Najlepsze awaryjne źródło prądu na naprawdę trudne czasy

W dzisiejszym odcinku pokażę Wam coś, co po przeprowadzonych testach wydaje mi się być jednym z najlepszych, najbardziej wszechstronnych awaryjnych źródeł prądu na naprawdę trudne czasy.

Uważni widzowie albo osoby śledzące nas w social mediach z pewnością wiedzą, że chodzi o zestaw do produkcji prądu z wykorzystaniem roweru, który dostaliśmy do przetestowania i pokazania Wam na kanale od polskiego producenta. Tutaj zostawiam link do miejsca, w którym można to urządzenie kupić i więcej o nim poczytać.

Opowiem Wam dziś o moich testach, opowie Wam dziś, jak korzystałem z tego urządzenia, czy może raczej, co starałem się za jego pomocą zasilić, i uczciwie pogadamy o jego zaletach, wadach i potencjalnych ograniczeniach.

Dlaczego rozwiązanie tego typu, rower do produkcji prądu, wydawało mi się najlepsze? No cóż, bardzo długo szukałem jakiegoś rozwiązania, które pozwoli wytworzyć prąd, kiedy będzie bardzo źle. Takiego rozwiązania, które nie będzie zależne ani od pogody, ani od zapasu czegoś. Bo wiecie, prąd to sobie można magazynować w bateriach, ale też świetnym źródłem prądu jest agregat prądotwórczy i wystarczy tylko zrobić odpowiednio duży zapas paliwa, może zapas środków smarnych, oleju do tego agregatu, może jakieś świece, części zamienne, tego typu rzeczy.

Z kolei panele fotowoltaiczne i turbiny wiatrowe, czyli te odnawialne źródła energii, są super, bardzo je lubię, turbinę wiatrową od dawna chciałbym mieć, paneli fotowoltaicznych mam kilka, ale w nocy panele nie wytwarzają prądu, zimą zresztą prawie też nie ze względu na małe ilości słońca, a turbina wiatrowa, kiedy nie wieje, nie wytworzy ani 1 mA prądu. I tutaj rozwiązaniem świetnym wydają się być różnego rodzaju urządzenia napędzane siłą mięśni.

Od lat mam taką ręczną ładowarkę, która wytwarza napięcie 12 V i może z mocą kilku watów zasilać jakąś np. samochodową ładowarkę. To jest super rozwiązanie, no ale wiecie, kręcenie korbką ręcznie przez wiele godzin na pewno nie jest jakoś szczególnie przyjemne.

Rower wydawał mi się być idealnym rozwiązaniem, był taki okres w moim życiu, kiedy bardzo dużo jeździłem na rowerze, swego czasu zrobiłem z kolegą taką fajną pętlę po Holandii i czułem, że rower na trudne czasy jest świetnym rozwiązaniem do ewakuacji, ale właśnie też do produkcji prądu. I wiele lat temu recenzowaliśmy na blogu taką książkę, „Obroń bazę…”, coś tam, coś tam. W tamtej książce był projekt zrobienia takiego roweru do produkcji prądu. Tylko o ile dobrze pamiętam, to tam była mowa o tym, że trzeba zdjąć dętkę i oponę, założyć na to pasek klinowy i w ten sposób przekazywać napęd na prądnicę czy na alternator.

I myślałem, że montaż będzie jakoś skomplikowany, że to będzie trudne, natomiast sprowadza się do zamontowania roweru w stojaku, założenia paska klinowego, zamontowania pulpitu na kierownicę i podpięcia kabli. I to jest wszystko, i to można zrobić poniżej 5 minut. I to jest bardzo fajne, bo tym sposobem nie musimy kupować drogiego roweru, żeby móc wygodnie korzystać z tego roweru, jeżdżąc gdzieś nim, i w razie czego w sytuacji awaryjnej skorzystać również do produkcji prądu.

Wiecie, jak na świecie będzie bardzo źle, nie będzie prądu, nie będzie paliw, to rowery będą miały mnóstwo zastosowań, jeśli mamy możliwość wygodnego zapinania i wypinania roweru z takiego generatora prądu, to może być ona korzystna.

Podstawowym elementem zestawu jest oczywiście prądnica, natomiast bardzo jego ważną częścią jest ten oto pulpit, który mocuje się za pomocą takiego uchwytu na kierownicy. Tutaj jest taka podkładka, do której się różne rzeczy przyklejają, żeby położyć telefon i nie bać się, że on nam spadnie na podłogę, wiecie, na pewno chcielibyśmy tego uniknąć. Tu mamy duży wyświetlacz, który pokazuje: napięcie, natężenie, ilość wytworzonego prądu w watogodzinach i aktualną moc, jaką to urządzenie oddaje na zewnątrz. Z przodu mamy 4 gniazdka, po kolei: gniazdko wejściowe, w które wpinamy kabel z prądnicy; gniazdko wyjściowe, za pomocą którego będziemy ładować zewnętrzny akumulator; gniazdo zapalniczkowe na 12 V i gniazdo USB: USB-C na górze i na dole USB w standardzie Quick Charge 3.0.

Do ładowania zewnętrznych akumulatorów dostajemy regulator ładowania w dodatkowej obudowie, z podpiętymi kablami. Kablem wpinamy się do pulpitu, a do drugiej złączki możemy dołączyć 2 kable, 1 jest z takimi końcówkami oczkowymi, drugi jest z takimi klamerkami, czyli de facto możemy ładować praktycznie dowolny akumulator, np. akumulator samochodowy. Nawet nie musimy go wyciągać z samochodu i przenosić. Skoro jestem już przy tym elemencie, to kilka słów o wadzie, którą zauważyłem. Do tego regulatora ładowania mamy podłączony kabel wejściowy, kabel do akumulatora i tutaj jest jeszcze złącze na urządzenia, które ten regulator miałby zasilać. Jeśli podłączymy odbiornik przez ten regulator, to ten regulator wyłączy ten odbiornik, kiedy akumulator się rozładuje. I aż się prosi, żeby po prostu dorobić to jedno dodatkowe gniazdo zapalniczki, wtedy moglibyśmy na stałe wykorzystywać taki układ: generator, plus akumulator, plus właśnie ten regulator, który pilnowałby, żeby po spadku napięcia w akumulatorze po prostu odłączyć odbiornik. To, że ten regulator jest w dodatkowej obudowie i ma wyprowadzone te końcówki, jest zrobione po to, żeby cały zestaw był jak najbardziej idiotoodporny. I uważam, że jest to zupełnie słuszne, natomiast te sugestie zgłosiłem producentowi i powiedział, że być może coś takiego uda im się zrobić.

Ostatnim pudełkiem, które dostajemy w zestawie jest przetwornica 12/230 w obudowie. Do niej się wpinamy kablem z pulpitu, jest ona wyposażona w gniazdko USB i zwykłe gniazdko prądu przemiennego. O ile dobrze pamiętam, nie jest to przetwornica z pełnym sinusem. I aby mieć pewność, że ją dobrze podłączymy, to tutaj jest inny kabel, który się do niej wpina.

A zakończony jest on wtyczką do gniazd zapalniczki, którą po prostu wpinamy do pulpitu. Gdybyśmy mieli właśnie to jeszcze jedno gniazdo zapalniczkowe przy samym regulatorze, to moglibyśmy wpinać wtedy te przetwornice przez regulator, ale przy takim układzie, jak to jest zrobione w tej chwili, nie ma możliwości podłączenia jednocześnie przetwornicy, tak, żeby czerpała prąd z akumulatora, kiedy np. na jakiś czas przestaniemy pedałować.

Kable do tego urządzenia dostajemy solidne, długie, z końcówkami, których się moim zdaniem nie da pomylić, bo są oznaczone kolorami, bardzo solidnie siedzą w gniazdach, i to uważam, że jest bardzo pomocne. I na pewno zapytacie, ile to urządzenie może wytworzyć prądu.

Zacznijmy może od deklaracji producenta, które znajdziemy na stronie internetowej. I jest tutaj napisane, co następuje:

Przykładowo ładując akumulator i pedałując z mocą ok. 70 watów (czujemy wówczas opór na pedałach jak podczas zwykłej spacerowej jazdy na rowerze po płaskim terenie) przez godzinę wytworzymy 70 Wh (watogodzin) energii. Jeśli będziemy pedałować z mocą ok. 150 watów (to tak jakbyśmy jechali pod stromą górkę – przeciętny człowiek da radę tak pedałować przez kilka minut) to przez godzinę wytworzymy 150 Wh. Natomiast np. telewizor o mocy 100 watów będzie potrzebował 100 Wh aby działać przez 1 godzinę. Grzałka o mocy 300 watów przez ½ godziny wykorzysta 150Wh energii, a czajnik elektryczny o mocy 1000 watów będzie działać przez ok 6 minut dzięki zgromadzonej energii 150 Wh.

Prądnica, którą dostajemy, ma moc 300 W. No ale nie okłamujmy się, większość z nas prawdopodobnie tego poziomu nie osiągnie.

Pierwszym testem, który oczywiście zrobiłem, było najzwyczajniej w świecie podłączenie telefonu do tego gniazdka w pulpicie. No i powiem szczerze, pedałowanie przy obciążeniu rzędu kilkunastu watów to tak prawie, jakby człowiek nie czuł obciążenia i wydaje mi się, że można byłoby w tym trybie jechać dowolnie długo.

Potem postanowiłem podłączyć do tego urządzenia wentylator przez przetwornicę. I tu już mieliśmy obciążenie rzędu kilkudziesięciu watów. Muszę powiedzieć, że całkiem nieźle ten wiatr symuluje opływanie ciała przez powietrze podczas normalnej jazdy na rowerze i prawdopodobnie, gdybym musiał w warunkach stacjonarnych dłużej na tym rowerze pracować, chciałbym mieć jakiś przepływ powietrza. Nie wiem, czy chciałbym marnować aż do tego celu kilkadziesiąt watów z przetwornicy i z takiego dużego wiatraka, może lepszym wyjściem byłyby dwa małe wiatraczki na gniazdka USB, chodzi po prostu o to, żeby organizm miał szansę się chłodzić.

W kolejnym kroku podłączyliśmy to urządzenie do stacji zasilania Ecoflow Delta. I muszę powiedzieć, że ten zestaw generator, plus ta stacja zasilania, plus Krzysztof Lis nie jest optymalny. Przełączyliśmy się na drugą stację zasilania, za pomocą tego kabelka wpiętego w gniazdo zapalniczki na pulpicie będziemy teraz ładować tamtą stację.

Stacja stara się wziąć jak najwięcej prądu, ale kiedy widzi, że spada napięcie, zmniejsza ilość prądu pobieranego, dlatego tak mocno waha się ta wielkość. I słychać też, jak różny opór stawia mi ta prądnica.

Ta stacja zasilania, pobierając prąd z gniazda samochodowej zapalniczki, stara się ciągnąć go z mocą około 100 W. To oznacza, że musiałbym pedałować cały czas z mocą około 100 W. I ona, starając się tę moc osiągnąć, w dosyć specyficzny sposób ciągnie prąd, jak gdyby. Nie pytajcie mnie dokładnie, jak to działa, nie znam się aż tak bardzo dobrze na elektronice, żeby nie powiedzieć, że nie znam się wcale. W każdym razie ona sama reguluje ilość odbieranego prądu i to powoduje, że to obciążenie się tak śmiesznie waha i wydaje mi się, że to nie jest rozwiązanie optymalne. Natomiast jeśli jesteś w stanie pedałować z mocą 100-120 W przez dowolnie długi okres, to wtedy jak najbardziej uda Ci się to urządzenie względnie szybko naładować.

Kolejny test przeprowadziliśmy, podłączając się pod taką oto śmieszną stację zasilania awaryjnego, akumulator rozruchowy, z kompresorem, z lampką, wiecie, tego typu urządzenia wielofunkcyjne są od lat na rynku, i tam w środku jest zwykły akumulator kwasowo-ołowiowy. Podłączyliśmy to urządzenie przez dostarczony w zestawie regulator ładowania i ponieważ w tym przypadku to ja sam decyduję, czy pedałuję intensywniej czy wolniej, jaką wytwarzam moc, bo wraz ze wzrostem prędkości obrotowej rośnie potencjalnie napięcie, a zatem mogłem po prostu, dobierając odpowiednio tempo kręcenia pedałami, znaleźć optymalną dla mnie moc, którą mógłbym oddawać do tego akumulatora. No i w moim przypadku jest to moc rzędu kilkudziesięciu watów. 50 w porządku, 60 też porządku, 70… to okej. I ja na rowerze zawsze jeździłem tempem emeryckim, więc myślę, że bardziej jest to 50-60 W.

Co ciekawe, udało mi się raz na moment wykręcić nawet ponad 200, tzn. jedno wskazanie pulpitu było ponad 200 W, natomiast przy zbyt wysokim napięciu ten regulator ładowania odcina po prostu ładowanie akumulatora. Być może dałoby się taką dużą moc utrzymać w przypadku dużego akumulatora. Ten w tym urządzeniu ma, zdaje się, 10 czy 12 Ah, więc jest malutki. Obstawiam, że gdyby był większy, regulator ładowania pozwoliłby wyładować go większym prądem.

Ogromną zaletą tego urządzenia, tego zestawu jest to, że to nie są duże rzeczy. Tzn. jak to się zmontuje z rowerem, to jednak zajmuje to sporo miejsca w pokoju czy w garażu, po złożeniu do pudełka będzie wielkości walizkowego agregatu prądotwórczego. Czyli nie zagracimy sobie w dużym stopniu mieszkania.

Ogromnie podoba mi się to, że to urządzenie świetnie wpisuje się w filozofię nowoczesnego survivalu, bo z 1 strony mamy awaryjne źródło prądu na sytuacje bardzo kryzysowe, z którego możemy korzystać również w bloku, ale także w ziemiance możemy z niego korzystać, bez ujawniania naszej obecności odprowadzaniem spalin z agregatu, a równocześnie mamy stacjonarny trenażer rowerowy. Jeśli ktoś ma zajawkę na jazdę na rowerze i poza sezonem cierpi, bo nie może jeździć, to to rozwiązanie pozwoli mu troszkę lepiej utrzymać formę.

Oczywiście część z Was napisze, że to urządzenie jest bardzo drogie, że coś takiego można sobie zrobić taniej za kilkaset złotych. Kiedy wrzuciłem informację o testach, chyba jako Shorts na YouTube, to ktoś napisał, że przecież wystarczy kupić alternator za kilkaset złotych. Tylko wiecie, to jest takie porównanie, jakbyśmy porównywali agregat prądotwórczy, który ma silnik, zbiornik paliwa, alternator, elektronikę, przetwornicę, że wcale nie trzeba tego kupować, bo można kupić prościej i taniej sam alternator. No nie. Jeśli porównać koszt tego zestawu z kosztem agregatu prądotwórczego albo z kosztem roweru stacjonarnego, treningowego, no to już nie wygląda on tak źle.

W ogóle muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o ten pasek klinowy, to ja byłem pełny niepokoju. To, czego się obawiałem, to że ten pasek będzie mi się zsuwał z kół, bo to tak sobie wyobraź, wiesz, ta opona nie jest płaska, tylko ma jakąś tam krzywiznę, więc sobie wyobraziłem, że ten pasek będzie spadał. Tymczasem wcale nie, zobaczcie, ja go zsunąłem tutaj teraz najbardziej na krawędź, jak tylko się da. Kilka ruchów i zaraz będzie prosto. Bardzo szybko zweryfikowałem to, że nie, nie ma takiego problemu. Wystarczy zadbać o to, regulując koło lewo-prawo w tym stojaku, żeby było w tej samej płaszczyźnie co koło pasowe prądnicy i to załatwia temat. Natomiast nawet kiedy są one delikatnie przesunięte względem siebie, to ten pasek klinowy nie spada. Myślę, że trzeba byłoby tego unikać, bo on się będzie po prostu szybciej zużywał.

Parę godzin na tym sprzęcie przejeździłem. Mam poczucie, że ja osobiście nie byłbym najlepszym źródłem prądu, dlatego że ja przez ostatnich parę lat na rowerze tak więcej nie jeździłem. Kupiłem sobie nawet kiedyś rower, żeby jeździć nim do pracy, elektryczny, wiecie, żeby rano do pracy się nie zaśmierdzieć, a po południu wrócić sobie normalnie do domu, pedałując, ale potem nadeszła pandemia i przestał jeździć do biura. Więc w sumie tym rowerem byłem w pracy 2 razy.

Czy to jest najlepsze rozwiązanie do produkcji prądu w trudnych czasach? Odpowiedź brzmi oczywiście: to zależy. Myślę, że nie byłoby to pierwsze urządzenie, które ja personalnie bym kupował. W pierwszej kolejności kupiłbym przetwornicę 12 na 230 do samochodu, bo samochód, będący przecież agregatem prądotwórczym, wielu z Was już teraz ma.

Natomiast jeśli miałaby to być druga, może trzecia warstwa zabezpieczająca Was na ewentualność braku prądu, zwłaszcza takiego braku prądu długotrwałego, to wydaje mi się, że to rozwiązanie ma sens, w szczególności, tak jak powiedziałem, jeśli macie zajawkę na jazdę na rowerze i po prostu lubicie to robić. Bo wtedy jest po prostu frajda, że można sobie na swoim własnym rowerze pojeździć zimą w garażu i jeszcze do tego wytworzyć prąd. Jeśli macie jakieś pytania dotyczące tego urządzenia, to oczywiście piszcie proszę koniecznie w komentarzach pod filmem, postaramy się wspólnie z producentem na te pytania odpowiedzieć. A jeśli nie czujesz, że masz już rozwiązanie na brak prądu, to koniecznie musisz obejrzeć

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

3 komentarze

  1. ansuz pisze:

    Moim zdaniem absurdalna cena ponieważ za 5tys w ostatnim miesiącu kupiłem:

    – markowy akumulator 100Ah 150A LiFePO4 sterowany komórką z pomocą BT (Volt Polska + Allegro + 2100zł)
    – markową ładowarkę do tego akumulatora (Volt Polska – Allegro 100zł)
    – markowy inwerter SINUS 3000/1500W na której działa moja pompa ciepła i zamrażarki (Volt Polska + Allegro = 850zł)
    – walizkowy, elegancki, markowy agregat prądotwórczy 800W 12kg (Kipor + Allegro = 1450zł)
    ————————
    RAZEM 4500zł

    Czyli za dokładnie za 4,5tys mam świetny backup energetyczny całego domu, kampera, lub wyposażenie terenówki.
    To nie są żadne okazje, ani nawet promocje tylko regularnie ceny. Akumulator kupiłem na jakiejś stronie dla wędkarzy taniej o 150zł, ale na Allegro tez jest. Nie wiem czy będzie agregat marki Kipor, jednak w podobnej cenie kupisz inny walizkowy, wyciszony i lekki.

    Mam dla Ciebie i Twoich widzów jeszcze pomysł całkowicie GRATIS. 🙂

    – kupujesz rower elektryczny za 2-3 tysiące
    – budujesz wspornik na koło tylne i na koło przednie (podobne do tego na filmie)
    – ingerujesz lekko w elektronikę

    Co za to dostajesz?
    – trenażer
    – rower mechaniczny
    – rower elektryczny
    – ładowarkę jak na filmie (bez kabli, bez paskudnych skrzyneczek, oraz innych śmieci)
    – porządny akumulator litowy
    – łatwość użytkowania (wystarczy podnieść rower na podstawce I JUZ!! gdyż wszystko jest wbudowane i nie traci tandetą)

    …a wszystko ładne, bez kabli, proste i przyjemne. Pozdrawiam

    • Krzysztof Lis pisze:

      Dzięki za przeklejenie tego komentarza z YT tutaj, zapomniałem Ci odpisać…

      Rozwiązanie z wykorzystaniem roweru elektrycznego kiedyś rozważałem, bo kupiłem sobie w 2019 rower elektryczny, żeby dojeżdżać do pracy.

      Okazało się, że w przypadku mojego roweru potrzebne byłyby dość poważne ingerencje w sam silnik zamontowany w kole, żeby był cały czas wsprzęglony do pracy. Czyli de facto musiałbym mieć dwa koła na wymianę, żeby móc nim jeździć / ładować stacjonarnie. Ale niewykluczone, że z innymi silnikami w kołach jest inaczej.

  2. Grzegorz pisze:

    Świetny komentarz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner