Konserwy jako podstawa zapasów żywności

Wrzuciłem ostatnio na FB zdjęcie paru pudełek z gotowym żarciem (Chili con carne marki własnej Carrefour), które kupiłem podczas ostatniej wizyty w markecie. Kupiłem je z przeznaczeniem do zapasów żywności, w promocyjnej cenie (za ok. 3,70, zamiast ok. 10 PLN). Termin przydatności mają za 2 lata, wymagają tylko niewielkich przygotowań by nadawały się do spożycia, zapewniają po prawie 700 kcal na pudełko (ponoć da się z tego zrobić 2 porcje).

Jedna z Czytelniczek zwróciła w komentarzu uwagę na to, że takie żarcie nie jest zbyt zdrowe. Chwilę później inny Czytelnik zauważył, że są tańsze i zdrowsze metody na budowę zapasów żywności, a ponadto w razie gorszych czasów umiejętności kulinarne będą na wagę złota. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Dlatego uznałem, że warto wspomnieć w kilku słowach o tym, jakie jest miejsce tego typu gotowych posiłków, ale także różnego rodzaju konserw, w jadłospisie nowoczesnego survivalisty.

Moje zapasy żywności składają się z kilku podstawowych grup:

  • makarony i kasze,
  • mięsa i ryby w formie różnego rodzaju konserw w puszce (mielonki, paprykarze, ryby w pomidorach i oleju, golonki, szynki w puszce),
  • tłuszczy (olej, smalec),
  • warzyw i owoców (ogórki kiszone i konserwowe, suszone warzywa, brzoskwinie w puszce, orzechy).

Docelowo chciałbym zbudować zapas żywności na 1 rok dla mojej rodziny, pierwszym krokiem milowym będzie zapas na 3 miesiące. Aby taki zapas miał sens, konieczne jest regularne wymienianie produktów, których termin przydatności się zbliża. Wszystko po to, by nie trzeba było wyrzucać pieniędzy w błoto na zapas żywności, tylko racjonalnie je wydawać. Kupujemy coś, kończy się temu termin przydatności, zjadamy.

W takim wariancie, jeśli produkty mają termin przydatności średnio 2 lata w przód, abyśmy mogli mieć zapas na 3 miesiące, musimy średnio co 8 dni przez 1 dzień żywić się wyłącznie produktami z zapasów. Dość rzadko, rzadziej, niż przeciętna polska rodzina.

Nie chodzi o to, by na takich produktach budować swoją codzienną dietę (to rzeczywiście nie byłoby mądre). Nadmiar konserwantów nie jest zdrowy, dlatego warto ograniczyć ich spożywanie do niezbędnego minimum. A moim zdaniem takim minimum jest właśnie wymiana zapasów żywności. Przez resztę dni tygodnia możemy się odżywiać posiłkami domowej roboty, przyrządzonymi z surowców prosto od rolnika, nie zaś przetworzonych wstępnie w fabryce.

Wszelkiego rodzaju gotowe posiłki i konserwy uważam mimo wszystko za rdzeń zapasu żywności, jakie w polskich warunkach możemy sobie zbudować. Jasne, że można poświęcić czas na samodzielne przygotowanie gotowych dań i zawekowanie ich do słoików. Uważam, że każdy powinien nabyć taką umiejętność, choćby po to, by umiał przechowywać żywność gdy zabraknie prądu. Ale mimo wszystko łatwiej i szybciej jest wrzucić parę puszek podczas wizyty w supermarkecie do koszyka, a potem odłożyć do szafki z zapasami, niż poświęcić cały dzień na kupowanie tanich produktów, a potem samodzielne przerobienie ich na zapasy.

Z doświadczenia wiem, że łatwiejsze rozwiązania bardziej do nas przemawiają i są szybciej wdrażane. Dlatego nie koncentruję się na polecaniu Czytelnikom metod na samodzielne przygotowywanie wyszukanych gotowych dań do słoików. Wiem, że mało kto by z takiej porady skorzystał. Wolę polecić kupienie paru puszek, co może zrobić naprawdę każdy z nas, choćby w ogóle nie miał wolnego czasu na myślenie o tym.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

46 komentarzy

  1. Adam pisze:

    Myślę że warto robić zapasy konserw ale tylko z mięsem , jeżeli natomiast chodzi o owoce i warzywa lepiej sprawdziło by się wekowanie ich w słoikach.

    • Cuthorn pisze:

      Z punktu widzenia wygody pewnie tak, ale spójrz na skład puszek z owocami (owoce, woda, cukier, kwasek cytrynowy, no, może jakiś konserwant, ale da się znaleźć bez), a na skład puszki z mięsem (50% mięso, woda, E, E, E, E , E, E, E, E, E etc.) – i potem to trzeba zjeść – raz na tydzień.

    • MaQ pisze:

      Z samodzielnym wekowaniem to też nie tak łatwo.. Teściowa robiła „swoje” malinki dla wnusia. 50% to czysty cukier do tego cały dzień roboty z wyparzaniem wekowaniem itp.. potem przechowywane w ziemiance a i tak po 3 miesiącach połowa popleśniała.

      • artur xxxxxx pisze:

        To nie lepiej było przeznaczyć te malinki na wino? I babcia, i wnuś byliby pewnie bardziej zadowoleni. 🙂

      • tommies pisze:

        Ewidentnie coś było schrzanione.
        Domowe weki mają wieloletni termin przydatności. U wuja przy przeprowadzce do nowego domu, jak opróżnialiśmy piwnicę to dużo było starych 10 i więcej letnich przetworów. Nic im nie dolegało, bo próbowaliśmy tylko kompoty zamieniły się w taką dżemopodobną masę. Koniec końców i tak się nie zmarnowało, bo wujo zlał wszystko co owocowe do gąsiora, dodało się cukru, drożdży i wiadomo co dalej się z tego zrobiło 😉

      • AK pisze:

        W okolicy roku 2011/2012 też robiliśmy sok malinowy i truskawki w zalewie. Chyba trochę za dużo nam wyszło bo do tej pory go pijemy 🙂 ale żaden słoik się, nie otworzył, nie spleśniał etc. smak po przechowywaniu w blokowej niezbyt zimnej piwnicy idealny. Jako ciekawostkę dorzucę, że początkiem roku zjadłem wekowane gruszki i śliwki , które zbierałem będąc jeszcze małych chłopcem, po ok. 20 latach, smak w zasadzie bez zmian, owoce nadal jędrne i pyszne tak jak te 20 lat temu. Żadnych sensacji żołądkowych nie odnotowałem hehe 🙂

    • panika2008 pisze:

      Zapewniam Cię Adamie, że puszkowana fasola jest zajebiście smaczna po paru latach przechowywania w temperaturze pokojowej 🙂

  2. GvG pisze:

    @Cuthorn
    Alleluja 😉 Po takiej diecie to możemy nie dożyć do najbliższego kataklizmu ;]
    @MaQ
    Nie zgodzę się. Mamy całe cargo przetworów z czego połowa to owoce i w znacznej mierze udało zrobić się je bez dużej ilości cukru. Manię dosypywania ton cukru to nasze mamusie mają jeszcze z poprzedniego ustroju 😉 Fakt, faktem jak się policzy czas/gaz/cukier (owoców nie liczę bo mamy w więkoszości przywiezione od rodzinki ze wsi) to średnio się to kalkuluje. Ale o niebo prościej zainwestować w coś takiego niż uzasadnić sobię zakup napakowanej chemią puchy. A testuję termin przydatności i 3 letnie nie wykazują objawów zmęczenia, zostawiam kilka i zobaczymy za rok.

  3. cedric pisze:

    Mozliwe, że cukier teraz jest trefny (może dodają jakieś słodziki- jak dla mnie dziwnie smakuje).Ile jest cukru w cukrze? A swoją drogą niezłe są owoce suszone na słońcu. Byle jakie papierówki można było suszyć, nadają się też na kompoty.

  4. Gregor pisze:

    Demagogia z tymi konserwantami i E*. Akurat świetnym i często stosowanym konserwantem jest witamina C (askorbinian sodu czy potasu), która też oczywiście ma symbol E. Swój symbol E mają inne witaminy oraz tak powszechne substancje jak kwas cytrynowy i inne. Owoce i warzywa są pełne E*, ale tego jakoś przeciętny zjadacz chleba chyba nie pojmuje.

    A poza tym pora się zastanowić – PO CO są te konswerwanty? Może to spisek żydowski, żeby otruć Polaków? A może rzeczywiście są przydatne? W komentarzu wyżej ktoś napisał, że teściowa zrobiła malinki i połowa spleśniała po paru tygodniach. Jak puszka czy słoik ma wytrzymać parę lat i nie zepsuć się, to MUSI mieć konswerwanty. Amen.

    Więc można kupić żarcie bez konswerwantów, które spleśnieje po 2-3 dniach. Jak chce się puszki trzymać latami, to muszą mieć odpowiednie substancje, które to zapewnią i marudzenie na to jest żałosne.

    A co do terminu puszek – większość konserw spokojnie przetrwa 5 czy 10 lat i więcej. Przez długi czas wojsko polskie było zaopatrywane w wieczne konserwy, które nie miały żadnego terminu i były uznawane za wiecznie dobre, o ile nie miały ewidentnych objawów zepsucia, jak wybrzuszone wieczko itp. Teraz producent musi ustalić jakiś termin, to dał 2 lata, bo w handlu detalicznym to bardzo dużo, a poza tym ludzie baliby się kupować żarcia z terminem przydatności 2030 🙂

  5. Rydzyk Fizyk pisze:

    Dlatego nalezy kupowac zywnosc o dlugim terminie powiedzmy 20-25 lat, a nie zajmowac sie puszkami.
    Puszki nie sa zle, ale na maksymalnie 2-3 miesiace. Aby miec zapas zywnosci na dluzej po prostu trzeba odzalowac i kupic zapas profesjonalnego zarcia. I to uznac za pewna podstawe i zelazna racje. Reszta to bedzie wlasnei dodatek i mila odmiana.
    oto 2 pierwsze linki jakie znalazlem
    http://www.thereadystore.com/food-storage
    http://wisefoodstorage.com/why-wise/25-year-shelf-life.html

    Wazne by przeliczyc ile jest tam kalorii. Bo czasem moze byc dla nas za malo.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Cały czas rozważam kupienie czegoś takiego, choć mam sporo wątpliwości. Najważniejsza z nich dotyczy tego, czy takie żarcie będzie mi smakowało i czy mój organizm je będzie tolerować.

      W USA można sobie kupić mały pakiet i sprawdzić, czy jest to dobre. Do Polski robi się to spory wydatek i raczej opłacałoby się kupić cały, duży zestaw. A to oznacza, że nie przetestujemy, czy np. takie jedzenie nie wywołuje u nas sraczki. Wolałbym tego uniknąć w razie czego…

      • GvG pisze:

        Próbowałem i smak mi wybitnie nie podszedł. Jajecznica z saszetki smakowała jak makulatura. Małe porcje pojawiają się na ebayu, ja swoje wziąłem z Niemiec.

        • Piotr79 pisze:

          Kilka miesięcy temu w TV4 leciał odcinek Galileo (chyba każdy zna), w którym grupa kobiet oceniała racje żywnościowe żołnierzy sił brytyjskich, holenderskich, niemieckich i chyba włoskich.
          Testowały… hmm raczej smakowały zupy, drugie dania i desery energetyczne przygotowane przez żołnierzy w terenie na polowych kuchenkach. Jak dobrze pamiętam wygrały racje holenderskie…

      • Taki jeden łoś pisze:

        jajecznica to najgorsze co moze byc bo zabiera smak, ale jest pozywne.
        jadles wisefood czy cos innego bo to duza roznica.
        liofilizaty typu adventure a to zarcie to roznica i to duza.

        generalnie to najlepsze zarcie jakie znam. jak bym mial przygotowywac sie na 100 dni to wolalbym miec przynajmniej 60 dni w takich baniakach. bo jest mobilne, wsadzisz gdzie chcesz i sie nie martwisz, ze sie zestarzalo, zniszczylo czy mole zjadly. (maczniak)

        podobno wise food ma miec oddzial w europie. jesli ktos jest zainteresowany mozna by bylo sprowadzic na wlasna reke. trzeba miec tylko znajomego w usa ktory to przepakuje i wysle na prywatny adres jako paczka prywatna inaczej bedzie to strasznie drogie

    • panika2008 pisze:

      „Puszki nie sa zle, ale na maksymalnie 2-3 miesiace” – hehe, bo to raz się jadło fasolkę znalezioną w rogu szafki sprzed 3 lat? Smakowała zupełnie spoko, nikt też sie po niej nie przekręcił ani nie miał sesji w WC 😉

      Zamiast wydawać fortunę na żarcie z przydatnością 25-letnią polecam kupić puchy z Biedronki czy innego Lidla, a zaoszczędzone pieniądze wydać na jakieś zajęcia odstresowujące 😛

  6. Kriss pisze:

    Witam.Jak myslicie, jak wyglada kwestia zaopatrzenia sie w zywnosc ( rowniez ta dlugoterminowa ) przez wegetarian ? Mysle, ze w razie koniecznosci walki o przetrwanie moralne, czy dietetyczne idee beda musialy zostac odstawione na bok.W razie powaznych zdarzen , wszelkie nawyki zywieniowe, nie wspominajac o osobistych gustach i tak nie beda mialy znaczenia.Zniknie potrzeba znajmomych smakow, stosowania przypraw , i innej kulinarnej finezji.Nie mowiac , ze moze dojsc do zaniku popluacji kotow w aglomeracjach miejskich:-).Pomijajac wszelkie sytuacje krotkotrwale, glownym prioytetem podtrzymania biologicznej egzystencji, bedzie spozywanie wszelkiego rodzaju zywnosci, bez wzgledu na ich walory organoleptyczne.Te dwa linki podane wyzej wygladja sie calkiem ciekawe, a 20- 30 letnia przydatnosc robi wrazenie.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Wegetarianom będzie łatwiej, bo łatwiej wyhodować zboże, niż mięcho.

      • panika2008 pisze:

        Niestety, nie do końca to prawda. Kury i kozy są b. łatwe w hodowli. Uprawa zbóż, szczególnie pszenicy – wymaga pewnej wiedzy, doglądania, oprysków itd, jest też, na skalę nieprzemysłową, bardziej czasochłonna i/lub zasobochłonna (kozę czy kurę zarzynasz nożem/siekierą; do uprawy potrzebujesz kombajn i młyn, ewentualnie kosę i młynek ręczny plus duuużo czasu).

        • Survivalista (admin) pisze:

          Ale żeby wyhodować kury czy kozy, musisz mieć dla nich paszę na zimę. Łatwiej zapewnić sobie 1 000 kcal z fasoli, kartofli czy zboża, niż ten sam 1 000 kcal z mięcha.

          • panika2008 pisze:

            W tym sęk, że nie koniecznie. Zwierzęta (szczególnie kozy) mogą wciągać mieszankę różnych odpadów, a to ze stołu, a to lekko podgniłe resztki roślin, a to kiszonki z losowo pomieszanych rzeczy z pola (tradycyjna metoda stosowana w gospodarstwach do niedawna)… W hodowli zwierząt na małą skalę jest naprawdę sporo ułatwień logistycznych.

            Jak by to takie było proste, że ilość kalorii w łańcuchu hodowli przekłada się na finalną cenę, to nie byłoby mięsożerców. Szkoda 🙂

  7. Kriss pisze:

    Wydaje mi sie, ze dobrym wyjsciem jest jednak powrot do wekowania wszelkich dobrodziejstw , oraz taka obrobka miesa, ktora pozwoli mu zachowac dluga zdatnosc do spozycia.Wiekszosc produktow wymaga jednak spozytkowanie sporej ilosci wody ( zwlaszcza jesli rozciagniemy to w czasie ), a zaopatrzenie w wode ( rowniez z czasem ) moze byc coraz trudniejsze.Wiekszosc sloikow ma sama w sobie spory udzial wody.

  8. Kriss pisze:

    Aha, dlaczego zawsze wymienia sie sól i cukier ( nie lepiej miód ? ) jako pierwszorzedne zapotrzebowanie ? Tylko sie bardziej pic chce od tego, wartosci zadnej …No a jesli trafi sie nam sol przemyslowa i cukier – bez cukru to juz w ogole lipa .

    • Pozyskiwacz pisze:

      Dlaczego sól i cukier? Myślałem że to oczywiste dla wszystkich…

      Obie te substancje służą do konserwowania zapasów , zwłaszcza przy braku możliwości mrożenia. Zwłaszcza zużycie soli może wzrosnąć kilkunastokrotnie, albo i więcej (konserwacja mięsa, skór , kiszenie warzyw itp.) Samo zakonserwowanie małej koziej skóry to ponad pół kg soli. Cukier podobnie. Herbaty można nie słodzić, ale zapasy na zimę-soki , dżemy , kompoty wymagaja sporych ilości cukru.
      Przy czym oba produkty łatwo się przechowują (byle w suchym), dziś nie są przesadnie drogie (zwłaszcza sól), a w razie przerwania zaopatrzenia sól jest niemożliwa do wytworzenia lub zastapienia, we własnym zakresie (chyba że ktoś nad morzem mieszka), a cukier bardzo ciężko zastąpić. Ew. miodem, albo melasą z buraków cukrowych. Ale jedno i drugie pracochłonne w wytworzeniu i też nie uzyskamy dzisiejszego cukru.
      Jeszcze 150 lat temu na tereny Podkarpacia przybywały zaprzęgami wołów karawany z solą z Morza Czarnego.Więc wyobraźcie sobie jak droga musiała to być substancja skoro opłacało się ją transportować tak daleko, takimi prymitywnymi metodami. W każdym razie oby się nie okazało że lokata w sól będzie najbardziej zyskowna lokatą w historii.

  9. night_rat pisze:

    przyprawy!, herbata, kawa są ważne. chili con carne i sam zażywam 🙂 najtaniej wyszedł mi mój zapas fasolki w puszkach i ryżu, nawet sól, mam też sporo czekolad. muszę zakupić mleko w proszku, masę cukru i rozwinąć temat ziemniaków i mąki (nie jadam na codzień). miewam 2 problemy- przeliczając kaloryczność wcale niełatwo tyle tego zgromadzić (wiem też, jak mało wejdzie do plecaka), drugie- wątpię, czy mam w pełni zbilansowaną dietę w zapasach. nie mam poczucia winy, że nie wszystko jest najmniejsze, najbardziej kaloryczne i najtrwalsze jak racje kosmonautów, parodniowa taka czeka w gotowym plecaku. większość spakowana w pudłach do ew. transportu,jest i worek żeglarski. polecam też marsze z ciężkim plecakiem po górkach z przejściem na parodniowe odżywianie tylko zestawami czy zapasami- co innego podjadać w domu, co innego testować i żarło, i własne potrzeby (1200-6000 kal.). Kawalerowie mogą nie zauważyć różnicy, odstawcie choć alko 😉

    • Survivalista (admin) pisze:

      Rezygnując z zapychaczy jakimi są skrobia i cukry (czyli makaronów, kasz, ryżu, mąki, ziemniaków) cholernie trudno jest gromadzić kalorie. Chyba, że kupisz smalec / olej. 😉

  10. Kriss pisze:

    No nie wiem.W przypadku powaznego chaosu watpie , by mieszczuch mial dostep do miesa , czy warzyw w sytuacji braku dostaw zywnosci przez producentow.Po rozgrabieniu zakladow, czy magazynow , ludzie pojda najwyzej do lasu, gdzie rowniez raczej nie za wiele upoluja.Zatem co solic , i co slodzic ?Beda sie raczej odzywiac ( Jak w Koreii Pólnocnej ) kora, korzonkami i ziolami.I sprawa zasadnicza.Mozna sie przygotowac na krotkotrwaly stan wyjatkowy, ale nie da sie przygotowac na jakas totalna katastrofe.Nieco z innego poziomu – Tak, czy siak, kazdy bedzie mial nadzieje, ze ponownie zapanuje jakas normalizacja ? Ale kto ma nad tym zapanowac ? Rzad ? jakies inne organizacje ? W wielu scenariuszach w sytuacji swiatowego chaosu wladze przejmuja korporacje, prywatne armie, mafie i inne tajne struktury.A ludzie , spoleczenstwo, narod ? W kazdej konfiguracji nadal jest to tylo masa jednostek biologicznych, ktora pod kontrola ma zapewnic wladze, wplywy i zyski kaście nadzorcow.

    • Pozyskiwacz pisze:

      W przypadku poważnego kryzysu mieszczuch przestanie być mieszczuchem, przynajmniej w olbrzymiej większości. Albo przeprowadzi sie na wieś , albo wyginie.
      Co do przygotowań, to wszystko zależy od nasilenia kryzysu. Bo przykładowy brak prądu, związany z wybuchami na słońcu, może mieć jak najbardziej zasięg globalny i stać się katastrofą totalną, a moim zdanie można się na niego przygotować całkiem dobrze. Jasne że jak walnie duży kawałek skały z kosmosu to bedzie posprzatane i na niewiele się zdadzą przygotowania.
      Co do przejęcia władzy przes struktury mafijne , czy korporacyjne, to do sprawowania jakiejkolwiek scentralizowanej władzy-obojetnie czy demokratycznie wybranej , czy narzuconej siłą, jest potrzebna DZIAŁAJĄCA infrastruktura , choćby łączność i transport. Dlatego myślę że w mniejszym kryzysie utrzyma się władza państwowa (inna sprawa czy to dobrze czy źle), a w większym nastąpi rozpad na mniejsze struktury lokalne, dopiero później może nastąpić stopniowa centralizacja władzy.Czy te lokalne struktury władzy będą dobre dla zwykłych obywateli to oczywiście nie wiadomo, pewnie jedne będą lepsze inne gorsze, jak to w życiu.

  11. Michał pisze:

    Na stronie http://foodstoragemadeeasy.net/ jest fajny opis (po angielsku) jak zorganizować sobie sensowne robienie zapasów wg realnego zapotrzebowania. Są nawet do ściągnięcia dwa arkusze kalkulacyjne, jeden to 3 Month Food Supply Excel Calculator, który działa w oparciu o własne wyliczenia posiłków i ich składników (tu jest filmik http://www.youtube.com/watch?v=LyygTLwVgd0 z instrukcją obsługi). Drugi, bardziej zaawansowany, to Long Term Food Storage Calculator – w oparciu o kalorie na osobę. Niestety ten drugi jest w funtach, więc trochę nie pasuje.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Podrzuciłbyś link do podstrony, skąd można je pobrać, oszczędzisz wszystkim trochę czasu. 🙂

  12. www pisze:

    http://www.ted.com/talks/lang/pl/irwin_redlener_warns_of_nuclear_terrorism.html
    bardzo fajny art. o tym jak wladza traktuje przygotowanie do wojny nuklearnej i jak to robila w usa.

  13. cedric pisze:

    Zamiast cukru można kupić doniczkę stewii, za warzywo moze służyć amaranthus, paciorecznik, świeże pąki lipy smakują jak najlepsza sałata, podobno młoda funkia jest nawet smaczniejsza od sałaty. Za herbatę posłużyć mogą mięty o różnych smakach jabłkowa, ananasowa, czekoladowa, pomarańczowa, bananowa itd. z dodatkiem cytryny skierniewickiej, trawy cytrynowej; białko zwierzęce to np. popularna od 5000 lat świńka morskiej,dzikie ptactwo, mozna zainteresować się wędkarstwem; produkty fermentowane , na zakwasie mają więcej białka, lizyna -jeden z najważniejszych aminokwasów jest obecny w owsie, szarłacie, kaszy gryczanej. Problem jest z B12. W kryzysowych sytuacjach można spożywać krew zwierząt. Tak robili Mongolowie- nakłuwali ucho konia i pili surową krew. Pascal w Wietnamie spożywł zupę z krwi ptaków. Niezbyt to wyglądało zachęcająco, ale w razie głodu…

  14. Wilkinson33 pisze:

    Tak mi się autorze wydaje, że za dużo wagi przykładasz co do zapasów żywności. Zapasy wcześniej, czy póżniej się skończą – bez względu na to ile ich będziesz posiadał. Większą uwagę poświęcał bym na naukę pozyskiwania i metod konserwowania żywności niż na gromadzeniu zapasów.
    Przemyśl to.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Jasne, zapasy żywności tak samo się skończą, jak i baterie czy świece, a te rzeczy też warto mieć w zapasie. 😉

      Oczywiście masz rację, ale o ogrodnictwie czy hodowaniu świń to mamy marne pojęcie, więc o tym za bardzo nie jesteśmy w stanie pisać.

    • Mc pisze:

      Wilkinson33 ma rację.
      Moim zdaniem autor bloga propaguje niezdrowe hobby –
      jedzenie puszkowanego (a wtym artykule jeszcze krok dalej – przeterminowanego) mięsa po to tylko, aby mieć duże zapasy „gdyby coś się stało”.
      Moim zdaniem mała szansa, by coś się stało takiego, że te zapasy się przydadzą.
      Zazwyczaj jeśli coś się dzieje, to trzeba się ewakuować – sterty konserw do samolotu się nie wniesie.
      Od sterty konserw lepszy jest nowy paszport biometryczny (ułatwia sprawy wizowe).

      Usilnie namawiam autora i innych czytaczy, aby zmienili hobby
      z jedzenia azotanów i jadów kiełbasianych na bardziej praktyczne –
      np. robienie przetworów, na początek proponuję dżemy i powidła.
      Teraz są jeszcze tanie owoce z tegorocznych zbiorów.
      Jest to pożyteczne z wielu względów, nie tylko pod kątem „coś się stanie”,
      ale również mamy porządne prawdziwe dżemy.
      Taki prawdziwy dżem 1:1 w klepie kosztuje kilkanaście zł.
      Zwykły dżem to głównie galareta, a wsad owocowy to jakieś zgnite resztki, ładne owoce idą do handlu.

      • Survivalista (admin) pisze:

        Ewakuacja to tylko jeden z możliwych scenariuszy, wcale niekoniecznie najbardziej prawdopodobny. Równie dobrze możesz zostać zmuszony do pozostania w domu.

        Zresztą kto mówi, że cały zapas żywności trzeba mieć w mieszkaniu? Czy nie lepiej podzielić go na kilka części i trzymać np. u celu ewakuacji?

        Załóżmy, że nie jadam dżemów. Jakie przetwory, które wymagają mało czasu, byś mi poradził zrobić?

        • Mc pisze:

          Nie jadasz dżemów?
          Hmm, mam jeszcze ogórki kiszone oraz pomidory (używane do zupy lub spaghetti zamiast koncentratów).
          Z mięsem żadnych doświadczeń nie mam.
          Generalnie mięso trudniej jest zakonserwować niż owoce/warzywa,
          do owoców wystarcza cukier (cukier krzepi ;), do warzyw sól, ocet lub
          naturalne kwasy towarzyszące fermentacji.
          Również efekty towarzyszące błędom konserwacji nie są takie zabójcze jak w przypadku mięsa.
          Moim zdaniem jedyna sensowna konserwacja mięsa ma postać szynki parmeńskiej 🙂

          • Survivalista (admin) pisze:

            Ogórki kiszone bardzo lubię, konserwowe także. Jadam ich sporo. Te drugie łatwiej kupić i tak często robię. Kiszonych robić mi się nie chce, chyba zresztą trochę przegapiłem sezon.

            Pomidory suszę. Innych postaci przetworzonych pomidorów nie jadam, oprócz ketchupu i koncentratu, tego robić samemu mi się nie chce, więc kupuję.

            Mięso suszę. Ale nie jestem w stanie ususzyć takich ilości mięsa, by zrobić jakiś sensowny zapas. Zresztą 1 kg mięsa do suszenia (dobra wołowina) kosztuje mnie więcej, niż 1 kg mięsa w puszce (i to takiej puszce, gdzie jest ponad 90% mięsa). Ostatnio kupowałem na przykład takie, w których składzie wymienione było mięso, tłuszcz i sól.

  15. Piotr pisze:

    A co myślicie o tradycyjnym smalcu w słoikach? Bardzo tanie w przygotowaniu, trwałe i kaloryczne.

  16. zk pisze:

    Ciekawe jak sprawdziło by się konserwowanie mięsa poprzez gotowanie w tłuszczu (smalcu) .Gotowanie kilkugodzinne wysterylizowałoby produkt dodatkowo pozbawiło wody, co utrudniłoby życie mikroorganizmom. Jak żyje nie widziałem jeszcze pleśni na smalcu. Trudno mi powiedzieć jak długo dałoby się coś takiego przechowywać.

  17. lukasz pisze:

    W zeszłym roku robiłem kiełbase sloikową 100% mięsa .Pamiętam zostawiłem sobie jeden słoik by sprawdzić termin jak dlugo wytrzyma. Była 2 razy gotowana i wszystko było by okey gdyby nie pokrywka od sloika ktora lekko przerdzewiała. Kiełbasa była dobra:-) .Co do wędlin mozna samemu zrobić robiąc swoje wędliny trzeba tylko dlugo wędzić minimum 14 godzin na zimnym dymie .Wtedy kiełbasa wytrzyma spokojnie 5 tygodni wiadomo z czasem robi się sucha i twarda ale jest jadalna sprawdzilem też:-) i polecam .Wszystko co pasztety i podroby odradzam robienia .

    • Survivalista (admin) pisze:

      5 tygodni to w naszej perspektywie okres nie wart uwagi. Gdybyś mówił o konserwowaniu mięsa na 5 lat, to co innego…

      • AK pisze:

        Większość suchych kiełbas, mięs etc. , a do tego jeszcze wędzonych na zimno ma dużo większą wytrzymałość niż rzeczone 5 tygodni. Mój tata robi kindżuk, który te 4-5 tygodni leży w chłodnym miejscu w prasie i jest regularnie obwędzany na zimno. Trzeba zaznaczyć, że jest to dopiero początek „życia tej szynki” która po tym czasie i tak jest za świeża do jedzenia. Taki kawałek potrafił u mnie w mieszkaniu, bez specjalnych operacji, wisieć w kuchni ok. miesiąca i dopiero był w miarę akuratny. A im dłużej tym mniejsza szansa na zepsucie, ponieważ mała wilgotność i zasolenie w zasadzie uniemożliwiają rozwój bakterii. Zwykłe suszone schaby, i szynki w kawałku robione w domu bez piwniczki dosuszam po wstępnym odwodnieniu solą i cukrem w temperaturze pokojowej nad kuchenką. Nic się z nimi nie dzieje poza tym ,że szybko znikają bo są przepyszne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner