niedawno na wybrzeżu USA), pozostaje tylko rower albo właśnie bieg.
    – poprawia przemiany tłuszczowe. Biegacz bardzo efektywnie odzyskuje energię ze zmagazynowanego tłuszczu
    – niezwykle wzmacnia cechy psychologiczne i odporność organizmu. Biegacz-amator zasuwa 5 x tydzień w deszcz, śnieg i mróz. To daje grubą odporność nie tylko na warunki pogodowe, ale też hartuje ducha
    – biegacz mniej choruje, zwłaszcza na typowe infekcje sezonowe
    – last but not least: biegacz zna szczegółową mapę swojej okolicy, bo unikając nudy zmienia trasy i wszystkie asfalty, ale też ścieżki terenowe, przebiegł wielokrotnie

    Poza tym bieganie jest najprostszym do uprawiania sportem. Zawsze można się nabrać na marketingowe gadanie, ale w rzeczywistości ubranie i buty za kilkaset zł wystarczą na kilka lat.

    pozdrowienia dla wszystkich!

  17. Roman pisze:

    Wiadomo – o sprawności fizycznej zapomnieć nie możemy, szczególnie w przypadku inwazji zombie – żart oczywiście 🙂 A tak na poważnie to myślę, że najlepsze są proste metody. Zwykłe brzuszki, pompki i bieganie powinny wystarczyć, oczywiście jeśli będziemy konsekwentni. Ja osobiście dokładam do tego jeszcze rower.

  18. night_rat pisze:

    sport to doskonalenie technik w obciążeniu, prawdziwy trening to ćwiczenia z biciem własnego rekordu aż się pada z wycieńczenia, dla wszystkich bardziej pasuje sporo ruchu na codzień, reszta to kwestia motywacji i dyscypliny. na pocz. można ćwiczyć pod normy sprawnościowe wojska i policji a potem bardziej specjalistych a prawdziwy sprawdzian to kilkudniowy własny poligon na jakimś wypadzie turystycznym. no i jakieś sportowe hobby, sztuka walki wydaje się idealna

  19. Necrotrup pisze:

    Nieśmiało chciałbym zapytać, z czego utrzymują się obaj panowie z przykładów. Przecież nie z pracy, bo nie ma wyrwy 10 godzin (zakładając 8-godzinny dzień pracy + po godzinie na dojazd i powrót) w ich rytmie dobowym. Renciści? Emeryci? Wygrali w totka?
    Pytam, bo właśnie praca jest głównym czynnikiem ograniczającym możliwość aktywnego uprawiania sportu.

  20. altaier22 pisze:

    witam… ja powiem tak:BIEGANIE JEST BARDZO WAZNE!!! nie wazne czy dla zdrowia czy walki o przetrwanie.Byc moze bedziecie musieli uciekac przed napastnikiem albo przebiec 3 km i walczyc…nie wazne,ale napewno sie przyda i trzeba je cwiczyc ale z rozsadkiem. podobnie jest z sila wszystkie prace jakie wykonujecie beda latwiejsze jesli bedziecie silni i zdrowi. Ja osobiscie realizuje dziesieciotygodniowy plan dla biegaczy a jesli chodzi o cwiczenia to plan z ksiazki ,,skazany na trening”i dziala calkiem nie zle. polecam

  21. Rufus pisze:

    Koledzy jeśli szukacie aktywności – do której nie jest potrzebny praktycznie żaden sprzęt i miejsce, aktywności dzięki której poprawicie kondycję, elastyczność, sen, przemianę materii, aktywność którą można uprawiać mając lat 15 i 75 w równym stopniu – polecam Wam jogę. Oczywiście ważne jest znalezienie odpowiedniego instruktora który nie będzie Was uczył lewitacji i nie wpędzi Was w chorobę przy okazji… Jeśli tylko masz możliwość po prostu sprawdź. Jeśli ktoś jest z wielkopolski lub zachodniopomorskiego to mogę coś podpowiedzieć. pozdrawiam Rufus

  22. Wojciech pisze:

    Od dwóch lat starałem się więcej (a może raczej: w ogóle?) ćwiczyć: tu jakieś pompki, tam przysiady. Po seryjce kilka razy w tygodniu. Rok temu kupiłem drążek do podciągnięć. Powoli się wkręcałem, po zauważeniu efektów tego śmiechu wartego „treningu” pojawiła się motywacja. Latem, pół roku temu–pierwsze analizowanie diety, regularne wypady na godzinę ćwiczeń do lasu prawie każdego dnia. Wymaganie od siebie ostrego wysiłku. Wyniki są świetne. Dziś przypomniałem sobie, od czego zacząłem–artykuł, w którym student AWF zaczął od ćwiczeń „na dorżnięcie”, by douczyć się teorii później. Szybkie szukanie w google i znalazłem. Teraz chciałbym szczerze podziękować za ten, jak i inne artykuły na stronie. Pozdrawiam

  23. Zimorz pisze:

    Witam. O ile sam artykuł ciekawy (chociaż podejście blogera-trenera dość luźne albo odwrotnie za profesjonalne) o tyle w komentarzach to jakiś straszny bełkot. Nie ma co ćwiczyć bo wszystko zależy od psychiki. Jak kurde nie będziecie umieć pływać to się potopicie i tyle jak przyjdzie powódź a łódki nie będzie. Jak będziecie się ewakuować a most rozwalą to ciekawe jak przepłyniecie jak pływać nie będziecie potrafić ?? Jak będzie trzeba odciągnąć pościg od Waszej rodziny a Wy po 200 metrach nie będziecie mogli złapać oddechu to nie wiem co zrobicie. Policzcie sobie ile jesteście w stanie przebiec, przejść, przepłynąć, przejechać rowerem z plecakiem lub bez. Ja tu widzę gości którzy przygotowują się teoretycznie a w teorii i w gębie to każdy może być mocny a jak przyjdzie co do czego to ciekawe co będzie 🙂 Widzę Panowie że niewielu tu przeżyje spotkanie z zombi bo chociaż siekiera, radio i milion gadżetów to jak teraz dupy się nie ruszy i nie nauczycie się czego trzeba to w razie SHIFT-u, apokalipsy zombi, atomówki czy rozróby i zamieszek w mieście, globalnego ocieplenia lub ozimnienia, kryzysu finansowego i krachu na wszystkich giełdach, wojny z Chinami czy Rosją czy Zimbabwe czy ataku kosmitów gucio zrobicie bo Wasze gadżety, zapasy wody, jedzenia, baterii, dziewczynę czy coś tam innego zabierze pierwszy lepszy gość który będzie walił dużo mocniej niż Wy a widzę że każdy kto odrobinę lizną jakiegoś sportu walki będzie walił mocniej niż Wy. Najzabawniejsze jest to że pierwszy lepszy dresik, kibol który regularnie ćwiczy bójki uliczne da sobie radę z większością prepersów czytających Domowy Surwiwal i chociaż Wy będziecie dobrze przygotowani to oni z tych przygotowań skorzystają. Co stwierdzam z wielką przykrością. Pozdrowienia i zapraszam do ciekawej dyskusji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner