Najtrudniejszy element przygotowań na gorsze czasy

Jeśli ktoś czyta pobieżnie tematy związane z przygotowaniami na trudne czasy, nowoczesnym survivalem, preperstwem/prepingiem, itd., może odnieść wrażenie, że to tylko kwestia wydawania pieniędzy. Kupowania zapasów żywności, terenowego samochodu, dużej ilości broni palnej i amunicji, czy wreszcie działki w Bieszczadach, a potem budowy na niej ziemianki-schronu.

Oczywiście prawdą jest, że chcąc przygotować się na przysłowiową apokalipsę zombie można wydać dowolną ilość pieniędzy. Gdybym miał wolny 1 mln PLN, z łatwością bym go w tym celu zagospodarował i pewnie by mi zabrakło. W sensie — nawet po wydaniu takiej kwoty widziałbym luki w przygotowaniach i nie czułbym się w pełni bezpiecznie.

Jednak zupełnie nie o to chodzi — przygotowanie na trudne czasy to przede wszystkim kwestia zmiany mentalności, podejścia do życia, pieniędzy, itd. Zmiany pod tym kątem szeregu aspektów własnego życia.

I najtrudniej w swoim życiu zmienić jest… samego siebie.

Ile razy zdarzało mi się rozmawiać z bliższymi czy dalszymi znajomymi na temat przygotowań na trudne czasy, widziałem na ich twarzach mniejsze lub większe niezrozumienie zagadnienia. Czasem ocierające się aż o fanatyczną wiarę, że wszystko na świecie przecież się zawsze będzie układać, a wojen w Europie też nie powinniśmy się spodziewać, bo ich tu od bardzo dawna nie było. I że zawsze będą w stanie spłacać kredyt hipoteczny, kupić chleb, czy napełnić czajnik wodą. Że zawsze jakoś to będzie.

Zmiana nastawienia do tematu nie jest łatwa, co nie przestaje mnie dziwić, bo przecież ludzie kupują ubezpieczenie AC swojego samochodu, a także ubezpieczają swój dom od pożaru czy zalania. Nie są jednak skłonni przyjąć do wiadomości, że warto też zabezpieczyć (ubezpieczyć) swoją rodzinę przed skutkami głodu, czy braku wody…

Ale przykładów nie muszę wcale daleko szukać. Sam od dłuższego czasu wiem, nad którymi aspektami mojej własnej osoby powinienem popracować (np. nad kondycją, ale też nad umiejętnością nawiązywania i utrzymywania kontaktów z ludźmi, bo jestem dość mocno aspołeczny). Mimo to, nijak nie mogę się zmobilizować, by się za siebie zabrać…

Wielu ludziom, w tym także i mnie, łatwiej przychodzi kupienie zapasu żywności na pół roku, niż uczciwe przyznanie się przed samym sobą do własnych wad. I ich wyeliminowanie.

A szkoda.

Bo może się okazać, że w trudnych czasach zginiesz nie przez brak żarcia w piwnicy, tylko przez niewyparzoną gębę, albo złą opinię nieprzyjaznego outsidera, którą wyrobisz sobie w okolicy swojego celu ewakuacji.

 

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

4 komentarze

  1. marcin pisze:

    czasami pewne ceny współwystępują: np. właściwa prepersom zapobiegliwość i zmysł analityczny skorelowana jest z pewnym dystansem do statystycznych „innych” – rozkrzyczanych, działających „dojutrkowo”, nie widzących żadnych problemów, ale w razie „W” elastyczniejszych, spontaniczniejszy w realacjach. Choć statystk co bardziej sprzyja przezyciu pewnie nikt nie prowadzi.

    • Piotr pisze:

      Nie sądzę aby istniała jakakolwiek korelacja między zapobiegliwością i zmysłem analitycznym a aspołecznością. Większość prepersów jakich spotkałem ma podejście w stylu „gdy coś się wydarzy, to każdy jest moim wrogiem, napadnie mnie, ukradnie zasoby, zgwałci żonę i Bóg wie co jeszcze”. To jest tak, jakby kobieta wychodząc na ulicę myślała „każdy facet to potencjalny gwałciciel” a potem twierdziła, że trudno jej się nawiązuje znajomości i relacje z płcią przeciwną i wynika to z zapobiegliwości i zmysłu analitycznego – to bzdura, analityczny umysł nie halucynuje, tylko trzeźwo postrzega rzeczywistość (rzeczywistość, a nie jej interpretację poprzez pryzmat przekonań, fobii i gdybań „co by było gdyby” itp.). Zapobiegliwość to bycie gotowym na wszystko (a nie tylko na najgorsze!).

  2. TS pisze:

    Wydaje mi się, że już na tym blogu padła konkluzja, że samotnicy raczej większych szans nie mają. Cała nadzieja we współpracy mniejszej lub większej grupy…

  3. brock pisze:

    dobra refleksja choć niekoniecznie dobra pointa końcowa: zdecydowanym łajdakom raczej bywa łatwiej a i w sytuacjach krytycznych mogą lepiej zadziałać.

    w tej pracy nad sobą warto zastanowić się nad niedocenianymi umiejętnościami, chociażby pierwszą pomocą- trudno przecenić a zawsze się przyda (mówię o czymś więcej niż śmiesznych parodniowych kursikach ale miesięcznym ryciu z praktyką i stałym byciu w temacie).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner