Jakie wybrać mieszkanie w kontekście SHTF?

Jako że szukam w tej chwili mieszkania do wynajęcia, pomyślałem sobie, że podsumuję moje przemyślenia odnośnie tych poszukiwań w formie wpisu na blog.

Bo tak jak oceniam pod kątem przydatności w warunkach SHTF samochody, scyzoryki czy telefony komórkowe, tak samo oceniam mieszkanie. Oto kryteria, którymi się kieruję.

1. Lokalizacja

Znacie takie powiedzenie z rynku nieruchomości, że o wartości danej nieruchomości decydują 3 czynniki: lokalizacja, położenie i lokalizacja. Identycznie jest w kontekście SHTF.

Jest to zatem pierwszy element, który oceniam. Może nie do końca należałoby napisać w ten sposób — ja raczej po prostu oglądam mieszkania w jednej okolicy, a w innej nawet nie zamierzam.

Oczywiście mają dla mnie znaczenie takie czynniki, które interesują też przeciętnych zjadaczy chleba z mrożonego ciasta, czyli m.in.:

  • bliskość szkół i przedszkoli,
  • łatwość zrobienia zakupów w drodze do pracy,
  • możliwie niewielką odległość od pracy,
  • dostępność komunikacji publicznej.

Mając rodzinę zależy mi na tym, bym nie musiał odwozić dziecka na drugi koniec miasta do szkoły. Albo na zajęcia pozalekcyjne. Albo do przedszkola.

Tak samo dobrze jest, bym mógł wracając z pracy zrobić potrzebne zakupy. Przyda się możliwość wygodnego zrobienia większych zakupów raz czy dwa razy w tygodniu, w jakimś centrum handlowym. Trudno o lepsze miejsce by kupić parę rzeczy do zapasów.

Im bliżej mojej i partnerki pracy, tym lepiej. Bo tym mniej czasu będziemy musieli marnować na dojazdy do niej, tym więcej czasu zostanie go na nasze potrzeby. Nie mam ochoty padać na pysk po 2 godzinach spędzonych w korku i kolejne 2 godziny marnować na korki rano. 4h dziennie to dodatkowe pół etatu pracy, za które nikt mi nie zapłaci!

Oczywiście praca dziś jest a jutro jej nie ma i nie ma co czynić z odległości od niej jedynego czynnika do wyboru mieszkania.

Dostępność komunikacji publicznej jest bardzo przydatna. Wprawdzie jestem zmotoryzowany i zbyt wygodny, by jeździć autobusami, to jednak wiem, że kiedyś mogę być do tego zmuszony. Na przykład gdy pogorszą mi się warunki płacowe w robocie, albo zostanę z niej wyrzucony i znajdę inną, gorzej płatną. To też jest scenariusz SHTF dla mojej rodziny.

Inne rzeczy dla mnie istotne przy wyborze lokalizacji, to m.in.:

  • łatwy dostęp do alternatywnych źródeł wody — może to być studnia głębinowa, niezależna od wodociągów, albo jakiś staw w parku (byle nie fontanna, opróżniana na zimę),
  • dzielnica, w której można po nocy bez lęku wracać do domu,
  • możliwość zaparkowania samochodu w bezpiecznym miejscu — najlepiej na strzeżonym parkingu, niedaleko domu.
ujęcia wody oligoceńskiej - studnie głębinowe - bemowo, wola

Ujęcia wody oligoceńskiej (studnie głębinowe) na Bemowie i Woli w Warszawie. Do działania nie potrzebują prądu, bo woda w złożu jest pod ciśnieniem. Część jest na zimę zamykana. Źródło: goo.gl/yIQ5y9

2. Potencjalna możliwość ewakuacji

W zasadzie to też kwestia związana z położeniem nieruchomości, ale dla mnie na tyle istotna, że postanowiłem wyodrębnić ją do osobnego punktu.

Miasto to moje miejsce zamieszkania na co dzień, ale w razie dużych kłopotów zamierzam uciekać na wieś. Na upatrzone z góry pozycje — jeden z przygotowanych zawczasu celów ewakuacji (główny i alternatywne). Żeby nie narobić sobie dodatkowych problemów w razie czego, pod kątem ucieczki tam właśnie wybieram okolicę, w której chcę mieszkać.

Moje cele ewakuacji znajdują się na zachód od Warszawy. Mam więc kilka całkiem niezłych dróg, którymi mógłbym opuścić Warszawę, m.in.:

  • Drogę Krajową nr 7 w kierunku Nowego Dworu,
  • Drogę Wojewódzką nr 580 w kierunku Sochaczewa,
  • DK 92 do Sochaczewa,
  • autostradę A2 na Poznań (z węzłami w Pruszkowie, Grodzisku Mazowieckim i koło Żyrardowa, a później w Skierniewicach),
  • DW 719 do Żyrardowa,
  • DK nr 8 w kierunku na Mszczonów.

Jeśli nie dzieje się nic nietypowego, przynajmniej 2 z nich są względnie przejezdne nawet w piątkowe wakacyjne wieczory, więc ufam, że i w razie SHTF będzie nieźle. Zwłaszcza, jeśli wyruszę dość wcześnie. Każdą z tych tras znam, każdą jestem w stanie dotrzeć do mojego głównego celu ewakuacji po ciemku, bez mapy i nawigacji. Choć jak zabraknie oświetlenia ulic i domów, a do tego ktoś zdemontuje tablice wskazujące kierunki, mogę się pogubić. Znam też objazdy wielu miejsc, które mogą się korkować, np. przejazdów kolejowych. Z całą pewnością jednak — nie wszystkich.

Potencjalne trasy ewakuacji z Warszawy na zachód. Każda z kilkoma wariantami. Choć wydaje się ich być sporo, to jednak objazdów tych tras za bardzo nie ma… Źródło: opracowanie własne na podst. Google Maps (goo.gl/tpsb1)

Z tego powodu odrzucam od razu wszelkie lokalizacje na prawym brzegu Wisły, bo nie mam ochoty przedzierać się w razie czego przez most, który z pewnością będzie totalnie zakorkowany.

Pozostałe dzielnice analizuję pod kątem innych przeszkód na mojej drodze:

  • torów kolejowych lub tras szybkiego ruchu, prowadzonych w wykopach lub nasypach, których nie da się łatwo pokonać,
  • mniejszych cieków wodnych, rzeczek i kanałków,
  • innych przeszkód, przez które przejechać można wyłącznie wiaduktem lub tunelem (np. wielopoziomowe skrzyżowania, na których prosto da się jechać wyłącznie tunelem lub estakadą),
  • dużych zamkniętych przestrzeni, do których objechania trzeba nadrobić kilku kilometrów (np. lotniska na Bemowie i Okęciu, zakłady Ursus, ).

No a dalej szukam alternatywnego dostępu do wody, bliskości przedszkoli i szkół, itd.

3. Media

Każde mieszkanie ma ogrzewanie i źródło energii do gotowania, prawda? Jasne, że tak. Ale nie każde mnie pod tym względem satysfakcjonuje.

Moje ideały to:

  • ogrzewanie z miejskiej sieci ciepłowniczej,
  • kuchenka na gaz ziemny.

Ogrzewanie z sieci, bo w Warszawie mamy kilka niezależnych od siebie źródeł ciepła (ciepłowni i elektrociepłowni), które większość ciepła wytwarzają ze spalania gazu. A więc nie martwię się zimnem w domu, gdy Putin zakręci kurek z gazem.

Jednocześnie chcę mieć kuchenkę na gaz na wypadek, gdyby przypadkiem zabrakło tego ciepła wskutek awarii sieci ciepłowniczej. Niech to będzie podstawowe źródło energii do gotowania, a awaryjnie mam i tak kuchenkę elektryczną i turystyczną kuchenkę gazową (plus szereg innych wynalazków). A jak ogrzewanie przestanie działać, to sobie odpalę palniki w kuchence i przynajmniej w kuchni będę mieć ciepło… Albo będę gotować wodę w garnkach i zanosić ją do pokojów — a w najgorszym wypadku grzać sobie pościel z użyciem termoforu…

Jeśli chodzi o ciepłą wodę użytkową, to jest mi obojętne, czy będzie z sieci, ogrzewana piecykiem kąpielowym (przepływowym kotłem gazowym) lub z elektrycznej termy (zasobnika pojemnościowego). Jak jej zabraknie, mam kilka alternatywnych sposobów na jej przygotowanie.

Gaz ziemny z rurki to całkiem niezłe źródło energii np. dla agregatu prądotwórczego. Szkoda, że tych na gaz ziemny w Polsce za bardzo nie da się kupić. 🙁

Poza tym oczywiście szukam szybkiego internetu i telewizji kablowej.

4. Wielkość i orientacja mieszkania

Im większe mieszkanie, tym lepiej, bo oznacza to więcej przestrzeni do życia, ale także więcej miejsca na trzymanie różnych przydatnych przedmiotów, zapasu żywności, wody, itd.

Z drugiej strony im mniejsze, tym tańsze, choć zazwyczaj cena za metr kwadratowy rośnie wraz ze zmniejszaniem się mieszkania.

Nie pogardzę za to balkonem, na którym też będzie trochę miejsca na różne rzeczy, a dodatkowo będę mógł tam sobie hodować żywność. Całkiem sporo żywności! Dobrze, by balkon był skierowany na południe, to w razie czego rozstawię tam sobie baterie słoneczne. Przydałoby się, żeby w pobliżu balkonu była rynna, co pozwoli mi się do niej podłączyć i pozyskiwać w ten sposób spore ilości wody.

Wolałbym też mieć okna na południe, które w zimie dogrzeją mi mieszkanie, zaś latem będą dostarczać mniej ciepła, niż okna zachodnie. Tu też będę mógł postawić baterie słoneczne. 😉

5. Piwnica i garaż

Zależy mi na miejscu postojowym, co już opisałem. Nie chcę, by ktoś mi okradł samochód. Nie chcę szukać po nocy miejsca do zaparkowania, gdy wrócę z dziewczyną z dyskoteki. Garaż byłby ideałem, ale w formie osobnego garażu, a nie wymalowanego farbą miejsca postojowego na parkingu podziemnym. Zamykany garaż to możliwość robienia małych napraw, czy w ogóle majsterkowania niedaleko od mieszkania. No i dodatkowa powierzchnia do składowania różnych przydatnych rzeczy.

Ta sama powierzchnia jest zaletą piwnicy. Nie ma bowiem sensu trzymać całości zapasów w mieszkaniu. Wprawdzie żywność w piwnicy będzie bardziej narażona na działanie np. wilgoci (w niektórych lokalizacjach często zdarzają się podtopienia piwnic) albo kradzież, ale za to przetrwa pożar mieszkania. Zresztą… kto by chciał ukraść kartonowe pudło pełne ryżu w butelkach PET? 😉

6. Sensowne warunki wynajmu/zakupu i rozsądna umowa/warunki kredytu

Akurat w tej chwili szukam mieszkania do wynajęcia. Jeśli ktoś zażyczy sobie ode mnie kaucję w wysokości 3-miesięcznej opłaty za wynajem to roześmieję mu się prosto w twarz. Podobnie jak komuś, kto nie zamierza zgłaszać wynajmu mieszkania w urzędzie skarbowym i nie pozwoli mi się w mieszkaniu zameldować, ani nie będzie dawać mi rachunków. Wiem, że wielu z Was zacznie teraz marudzić, że pieniędzy fiskusowi się dawać nie powinno, bo je zmarnuje i unikanie podatków jest moralnie poprawne, ale ja się z tym nie zgadzam. Jeśli ktoś oszukuje fiskusa, tak samo może oszukać mnie. Takie jest moje podejście i jego się trzymam. Unikanie podatków oczywiście jest dobre, pod warunkiem, że robi się to w granicach prawa.

Rozsądna umowa to taka, która nie nakłada na mnie obowiązku męczenia się w mieszkaniu np. przez pół roku, gdy już zechcę je opuścić. Jedno- lub dwumiesięczny okres wypowiedzenia jest dla mnie do przyjęcia.

Nie podobają mi się umowy na czas określony, choć jestem skłonny wynająć mieszkanie np. na co najmniej rok, jeśli mi się to opłaci.

Wolę też szukać mieszkania nieumeblowanego, jeśli będzie tańsze. Meble są tanie, trochę własnych już mam, więc na tym mogę szybko zaoszczędzić. A jak dorobię się czegoś własnego, będę już miał parę mebli. 🙂

Gdybym teraz szukał mieszkania do kupienia, zapewne interesowałby mnie kredyt na niedużą kwotę. Zależałoby mi, by jak największą część zakupu sfinansować z własnych środków, oczywiście bez naruszania zabezpieczenia finansowego na gorsze czasy. Wolałbym mieszkanie tańsze, do wyremontowania, niż mieszkanie droższe, w lepszym standardzie.

Jednocześnie samo zagadnienie: kupować czy wynajmować, zasługiwałoby na osobny artykuł. Dla mnie wynajem ma masę zalet, np. możliwość łatwego opuszczenia mieszkania na stałe, niż w przypadku własnego mieszkania. To jest korzystne np. wtedy, gdy liczymy się z koniecznością wyprowadzki na drugi koniec Polski lub świata w poszukiwaniu pracy. Z drugiej strony konieczność płacenia komuś 2 000 PLN co miesiąc za samo posiadanie dachu nad głową powoduje duże obciążenie budżetu i wymaga posiadania środków na gorsze czasy. Choć przy zakupie własnego mieszkania dopiero po jego całkowitym spłaceniu możemy czuć się finansowo bezpieczni…

 

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

44 komentarze

  1. p2k8 pisze:

    „Jeśli ktoś oszukuje fiskusa, tak samo może oszukać mnie”

    Jeśli ktoś nie daje się wydymać przez fiskusa, tak samo może nie dać się wydymać mnie.

    Fixed it for ya.

    • Nie wiem jak Ty, ale ja nie idę wynajmować mieszkania z zamiarem oszukania kogoś, a jedynie zabezpieczenia moich interesów.

      • stasiek nowak pisze:

        Zastanów się jak jest tworzone prawo i dla kogo, a dopiero później mów o uczciwości.

        Teraz na dniach znów przekazano 6 baniek na budowę świątyni opatrzności (formalnie na budowę muzeum).

        I co, nie czujesz się wyruchany przez fiskusa?

        Do tego mógłbym przytoczyć milion innych, bardziej życiowych przykładów jak to skarb państwa rucha ludzi.

        • Johe pisze:

          takie realia, lobbują wszyscy od ped… przepraszam, że nie jestem politycznie poprawny ale nie jestem i tak zostanie ale jak chcecie abym był to od homoseksualistów po księży, każdy ciągnie w swoją stronę i to NIE SWOJĄ kasę, a ci co ją rozdają też robią to bardzo lekką ręką bo przecież to nie jest ich kasa.

          i tyle w temacie

        • To, co piszesz, to demagogia.

          Jeśli ktoś oszukuje przy płaceniu podatków, przy płaceniu swoim pracownikom, daje łapówkę inspektorowi z sanepidu, jest w mojej opinii nieuczciwy.

          Ja nie mam zamiaru robić interesów z ludźmi nieuczciwymi.

          Możesz mieć inną opinię w tej kwestii, nikt Ci nie broni.

          A o tym, czy podatki powinny być takie, czy inne, to sobie możemy podyskutować gdzieś indziej.

  2. Kasztelan Mirmił pisze:

    Czy nie lepiej zdecydować się na budowę domu?

    Ma to wiele zalet z punktu widzenia survivalu jak i życia codziennego. Po pierwsze masz pod nosem ogrodzony parking, własny grunt pozwala Ci majsterkować w większym zakresie. Łatwiej jest zabezpieczyć piwnicę, narzędzia i w ogóle masz więcej miejsca na wszystko. Dom możesz zbudować tak, żeby mieścić się w nim z rodziną, o co w m3,4 trudno. Kupno działki w Warszawie wychodzi, co oczywiste, drożej niż mieszkania w tym samym miejscu, ale cena metra domu raczej wyjdzie korzystniej.

    W domu dysponujesz ogrodem, który jest dobry jako miejsce odpoczynku, ale też na shtf. W bloku nie będzie gdzie trzymać królików, kur i uprawiać kawałka ziemi np. z owocami.

    Dom daje Ci możliwość zastosowania dowolnych rozwiązań architektonicznych. Możesz mieć zapas węgla, oleju, drewna na całą zimę i nic nie obchodzi Cię Putin, zima stulecia. Dom to też zabezpieczenie na przyszłość, ponieważ będą mogły w nim zamieszkać wszystkie Twoje dzieci zanim nie zbudują swojego.

    W mieszkaniu przygotowania bardziej rzucają się w oczy. Ktoś może podsłuchać naszą rozmowę, zobaczyć, że ciągle nosimy pudła do piwnicy albo nie być zachwyconym, że mamy schowany zapas gazu i kanister benzyny.

    Krzysztofie, na innych swoich blogach polecasz mieszkanie w domu, najlepiej pasywnym lub autonomicznym a nawet piszesz o taniej budowie swojego domu:)

    • Dom ma wiele zalet — można go zbudować taniej, niż kupić 1m2 mieszkania. Można go zbudować lepiej. Można go rozbudować, jak będzie taka potrzeba, albo część rozebrać. Z mieszkaniem tego nie zrobisz.

      Ja sam mam działkę, na której planowałem zbudować dom i tam się przeprowadzić. Dziś nie zamierzam tego robić, bo nie zamierzam dojeżdżać codziennie kilkudziesięciu kilometrów do pracy samochodem. Działki w pobliżu sensownej komunikacji kolejowej (jak dla mnie — do 35 minut pociągiem do Warszawy) są za to odpowiednio droższe. Dziś mogę jeździć samochodem do pracy kilkadziesiąt kilometrów, bo mnie na to stać i to tylko kwestia kosztów i marnowanego czasu. Niestety, nie mam możliwości telepracowania… Nie chciałbym jednak być od tego dojazdu samochodem uzależniony w razie pogorszenia się mojej sytuacji finansowej, albo dalszych wzrostów cen paliw. Dlatego na dziś działka może być najwyżej jednym z celów ewakuacji.

      Jak dla mnie, sensowna działka pod kątem mieszkania na stałe w sytuacji SHTF powinna mieć co najmniej hektar. Nie będzie to wielki koszt, bo powinna być dość daleko od miasta, z dala od głównych arterii komunikacyjnych. To zaś powoduje koszty innego rodzaju — głównie czasowe.

      Dom w mieście zaś — to korzyść w porównaniu do mieszkania niewielka, przynajmniej w mojej ocenie. No i olbrzymie koszty zakupu działki…

      • Artur pisze:

        Co do domu w Warszawie to jest to raczej zabawa dla ludzi z duzym portfelem ktorych raczej malo interesuje temat przygotowania sie na cokolwiek (przepraszam, ale jest to moje subiektywne odczucie oparte na wlasnych doswiadczeniach i znajomosciach). Zakup dzialki – dam przyklad na Wlochach niedaleko mnie jest dzialka na sprzedaz 450m2 za jedyne 930tys… mowi samo za siebie. Z dzialka za miastem mam takie same odczucia. Szukalem dzialki w odleglosci 20-30km od miasta z mozliwoscia dojazdu kolejka, okazalo sie ze kazde 100m blizej do stacji znaczaco podnosi cene. Roznica w odleglosci 1km a 3-3,5km od stacji podnosi cene niemal dwukrotnie….
        Do kryterium wyboru mieszkania dodalbym schowek – wynajmowalem mieszkanie gdzie byl taki maly schowek 1,5/1,5m2 na polpietrze i to bylo swietne rozwiazanie. Nie trzeba poswiecac miejsca w szafach czy upychac zapasow po katach. Teraz mam swoje mieszkanie, ale juz bez takiego schowka – brakuje tej oddzielnej przestrzeni.Dodatkowa uwaga – sprawdzic czy w schowku nie jest za goraco, bo zdarza sie ze schowki sa przy pionach … zaprawy w sloikach sie nie trzymaja.

        Przepraszam za brak polskich znakow – cos nie moge dowalczyc z telefonem

        • Kasztelan Mirmił pisze:

          W mojej okolicy mieszkanie 50 m^2 kosztuje ok 450 tys. Na pobliskim osiedlu można za tyle kupić działkę. Śmiem twierdzić, że powyżej 80 metrów domu interes się opłaca w dodatku nie dopłacasz za garaż, schowek.

          Zadziwiłeś mnie cenami we Włochach. Jeżeli chodzi o ceny działek to można przemyśleć okolice Wawra (dużo tam ofert), Rembertowa, Białołęki (większość to tereny zalewowe), Siekierek. Te dzielnice mają gorszy dojazd, niż blokowiska, ale różnice mogą sięgać 10 min. i się zmniejszyć w najbliższych latach. Przy cenie działki 200-300 tys. zaczyna się bardzo opłacać. Mnie czeka poszukiwanie miejsca do zamieszkania i chyba zrobię podobnie. Co Wy na to?

          • Jeśli planujesz w razie czego uciekać na wschód, to Białołęka jest OK, tylko dojazdy do pracy na lewym brzegu Wisły przez najbliższe 2 lata będą koszmarem.

            Ja właśnie dlatego teraz wyprowadzam się z Białołęki.

            Co do Twojej kalkulacji to pewnie tak by to wychodziło, jak piszesz.

  3. Pi pisze:

    Mam uzasadnione obawy, że studnie oligoceńskie w Warszawie wymagają prądu elektrycznego do działania. Są to studnie głębinowe, nie artezyjskie; pobierają wodę z piasków niecki mazowieckiej wieku trzeciorzędowego (dość głęboko, rzędu 150m i więcej). Nie ma tam ciśnienia pozwalającego na samoczynny wypływ. Powyższe może być istotne w kontekście informacji podawanych na stronie, którą zresztą bardzo sobie cenię od długiego czasu.

    • Nie znam się na tym aż tak dobrze, opieram się na tym, co mi 15 lat temu tłumaczyła nauczycielka geografii w liceum…

      Tak czy siak, temat do sprawdzenia. I to dość łatwego, jak nie zapomnę, to wrócę do niego.

  4. asd pisze:

    Jeśli ktoś zażyczy sobie ode mnie kaucję w wysokości 3-miesięcznej opłaty za wynajem to roześmieję mu się prosto w twarz

    LOL?! Co prawda nie mam jeszcze zadnego mieszkania na wynajem, ale kiedys miec planuje… to jest IMO konieczne by pokryc ew. zniszczenia dokonane przez najemce – szczegolnie w przypadku umeblowanego.. ale nawet przy nieumeblowanym ew. malowanie scian czy cos innego, oraz wskazane ze wzgledu na to ze to odstraszy potencjalnych wynajmujacych bez kasy (i pracy?) – studentow np.

    • Gdy ostatnio patrzyłem, kaucja zazwyczaj jest rzędu 1-2 czynszów i to jest dla mnie do przyjęcia. Jeśli wymagania wynajmującego znacząco odbiegają od standardu rynkowego, szukam dalej.

    • Piotr pisze:

      Od 18-stu lat mieszkam w wynajmowanych mieszkaniach (choć mam też swój dom na wsi, po prostu wygodniej jest coś wynająć na 3-4 miesiące niż dojeżdżać 150km codziennie :D). Z mojego doświadczenia – jak ktoś żąda kaucji na 3 miesiące z góry, to najczęściej po prostu mieszkanie ma zaległości w opłatach i właściciele mieszkań chcą je jak najszybciej uregulować. W sumie jeśli właściciel chce zatrzymać kaucję, to też musi mieć ku temu jakieś podstawy, nie wystarczy tekst „nie oddam, bo muszę pomalować na nowo mieszkanie”. Jak ktoś boi się wynająć mi mieszkanie i chce zastaw, to… ja nikogo do niczego nie zmuszam ale z jakiej racji mam mu udzielać nieoprocentowanej pożyczki? Niech sobie mieszkanie ubezpieczy jak się boi i po sprawie.

  5. To jak ma być żywność na balkonie to trzeba jeszcze jeden warunek dodać – nie w bezpośrednim sąsiedztwie ruchliwej ulicy 🙂

  6. Superb pisze:

    Bardzo wyczerpujący artykuł, ciekawie opisane. Jeśli szukacie mieszkania, mogę polecić też stronkę http://www.klikmapa.pl/

  7. realista pisze:

    „Jako że szukam w tej chwili mieszkania do wynajęcia(…)” Tutaj pierwszy blad, sugeruje kupic aby nikt Cie z niego nie wyrzucil w gorszych czasach. Podejrzewam,ze to sie wiaze z kredytem ale banki w tym okresie nie veda w stanie egzekwowac go od wszystkich dluznikow.

    A tak na marginesie: mieszkanie? Dom to jest rozwiazanie, najlepiej pod miastem.

    • Dopóki w Polsce nie ma sensownych przepisów o upadłości konsumenckiej, dopóty kupowanie nieruchomości na kredyt zawsze będzie wiązało się z olbrzymim ryzykiem po stronie kupującego.

      Zwłaszcza, że nie ma praktycznie na rynku kredytów ze stałym oprocentowaniem, które przenosiłyby ryzyko na bank — ten sam bank, który pożycza pieniądze wygenerowane z powietrza, a nie własne, ciężko zarobione.

      Powinno być tak, jak w USA — bierzesz kredyt o określonym oprocentowaniu na cały okres spłaty, a jak nie jesteś w stanie go spłacać, oddajesz klucze do mieszkania i uwalniasz się od niego.

      U nas, gdy kredyt podrożeje a mieszkania stanieją, możesz być zmuszony sprzedać mieszkanie i pozostać z połową długu do spłacenia. Co oznacza kłopoty finansowe do końca życia.

      Gdyby było mnie na to stać, to z pewnością bym mieszkanie za gotówkę kupił.

      Dom ma zalety, ale też i wady. Wadą jest np. uzależnienie od samochodu do dojazdu do pracy, co dziś może nie jest jeszcze bardzo drogie, ale co będzie wtedy, gdy paliwo będzie pięciokrotnie droższe, niż teraz? Pod survivalowym kątem jasne, że lepiej mieszkać w domu na wsi, a do tego nie być uzależnionym od pracy w mieście — ale nie w każdym przypadku jest to wykonalne.

  8. Mc pisze:

    Z pewnością nie powinno być blisko dużego gazociągu.
    Do dzisiaj nawet mi na myśl nie przeszło, że takie rzeczy buduje się w bezpośrednim sąsiedztwie domów.
    Otóż buduje się, właśnie przeglądam plan zagospodarowania w BiP, kilkaset metrów od mojego domu idzie gazociąg wysokoprężny wysokometanowy podobny jak w Ostrowiu, osobiście się nie obawiam,
    ale widzę że strefa ochronna to +-15 metrów – a wokół mnóstwo działek MN.1, do niedawna pola uprawne, teraz miastowi stawiają swoje wymarzone domy.

    • Piotr pisze:

      Mc: tak to już niestety w naszym kraju jest. Tereny zalewowe czy w pobliżu linii energetycznych/gazowych itp. są tanie, developerzy wykupują je, a potem używając odpowiednich „argumentów” przekwalifikowują je na działki budowlane i budują osiedla (jak urzędnik dostanie 200-300 tys. za postawienie pieczątki, to nawet nie przeczyta co stempluje czy podpisuje, bo na taką kasę w urzędzie musiałby pracować 5-10 lat). Cena moim zdaniem akurat jest najmniej znaczącym czynnikiem (po prostu trzeba kupić nie najtańsze, ale najlepsze na jakie nas stać).

      Mam dom na wsi (odziedziczony po rodzicach) ale gdybym go nie miał, to wolałbym wynajmować mieszkanie niż kupować działkę+dom na kredyt (kredyty wolę przeznaczyć na środki produkcji aby po prostu móc zarabiać więcej kasy, czyli szkolenia, sprzęt itp.). Kredyt mieszkaniowy to po pierwsze blokada możliwości finansowych (żaden bank nie da nikomu kredytu na jego działalność gospodarczą jeśli ten ktoś już ma kilkaset tysięcy długu więc posiadanie kredytu sprawia, że często nie możemy „wykorzystać okazji na zrobienie kasy” gdy trzeba coś zainwestować na start), po drugie to oszukiwanie się, że mieszkamy we własnym domu (będzie on nasz dopiero po całkowitym spłaceniu kredytu), po trzecie w przypadku utraty mieszkania (na przykład wybuch gazu) nie mamy mieszkania, ale mamy dług do spłacenia, po czwarte mieszkanie na kredyt blokuje naszą mobilność (nie możemy na przykład skorzystać z oferty dobrze płatnej pracy w drugim końcu polski, bo kredyt zwykle bierze się tak, że stanowi duże obciążenie i wtedy nie ma już kasy na wynajmowanie mieszkania).

      Co do spraw „przetrwaniowych”, to akurat nie ma większego znaczenia czy siedzimy w wynajętym mieszkaniu czy we własnym, zasady są zbliżone, a przy okazji jak się zacznie „zadyma” to wynajmowane mieszkanie mogę opuścić bez najmniejszych obaw, że „moja własność” (efekty mojej wieloletniej pracy) zostanie zniszczona. Przetrwanie to nie zapasy jedzenia na 3 lata tylko nastawienie i umiejętności, znany jest przypadek zatonięcia statku, gdzie załoga podzieliła się na dwie tratwy ratunkowe i przy dokładnie tych samych zapasach (i takiej samej ilości osób w każdej tratwie) i tych samych warunkach i w jednej tratwie wszyscy się uratowali i byli w doskonałym zdrowiu i kondycji, a w drugiej wręcz przeciwnie (i nawet jedna osoba umarła) – Ray Mears wspomina o tym przypadku w swoim filmie http://www.youtube.com/watch?v=dig5GulCFp4 (około 2:25)

  9. tommies pisze:

    Akurat teraz jest dość dobry czas na kupno mieszkania. W skutek kryzysu ceny spadły i w naprawdę w naprawdę fajnych miejscach są mieszkania do kupienia w okolicach 7 tys/m2 To ostatni dzwonek bo zauważyłem że stanęły w miejscu a developerzy już nie chcą negocjować cen czy dawać gratisów jak to było rok czy dwa lata temu. Sam właśnie namawiam żonę na kredyt i kupno większego mieszkania a wynajęcie obecnie posiadanego.
    Warszawa to największy rynek pracy i właściwie problemem jest znalezienie dobrej pracy bo byle jaka, ale dająca przetrwanie dostępna jest niemal od ręki.
    Zapewne podobnie do mnie okres pracy zawodowej spędzisz w tym mieście, „po drodze” budując dom na posiadanej działce z myślą o spokojnej emeryturze a wcześniej miejsca weekendowych wypadów.
    Dlatego uważam że kupno to obecnie lepszy pomysł niż wynajem. Owszem, kredyt kosztuje, ale realnie trzeba od niego odjąć inflację i wzrost ceny nieruchomości na przestrzeni lat.
    W 2001 r. mieszkanie które wówczas wspólnie z narzeczona kupowaliśmy kosztowało 3200 za m2 (okolice ul. Głębockiej). Wtedy to był wygwizdów i koniec świata. Kredyt 150 tyś wydawał się koszmarnie wielki. Dzisiaj to ładnie zagospodarowane tereny a realna cena za m2 to ok. 5,5-6 tys. A wielkość kredytu nie robi wrażenia.
    Nawet jeśli zaszła by potrzeba przenosin do innego miasta to mieszkanie w Warszawie da się wynająć niemal od ręki a przy dobrze skalkulowanym kredycie wynajem za kilka lat może niemal pokrywać koszt raty kredytowej.

    • Piotr pisze:

      Co innego kupno w celu handlu/inwestycji w nieruchomości, a co innego „zaciskanie pasa” aby kupić mieszkanie, żeby przez resztę życia je spłacać z pensji na przykład etatowego nauczyciela szkolnego.

      Czy Warszawa jest najlepszym rynkiem pracy? Zależy dla kogo 😀 Zajmuję się projektowaniem i wdrażaniem dużych systemów informatycznych. O ile w Warszawie jest w tym kontekście duża konkurencja, o tyle 100km od niej już jej nie ma i nie trzeba zaniżać stawek aby wygrać ceną (no i koszty życia/dojazdów są znacznie mniejsze). Moja praca nie polega na tym, że codziennie przez 10 lat jeżdżę w to samo miejsce aby tam odsiedzieć swoje 8 godzin itd. (mówiąc w skrócie nie pracuję „na etat”) tylko za każdym razem indywidualnie podpisuję umowy kontraktowe (zwykle na 2-3 miesiące) w różnych miejscach (nie tylko w Polsce) – w ten sposób nie dość że moja mobilność pozwala mi „zbierać najlepsze kąski” w kontekście zarobkowym, to jeszcze mam znacznie więcej czasu wolnego niż „przeciętny Kowalski” (nie muszę prosić szefa o urlop itd. bo czasu wolnego w ciągu roku mam kilka miesięcy), po prostu pracuję ile chcę, gdzie chcę i kiedy chcę – inne podejście do zarabiania. Jeśli dla kogoś ważniejsze jest wpłynięcie kasy na konto co miesiąc do 10-tego – ok, rozumiem, ale to jest (moim zdaniem) model zarabiania kierowany strachem i który po prostu może zakończyć się źle. Wyobraź sobie, czego Ci oczywiście nie życzę, że firma w której pracujesz nagle upada (co zdarza się nawet dużym firmom takim jak Pan American – największym liniom lotniczym świata) a Ty powiedzmy dopiero po 6-10 miesiącach znajdujesz pracę o porównywalnym wynagrodzeniu – ktoś kto wynajmuje mieszkanie po prostu przenosi się do tańszego mieszkania, pracuje przez ten czas w pracy „na przetrwanie” a potem znów przenosi się do lepszego mieszkania – co robi w tym czasie ktoś, kto ma kilka tysięcy raty kredytu miesięcznie? Czy bank czeka sobie spokojnie aż spłacisz zaległości?

      Moje podejście jest takie, że jeśli miałbym wziąć kredyt powiedzmy 200 tys. na mieszkanie i spłacać go przez 20 lat, to wolałbym te same pieniądze wydać powiedzmy na stworzenie sieci budek z hot-dogami i nawet jeśli część z nich by upadła, to powiedzmy, że rentownych byłoby 5 z nich, każda niech przynosi tylko 50zł czystego zysku dziennie to daje 250zł dziennie, pomnożone przez 30 dni daje 7500zł miesięcznie – to spokojnie zarabia na spłaty kredytu i na wynajem przeze mnie mieszkania a „górka” pozwala na inwestowanie w otwieranie kolejnych budek z hot-dogami. To tak w skrócie jak ja myślę o pieniądzu – absolutnie nie widzę sensu w braniu mieszkania na kredyt, bo to po prostu blokowanie swoich możliwości finansowych, jestem gotów płacić za pieniądze (bo tym jest kredyt) tylko wtedy, gdy te pieniądze na mnie zarabiają, w innym przypadku to jest moim zdaniem zachowanie nieracjonalne (wiem jak bardzo emocjonalnie ludzie potrafią traktować „swój własny kąt” ale to tylko myśl/emocja – dom to dom, w moim podejściu stanowi w 100% wartość użytkową).

      • djans pisze:

        Demonizujesz te mieszkania na kredyt.

        Oczywiście wszystko jest kwestią przemyślanego dopasowania. Jeśli ktoś weźmie drogi kredyt na szczycie mieszkaniowej hossy, pracując jako pośrednik w handlu nieruchomościami, na ekskluzywne, drogie mieszkanie, to ma katastrofę czekającą na to, żeby się wydarzyć.

        Co innego, gdy mieszkanie jest stosunkowo tanie – nawet nie w relacji do zarobków, ale patrząc przez pryzmat rynku. Wówczas rata z powodzeniem może być niższa, niż cena wynajmu – gdybyś się chciał przeprowadzić.

        Zawsze też można wynająć np jeden pokój – jak robią wdowy-emerytki, ale nie tylko, żeby jakoś tam skompensować brak jednej pensji.

        W krótkiej perspektywie mieszkanie na kredyt może się nie opłacać, w perspektywie pokolenia – najłatwiejszy i najbardziej dostępny dla przeciętnych sposób akumulacji majątku.

  10. tommies pisze:

    Pracujemy w tej samej branży czyli IT 🙂
    Ja w nieco innej formie bo obsługuje kilka firm od strony administracji systemami i helpdesk specjalistycznego oprogramowania.
    Jak zatem widzisz w pewien sposób jestem zabezpieczony w razie gdyby jedna z firm nagle zbankrutowała. Jednak kompletnie nie zgadzam się z fragmentem „O ile w Warszawie jest w tym kontekście duża konkurencja, o tyle 100km od niej już jej nie ma i nie trzeba zaniżać stawek aby wygrać ceną”. Tak się składa ze właśnie w jednej z firm jest robione autorskie oprogramowanie i …i robi to firma z okolic Rzeszowa bo byli najlepsi 🙂

    Po Twojej wypowiedzi wnioskuję że nie posiadasz jeszcze rodziny a w szczególności dzieci. O ile będąc singlem praca w różnych miejscach jest nawet fajna bo poznaje się różnych ludzi i różne części kraju lub zagranicy, o tyle nie wyobrażam sobie takiej pracy mając żonę i dzieci. I szczerze współczuje rodzinom, gdzie któreś z rodziców ma podobną pracę lub co gorsza pracuje gdzieś za granica i dzieci są półsierotami.

    Podobny problem występuje właśnie w meritum tej strony czyli survivalu i jego „klasycznym” rozumieniu. O ile wysportowany mężczyzna czy kobieta stosunkowo łatwo poradzi sobie w krytycznych sytuacjach gdzie trzeba się ewakuować, o tyle staje się to bardzo trudne gdy na przykład jedno dziecko ma 3 latka, a żona jest w zaawansowanej ciąży z drugim.

    Z Hot-Dogami tez bym nie ryzykował bo trzeba znać branżę z której ma się czerpać zyski, a praktycznie w każdej dziedzinie jest obecnie bardzo duża konkurencja i wydawane są ciężkie miliony na badania rynku. Gdyby to było takie proste to na każdej przecznicy była by budka z Hot-Dogami 🙂

    Wiele osób w tym i ja nie ma predyspozycji a może i szczęścia do rozkręcania różnych wielkich biznesów, aby jedna kasa pracowała na drugą itd. Z Warszawy też nie planuje uciekać. Czy się to komuś podoba czy nie – tu zawsze będzie największy rynek pracy. Jak nie w swoim zawodzie to pokrewnym.

    Zakup mieszkania w Warszawie to także inwestycja i to dobra inwestycja. A przede wszystkim bezpieczna. Podałem w poprzednim wpisie ceny – w ciągu 12 lat 1 m2 zdrożał niemal drugie tyle a mamy kryzys. Pokaż mi podobna lokatę czy fundusz który tak zarobił? Obecnie wartość tego mieszkania nawet licząc po najniższych stawkach z okolicy kilkukrotnie przewyższa ilość pozostałego do spłaty kredytu.

    Oczywiście że kredyt to zło. Jest drogi a banki tak kombinują aby wycisnąć najwięcej jak się da. Ale kredyt to zło konieczne, bo większość młodych ludzi nie ma na starcie kilkuset tysięcy na mieszkanie czy dom. Ale i tak jest lepszym wyjściem niż wynajmowanie, szczególnie w takim mieście jak Warszawa, gdzie koszt wynajmu może okazać się niemal równy racie kredytowej.

    Uważam Krzysztofie że powinieneś pomyśleć o kupnie, nawet jeśli to będzie nieco poza wymarzona lokalizacją.

    • Piotr pisze:

      Budki z hot-dogami były podane jako przykład. Chodziło mi o to, że można wziąć kredyt na mieszkanie i pracować nad jego spłatą, a można wziąć kredyt na otwarcie biznesu sieciowego i po pewnym czasie będzie on się spłacał sam. W obydwu przypadkach na przykład po 10-latach ktoś kto wziął kredyt na mieszkanie jest w zasadzie w tej samej sytuacji co na początku, czyli pracuje na spłatę rat, a mieszkanie na dobrą sprawę wynajmuje od banku dopóki go nie spłaci, natomiast ktoś, kto przez te same 10 lat rozwijał sieć tych wspomnianych budek z hot-dogami, ma już tych budek powiedzmy 50 w całej Polsce, spłacony kredyt, kupione mieszkanie/domek za gotówkę, dobrego menedżera który zajmuje się jego biznesem i czas na wszystko.

      Co do talentu/szczęścia – prowadzenie własnej działalności to taka sama umiejętność jak każda inna, po prostu trzeba się jej nauczyć i nie zawsze uda się za pierwszym razem (to jak z nauką chodzenia, upadki w początkowej fazie są po prostu niezbędnym elementem sukcesu). Problemem w Polsce jest taki, że ludzie biorą się za własną działalność niejako w wyniku frustracji związanej z „pracą na etat”, a że są kompletnie nieprzygotowani (i zwykle mają „ciśnienie” w postaci długów itp.), to stawiają wszystko na jedną kartę – zainwestują wszystko co mają w jedną budkę z hot-dogami i wtedy jest loteria, uda się albo nie, nawet jeśli z punktu widzenia biznesowego jest sukces w postaci dodatniego bilansu miesięcznego, to ten dodatni bilans na jednej budce może być niewystarczający i stwierdzają, że nie było warto (a co za tym idzie nie widzą sensu w rozszerzaniu działalności żeby po prostu przemnożyć ten zysk przez ilość budek – biznesy sieciowe to potęga!).

      I jeszcze jedna rzecz – ludzie myślą, że jak są dobrzy w swojej dziedzinie, to z automatu będą dobrzy w zarządzaniu firmą która się tym zajmuje, tymczasem bycie piekarzem a bycie właścicielem piekarni to dwie zupełnie różne sprawy (tak jak bycie dzieckiem, a bycie opiekunem dziecka :D). Zarządzania firmą (pracownikami, klientami, pieniędzmi, podatkami itd.) to zupełnie inny zakres umiejętności niż wykonywanie pracy, o ile większość ludzi ma wieloletnie doświadczenie w byciu pracownikiem, o tyle nie ma takiego doświadczenia w byciu managerem/szefem – normalna rzecz, że na początku popełnia się błędy, z drugiej strony skoro już w jakiejś firmie się pracuje „na etat” to przecież można się (będąc jeszcze cały czas pracownikiem) uczyć się od kadry zarządzającej jak oni to robią, aby w ewentualnej przyszłości już mieć podstawy.

      Nie jestem singlem, ale dzieci w tym momencie nie mam (i nie planuję ich mieć wcześniej niż za jakieś 2-3 lata, po prostu zasiane „ziarna” biznesowe muszą wykiełkować i zacząć dawać plony).

      To czy kupować mieszkanie/dom na kredyt to sprawa indywidualna, może nie wyraziłem tego zbyt jasno, ale chodziło mi o to, że nie ma na to ogólnej odpowiedzi, a wszystko zależy przede wszystkim od podejścia do życia jakie ktoś sobą reprezentuje. W moim przypadku kredyt na mieszkanie sprawiłby, że za 10 lat byłbym nadal w tym samym położeniu co dzisiaj (za wyjątkiem faktu, że w połowie miałbym już mieszkanie spłacone), za to kredyt na inwestycje (w moim przypadku to w głównej mierze certyfikowane szkolenia) zwiększa moje dochody i jeśli wszytko będzie szło w takim tempie jak teraz, to za mniej więcej pół roku zacznę zatrudniać pierwszych pracowników a za 2-3 lata będzie mnie stać na kupno mieszkania za 200-250tys (za gotówkę a nie na kredyt).

      Też byłem kiedyś „pracownikiem etatowym” ale mniej więcej 1,5 roku temu dotarło do mnie, że niezależnie od tego jak dobrze bym pracował (jako pracownik „dla kogoś”) to i tak przede wszystkim będę dorabiał właściciela biznesu a nie siebie i wtedy po prostu zmieniłem podejście (gdy mój znajomy, mający własną firmę powiedział: zamiast wspinać się po szczeblach drabiny kariery w jakiejś firmie lepiej jest być właścicielem tej drabiny – później dopiero dowiedziałem się, że cytował Roberta Kiyosaki). Kwestia czy bierzemy kredyt aby kupić ryby, czy kredyt aby kupić wędki (czy kredyt zbudować firmę produkującą wędki) to już sprawa indywidualna. W tym pierwszym przypadku niby od razu mamy ryby, ale w dłuższej perspektywie niekoniecznie jest to najkorzystniejsza opcja, można pożyczyć kasę i kupić 100kg ryb, a można pożyczyć tę samą kasę aby kupić 10kg ryb i wędki, 10kg ryb przyda się zanim nauczymy się łowić ryby ale potem możemy część łowionych ryb sprzedawać innym i spłacać tym samym kredyt wzięty na wędki.

  11. tommies pisze:

    Z byznesowego punktu widzenia ciężko coś zarzucić takiemu tokowi rozumowania. Ale rodzina to sposób na życie i proste przykładanie formułek ekonomicznych jest kompletnie pozbawione sensu. A dzieci od czasów mechanizacji rolnictwa to tylko same straty 🙂
    Powyższe wywody przypominają mi wykłady na pierwszych latach studiów 🙂 O ile w teorii wszystko wygląda super, to praktyka jest brutalnym zderzeniem z rzeczywistością.
    Nie znam dokładnych statystyk ale szansa na naprawdę udany i długotrwały byznes to zapewne nie więcej jak 1%. I oprócz pozytywnych cech jak zaradność, samokształcenie rozwija też bardzo paskudne jak brak współczucia, brutalność, egoizm itp.
    Z własnego doświadczenia tez mogę powiedzieć że ilość pracy dla firmy i jej wynik ekonomiczny są odwrotnie proporcjonalne do sytuacji w rodzinie. Pewne elementy są potem nie do odbudowania.

    Poza tym matki natury nie da się oszukać, niezależnie od postępów medycyny jest pewien wiek w którym należy mieć dzieci bo później pojawia się mnóstwo problemów, lub co coraz częstsze w ogóle nie da się już mieć.
    O ile w skali mikro brak dzieci to wyższy status materialny, o tyle w skali makro to dramat dla społeczeństwa bo puki co bazujemy na relacjach emerytalnych wdrożonych przez Bismarcka.
    Może za 100 lat dzieci będzie się kupować w supermarkecie z naklejką Made in China, ale puki co trzeba je produkować w tradycyjny sposób.

    I wracając do sedna czyli mieszkania. Dzieci aby dobrze się rozwijały potrzebują pewnych stałych niezmiennych elementów otoczenia. Jednym z nich jest stałe miejsce zamieszkania. Wynajmowane mieszkanie tego nie zapewnia.
    Do dzisiaj okropnie wspominam moment gdy mając 7 lat musieliśmy się przeprowadzić do nowego miejsca. Niby na dużo lepsze – bo z zapyziałego wilgotnego, zimnego i starego domku z kibelkiem na zewnątrz do kupionego „luksusowego” mieszkania w bloku.
    Ale utrata wszystkich kolegów i miejsca znanego do podszewki to autentyczna trauma która gdzieś tam ukryta do dziś została.
    Miedzy innymi dla tego sam rozważając teraz zakup większego mieszkania biorę pod uwagę wyłącznie bliską okolicę.

    Stety czy nie, postęp cywilizacyjny zaburzył klasyczne wielopokoleniowe rodziny mieszkające w jednym domu z podporządkowaniem cyklu życia zmianom pór roku i otaczającej przyrody.
    Ale warto minimalizować skutki tych zmian choćby przez taki stały element jak miejsce zamieszkania.

    Chyba jeszcze nigdy tyle wypocin nie napisałem komentując coś w internecie 🙂

  12. Piotr pisze:

    No jasne, jeśli przez 7 lat byłeś cały czas w tym samym miejscu, to zmiana może być traumą, z drugiej strony znam osoby, które ciągle podróżują po świecie (z rodziną) i dzieci mają z tego wielką frajdę bo… dla nich to nie trauma, tylko „normalka” (swoją drogą te dzieci mając około 10 lat mówią swobodnie czterema językami, łatwo nawiązują znajomości, są śmiałe, otwarte, tolerancyjne itd.). Są ludzie, którzy odnajdują bezpieczeństwo w stałości i przewidywalności, a są też tacy, dla których to jest nudne, niektórzy będą całe życie jeść tę samą pizzę w pizzerii (bo raz zasmakowała) a inni stwierdzą „tę już jadłem, więc sprawdzę inną” – jak już napisałem, to kwestia indywidualna, ja raczej należę do tych drugich.

    Tak, statystycznie 1% firm ma szanse na przetrwanie długoterminowe bo… wiele osób bierze się za prowadzenie działalności bez jakiegokolwiek przygotowania i wiedzy (najczęściej po prostu mają dosyć „szefów” i robią to bardziej jako ucieczkę lub konieczność niż jako autentyczny akt wolnego wyboru), z drugiej strony są osoby, które zakładają kolejne firmy i te firmy jakoś nie upadają (sam mam znajomego, który ma 6 firm szkoleniowych, z czego 4 w Ameryce Środkowej, zaczynał w 2005 roku i jak na razie żadna nie upadła).

    Moim zdaniem umiejętności finansowe są tak samo ważne jak survivalowe, sytuacje kryzysowe to znacznie mniej niż 1% czasu (chyba, że się samemu do nich doprowadza :D), pozostałe 99% to życie w którym pieniądz jest jednym z istotnych zasobów materialnych (nie jest celem samym w sobie i owszem, szczęścia nie daje, ale brutalnie rzecz ujmując jak ten pieniądz jest, to nie ma problemów w stylu „paliwo drożeje” czy „nie stać mnie na prywatnego lekarza, a na leczenie z NFZ muszę czekać 3 miesiące”). To czy człowiek bogaty jest brutalny, bez współczucia i egoistyczny to zależy od człowieka a nie od stanu jego posiadania (są brutalni „dresiarze” i są bogaci altruiści), może i są w tym kontekście przeprowadzone jakieś badania statystyczne, tego nie wiem, ale na pewno nie ma co generalizować że zawsze tak musi być. Może ja mam po prostu szczęście, że jak robię zlecenia dla właścicieli bogatych firm, to w przeważającej większości są to normalni ludzie od których tylko można się uczyć; brutalny i egoistyczny jest najczęściej small business i takie firmy właśnie często upadają, bo chciwy „szef” (chcący się szybko dorobić) dla chwilowej korzyści niweczy długoterminowe relacje z klientem (statystyki mówią, że niezadowolony klient odradza firmę średnio 11 swoim znajomym, natomiast zadowolony poleca 3-4 znajomym, więc „wydymanie” klienta przynosi chwilowy zysk finansowy, ale traci się 11 innych potencjalnych klientów i po 2-3 latach firma upada z powodu braku klientów). Są też firmy z podejściem „płacimy tylko tyle aby pracownik nie odszedł” (a wtedy pracownicy mają podejście „dajemy z siebie tylko tyle aby nie wylecieć z pracy”) i cierpi na tym jakość bo obydwie strony (szef i pracownik) stanowią dla siebie „zło konieczne” i nie ma współpracy czy poczucia „jazdy na tym samym wózku” – spadek zaangażowania (brak przyjemności z wykonywania pracy), to spadek jakości usług, a co za tym idzie spadek zadowolenia klienta – efekt długofalowy działania takiej firmy łatwo przewidzieć.

    To czy da się pogodzić rodzinę i biznes też jest kwestią indywidualną, moim zdaniem ktoś, kto pracuje 8 godzin na etacie (plus 1-2 godziny dziennie na dojazdy) ma mniej więcej tyle samo czasu dla rodziny, co ktoś, kto przeznacza ten czas na rozwój swojej firmy, z tym że po kilku latach etatowy pracownik nadal musi te 9-10 godzin siedzieć poza domem, a właściciel dobrze prosperującej firmy ma już od tego ludzi i sam może więcej czasu poświęcić rodzinie. Sam widzę po sobie, że mam coraz więcej wolnego czasu (mimo, że jeszcze nikogo nie zatrudniam, po prostu mam coraz lepszych klientów), jeszcze 2 lata temu gdyby ktoś mi powiedział, że w ciągu roku mogę mieć 2,5 miesiąca „urlopu” i mimo wszystko utrzymać dochód 3 razy większy niż średnia krajowa, to bym nie uwierzył, a dzisiaj to dla mnie rzeczywistość i jak na razie tendencje są korzystne zarówno w kwestii wolnego czasu jak i przychodów.

    Tego typu decyzje to sprawa indywidualna, ja podjąłem taką między innymi dlatego, że ileś lat żyłem „jak większość” i stwierdziłem, że jednak nie do końca mi to odpowiada i że mam możliwość to zmienić (nie w tydzień czy miesiąc, ale w ciągu 2-3 lat) więc… zmieniam.

  13. Johe pisze:

    Przesadzasz z tym oszukiwaniem, mam zdanie (nie obraź się) ale jak sam oszukujesz to i spodziewasz się, iż inni też tak postępują. Ja nie oszukuję swoich lokatorów i nie mam takiego zamiaru, ja wiem, że świat jest pełen gnojów którzy tylko szukają okazji aby okantować bliźniego, a najchętniej przyjezdnego – ale oszukiwanie US to inna inszość.

    Rozumiem takie postępowanie i tłumacze je sobie tak, iż skoro nasze państwo okrada nas na każdym kroku, raczej niewiele dając, to dlaczego my mamy łożyć na prezesów i innych członków rad nadzorczych którymi są pokoty polityków.

    Tyle ile trzeba to się płaci, a co można uciąć to nasze.

    • Przykro mi, ale musisz się bardziej postarać, żebym uwierzył jak to bardzo uczciwym człowiekiem jesteś, skoro nie płacisz podatków.

      • Johe pisze:

        Jak to wywnioskowałeś, że nie płacę podatków?
        8,5 od wynajmu, 19% od kontraktu… napisałęm, iż rozumiem niechęć do ich płacenia, wnioskuje to po tym co słyszę od znajomych o sytuacji geopolitycznej i otaczających nas zewsząd aferach.
        Jak żyjesz z wynajmu, ciężko ich nie płacić.

        • Tak wywnioskowałem z tego, co napisałeś. Wybacz, jeśli poczułeś się urażony.

          Ja doskonale rozumiem niechęć do płacenia podatków. Uważam, że rozsądne jest wyłącznie takie planowanie swoich działań, by legalnie płacić jak najniższe podatki.

          Jeśli jednak wynajmujący mieszkanie nie chce podpisać umowy i mnie zameldować (bo nie płaci podatków), sklepikarz nie chce dać mi paragonu, a właściciel pensjonatu w górach nie daje rachunku, to ja w takich miejscach swoich pieniędzy zostawiać nie będę.

          • Johe pisze:

            Też mam niechęć, ale co zrobić… trzeba płacić.

            A kto mi nie daje rachunku/paragonu wtedy proponuję, iż zapłacę mu kwotę jaka by mu została po odjęciu podatków od których się tak wzbrania, bo też chce coś z tego mieć prawda.

            Przeważnie działa, kiedy ktoś ma do wyboru przyjąć zapłatę mniejszą pod stołem, a przyjąć zapłatę normalną popartą paragonem/fakturą (finalnie po odjęciu podatków nawet większą bo pomniejszoną o ew. koszty) wybiera opcje legalną – o dziwo.

  14. Mag pisze:

    A czemu masz sie komus smiac w twarz, ze chce kaucje? Gdybys byl uczciwy, to traktowalbys tak samo wlasciciela. Zaplacilbys kaucje bez obaw, ze ci jej nie odda, bo na 100 procent nic bys nie ukradl, nie wyniosl i nie zniszczyl. Nie zalegalbys z rachunkami, wiec by cie nie interesowalo ich otrzymywanie. W dodatu w Polsce nie ma obowiazku meldunkowego od wielu lat, wiec po co ci zameldowanie w mieszkaniu, ktore nie jest twoje?
    Wlsanie ostatnio wywalilam z hukiem, ale tez po wielu przebojach, takiego wlasnie cwaniaka. Stracilam na tym interesie (umowa rejestrowana, kaucja 1 mc) 15 tysiecy zlotych. Za nieoplacone rachunki, ponowny montaz licznikow, malowanie i naprawy, wymiana sprzetu, skradziona lodowka (sic!)
    Nastepny potencjalny lokator bedzie musial udowodnic, ze nie jest wielbladem, zeby zamieszkac…

    • Doskonale rozumiem sens istnienia kaucji na rynku wynajmowanych nieruchomości i się przeciwko nim nie buntuję. Ale jak ktoś mi zaproponuje kaucję w wysokości 3x miesięcznego czynszu, to go wyśmieję, bo za bardzo odbiega to od standardu rynkowego (którym jest 1-2-krotność opłaty). Już to samo z siebie byłoby dla mnie podejrzane.

      Historii o nieuczciwych wynajmujących, którzy nie oddają kaucji pod byle pretekstem, jest do znalezienia w internecie sporo. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…

      I dlatego gdyby ktoś chciał ode mnie aż tak dużą kaucję, raczej szukałbym innego mieszkania. Chyba, że to miałoby jakieś naprawdę wyjątkowe zalety, których nie mają inne.

      W Polsce wciąż jest obowiązek meldunkowy. To prawo w dużej mierze jest martwe (do momentu, gdy upierdliwa sąsiadka nie zacznie dzwonić po policję gdy będę o 22:05 spuszczać wodę w sedesie, co każdorazowo będzie się kończyć mandatem), ale to nie zmienia faktu, że jako lokator mam prawo chcieć zameldować się tam, gdzie mieszkam.

      • Johe pisze:

        Jest to prawda z tym obowiązkiem, ale znając kilka osób które także żyją z wynajmu (pośrednio lub jedynie z wynajmu) mało kto decyduje się na zameldowanie kogoś, bo łatwo zameldować, lecz gdy trafisz na szumowinę ciężko ją wymeldować, zresztą mając meldunek, możesz wystąpić o nowy dowód, a resztę sobie dopowiedz.

        Zawsze możesz zastosować coś takiego jak „adres do korespondencji” podajesz wtedy miejsce faktycznego przebywania, dodatkowo dlaczego chcesz płacić za mnie rachunki ja to zrobie pewniej i w 100% i nie zdziwię się przy kolejnym ponagleniu czy groźbie odłączenia od sieci elektroenergetycznej..

        Domyślam się, iż chodzi Ci o wodę, prąd lub czynsz. Przecież to łatwo sprawdzić, wystarczy zadzwonić do RWE czy Spółdzielni i spytać się o koszt wody/dostawy/czynników stałych przemnożyć to przez stan licznika który sam przecież masz pod nosem i już. Oj widzę, że każdy chce Cię oszukać. żadna to tajemnica. Rozumiem, że chcesz zmieć kontrolę czy właściciel nie kantuje, ale postaw się też czasem po drugiej stronie, rachunki mogę pokazać, ale sam opłacę to moja własność i wole być na bieżąco z opłatami, a nie liczyć czy najemca zapłaci, czy zapomni.

        Patrząc po znajomych kiedy Twoi najemcy są normalnymi ludźmi, to wystarczy kaucja w wysokości 1. czynszu, gdy ktoś się sparzył i został oszukany przez najemcę co niestety występuje w 80-90% kantów na rynku wynajmu i ucieka to uwierz mi na nic umowy, rejestracje w US, szukaj wiatru w polu i tyle, wnioskując po opieszałości wymiaru sprawiedliwości szkoda życia na gonienie królika winnego 3 czy 4 tys. PLN …

        Dlatego część żąda 2, a nawet 3 czynsze. Uwierz mi jak łatwo lawirować i wmawiać, iż się zapłaci jutro, po wypłacie, a może za miesiąc, żyjemy w kraju gdzie najemca ma więcej praw niż właściciel to właściciel powinien bardziej doszukiwać się możliwości oszukania, niż najemca. Ale widzę, że masz chyba złe doświadczenia i dlatego tak podchodzisz do zagadnienie.

        • O właśnie! I tym sposobem doszliśmy do tego, co moim zdaniem jest źródłem wszystkich tych nieszczęść na rynku wynajmu — głupiej zasady, że więcej praw ma najemca, niż właściciel nieruchomości.

          Gdyby można było najemcę wyrzucić z mieszkania pod most w ciągu 1 dnia, bez potrzeby spędzania najpierw roku w sądzie, to koszty wynajmu by znacząco spadły. Przecież teraz to całe ryzyko, o którym pisałeś, jest uwzględnione w odpowiednio wyższym czynszu!

          I teraz ja, będąc uczciwym najemcą, który nie ma zamiaru nikogo oszukać, muszę płacić więcej z powodu kilku czy kilkunastu procent oszustów.

          No ale cóż — mamy socjalistyczne zapędy władz, to takie są tego skutki. Tym sposobem sensownego rynku wynajmu nigdy nie będzie, chyba, że wynajmu lokali użytkowych.

          Obowiązek meldunkowy jest — i każdy MUSI być gdzieś zameldowany. I teraz przez głupie przepisy jesteśmy zmuszani do utrzymywania fikcji, że np. najemca jest zameldowany u rodziców. Z tego powodu list z sądu dotrze do niego później niż gdyby trafił od razu pod odpowiedni adres, jego rodzice płacą więcej za wywóz śmieci (bo u nich w gminie akurat ustalono stawki w oparciu o liczbę osób zameldowanych), a sam najemca ryzykuje mandat od upierdliwego, nastawionego na zbieranie mandatów policjanta (takich jest teraz większość).

          Może pewnym wyjściem z sytuacji byłyby rachunki powiernicze — na zasadzie takiej, że kaucja trafia na wydzielone konto bankowe, co w pewnym stopniu mnie zabezpiecza przed nieuczciwym wynajmującym.

          • Johe pisze:

            Wszystko opiera się o zdrowy rozsądek, oczywiście nie raz słyszę, iż komuś potrącono z kaucji za „przetartą sofę”. Sofa była podłej jakości i tak dziw, że popruła się po roku używania. Są ludzie i taborety jak wszędzie.

            Są też różne podejścia, rozróżniam normalne używanie i zużywanie się elementów wyposażenia jaki i celowe działanie na pograniczu niedbania czy dewastacji. Zauważyłem też, iż bardziej trzęsą się właściciele którym kiedyś banki wmówiły, przy niskim kursie Franka, iż jakoby kupno mieszkania to bardzo dobra inwestycja. Niestety muszą się liczyć, że to nie jest inwestycja bo raczej dokładają i może za 20-30 lat kiedy będą właścicielem owej nieruchomości, kiedy to stan ogólny budynku będzie mierny… dzielnica podupadnie itp.

            Ale walczą o każdą rysę na podłodze czyt. złotówkę. Ciekawe to podejście i nawet dla mnie właściciela jest ciężkie do zrozumienia.
            Chcąc mieć stan muzealny, zamykam lokal i tylko go sprzątam. Zresztą łatwo poznać kto ma kupione w kredycie pod wynajem, a kto jest pełnym, bo spłaconym już właścicielem.

        • Piotr pisze:

          Johe napisał:
          „Dlatego część żąda 2, a nawet 3 czynsze.”

          Ja tylko raz w życiu zapłaciłem za 3 miesiące z góry. Miałem umowę z 30-dniowym okresem wypowiedzenia (czas nieokreślony) i gdy po mniej więcej pół roku zgłosiłem właścicielowi, że za półtora miesiąca chcę się wyprowadzić, to usłyszałem, że właściciel nie odda mi kasy, bo jej najzwyczajniej w świecie nie ma (i nie zdąży uzbierać) więc albo sobie mogę trzy miesiące pomieszkać „gratis” (za kaucję) albo będę musiał poczekać, aż on znajdzie kolejnego najemcę i weźmie od niego kaucję, aby oddać moją. Od tamtej pory nigdy nie wynajmuję mieszkań na innej zasadzie niż „płatne miesiąc z góry” – uważam, że to układ uczciwy w obie strony.

    • Piotr pisze:

      Mag napisał:
      „A czemu masz sie komus smiac w twarz, ze chce kaucje? Gdybys byl uczciwy, to traktowalbys tak samo wlasciciela. Zaplacilbys kaucje bez obaw, ze ci jej nie odda, bo na 100 procent nic bys nie ukradl, nie wyniosl i nie zniszczyl. Nie zalegalbys z rachunkami, wiec by cie nie interesowalo ich otrzymywanie. W dodatu w Polsce nie ma obowiazku meldunkowego od wielu lat, wiec po co ci zameldowanie w mieszkaniu, ktore nie jest twoje?”

      Powiem tak: z jakiej racji mam dawać nieoprocentowaną pożyczkę osobie, od której wynajmuję mieszkanie? Wynajmuję często mieszkania na okresy 2-3 miesiące (taki jest charakter działalności jaką się zajmuję) i jak ktoś normalnie żyje z wynajmu mieszkań, to daje mi do podpisania normalną umowę (w załączniku spis wyposażenia i opis stanu mieszkania), wystawia co miesiąc normalne rachunki (które wciągam sobie w koszty działalności) a jeśli coś się wydarzy w wyniku mojego świadomego działania bądź zaniechania (co się jeszcze nigdy nie zdarzyło), to normalnie odpowiadałbym za zniszczenie mienia powierzonego przed sądem. Jakbym nie zapłacił wystawionych rachunków, bądź zniszczył mieszkanie, to normalnie z niego wylatuję i już. Przy okazji mniej więcej 50% właścicieli mieszkań ubezpiecza się na wypadek gdybym coś „nabroił” (wybuch gazu, zalanie mieszkania itp.) i… chętnie płacę te 30-40zł miesięcznie ekstra, bo w razie czego też mam święty spokój.

      Natomiast jeśli ktoś „kombinuje” i próbuje przed skarbówką udawać, że nie wynajmuje mieszkania a tylko odpłatnie go użycza (czy w jakikolwiek inny sposób robi „umowy dla picu”) to potem ma problemy, bo takie umowy są nic nie warte i jest problem z pozbyciem się gościa. Gdyby było tak jak piszą niektórzy (problem z pozbyciem się niepłacącego lokatora) to żaden hotel nie pozbyłby się gości, gość wynajmuje mieszkanie na 1 dzień i nie daje się go później wyrzucić bez dawania mu mieszkania zastępczego 😀

      Co do obowiązku meldunkowego: nadal funkcjonuje, nadal mamy obowiązek posiadania adresu zameldowania, tyle że nie ma obowiązku tzw. zameldowania czasowego (kiedyś jeśli opuszczaliśmy adres stałego zameldowania na dłużej niż 30 dni, to trzeba to było zgłaszać). Teraz nie trzeba zgłaszać opuszczania miejsca zameldowania (niezależnie jak długo to trwa) ale wszelkie konsekwencje z tym związane ponosi obywatel (na przykład dwukrotne wysłane pismo z sądu na adres zameldowania uznaje się za „skuteczne doręczone” nawet jeśli przyjdą zwroty listów poleconych, bo listonosz nas nie zastanie), dlatego przy zmianach adresu zamieszkania na dłuższy czas warto to zgłaszać. Swoją drogą w kilku najważniejszych urzędach (oraz na Policji i w Sądzie) zostawiłem oświadczenia, że często przebywam poza miejscem zameldowania i w ważnych sprawach należy się ze mną kontaktować telefonicznie i… ku mojemu zaskoczeniu to działa, urzędy dzwonią do mnie z informacją jakie pismo do mnie wysyłają.

  15. paprokles pisze:

    szanowny Panie Lisie,

    czytam i czytam i nie moge zrozumiec… jak taki doswiadczony domowy surwiwalista dal sie pokonac przez remont mostu?

    mam dla pana recepte na mieszkanie przed (a moze i w trakcie) SHTF.

    MUSI PAN MIEC JEDNOCZESNIE 3 NARZECZONE (w roznych miejscach warszawy) + JEDNEGO NARZECZONEGO (jezeli chce Pan przetrwac to nie moze pan grymasic).

    moze pan sobie dowolnie podzielic 30 dni w miesiacu na 3 narzeczone a jeden dzien spedzac na surwiwalowych przygodach z narzeczonym…

    prosze sobie na chlodno przekalkulowac: 3 atrakcyjne dziewczyny, 3 atrakcyjne lokalizacje, 3 miejsca skladowania surwiwalowych klamotow, byc moze 3 dodatkowe srodki transportu i w koncu bonus wsparcia meskiego ramienia (w wypadku SHTF bezcenne).

    • Szanowny Panie Paprokles,

      Pański pomysł bardzo mi się podoba, to znaczy tak mniej więcej w 3/4. Narzeczonego bym odpuścił.

      Proszę jeszcze tylko o radę, czy wymienione narzeczone powinny o sobie nawzajem wiedzieć. Jeśli tak, to jak je przekonać. Jeśli nie, to jak je okłamywać, żeby się nie wydało.

      Co do remontu mostu, co konkretnie ma Pan na myśli? Ja po rozpoczęciu remontu mostu Grota do pracy jeżdżę 10 minut dłużej, a wracam tyle samo, co przed remontem. Nie czuję się więc przez niego pokonany. 😉

  16. paprokles pisze:

    co do remontu mostu Krzysztof Lis pisze:

    „Jeśli planujesz w razie czego uciekać na wschód, to Białołęka jest OK, tylko dojazdy do pracy na lewym brzegu Wisły przez najbliższe 2 lata będą koszmarem.

    Ja właśnie dlatego teraz wyprowadzam się z Białołęki”
    ……………………………………………..

    no przeciez napisalem ze czytam i czytam

    a co do dziewczyn – ABSOLUTNIE „Marusia nie moze dowiedziec sie o Lidce” a Lidka tym bardziej poznac RUDEGO – pozdrawiam po czolgowemu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner