Scenariusz: głodni sąsiedzi

W ramach cyklu survivalowych scenariuszy zachęcamy Was do sprawdzenia Waszych przygotowań z pomocą eksperymentu myślowego. Zachęcamy do opisania w komentarzach pod wpisem Waszego sposobu poradzenia sobie z zaprezentowaną sytuacją.

Zasady są takie:

  • opisujecie możliwie dokładnie, co w takiej sytuacji byście zrobili (co być może będzie dla innych Czytelników, albo i dla nas, bardzo inspirujące),
  • uwzględniacie tylko aktualny stan Waszych przygotowań (jeśli masz pusty bak w samochodzie, bo miałeś go zatankować jutro, to na potrzeby scenariusza bak jest pusty),
  • nie zmieniacie opisanych przez nas warunków,
  • a jeśli coś nie jest opisane, to zakładamy business as usual, czyli że nic w tym zakresie się nie zmieniło.

Dzisiejszy scenariusz to kilka tygodni głodu…

Od kilku tygodni w Twojej okolicy jest głód. Z jakichś względów (niech będzie to duża awaria internetu) siadło zaopatrzenie w sklepach i żywność jest dużo trudniej dostępna. I dużo droższa. Ludzie więc niedojadają, bo wszystko to, co w domu było jadalne, już dawno zjedli. Przecież nie są prepersami i nie mają większych zapasów jedzenia.

Ale jakoś tak się okazało, że jeden z Twoich sąsiadów dowiedział się, że taki zapas jest u Ciebie w domu. Być może wywąchał zapach z kuchni. Być może domyślił się po tym, że jesteście mniej wychudzeni, niż inni.

W każdym razie sąsiad wziął sprawy w swoje ręce i poszedł poprosić o trochę żywności dla siebie i swojej rodziny. A ta rodzina to dwoje nastoletnich dzieci i niepracująca żona.

Co zrobisz? Czy dasz mu trochę żywności? Może ją wymienisz na coś, co Tobie jest potrzebne? A może każesz mu się wynosić i nie wracać?

 

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

38 komentarzy

  1. Bunkier pisze:

    Chyba najtrudniejszy scenariusz. Bo człowiek to człowiek, głodnego nakarmić. Tylko jeśli nakarmisz, to następnego dnia u Twoich drzwi stawi się pół dzielnicy…

  2. Domi pisze:

    No dobrze, ta sytuacja wymaga radykalnego podejścia… Uchhhh. Jeśli to mój sąsiad z naprzeciwka, to jesteśmy w dobrych układach od lat, czyli grzech odmówić. Robię tak: większość zapasu chowam poza kuchnią. Zapraszam go do siebie. Mówię jak jest- mamy jakieś tam skromne zapasy. Jeśli dziś się podzielimy, jutro zabraknie dla moich dzieci, omawiamy więc sytuację i zawiązujemy porozumienie. Dzielimy się częścią zapasów, ale w zamian synowie sąsiada pomagają nam w wyprawach do lasu. W naszym lesie jest dużo żołędzi, nikt ich nie zbiera. Są jadalne, sami żarliśmy jesienią. Cierpkie, ale mają trochę wartości odżywczych. No i są zwierzęta… Im nas więcej, tym łatwiej coś upolować. Większość mieszkańców w okolicy nie ma bladego pojęcia o tym co jadalnego można znaleźć w lesie. Poza tym na wszelki wypadek możemy myśleć perspektywicznie. Jeśli sytuacja się nie poprawi to czas zacząć uprawę tego, co się da… Cebula i ziemniaki. Racjonowanie żywności, warty i zaufanie na najniższym poziomie – nigdy nie pozwalamy sąsiadowi działać samemu i nigdy nie odsłaniamy wszystkich swoich atutów.

  3. LosowyNick pisze:

    Bardzo trudny scenariusz. Widzę kilka wyjść.

    1. Trzymać zapasy schowane tak, że na pierwszy rzut oka nie widać, że się je ma. Zapraszam sąsiada do kuchni i pokazuję, że właśnie zjadam ostatnią paczkę ryżu z rodziną.

    2. Jeśli się nie da, a sąsiad wygląda na w miarę rozsądnego, można przeprowadzić wymianę barterową. Dam Ci sąsiedzie jedzenie w zamian za paliwo, koc, złoty naszyjnik czy cokolwiek. W ten sposób nawet jeśli wieść się rozejdzie to nie oddam zapasów za darmo a przed najazdem kolejnych sąsiadów zdążę je ukryć.

    3. Podzielić się z sąsiadem zapasami kompletnie niejadalnymi. Np. pół słoika musztardy plus sos sojowy. No mam zapasy. Chcesz, to wcinaj to co my. Oczywiście nie ujawniam, że mam zapas ryżu, makaronu itp. W ten sposób sąsiedzi przekonają się, że w plotce było trochę prawdy ale kompletnie bezużytecznej – raczej nie zleci mi się pół dzielnicy po musztardę.

    Na pewno nie wolno dawać – wtedy rozniesie się wieść, że u mnie jest żarcie i to za darmo. Jeśli już ktoś się dowiedział, trzeba przekabacić tą prawdę tak, aby zniechęcić ludzi do sięgania po moje zapasy.

  4. Ahen pisze:

    Co do zasady nie otwieram nikomu drzwi, chyba że pokaże nakaz egzekucji/przeszukania/aresztowania lub jest z rodziny/kolegą/listonoszem/kurierem. Tyle problemów przez to mam z głowy… Z sąsiadami nie utrzymuje stosunków w ogóle (nawet nie wiem jak się nazywają i który gdzie mieszka) więc w takiej sytuacji – przygotowane rolety zaciemniające – nie ma mnie.

  5. Rafal M. pisze:

    Chyba w tym przypadku jedyna skuteczna strategia to podobna co z portfelem – rozdzielić zasoby (pieniędzy, żywności) i „na wierzchu” trzymać tylko niewielką część, używaną na bieżąco, reszta dobrze schowana.

    Z ludźmi zdesperowanymi z powodu głodu (dosłownie i w przenośni, bo może też być np. głód narkotykowy) ciężko się rozmawia i mogą być niebezpieczni, czasem lepiej oddać to co się ma pod ręką i niech myślą, że to wszystko.

    • djans pisze:

      Widać, że się przedmówca nie zapoznał z opracowaniem pt „Krótka charakterystyka zjawiska nieformalnych struktur podkultury przestępczej” 😉 ani też nie miał z żadną nieformalnie zhierarchizowaną grupą nigdy nic wspólnego.

      Im warunki mocniej patologiczne (poważniejszy kryzys), tym bardziej przeciętni ludzie zachowują się jak w przytoczonej pracy. Oddać coś drobnego przypadkowemu desperatowi jednego dnia, oznacza oddać dużo więcej jemu, albo kolejnemu w dniu następnym, aż po oddanie ostatniej skórki chleba.
      To tylko w czasach „normalności” i pokoju teoretycznie opłaca się oddać przypadkowemu rozbójnikowi drobne z kieszeni, żeby zachować portfel, bo prawdopodobieństwo ponownej napaści jest o wiele mniejsze, niż prawdopodobieństwo odniesienia jakiegoś uszczerbku na zdrowi w przypadku konfrontacji.

  6. djans pisze:

    A co ten sąsiad oferuje w zamian?

    Jeśli to tylko taki drobny, również czasowo ograniczony, kryzys, jak z opisu, to mogę mu po prostu trochę odsprzedać po paskarskich cenach.

    Jeśli kryzys ma perspektywy się przerodzić w długotrwały i złożony (np. ruskie odcięli gaz -> nie ma nawozów sztucznych -> niskie plony), to handluję za złoto bulionowe, albo wymieniam na jakieś niezbędne mi przedmioty, które sąsiad akurat ma.

    Ewentualnie, jeśli mam chwilowo nadwyżkę jakiejś żywności szybkopsującej się, to sprzedaję/wymieniam po nieco niższym przeliczniku.

    Natomiast jeśli sąsiad przychodzi z pustymi rękoma, to niestety tak też i odejdzie…

  7. banczuk pisze:

    W pojedynkę – bunkruję się nic nie mam – i nic nie chcę.
    W długiej perspektywie to nie zadziała a doświadczenie innych uczy że jedynym wyjściem jest samopomoc i dzielenie się. Jednocześnie zakładanie grup ścisłej współpracy. Zapasy to nic innego jak bufor. Jeśli nie masz buforu na tyle dużego (ile?) żeby przeżyć wszystkich którzy mu zagrażają (czyli kogo?) to generalnie później niż inni znajdziesz się w tym samym zapchlonym tyłku co inni. Tylko że oni o ile się przystosują i będą trwali – traktować Cię będą – no sam pomyśl jak.

    • djans pisze:

      „Tylko że oni o ile się przystosują i będą trwali”

      Nie można się przystosować do braku pożywienia.
      Jeśli przetrwali, to np. dlatego, że zapasy mieli, ale woleli zachować je w tajemnicy na czarną godzinę, a sami pierwsi prosząc o wsparcie odwrócili od siebie wzrok wszystkich ewentualnych szabrowników.

      „– traktować Cię będą – no sam pomyśl jak.”
      To trochę co innego pożyczyć 5 jajek, albo szklankę cukru do przyszłego poniedziałku przy zamkniętych na długi weekend sklepach, a podczas długiego kryzysu oddać cudem zdobyty pierwszy raz w tym kwartale kawałek schabu z kością sąsiadowi, który niczego w zamian nie oferuje, byle tylko o nas dobrze pomyślał.

      • banczuk pisze:

        Można się przystosować np zjadając djans’ów, hodując kury, psy, konie, sałatę, rabując itp. W grupie o to łatwiej niż indywidualnie – chodzi o trudność ochrony zasobów.

        Jest ryzyko że nie będą patrzeli na Ciebie z wdzięcznością tylko kombinowali co jeszcze możesz im dać albo jak Ci to odebrać.

        Na tym polega podchwytliwość tego zadania – łuskamy najróżniejsze możliwości.

        • prepper pisze:

          oczywiscie, że będą wdzięczni. do pierwszej kupy, potem wróci głód i wdzięczność się ulotni. NIGDY NIKOMU NIC nie mówimy, nie dajemy i nie ufamy. w razie katastrofy zapanuje prawo dżungli, a wdzięcznością rodziny nie wykarmisz, po za tym jeśli katastrofa byłaby długotrwała, jedną czy dwoma puszkami nic nie zmienimy, on i tak umrze tylko że kilka dni później.

        • djans pisze:

          Nawet najbardziej prymitywna zorganizowana grupa przestępcza to nie luźna zbieranina ludzi złączonych wspólnym celem. Po pierwsze to grupa ludzi, których prócz celu łączą także predyspozycje, oraz mniej, czy bardziej sformalizowana struktura.

          Żebrak nie ma predyspozycji.

          Naprawdę o wiele łatwiej jest przekonać zapobiegliwego sąsiada, żeby w zamian za jakiejś fanty, albo usługi, podzielił się jedzeniem, niż przekonać kilku sąsiadów do rabunku.

          • banczuk pisze:

            Akurat poleciałeś. Żebrak ma mega predyspozycje, przemyśl sobie wczuj się. To nie hobby. Żebrak żul kloszard, wszystko na ż i z esz. Żołnierz. Cygan. Na ce. Ale robią na ż czyli żebrzą zorganizowanie. Gicze se przetrącają dla lepszego efektu litości. Albo przyjdzie taki i gra i gra i chałasuje aż w pape musi wyłapać żeby zrozumiał że czas zmienić lokal. Jak tu: https://www.youtube.com/watch?v=VdeHsvCJ6-U

            W każdym zwierzu jak nie poje to się budzą nowe emocje 🙂

          • prepper pisze:

            Nie potrzeba menela. Zwykli, porządni ludzie doprowadzeni do tak zwanej ostateczności zmieniają się w okrutne i bez litosne istoty. Nie mówię oczywiście 100 % populacji, ale w większości przypadków człowiek dochodzi do takiego momentu, że zaczyna działać instynkt, a kwestie moralne schodzą na drugi plan.

  8. Piotr pisze:

    Z mojego punktu widzenia sprawa jest prosta, albo to jest sąsiad/znajomy, z którym „jadę na tym samym wózku” (dobrze z nim żyję, pomagamy sobie bezinteresownie „od zawsze” a w razie jakichkolwiek problemów/kłopotów działamy wspólnie), albo to nie jest sąsiad/znajomy a jedynie ktoś, kto blisko mieszka, albo kogo często spotykam. W drugim przypadku „nie otwieram drzwi” a w pierwszym przypadku oczywiście wspieram. Nawet jeśli w krótkiej perspektywie będę „w plecy”, bo powiedzmy zredukuje to moje zapasy żywnościowe o 20-30%, to w perspektywie długoterminowej wolę działać w grupie niż być sam przeciwko wszystkim dookoła. Nie robiłbym też prawdopodobnie „ultimatum handlowego” – to musi być układ na którym zyskują obydwie strony a nie wykorzystywanie czyjejś kiepskiej sytuacji (wiadomo, głodny pójdzie na każdy układ, ale zrobię sobie wroga, który potem skorzysta z każdej okazji aby się „odegrać”).

    • djans pisze:

      „Nie robiłbym też prawdopodobnie „ultimatum handlowego” – to musi być układ na którym zyskują obydwie strony”

      Co jeśli jedyną rzeczą do zaoferowania jest, wątpliwa, wdzięczność? Wdzięczność sąsiada, który łagodnie, lecz jednak, wymusił na nas oddanie części zapasów specjalnej wartości nie posiada.

      „głodny pójdzie na każdy układ, ale zrobię sobie wroga”
      Machiavellego nie czytajo? Wdzięczność ani nie zabezpiecza przed kolejnym wymuszeniem, gdy sąsiada przyciśnie bardziej, ani tym bardziej nie gwarantuje pomocy z jego strony. Wrogość, acz podszyta strachem, co prawda jest gwarantem nieudzielenia pomocy, ale też o wiele lepszym zabezpieczeniem przed przyszłą agresją.

      • Piotr pisze:

        Machiavelli to pisarz i filozof a nie strateg i psycholog, może się jeszcze na Homera powołasz 😀 W praktyce jeśli jest poważny kryzys, to albo tworzysz „bandę” (nawet gangi, mafie itd. oparte są na lojalności członków i współpracy) albo jesteś „pionkiem” który zostanie przez takie „bandy” prędzej czy później okradziony (bądź zabity jeśli będziesz okazywał „zabezpieczającą wrogość”) 😀
        Prosta zasada: gdzie ludzi kupa, to i sam Herkules jest dupa – albo wykorzystujesz umiejętności komunikacyjne, zasoby itd. do zorganizowania się w większej grupie, albo pozostaniesz sam, a wtedy 10 kałachów i 50 wiader amunicji nic Ci nie pomoże, bo musisz robić kupę, jeść, spać, możesz zachorować itd. – samodzielnie (czy w 3-4-osobowej rodzinie typu Ty, żona i małe dzieci) nie ma jakichkolwiek szans na przetrwanie długoterminowe.

        • djans pisze:

          W kwestii formalnej – Machiavelli był dyplomatą, więc praktykiem między innymi strategii i psychologii; zresztą nawet czysta beletrystyka nie musi być z automatu pozbawiona wartości poznawczej.

          Do adremu: grupy nie tworzy się w oparciu o jednostki, które prosząc o coś mówią „mam żonę i dwoje nastoletnich dzieci”, albo inny problem. Po słowie „mam” winny być wymienione rzeczy, bądź usługi. Jeśli tak nie jest, to inteligencja społeczna proszącego za dobrze nie wróży odnośnie jego wkładu w cokolwiek. Tu nie chodzi o jego zasoby, ale o nastawienie.
          Nawet rekieterzy jak ściągają haracz, to w zamian oferują „ochronę” 😉

      • Piotr pisze:

        Miałem oczywiście na myśli długoterminowe przetrwanie rzędu powiedzmy rok czy dłużej a nie kilka tygodni. No i przetrwanie „cywilizowane” (nie bushcraftowe koczowanie po lesie rodem sprzed kilku tysięcy) osiadłe życie oparte na przykład o rolnictwo. Obecnie pewnie co najmniej 50% ludzi nie poradziłoby sobie przy upadku cywilizacji, ale nawet niechby zostało 20% czyli w Polsce około 18-20 milionów ludzi, mając do dyspozycji w Polsce około 10000 tysięcy hektarów lasów wychodzi około 2 osób na hektar (100x100m) lasu – to bardzo mało i docelowo „natura” nie byłaby w stanie ludzi wyżywić, rolnictwo jest niezbędne do przetrwania.

        Przy okazji w sytuacji załamania się struktur państwowych nikt się nie przejmuje prawem, wrogość pojedynczej jednostki przeciwko „kupie ludzi” kończy się w jeden sposób – wyrokiem śmierci (bez sądów, rozpatrywania za i przeciw itd.)

  9. smark pisze:

    W Polsce jest niemożliwe aby wystąpłlo coś takiego jak głód albowiem Polskie Stronnictwo Ludowe Platforma OBYWATELSKA oraz Prezydęt unii ęłropejskiei D TUSK nigdy do tego niedopusci !!!!!!!!!!

    • Piotr pisze:

      Jest wręcz przeciwnie, wszyscy oni twierdzą, że Polska to kraj z ogromnym potencjałem i że tu wszystko jest możliwe 😀

  10. Voyk pisze:

    Z braniem jedzenia od „nieznajomych” albo „słabo znajomych” zawsze jest taki problem, że może być zatrute. Tak tak wiem, mało prawdopodobny scenariusz, ale jeśli od tego zależałoby przeżycie…

    I jak już jesteśmy przy tym temacie, to fajnie by było poruszyć kiedyś tematy obrony. Bo to tylko kwestia czasu, aż dojdzie do mniej lub bardziej niebezpiecznej konfrontacji. Pozdrawiam 🙂

  11. Luki pisze:

    Jeeli to dobry znajomy to sie podziele, a jezeli nie i bedzie chcia przejac sila, to skonczy razem z rodzina jako nawoz w moim ogordku. Proste albo my albo oni…

  12. bike pisze:

    Myśle, że nie powinno sie nikogo (szczegolnie sasiadów) do siebie zrażać. Lepiej mieć dobre kontakty z otoczeniem bo nigdy nie wiadomo kto, kiedy i w jakiej sytuacji stanie nam w życiu na drodze. Najlepsze moim zdaniem wyjście, to zacząć jako jeden z pierwszych, chodzić po sąsiadach i prosić o jedzenie i wszelaką pomoc. Niech inni (jak najwiecej ludzi) będzie przekonana ze nic nie mamy i sami jestesmy w wielkiej potrzebie. Jesli dlugo i zauważalnie będziemy sie naprzykrzać sąsiadom to żaden nie przyjedzie po pomoc do nas bo nie bedzie sie tej pomocy spodziewał.

  13. dario pisze:

    Zakładam że zima jak teraz, ja jedzenia też nie mam. Bierzemy łopaty i idziemy do najbliższego rowu z wodą. tam kopiemy pałki wodne. Potem idziemy do szukać dębów i żołędzi które leżą w śniegu. następnie na pole i kopiemy kłącza perzu. Z tymi skarbami wracamy do domu i wrzucamy to wszystko posiekane do garnka, gotujemy tak ze dwie godziny. Żołędzie bierzemy juz przygotowane wcześniej bo świeże się nie nadają. Gotujemy zupkę bez smaku i karmimy nia sąsiada. Z wcześniejszych żołędzi robimy podpłomyki. Teraz sąsiad już najedzony wie jak to się robi i chce iśc do domu a mu hola hola. Idziemy na ryby a po drodze przygotowujemy łuk bądź procę do polowania na bażanty i kuropatwy. Latamy po polach ale ciężko upolować zagryzamy więc podpłomykiem z żołędzi i pijemy herbatke z kolek sosnowych.
    Teraz sąsiad już wie co jemy posmakował i więcej nie przyjdzie bo znow dostanie podpłomyki z żołedzi. Codziennie zresztą widzi jak latam po polach i lasach zbierając cokolwiek jego wybór czy chce to jeść. Aby do wiosny wtedy wegetacja ruszy to się nazbiera czegoś innego no i ślimaki i koniki polne się pojawią a i rybę łatwiej spotkać.
    A jak siła będą chcieli zabrać no cóz siekierka jest, dzidę się zrobi i łuk też. Miecz też się znajdzie.
    Generalnie wszyscy w okolicy muszą się zjednoczyć i przekazywać umiejętności to wspólnie banda się obronią. A smakoszy takiego jedzenia też nie ma zbyt wielu.
    Wiatrówka na ptaki by się przydała. A jak przyjdą zjeść psy no to sory psy będą miały co jeść.

  14. Armorax pisze:

    W przypadku braku żywności w mojej okolicy (ile kilometrów to jest do cholery?!), żywność przywozili by znajomi, a nawet jeżeli nie byłoby opcji importu żywności, to i tak bym się podzielił.
    Na strychu stoją 4 skrzynki z jabłkami, niech weźmie jedną, dam mu też 2 puszki mielonki, paczkę makaronu.
    I tyle.
    Oczywiście przykazałbym, by nikomu nie mówił, że takową żywność posiadam. Raczej inni by mnie nie napadli, bo policja w końcu działa, państwo powinno coś przysłać. No chyba, że panowałaby anarchia… wtedy tym mniej obawiałbym się rabunku.

    • prepper pisze:

      przykazałbyś żeby nie mówił ? nie żartuj. Ludzie głodni są zdolni do rzeczy, których nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Jeśli będzie zagrożone życie jego dzieci, sam przyjdzie i poderżnie Ci gardło bez względu na to jak dobrze żyliście sobie wcześniej.

      • Armorax pisze:

        Chłopie, ja nie jestem w stanie sobie wyobrazić? Dużo wiem o Wielkim Głodzie, o wojnach, zwykłych ludzkich motywach, i psychologii. Ale zauważ, że scenariusz to parotygodniowy głód, a nie jakaś apokalipsa. I tak w razie czegokolwiek ludzi mam na pęczki, parę osób na 100% będzie stać na warcie, i nawet jeżeli do moich drzwi zapuka horda ludzi to w każdej chwili mogę załatwić im takie problemy, jakich jeszcze nie mieli.
        Po prostu ten kto spróbuje mnie wykiwać marnie skończy, sam jestem anarchistą, w razie potrzeby mogę zebrać potężnych ludzi, uzbroić ich, i utworzyć grupę, nawet jeśli trzeba to bandycką, albo powiem krócej: poradzę sobie.

        • prepper pisze:

          po pierwsze scenariusz zakłada, że katastrofa trwa OD KILKU TYGODNI, a nie kilka tygodni – (nie zrozumiałeś) i nie wiadomo jak długo jeszcze potrwa – to po pierwsze.
          Po drugie widzę, że jesteś bardzo pewny siebie. Ciekawe jak wykarmisz te pęczki kolegów ? Ciekawe jakie masz doświadczenie w szturmowaniu i obronie pozycji umocnionych ?
          Ciekawe jak się zachowacie jak przyjdzie pod Twój dom grupa uzbrojona w broń półautomatyczną i materiały wybuchowe. Widziałeś kiedyś eksplozję 50 kg improwizowanego ładunku ? Radzę Ci trochę pokory, bo z takim podejściem i lekceważeniem przeciwnika polegniesz w kilka chwil.

          • Armorax pisze:

            Nie wiem skąd sąsiad miałby wziąć taką grupę, bo mieszkam na wypizdowiu 😀 , broń ma każda ze stron, na MW się znam, wystarczy ładnie ulokować, więc nie rozumiem, dlaczego ich grupa miałaby być lepsza. Ale ok, może trochę źle to zabrzmiało, żeby nie było – zawsze doceniam przeciwnika, ale kurcze, mówimy o zwykłych cywilach, a uzbrojone grupy to już inna bajka.
            Widzę, że sam oczywiście jesteś alfą i omegą w tych sprawach, ale masz rację. Bez sensu jest tworzenie grupy której nie da się wykarmić, bo co plądrować, skoro nic nie ma?

  15. Michał pisze:

    No dobrze nikomu nic nie mówić, nikomu nic nie dawać. Tylko że, prawdziwy prepers musi być przygotowany na wszystko.

    Jeżeli uznajemy wartość dobrych uczynków oraz realnego zła, istnienia rzeczywistości piekła i nieba.

    To na pewno chcemy usłyszeć

    ….. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. . (Mt 25,31-46)

    • djans pisze:

      Dobrymi uczynkami jest piekło wybrukowane, że tak powiem…

      Chodzisz czasem do kina, albo restauracji, czy raczej zadowalasz się książkami z biblioteki i ziemniakami bez okrasy z własnego kotła, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazujesz potrzebującym?

      Miłosierdzie, to wspaniała rzecz, ale o ile w normalnych czasach nie jest się Matką Teresą i miast karmić głodnych trwoni się pieniądze na rozrywki, o tyle tym bardziej w czasach kryzysu nie będzie się tego robiło kosztem rodziny.

      • banczuk pisze:

        hehehe ściągamy ałdiobuki a ziemniaki zawsze BEZ okrasy. Okrasa dla teściowej. Też taka inwestycja na później 😉

  16. prepper pisze:

    większość tu mówi o ukryciu zapasów żywności przed ciekaskim wzrokiem osób postronnych i słusznie. Nie zauważyłem za to żeby ktoś zwrócił uwagę na to co wyrzucamy, a to wiele mówi o ludzich i ich stylu życia. Nie należy dopuścić by ludzie widzieli, że wyrzucamy puste puszki i inne opakowania spożywcze – to zmniejszy zainteresowanie.
    Co do dzielenia się z sąsiadem – sory, ale z doświadczenia wiem, że na jednym poczęstunku by się nie skończyło – podobnie jak z rządaniami szantarzysty, który po spełnieniu jednych wysuwa nowe.

    • djans pisze:

      „na jednym poczęstunku by się nie skończyło”

      No właśnie.
      Dziwię się, jak to sobie niektórzy wyobrażają: oddaję sąsiadowi puszkę zupy za bezdurno, a on po pierwsze nie przychodzi drugiego dnia po następną, a po drugie staje się moim przyjacielem, obrońcą i w ogóle najlepszym gwarantem bezpieczeństwa rodziny.

      • banczuk pisze:

        Można też utuczyć sąsiadów, a później korzystać. Można ich zabrać w podróż w nieznane, jeszcze coś poniosą…
        Kontrowersyjne ale cwane.

    • bajcik pisze:

      > ale z doświadczenia wiem, że na jednym poczęstunku by się nie skończyło

      Opowiedz tą historię, ciekawi jesteśmy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner