Scenariusz: śmierć — riposta

Niedawno otrzymaliśmy list od Czytelnika, który odnosił się do naszego materiału sprzed pół roku, nagranego i opublikowanego na początku listopada. W tym materiale opublikowanym w ramach cyklu survivalowych scenariuszy prosiliśmy Was, byście zastanowili się, jak będziecie zmuszeni postępować, gdy umrze ktoś bardzo Wam bliski.

Jeden z pierwszych komentarzy pod tym materiałem pozostawił Tommies, który napisał (cytuję całość komentarza):

Poruszyliście ciekawy temat. Większość osób nie ma dużych oszczędności i jest to dość zrozumiałe, ale zupełnie niezrozumiały jest brak dobrego niezależnego ubezpieczenia na życie. Ja z żoną mamy przyzwoite ubezpieczenia w dwóch różnych firmach. To prawda, że miesięcznie kosztuje to nas po 200 PLN, ale za to suma ubezpieczenia w przypadku śmierci jest wysoka – 350 tys zł. Wyszliśmy z założenia, że taka kwota jest potrzebna, bo pozwoli w razie śmierci drugiej osoby kupić i wynająć mieszkanie dając comiesięczny dochód. Zamierzamy je kontynuować do czasu usamodzielnienia dzieci, a później zrezygnować i wykupić takie o mniejszej kwocie ale szerszym zakresie, bo i ewentualne potrzeby będą inne za kilkanaście lat.
Wielu znajomych dziwi się że wydaje 200 zł miesięcznie niby nic nie uzyskując – na co ja odpowiadam, że tyle samo wydają na AC samochodu, a chyba wyżej powinni cenić zabezpieczenie bliskich niż kupkę blachy i plastiku.
Najlepszym sprawdzianem takiego podejścia była niespodziewana śmierć mojej mamy.
Co prawda ubezpieczenie było dużo niższe, ale i potrzeby inne. Pozwoliło na swobodę przy pochowku, wybranie pięknego pomnika, a to co zostało pozwoliło na przebudowę i generalny remont domku letniskowego, który przerobiliśmy na całoroczny i teraz ojciec na emeryturze tam zamieszkał.
W przyszłości, jeśli finanse pozwolą planujemy kupić (częściowo na kredyt) jakąś małą kawalerkę pod wynajem – to wydaje się być najlepszym zabezpieczeniem. Lepszym niż dość drogie ubezpieczenia.

Reakcję innych Czytelników na ten komentarz znajdziecie w podlinkowanym wpisie. Nie będziemy jej całej tu przytaczać.

Chcieliśmy natomiast w całości przytoczyć list, który dostaliśmy właśnie od Tommiesa.

Mamy nadzieję, że da do myślenia także i Wam.

Gdy 7 listopada ubiegłego roku komentowałem „Scenariusz: śmierć”, w najgorszych sennych koszmarach nie przypuszczałem, że tylko kilka tygodni dzieli mnie od takiego wydarzenia.
Rano żegnałem się z żoną, syn z mamą, gdyż jechaliśmy odwiedzić mojego ojca, który na emeryturę przeniósł sie za Warszawę. Wieczorem moja kochana żona już nie żyła. Ledwo skończyła 40 lat.
Ja 39 i zostałem z 10 letnim synem.
Pomijam cały osobisty aspekt tej sytuacji a skupie sie jedynie tym co związane jest z tematyką tego bloga, czyli nowoczesnym survivalem. Minął pewien okres czasu od śmierci żony i mogę już o tym spokojnie napisać.

Wtedy, komentując artykuł 7 listopada 2014 roku zostałem skrytykowany upraszczając, że płacę bez sensu dużą składkę za wysokie ubezpieczenie na życie i za kilka moich innych pomysłów. Dzisiaj wiem, że moje myślenie było ze wszech miar słuszne. Żyjemy w nowoczesnym świecie i póki nie ma wojen czy wyjątkowych krachów finansowych, tego typu rozwiązania po prostu działają. Oczywiście, pieniądze nie zwróciły mi żony, nie uzdrowiły mojej zdruzgotanej psychiki, ale pomagają w codziennym życiu.
To dzięki nim standard dotychczasowego życia nie uległ dużemu obniżeniu. Pewne zmiany były nieuniknione, ale syn nadal chodzi na lekcje tańca i angielskiego. Dzięki nim także stać mnie na opłacenie opiekunki, która zajmuje się synem w dni kiedy muszę być na noc w pracy.
To dzięki nim kwestie pochówku czy porządnego nagrobka nie stanowiły problemu.
Mam też pewną swobodę w myśleniu o planach na dalsze życie, zmianie pracy itp.

Po takim doświadczeniu mogę też odnieść się do porad z tamtego wpisu. Ponieważ mieszkam w Warszawie to część porad z zasady nie miała zastosowania, ale większość jest jak najbardziej trafna.
I tak:

  1. Zabezpieczenie finansowe w gotówce – absolutnie niezbędne. Do czasu aż będziemy mieli jakieś pieniądze z ubezpieczeń pewna suma jest absolutnie konieczna, aby móc załatwiać wszystkie formalności, a jednocześnie móc normalnie żyć.
    Zakłady pogrzebowe to niestety straszne pijawki i doskonale wiedzą, że w takich chwilach człowiek ma nagle nieprawdopodobną ilość spraw na głowie i godzi się na absurdalnie wyśrubowane stawki.
  2. Dostęp do konta bankowego współmałżonka – kolejna niezbędna sprawa. I nie chodzi tu tylko o możliwość skorzystania z pieniędzy, ale przede wszystkim o sprawdzenie co i kiedy było opłacone.
    Szczególnie ważne jak ma się odrębne konta i robi opłaty z obydwu kont.
  3. Testament. W moim przypadku nie jest to aż tak ważne, bo dziedziczenie jest tu proste, ale u innych może być to bardzo ważne.

A teraz kilka spraw niezmiernie ważnych a nie ujętych w tamtym wpisie.

  • Prowadźcie wspólny kalendarz ważnych wydarzeń, zapisanych wizyt u lekarza itp. Odtworzenie tych spraw jest niezwykle trudne, a jak sami wiecie czasami wizyty u lekarzy specjalistów dla dziecka rezerwuje się kilka miesięcy wcześniej.
  • Oprócz konta bankowego, należy znać hasła do poczty i różnych innych serwisów. Dzisiaj w dobie Internetu, przez komputer sprawdza się czynsz, prąd, kablówkę wizyty u lekarza i załatwia mnóstwo innych spraw.
  • Poznajcie numery do przyjaciół współmałżonka i pin do jego telefonu. Przy powiadamianiu znajomych nie wiesz czy Agnieszka Z to jej przyjaciółka o której wielokrotnie wspominała czy też imię zupełnie obcej kosmetyczki.
  • Trzymajcie porządek w dokumentach. Ponadto ze wszystkich miejsc w których pracowaliście zdobądźcie świadectwa pracy i druki RP-7.
    ZUS ma niesamowity bałagan i to co oni mają zaksięgowane potrafi znacznie odbiegać od stanu faktycznego. Czasami zdobycie tych dokumentów jest niezmiernie trudne gdy firmy już nie ma lub została kolejno dwa razy kupiona przez inne większe firmy z czym ja się spotkałem.
    Komplet takich dokumentów ułatwi wam starania o prawidłowo wyliczoną rentę dla dziecka.
  • Zmiana osoby uposażonej w OFE
    Co prawda wg nowych przepisów od 2014 nasze kochane państwo tak nas wykolegowało, że fizycznie nie zobaczycie nawet złotówki, ale przynajmniej jeśli jesteście wskazani jako osoba uposażona to dopiszą wirtualne złotówki do waszego konta w OFE. Może kiedyś na emeryturze w końcu je odbierzecie.

Na koniec rzeczy najważniejsze. CZAS – tej wartości nie odłożycie, nie kupicie bezpośrednio, możecie tylko lepiej go organizować. Do tego przydatne są znów pieniądze czyli albo to co odłożycie, albo otrzymacie z ubezpieczenia.
Za pieniądze opłacicie opiekunkę do dziecka, ale także osobę która wyręczy was w jakże czasochłonnej czynności jaką jest utrzymywanie czystości w domu. Opłacicie także ludzi od różnych napraw i usług, które do tej pory wykonywaliście sami. Będziecie mieć wielki dylemat – albo poświęcam pół soboty na sprzątanie a dziecko gra na komputerze, lub opłacam kogoś kto posprząta a ja idę z dzieckiem na rower czy jedziemy na wycieczkę.

RODZINA, PRZYJACIELE , ZNAJOMI I SĄSIEDZI – tej wartości także nie odłożycie, ale i w przeciwieństwie do usług nie kupicie. Utrzymujcie dobre stosunki z rodziną i znajomymi, czasami powstrzymajcie język przed złośliwymi uwagami.
W przypadku odejścia bliskiej osoby możliwość szczerej przyjacielskiej rozmowy z kimś bliskim, lub możliwość zostawienia dziecka przez pół godzinki pod opieką sąsiadki nabierają niewyobrażalnie wielkiej wartości.

Do nagłej śmierci najbliższej osoby nie da się dobrze przygotować, można tylko minimalizować skutki takiej tragedii.
Większość dalekosiężnych planów staje się nagle kompletnie nieprzydatnych w nowej rzeczywistości.
Na swoim przykładzie mogę stwierdzić, że może to nas spotkać kompletnie niespodziewanie, zupełnie bez ostrzeżeń i wywraca świat do góry nogami. Oby rady które napisałem nigdy Wam się nie przydały, ale warto mieć je na uwadze.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

37 komentarzy

  1. tomek21 pisze:

    wsp. Autorowi posta i super ,źe ma te pieniądze jedna ubezpieczenia działają tak, źe wpłacamy przez x a 99% osób dostanie nic lub mniej niź wpłacili. To jest biznes wysokomarźowy. Kolejna sprawa wysokość ubezpieczenia,mogę zrozumieć, nawet popieram 1-2% dochodu ale np 5-10 to juź nieroztropne. Generalnie nim ktoś starszy tym sens takiego ubezpieczenia mniejszy wolałbym np.na podanym przykładzie skorzystać z ub. W pracy ok 50zł za chyba 120 tys. A reszte tj. 150zł inwestować na emeryturę, na operacje ratującą źycie, jako spadek zamiast ub. I na dziesiątki innych okoliczności

    • Michal pisze:

      Ubezpieczenia są przeróżne. Są ubezpieczenia mieszane (odkładanie, oszczędzanie i na życie). Takie w mojej opinii są niekorzystne. Ja mam ubezpieczenie tylko na życie. Tutaj nie ma dyskusji, że się nie należy. Umierasz, żona dostaje odszkodowanie. Wykluczenia jakie mam – śmierć spowodowana w skutek wojny lub ataku terrorystycznego, samobójstwo (tylko w pierwszym roku ubezpieczenia).

  2. Jasio pisze:

    Testament to podstawa i to również w tym przypadku. mając małoletnie dzieci to głupie dziedziczenie pieniędzy będących na rachunku bankowym może się kończyć koniecznością zgody sądu rodzinnego albo nawet powołania kuratora.
    Dlatego każdy kto ma dzieci albo prowadzi działalność gospodarczą powinien sporządzić testament-kosztuje to niewiele a może uratować majątek.

  3. Rafał M. pisze:

    Samo OFE było przekrętem narzuconym przez Amerykanów i odpowiadało za połowę zadłużenia Polski, ale mniejsza o to…

    Co do konta bankowego, samo pełnomocnictwo do korzystania nie wystarczy, bo formalnie wygasa wraz z chwilą śmierci posiadacza konta, później można dochodzić sądownie na podstawie dziedziczenia. Niby się da wypłacić pieniądze zanim bank dowie się o śmierci, ale to nieco naciąganie prawa.

    Warto zanotować istotne telefony i loginy w jakimś papierowym notesie i go trzymać w domu. To nieco ryzykowne na wypadek włamania, więc ewentualnie można gdzieś ukryć lub zaszyfrować, ale jednak papier jest najtrwalszy. Już wielu osobom zginęły numery wraz z zagubieniem telefonu. Nowsze telefony trzymają numery w chmurze, ale różnie z tym może być, bo to zewnętrzny usługodawca.

    Nie jestem przekonany co do zakupu kawalerki. W Warszawie trochę może to mieć sens (zależy od lokalizacji), bo mnóstwo ludzi się sprowadza i szuka mieszkania, jednak jest duża konkurencja i zyski niewielkie. Z kolei poza Warszawą raczej się wyludnia i można mieć spory problem ze znalezieniem jakiegokolwiek lokatora, a jednak są koszty utrzymania mieszkania, dodatkowe opłaty za niewykorzystanie mieszkanie mogą sporo obciążyć budżet domowy. Lada dzień emeryci spoza Warszawy zaczną wymierać i będzie spora nadwyżka pustych mieszkań.
    Pojawiają się też nowe technologie budowy, jak druk 3D lub prefabrykaty, które w najbliższych latach spowodują znaczny spadek kosztów budowy nowych mieszkań.

  4. tommies pisze:

    O rożnych problemach związanych ze śmiercią tak bliskiej osoby mógłbym napisać całą książkę. Uwierzcie mi, że nie jest łatwo. Oprócz problemów czysto organizacyjnych o których napisałem w liście, sporym problemem jest psychika. Rozmowy z rodziną to jedno, ale brak szczerych rozmów z żoną to zupełnie inna sprawa. O dziwo z pomocą przychodzi tu chroniczny brak czasu – człowiek wieczorami jest tak wypompowany, że często usypiam razem z dzieckiem.

    Odnosząc się do kwestii kawalerki. To najlepsze co mi przychodzi do głowy. Mając prawie 40 lat conieco już przeżyłem i wykształcił mi się kompletny brak zaufania do pieniądza w formie papierowej czy cyferek na koncie bankowym. Miałem okazję także pograć na giełdzie i tu już wiem, że to kompletne oszustwo w tej formie w której obecnie istnieje – stado baranów (niby inwestorów) dojone przez gangsterów w białych kołnierzykach.
    Oczywiście zakup kawalerki rozważam wyłącznie w Warszawie. Można wziąć pod uwagę także Kraków, Gdańsk czy inne duże miasto z perspektywami.

    Co do spadku cen z uwagi na użycie nowych materiałów w budownictwie bym nie liczył. W takich miejscach jak Warszawa i okolice cena materiałów ma marginalne znaczenie. Z reszta tak naprawdę materiały budowlane są dość tanie. Najdroższa w Warszawie jest działka, szczególnie taka dopuszczająca zabudowę wielokondygnacyjną. Tu w grę wchodzą ciężkie miliony.
    Na spadek cen z uwagi na wymieranie starszego pokolenia także bym nie liczył. Takie miasta jak Warszawa czy Gdańsk są jak magnes i przyciągają młodych ludzi z całego kraju.
    Myślę że sytuacja na rynku nieruchomości po prostu znormalniała. Od kilku lat ceny są podobne z minimalną tendencją wzrostową mniej więcej tyle co inflacja. Jeśli sytuacja w kraju będzie stabilna, to i ceny mieszkań oraz wynajmu będą stabilne.

    Nie liczę na kokosy. Po prostu małe mieszkanie w dobrym punkcie komunikacyjnym w kameralnym budynku, po pierwsze zawsze będzie miało swoją wartość, a po drugie będzie przynosiło może niewielki, ale jednak stały zysk. Okresy gdzie będzie stało puste po prostu należy wliczyć jako jeden z elementów tego biznesu i tyle.

    Jak macie lepsze pomysły to chętnie posłucham.

    • Piotr pisze:

      Co do giełdy (czy funduszy inwestycyjnych itp.) – pełna zgoda, większość z tych instytucji istnieje po to aby zarobić na Twoim kapitale a nie po to abyś Ty zarobił. Jeśli już giełda, to tylko poprzez samodzielne zarządzanie a nie na zasadzie „daj kasę ‚profesjonalistom’ i czekaj na zyski”, bo tych zysków od „fachowców” nie będzie. Ja mam część kasy w akcjach (i udziałach spółek niegiełdowych) i sobie chwalę, zdarzają się oczywiście wtopy jednak średnia wychodzi na plus, ale samodzielnie tego pilnuję (na giełdzie za pośrednictwem biura maklerskiego, bo inaczej się nie da, ale decyzje o transakcjach zlecam sam).

      Jeśli ktoś myśli, że wystarczy dać instytucji finansowej kasę i ona będzie za nas (i na nas) pracować, to żyje złudzeniem.

      Podobne podejście mam też do ubezpieczeń, to trochę jak lotto, wszyscy się zrzucają składkami a „wygrywają” nieliczni. W Twoim przypadku akurat się „opłacało” (wybacz za sformułowanie, bo zdaję sobie sprawę, że wolałbyś mieć żonę niż kasę – to oczywiste) ale na tę „wygraną” zrzuciło się kilka tysięcy innych ubezpieczonych, którzy tej kasy nigdy nie zobaczą. Ja akurat wolę polegać na rodzinie i przyjaciołach niż na jakiejkolwiek firmie (która dzisiaj jest, a jutro może ogłosić niewypłacalność) a ubezpieczenia mam tylko te obowiązkowe (OC na samochód i ubezpieczenie budynków gospodarczych) i mimo wszystko obowiązek tych ubezpieczeń uważam za złodziejstwo w biały dzień.

      • Paweł pisze:

        „ubezpieczenia mam tylko te obowiązkowe (OC na samochód i ubezpieczenie budynków gospodarczych) i mimo wszystko obowiązek tych ubezpieczeń uważam za złodziejstwo w biały dzień.”

        Czyli rozumiem, że jeśli rozbiłbyś mi samochód (przez zwykłą nieuwagę, każdemu może się zdarzyć) to byś bez szemrania płacił z własnej kieszeni? A jeśli zrobiłbyś mnie przy okazji kaleką? Stać cię aby? Właśnie DLATEGO jest ten obowiązek, że są tacy „mądrale” jak ty. I bardzo dobrze, że on jest!

    • PABLO pisze:

      @tommies
      „sporym problemem jest psychika. Rozmowy z rodziną to jedno, ale brak szczerych rozmów z żoną to zupełnie inna sprawa”

      Jestem w podobnej sytuacji. Też mieszkam w W-wie, niedawno (niedługo miną trzy lata, ale dla mnie to wciąż jest niedawno) zmarła moja żona, zostałem sam z dwoma synami (aktualnie 8 i 10 lat).

      U mnie także podstawowym problemem jest brak możliwości przegadania z żoną najważniejszych spraw. Wszystkie decyzje, problemy, wątpliwości, plany, itp. ma się na własnej głowie. O ile kwestie bytowe przy dobrej organizacji da się ogarnąć, o tyle tej sfery praktycznie nie. PABLO

  5. tomek2 pisze:

    Tommies ciekawy punkt widzenia i dość szczery niemniej co do zakupu obecnie mieszkania za gotówkę na wynajem to naprawdę słaby pomysł i mówię to jako osoba która posiada kilka nieruchomości , jeśli już to waśnie jako zabezpieczenie na kredyt bym proponował – ot masz kredyt z obowiązkowym ubezpieczeniem i w razie W masz mieszkanie a jak nie bedzie W to za 20-30 lat też masz mieszkanie. Dlaczego nie za gotówkę bo w przewidywalnej perspektywie mieszkania realnie będą tylko i wyłącznie tanieć , kwestia dla myślących chyba bezdyskusyjna niemniej cena wyrażona w zl ma szanse wzrosnąć co oznacza zysk przy kredycie, nadto jest możliwe oczywiście wymaga to pracy aby koszt takiej inwestycji oscylował w okolicach 0zł a konieczne opłaty np wkład można potraktować jako przymusową inwestycje przynoszącą jakąś tam stopę zwrotu. Kolejna sprawa to liczba mieszkań 1 mieszkanie super ale co jeśli pomijam sytuacje typu pustostan coraz bardziej prawdopodobny ale np najemca odmawia zaplaty i wyprowadzki – czy stać nas na przerwę w dochodzie np rok?? Rozwiązanie albo wiecej mieszkań albo mieszkanie tylko jako element dywersyfikujący.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Doradzanie komuś kredytu hipotecznego jako mechanizmu służącego poprawie jego bezpieczeństwa jest szaleństwem.

      Nie w Polsce. Nie w warunkach, gdzie całe ryzyko kredytu ponoszone jest przez kupującego. Gdzie nie można dokonać sensownej upadłości konsumenckiej (trzeba z nią jechać do UK), co kończy się tym, że utrata płynności w spłacaniu kredytu powoduje stratę mieszkania, a potem jeszcze konieczność spłacenia reszty.

      • tomek21 pisze:

        Uważam inaczej niemniej i tak też czynię, niemniej idąc Twoim tropem rozumowania , posiadania np mieszkania jest również szaleństwem, przecież trzeba płacić czynsz , prąd, gaz co w przypadku utraty płynności oznacza utratę mieszkania , długi itd itd. To tak na szybko a temat bardzo dłuuugi

        • Piotr pisze:

          Moim zdaniem dużo zależy od tego jaki masz wkład własny. Jeśli większość kasy jest Twoja, a kredytujesz powiedzmy 20-30% wartości mieszkania, to jest to zupełnie inna sytuacja niż gdy całość jest na kredyt. Pomijam już fakt, że przy dużym wkładzie własnym będą znacznie niższe koszty dodatkowe (dostaniemy znacznie lepsze warunki, na przykład niskie ubezpieczanie kredytu lub w ogóle jego brak, bo bank ponosi mniejsze ryzyko, przy okazji spłata będzie szybka, więc nie zapłacimy „drugiego mieszkania” w odsetkach i innych kosztach kredytu), to dodatkowo w razie problemów można sprzedać mieszkanie, spłacić bank i jeszcze sporo kasy zostanie.

          W razie problemów nie należy czekać do ostatniej chwili aż bank rozpocznie egzekucję i przyjdzie komornik, bo wtedy mieszkanie zostanie sprzedane za 50-60% rynkowej wartości (komornikowi nie zależy na tym, aby się „bujać” z mieszkaniem i długo szukać dobrego kupca, komornik woli sprzedać szybko, wziąć swoją prowizję i zająć się następną sprawą), lepiej jest wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźć kogoś, kto weźmie „za darmo” mieszkanie razem z kredytem (i wyjść bez mieszkania ale i bez długu wobec banku) niż zostać bez mieszkania i z komornikiem na karku.

          • Jasio pisze:

            Nie da się wziąć mieszkania razem z kredytem – co najwyżej razem z hipoteką.
            Żeby przejąć czyjś dług należy uzyskać zgodę banku, co oznacza przechodzenie całej procedury przyznania kredytu. Poza tym kto przy zdrowych zmysłach weźmie mieszkanie i dług który jest więcej wart niż to mieszkanie ?

          • Piotr pisze:

            Co do samego kredytu – da się zrobić cesję (oczywiście bank jest tu stroną, za plecami banku tego zrobić się nie da :D). Co do długu – to towar jak każdy inny, można sprzedać (jeśli Ty wisisz coś bankowi i nie spłacasz, to bank może ten dług sprzedać mi i staniesz się moim dłużnikiem a nie banku – tak przecież działają firmy windykacyjne, kupują długi „nieściągalne” za ułamek wartości i potem co ściągną to ich).

            Poza tym ktoś przy zdrowych zmysłach chętniej weźmie mieszkanie z kredytem częściowo spłaconym niż nowy kredyt. Po prostu jest taniej. Jeśli mieszkanie rynkowo kosztuje powiedzmy 500tys PLN, ktoś wziął na to kredyt z estymowaną sumą rat powiedzmy 800tys PLN, spłacił z tego 200tysPLN, to zostaje do spłaty 600tys PLN, ktoś inny, kto szuka mieszkania takiej wartości chętnie weźmie je razem z cesją kredytu, bo niby 100tys PLN więcej niż cena rynkowa, ale gdyby wziął na to nowy kredyt, to miałby do spłacenia 800tys PLN, a tak zostaje do spłaty 200tys PLN mniej (a i ten, któremu się noga powinęła jest do przodu, bo „na szybko” sprzedałby to mieszkanie za 80% wartości rynkowej, czyli powiedzmy 400tys PLN i miałby jeszcze 200tys PLN długu wobec banku, a tak go nie ma) – oczywiście bank woli sprzedać nowy kredyt na to mieszkanie, bo nie dość że na nowym kliencie dodatkową kasę zgarnie to i jeszcze starego klienta ponęka (bank woli zarobić na dwóch kredytach na to samo mieszkanie niż na jednym „wędrującym” między klientami, no i pracownik banku dostanie prowizję od nowego kredytu więc pracownik banku będzie wolał namówić na nowy kredyt niż podpowiedzieć rozwiązanie lepsze dla klienta).

          • Jasio pisze:

            1. Bank firmie windykacyjnej nie sprzedaje długu tylko wierzytelność.
            2. Bank nie zgodzi się na żadne przenoszenie długu 600k na nową osobę i nie chodzi tu o żadne dojenie tylko o prawny obowiązek zbadania możliwości spłaty kredytu przez nabywcę. A to oznacza zaciągnięcie nowego kredytu czyli inny koszt pieniądza.
            3. W zasadzie całą dyskusję można zamknąć jednym prostym pytaniem: widziałeś chociaż jedną taką (jak opisujesz) transakcję w rzeczywistości ?

          • Piotr pisze:

            Ad1: Owszem wierzytelność, zależy z której strony patrzysz, czy z perspektywy banku czy dłużnika (wiadomo, to nie bank ma dług tylko jego klient).

            Ad2: Przejęcie długu jest możliwe na podstawie artykułów 519-522 Kodeksu Cywilnego (oczywiście zgoda wierzyciela czyli banku jest konieczna). Zresztą w internecie znajdziesz sporo poradników jak to zrobić, bo ludzie często o to pytają, na przykład tu (pierwszy z brzegu link z Google): http://nowemieszkaniedlamlodych.pl/aktualnosci/przepisanie-kredytu-na-inna-osobe/149/

            Weryfikacja zdolności kredytowej osoby, która przejmuje kredyt nie musi się odbywać na zasadzie refinansowania (podpisania nowej umowy kredytowej na spłatę starej) czy istnienia dwóch umów kredytowych jednocześnie. Oczywiście weryfikacja osoby przejmującej kredyt kosztuje (i może się wiązać na przykład z koniecznością wykupienia nowego ubezpieczenia kredytu a stara umowa ubezpieczenia zostaje rozwiązana – zależy od banku i od zdolności kredytowych) ale jest tańsza niż nowy kredyt (i poprzedni kredytobiorca zostaje z „czystym kontem”).

            Ad3: Znam kilka takich przypadków, między innymi mój (wziąłem na siebie częściowo spłacony kredyt rodziców, ale to była kwota rzędu około 20tys PLN i było to w 2010 roku – ale nie był to kredyt hipoteczny tylko na samochód). Analogicznie mój znajomy wziął w ten sposób na siebie (razem z kredytem) mieszkanie swojego brata, który wyjechał na stałe za granicę (to było około półtora roku temu). Popytaj w bankach albo w biurach handlu nieruchomościami – da się 😉

        • tommies pisze:

          Jeśli nie mieszkanie to co w zamian? Mądrego zawsze chętnie posłucham, ale jeszcze nikt przekonywająco niczym innym bezpiecznym mnie nie zaciekawił.

          Szczerze powątpiewam w jakiś szczególny spadek cen. Owszem, nie wątpię że nieustawne klitki w gigantycznych wieżowcach z wielkiej płyty będą systematycznie tracić na wartości , ale nie ładne mieszkania wśród niskiej zabudowy w dobrych miejscach komunikacyjnych, ale jednocześnie bez ryzyka że obok powstanie jakiś dziwoląg lub hałaśliwa arteria komunikacyjna. Mieszkańcy Warszawy wiedzą, że takie miejsca można znaleźć na Starym Mokotowie, czy Starym Żoliborzu, Bielanach.

          Wszelkie kredyty wykluczam, bo jak to słusznie zauważono w tym kraju całe ryzyko jest wyłącznie kredytobiorcy. Poza tym nie o to mi chodzi.

          Po prostu zakup i wynajem mieszkania należy potraktować jako pewien biznes a nie filozofię. Należy mieć na uwadze, że będą przerwy między okresami wynajmu, należy też mieć odpowiednio skonstruowaną umowę aby minimalizować ewentualne problemy z nieuczciwymi najemcami. To wkalkulowane ryzyko.
          Pewnym pocieszeniem jest dla mnie fakt, że zasięgnąłem opinii znajomych którzy posiadają mieszkania do wynajęcia i generalizując poza drobnymi incydentami wszystko przebiega płynnie i spokojnie.

          • Piotr pisze:

            Nie ma bezpiecznych biznesów, czy to mieszkaniowych czy innych, zawsze istnieje ryzyko wtopy. Nie przejmuj się tym, że ktoś inny ma obawy i szuka przez całe życie 100% bezpiecznej inwestycji (bo jej nie znajdzie do końca życia, nawet lokaty w banku czy w kruszcach to ryzyko i na tym też „udaje się” stracić). Wkładaj kasę w taki biznes, który rozumiesz i co do którego w razie problemów znajdziesz mentorów (kogoś, kto w tym siedzi dłużej niż Ty i będzie w stanie pomóc i doradzić).
            Jeśli masz znajomych żyjących z wynajmu mieszkań i im to wychodzi (zakładając, że nie koloryzują przed Tobą, tylko mówią jak jest), to nie widzę powodu aby w to nie wejść (przy okazji podpowiedzą Ci jak i gdzie znaleźć dobrych klientów). Jak Ci nie będzie wychodzić, to zawsze możesz mieszkanie sprzedać (bo z tego co piszesz, to nie będzie mieszkanie na kredyt, więc masz swobodę obrotu nim) i włożyć kasę w coś innego.

  6. Jasio pisze:

    Niestety ale tzw. surwiwaliści z reguły skupiają się na przygotowaniu na różnego typu mniej lub bardziej absurdalne scenariusze w stylu koniec świata wg Majów, natomiast nie mają większego pojęcia o inwestowaniu czy zagadnieniach prawnych, które to kwestie przydają się w życiu o wiele częściej niż umiejętność rozpalenia ognia za pomocą drewna.
    Natomiast na przykładzie tommiesa widać jak bardzo przydałby się prawnik rodzinny – ludzie mają coraz więcej majątku, problemy z tym związane są coraz większe, a śmierć bliskiego powoduje, że o takich sprawach się nie myśli.

    • tommies pisze:

      Dlatego właśnie lubię ten blog, bo kwestie survivalu traktuje nowocześnie. To trochę statystyka – dużo bardziej prawdopodobna jest śmierć bliskiej osoby, czasowa awaria sieci energetycznej, lokalne skażenie wodociągu niż kompletne i długotrwałe zawalenie się świata jaki znamy.
      Do tych bardziej prawdopodobnych można tez się przygotować nie wywracając do góry nogami dotychczasowego stylu życia. Często to drobne, ale ale głęboko przemyślane decyzje, gromadenie dokumentów, niewielkie zmany sposobu zakupów i pewna ilość niedrogich ale przydatnych gadgetów w domu i na działce.

      Ja też w młodości przy okazji harcerstwa miałem okres „zielonego survivalu”. Potrafiłem nawet rozpalić ognicho trąc różne gatunki drewna , czy wyskoczyć do lasu z mikroskopijnym plecakiem. Tyle że jak człowiek dorośleje i pojawia się żona, dzieci to zdajemy sobie sprawę że życie wygląda trochę inaczej i ten bardziej prawdopodobny survival jest w naszym mieszkaniu a nie w Bieszczadach.
      To po prostu nieco inne, bardziej przezorne i racjonalne patrzenie na otaczający nas świat niż robi to większość naszych przyjaciół i znajomych. Tylko tyle i aż tyle. Przezorni i racjonalni.

      Czy mogłem przygotować się lepiej? Zawsze można by lepiej – dlatego też ten list do redakcji i porady dla Was.
      Myślę jednak, że byłem przygotowany po prostu przyzwoicie. Poregulowane wszystkie ważne kwestie prawne, porządne ubezpieczenie, znane większość loginów, haseł i zarys istotnych terminów i pewne przemyślenia „co by było gdyby…”

  7. tomek21 pisze:

    podzielam poglądy Piotra ale co innegno jest brać kredyt na maxa jak z kontekstu wypowiedzi wynika a co innego racjonalnie np 10-20%dochodu i najlepiej 2-3 nieruchomości. Co by nie mówić (teraz wymagany wkład własny) mało jest biznesów gdzie inwestując0zł moźna sobie zabezpieczyć przyszłość.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Ach, gdybym mógł odkładając 10-20% dochodu na ratę kredytu kupić sobie 2-3 nieruchomości, byłbym bardzo szczęśliwym człowiekiem.

      To znaczy teraz też mogę. Mogę za to kupić w kredycie na 30 lat 2-3 garaże w Wąchocku.

      Może rozmawiajmy bardziej o pomysłach, które są w zasięgu grupy większej, niż 2% czytelników tego bloga, ok? 🙂

  8. tomek21 pisze:

    ja to zrealizowałem przy zarobkach nieznacznie przekraczających średnią krajową, źadna magia tylko matematyka na poziomie szkoły podstawowej

  9. tomek21 pisze:

    ja to zrealizowałem przy zarobkach nieznacznie przekraczających średnią krajową, źadna magia tylko matematyka na poziomie szkoły podstawowej. Mija ok 8 lat od zakupu pierwszej nieruchomości i nj tą chwilę utwierdzam się w przekonaniu ,źe źle nie zrobiłem

  10. tomek21 pisze:

    Napisze może Ciut bardziej szczegółowo może wtedy ktoś zrozumie mój punkt widzenia, zaznaczam,że ani nie jestem milionerem wręcz przeciwnie ani obecnie już nie jeste takim fanem nieruchomości (negatywne trendy demografia, nowe budownictwo itd). Jak już wspominałem podzielam poglądy Piotra nie mniej zakup nieruchomości za gotówkę w 100% uważam za dość słaby dlaczego? Nie ma co liczyć na wzrosty cen z przed ok 15 lat ale fajnie to obrazuje pewne tendencje , ktoś płacił raty za mieszkanie warte 10o tys zł by po 10-20 latach zapłacić ponad 2 razy tyle (pewnie nawet więcej bo kredyty były zapewne wyżej oprocentowane) a mieszkania podrożały nawet kilkukrotnie a więc zarobił a teraz? Obstawiam nieustanny spadek realnej ceny ale mogę się mylić co by było fajne. Zakładając , że za 20-30 lat mieszkania będą tańsze realnie o jakieś 20-30 % i zakładając , że jako bogacące się społeczeństwo będziemy relatywnie zarabiać więcej , nadto siła nabywcza zmaleje tak ,że np minimalna krajowa za 30 lat to będzie np 4 tys a średnie 8-15 tys a puszka coli 5 może więcej zł. To nawet pomimo spadku wartości mieszkań ich cena w zł z dużym prawdopodobieństwem zacznie wzrośnie. Kolejna sprawa to zainwestowany kapitał , kupując za gotówkę w dłuższej perspektywie , jeśli powyższe założenia (a są one dość pesymistyczne) się sprawdza realne dochody z najmu będą spadać a co za tym idzie stopa zwrotu, co będzie szczególnie bolesne przy 1 nieruchomości i związanej z tym problemami (niepłacący najemca, pustostan, pilny długi remont itd.). Dzięki tym zasadom i innym jak dobór właściwych nieruchomości ( dużo sie o tym pisze , jednak takiemu laikowi jak mnie pomogło bardziej szczęście) Oraz podstawowa znajomość koniunktury rynkowej oraz zasady kupuj gdy jest tanio (zasadę odwróciłem w zastosowaniu do waluty) praktycznie moje kredyty są mniejsze niż w chwili gdy je brałem i znacznie niższe od wartości mieszkań, oczywiście miał tu tez wpływ wkład własny jak również praca , którą włożyłem. Gotówka która operowałem nie wystarczyła by na zakup chyba najtańszego auta w salonie jednak pozwoliła na zakup 1 -mieszkania to jest wkład własny , opłaty itd. Mieszkanie było „sprzedane już 2 krotnie ale bank odmówił ostatecznie kredytu a właścicielowi bardzo zależało na sprzedaży stąd cena zrobiła się niższa o ponad 20% w stosunku do wyjściowej i podbnie do cen takich samych mieszkań w tym bloku. Co ciekawe , okolica bardzo mi pasowała nawet chciałem wynająć tu mieszkanie (kawalerka) i ceny były bardzo wysokie ponad 2krotność raty i 1,5 krotność przy założeniu braku wpłaty własnej. Ile wynosiła rata ? kilkaset zł ;P. Podsumowując większość moich niewielkich oszczędności poszło na opłaty i wkład , jednak różnica (tj. oszczędność jaką zdobyłem w stosunku do wynajmowanego do tamtej pory mieszkania a pozostałościami oszczędności) w opłatach spowodowała ,że zakup podobny powtórzyłem już po ok 2latach , tutaj jednak oprócz oszczędności na 1 – mieszkaniu kilkaset zł miesięcznie doszły zyski wynajmu kolejnego , niewiele ale kolejne kilkaset zł. Te pieniądze przy dołożeniu niewielkich również kilkuset zł/msc oszczędności spowodowały ,że kupiłem melinę w świetnej lokalizacji za cenę wedle różnych operatów ok 75% wartości (i tak przepłaciłem tj. zaproponowałem znacznie wyższą ofertę) a następnie wyremontowałem dzięki czemu jest to najbardziej dochowa nieruchomość a wartość kredytu to ok 50% wartości rynkowej. Pomijając niewielkie pieniądze jakie włożyłem reszta jest na kredyt i się spłaca co miesiąc i sosunek częsci kredytowanej do niekredytowanej się zmienia na korzyść (oczywiście były różne zawirowania związane np kursami), Dzięki temu ,że nie włożyłem znaczącej gotówki stac mnie było na inne formy oszczędzania mi. choć generalnie krytykuje produkty oszczędnościowe (mam taki np zaoferowany po kilku latachdo kredytu , którego z różnych przyczyn nie mógłbym przenieść do innego banku a tak dostałem jescze niemożliwą w innych okolicznościach obniżkę raty o kilkadziesiąt zł(wystarcza na opłaty w produkcie i nawet minimalny zysk), lokaty, kruszce (zakup 1 uncji srebra co jakiś czas to nie majątek), akcje, obligacje w oparciu o ike itd. itd.

    • tommies pisze:

      Matematyka to nie wszystko, trzeba mieć też odrobinę szczęścia.
      Ale prawo i jego egzekucja musi chronić obywateli a nie korporacje i banksterów.

      Znajomi kupili coś około 2003 r małe mieszkanie dwupokojowe z pomocą rodziców za gotówkę. Porodziły się dzieci i zrobiło się ciasno. Pod koniec 2005 kupili na kredyt oczywiście we frankach szwajcarskich duże 3-pokojowe, dosłownie moment przed tymi szalonymi wzrostami cen mieszkań.
      Zaczął się ten szalony boom mieszkaniowy. W 2007 sprzedali za niemal dwukrotność ceny zakupu te mniejsze 2 pokojowe, spłacili kredyt za te większe, gdyż kurs franka był niższy niż przy zawarciu umowy i jeszcze, jak to koleżanka do dzisiaj mawia bank zafundował im najbardziej wypasione wakacje w życiu.
      Dla tych co nie pamiętają, niespełna rok później zaczął się kryzys finansowy ceny mieszkań od razu spadły o 20-25% a kurs franka poszybował w kosmos z okolic 2 PLN do 3,3 a dzisiaj niewiele mu do 4 PLN brakuje.

      Niestety dla równowagi mój najlepszy kolega mimo że spłaca kredyt mieszkaniowy już 10 lat, to realnie przeliczając z franka na złotówki ma do spłaty więcej niż w dniu wzięcia kredytu. Sam siebie jedynie pociesza, że przynajmniej wartość mieszkania znacznie wzrosła i w razie jakiegoś dramatu rodzinnego sprzeda mieszkanie i z długami nie zostanie.

      Nie na darmo największe religie świata zakazują lichwy. Systemy finansowe i umowy są tak skonstruowane, że nie tylko przeciętny obywatel nie jest w stanie tego dobrze pojąć, ale także ludzie po studiach ekonomicznych i prawniczych. A nawet jeśli w końcu uda się sztuka zrozumienia jakiejś umowy i dokładnego jej przeanalizowania, to bank nie zgodzi sie na dokonanie zmian poza jakąś kosmetyką. Dlaczego nawet w prostych sprawach prawo bankowe jest inne od zwykłego konsumenckiego? W ubiegłym miałem nieprzyjemność zgłoszenia reklamacji o dość poważną sprawę w swoim banku. I co – reklamacja 60 dni a nie 14 jak wszędzie indziej. Po 58 dniach dostałem na odp… standardowe pisemko które pewnie sam system z automatu wysłał, że moja sprawa jest tak skompilowana, że wymaga dogłębnej analizy i tym samym przedłużyli sobie czas o kolejne 60 dni. Skutek taki że już na mnie nie zarobią. Tyle że konkurencja jest dokładnie taka sama. Chroni ten sektor układ polityczny o dość mrocznych powiązaniach.

      Znakomicie że rozumiesz różne niuanse ekonomiczne i potrafisz zręcznie lawirować generując przy tym zysk. Tyle że ludzi którzy potrafią podobnie to robić jest niewielu.

      Nie kieruję tego bezpośrednio do Ciebie, tylko ogólnie do sektora finansowego i pseudoprawnego.
      Wyznaję teorię,że tego typu spekulacje w ostatecznym rachunku nic dobrego społeczeństwu nie przynoszą. Nie ma nic za darmo – ktoś zawsze musi na koniec za wszystko zapłacić. I co najistotniejsze, tego typu zabiegi nic nie wnoszą, nie produkują konkretnych dóbr, nie przyczyniają się do tworzenia nowych technologii, wynalazków.
      Weźmy taki ostatni krysys z 2008r – czy nagle słońce przestało świecić a ziemia przestała rodzić, zabrakło węgla czy ropy naftowej? Nie! A jednak miliony ludzi na całym świecie odczuwają często bardzo doktkliwie skutki. Masa tych ludzi potraciła mieszkania, domy, oszczędności i zapewne część z nich załamała się psychicznie, rozbite rodziny, może nawet ileś głodujących osób, czy zmarłych. Dlaczego tak się wiec stało? Ano, bo garstka mafiozów w białych kołnierzykach bez moralności zaczęła bawić się różnymi kombinacjami finansowymi sztucznie zawyżając ceny niektórych dóbr czy nieruchomości.
      Grałem kiedyś trochę na naszej giełdzie, ale przestałem, bo to nie na moje nerwy – ewidentne machlojki, sztuczne pompowania. Nic wspólnego z realnym inwestowaniem.

  11. tomek21 pisze:

    Tommies niestety wszystko co piszesz jest prawdą i faktycznie jak ktoś nie rozumie pewnych procesów to lepiej się za to nie brać bo może to się źle zrobić a nawet bez tego tak może być. Jednak jak ktoś bierze kredyt kiedy waluta jest rekordowo nisko i to jeszcze na 50 a znam przypadki 70%-80% swoich dochodów (tak , tak banki dawały takie kredyty ) To jak nazwać taką osobę? Jasne baki i cały system to oszuści ale chyba trzeba sie liczyć ,że waluta może wzrosnąć o 50-100 a okresowo nawet o więcej procent. Nie rozumię też tej potrzeby zakupu dla siebie czyli generalnie źródła tylko wydatków mieszkania czy domu który nas rujnuje. , Może dla pary wystarczy mała kawalerka a za parę lat lepiej zmienić. Czy zarabiając wspomnianą średnią krajową potrzebujemy nowe auto którego utrzymanie kosztuje minimum >1 tys. zł. Długo by pisać , każdy musi sam odnieść to do siebie po prostu to co ja zrobiłem w moim przypadku uważam zwiększyło moje bezpieczeństwo finansowe i to przy niekorzystnych trendach (wzrost kursu walut, spadek cen nieruchomości, spadek liczby najemców a nawet utrata pracy) i nie zgadam się z adminem ,że to było szaleństwo.

    • Piotr pisze:

      Co do kredytów we frankach – moje zdanie jest takie, że nie zamierzam płacić ze swojej kieszeni za czyjąś niewiedzę i problemy, no bo przecież bank tych franków sobie sam nie drukuje, tylko pożycza je z banków szwajcarskich (tak w skrócie, bo oczywiście nie robią tego bezpośrednio przy każdym kredycie osobno) i potem musi je oddać, albo je odda z rat spłacającego kredyt, albo je odda „rekompensując” sobie wyższymi kosztami na przykład mojego kredytu w złotówkach (a jeśli frankowicze domagają się pomocy państwa, to kasa pójdzie z moich podatków). Jeśli frankowicze coś „ugrają” od państwa czy od banków, to będę się czuł jak ostatni frajer – nie dość że miałem dość rozumu aby się w takie kredyty nie pakować, to jeszcze będę spłacał pośrednio czyjeś kredyty (będę płacił za czyjąś głupotę). Moim zdaniem nieświadomość to żadne usprawiedliwienie, ktoś się ładuje w kredyt na 30 lat a szkoda mu poświęcić godzinki czy dwóch dziennie przez parę tygodni aby się doedukować? No bez jaj, przecież matematyka jaka za tym stoi to szkoła podstawowa (zwykłe cztery podstawowe działania) a Prawo Bankowe, Ustawa o Kredycie Konsumenckim i temu podobne nie są pisane w suachili, wystarczy się wczytać i ewentualnie dopytać (nawet jakiegoś studenta prawa) jeśli się czegoś nie rozumie. Tak samo uważam, że KAŻDY powinien choć raz w życiu przebrnąć przez KPA. KC, KK i Kodeks Wykroczeń (może nawet w szkołach na przedmiocie typu WOS powinien być) a życie byłoby o wiele prostsze 😀 Tymczasem wiele osób woli posiedzieć w weekend z kumplami przy piwku czy obejrzeć mecz/serial niż poświęcić trochę czasu aby zainwestować w siebie.

      Co do banków: uważam, że prawo powinno chronić banki w sposób szczególny i to co najmniej z kilku powodów:
      – bez banków nie ma kredytów, faktoringów, forfaitingów i wielu innych narzędzi finansowych (że o zwykłych przelewach nie wspomnę) bez których gospodarka wyglądałaby jak bazar na stadionie
      – banki to także lokaty, które są innym pożyczane jako kredyty, jeśli prawa banków nie będą w specjalny sposób chronione, to nie będą chronione też lokaty (wzrośnie ryzyko utraty lokat a więc będą droższe i trudniej dostępne kredyty)
      – gdy padają banki, to pada zaufanie do waluty i do danego kraju, co kończy się „ucieczką” większości inwestorów, inflacją (rozumianą jako spadek wartości pieniądza, bo sam ruch cen nie ma bezpośredniego przełożenia na inflację/deflację, na ceny mogą wpływać zmiany wartości towarów, kosztów produkcji, zmiany podatków, zmiana koniunktury podaż/popyt itp.) a na koniec upadkiem gospodarki

      To że czasem banki nadużywają swoich praw (chociażby jak z tą Twoją reklamacją przez cztery miesiące) to już inna sprawa, ale to chyba zależy od konkretnego banku czy wręcz konkretnego pracownika. Mam główne konta w trzech bankach (dwa polskie i jeden zagraniczny, do tego mam jeszcze jedno małe konto do celów „gospodarczych” typu płacenie rachunków za telefon, kupowanie biletów kartą kredytową przez internet itp.) i z żadnym bankiem nie miałem nigdy problemów, większość spraw załatwiam „na telefon” a do placówki banku udaję się tylko po to, aby podpisać gotowe papiery lub omówić szczegóły. Tak na prawdę jedyne problemy jakie miałem z bankiem były jakieś 15 lat temu i był to bank PKO BP – tam załatwienie czegokolwiek to była tragedia, stanie w kolejkach, wielokrotne chodzenie do placówki aby coś tam uzupełnić co pracownik przeoczył itp., nawet likwidacja konta w tym banku zajęła mi prawie dwa miesiące 😀 Teraz mam konta w Millenium i Credit-Agricole (i w mBanku to małe, gospodarcze) i wszystko idzie gładko, może dlatego, że przez lata poznałem tam pracowników i wytworzyła się pewnego rodzaju znajomość i rozmawiam o swoich sprawach jak z „kumplami”. Analogicznie dwie spółki, w których kiedyś byłem „samozatrudnionym” (udziałowcem i pracownikiem jednocześnie), miały konta w BGŻ i też wszystko było ok (problemy się zdarzały, ale generalnie wszystkie reklamacje były załatwiane praktycznie „od ręki”, wystarczyło się spotkać z przedstawicielem w banku, omówić co i jak i sprawy były prostowane).

      Jest coś takiego jak zasada wzajemności – bank jest firmą, ale w tym banku pracują zwykli ludzie tacy jak my, jeśli do nich podchodzimy z szacunkiem i zrozumieniem (a nie z „gębą pełną roszczeń”, bo i takie rzeczy widziałem), to u drugiej osoby zwyczajnie budzi się empatia i chęć współpracy, można iść do „banku” a można iść do „kumpla pracującego w banku” – niby formalnie to samo, ale zupełnie inaczej zostaniemy potraktowani.

      Pracowałem też lata temu w Urzędzie Marszałkowskim w Departamencie Administracyjno Prawnym (jako informatyk, więc bezpośrednio z interesantami nie miałem styczności, ale większość z nich trafiała właśnie do tego departamentu) i widziałem na własne oczy jak zachowanie interesanta wpływa na bieg spraw po tym, jak już ten interesant od okienka odejdzie: są interesanci którzy przychodzą z postawą roszczeniową (bywa, że rzucają „kur..mi”) i wtedy jego sprawa tak źle się kojarzy urzędnikom, że wręcz nie mają ochoty się nią zająć, bo gdy zasiadają do papierów, to od razu im się te „epitety” przypominają, a bywają też interesanci mili i uprzejmi (i wyrozumiali na to, że przed chwilą pani w okienku miała styczność z jakimś burakiem), zażartują, pogadają jak człowiek z człowiekiem i zostawiają po sobie taką „aurę”, że aż się babkom chce pracować i wspominają go przez cały dzień. Jakiego typu petentem warto być?

      Instytucje (urzędy, banki itp.) to też ludzie, którzy spędzają całe nudne dni nad papierami dotyczącymi ciągle „takich samych” spraw, nie zarabiają przy tym jakichś wielkich kokosów a jeszcze wielu petentów traktuje ich jak szmaty (tak jakby to od tych „szeregowych” pracowników zależały przepisy, procedury i regulaminy organizacyjne) i na nich wylewają swoje żale za swoje niepowodzenia. Nie wiem jak Wy, ale ja zwykle problemów w bankach czy urzędach nie mam, załatwiam co potrzebuję i nie mam powodów do narzekań. Oczywiście zdarzają się problemy, na przykład niekompetentni pracownicy urzędu, ale jeśli jest z ich strony wola współpracy, to się zapytają bardziej rozgarniętej koleżanki i sprawę docelowo załatwią jak należy 😀

  12. tomek21 pisze:

    Piotr pięknie napisane tylko ale jakie Franki- z tego co wiem coś takiego jak kredytowanie franków praktycznie nie występowało w PL, to są kredyty złotówkowe denominowane we frankach a to spora różnica. Co do reszty nieby racja ale co innego ochrona banku a co innego stawianie go przed klientem. Dlaczego ktoś ma płacić za nieroztropnego frankowca tu się zgadzamy? No ale to samo można powiedzieć np. o górnikach inna sprawa to jednak uczciwość np jak to robił Twój mbank w przypadku spredów walutowych czy np. początkowa niechęc banku do ustalenia stopy zgodnie z obowiązującą. Reszta to tylko wyłącznie ryzyko kredytobiorców

    • Piotr pisze:

      Jasne, bank dając kredyt liczony we frankach tak na prawdę nie tyle kupuje franki, co „rezygnuje” z zakupu tych franków, ale mniejsza o detale techniczne. Ludzie brali kredyt liczony we frankach, bo dawało im to znacznie większe zdolności kredytowe, bo spadek wartości nabywczej złotówki był spory a frank się trzymał stabilnie, a przez pewien czas nawet kurs spadał (działał mniej więcej ten sam mechanizm, co zarabianie na spadku kursu waluty, powiedzmy euro kosztuje 4PLN, bierzesz kredyt 1000 euro, zamieniasz na złotówki i masz 4000PLN, jeśli kurs euro spadnie do 3PLN to 3000PLN zamieniasz na euro, spłacasz kredyt i zostaje 1000PLN „na czysto”, tylko dochodził jeszcze czynnik inflacji gdzie powiedzmy 1000PLN na końcu było „mniej warte” niż na początku). Niestety dobra passa się skończyła i kredyty frankowe nie tyle znacząco przeskoczyły te złotówkowe, co po prostu wyrównały do kredytów złotówkowych (gdyby Ci frankowicze wzięli wtedy kredyt w złotówkach a nie we frankach, to mieliby ten sam problem ze spłatą rat, tyle że od samego początku od pierwszej raty, więc nie mieliby „zdolności”).

      Co do mBanku – mam tam konto tylko ze względu na wirtualną kartę kredytową (wygodne w płatnościach internetowych, bo nikt mi nie wyczyści konta, ustawiam wirtualny stan karty, robię transakcję, sklep autoryzuje zapłatę, zeruję stan karty i żadnej kolejnej transakcji bank nie zautoryzuje przy zerowym stanie, nawet jeśli ktoś by podkradł numer karty i pozostałe dane).
      Jeśli chodzi o spready – większość brokerów na tym „rżnie”, bo złotówka praktycznie nie istnieje na giełdach walutowych a jakoś to trzeba rekompensować (no i częste rekwotowania albo uśrednianie kursów aby zlikwidować „szpilki” :D), ale jak ktoś chce się w Forexa bawić, to przecież nie musi mieć rachunku w Polsce 😉

      No ale odpłynęliśmy od tematu – podzielam Twoje zdanie, szaleństwem jest branie kredytu „na styk” jeśli chodzi o dochody i dodatkowo kredytowanie 100% wartości nieruchomości (gdzie w razie czego sprzedaż mieszkania nie spłaca kredytu), no ale ludzie tak bardzo chcą kupować mieszkania myśląc o „swoich nowych czterech kątach”, że emocje biorą górę i robią wszystko aby to mieszkanie mieć. Emocje to zły doradca.

      • tommies pisze:

        Problemem jest że niektórzy lubią wierzyć w mity. Jednym z takim mitów jest wierzenie w to jakoby banki były jakąś instytucją zaufania publicznego i miały misję.
        Rzeczywistość jest jednak taka, że to zwykłe firmy do zarabiania pieniędzy dla pewnej wybranej grupy ludzi. Ludzi którzy mają wpływy i potrafią wpływać na polityków do tego stopnia, że powstało zupełnie oddzielne prawo dla tych instytucji i to prawo gdzie konsument w stosunku do banku jest w nieporównywalnie gorszej sytuacji niż gdyby miało zastosowanie zwykłe prawo konsumenckie z pozostałych branż. Przytoczę jeszcze raz moją reklamację – 60 dni na rozpatrzenie i to w instytucjach najbardziej skomputeryzowanych na świecie, gdzie zapewne 90% „produktów” i wymiany informacji tworzy się na komputerze. Proces reklamacji też od początku do końca był robiony na komputerze w formie email i wypełniania wniosków.
        Jak byście się poczuli, gdyby popsuła się Wam pralka czy lodówka na gwarancji i miła pani z infolinii powiedziała by, że przyśle serwisanta za 58 dni on zobaczy co jest i albo naprawi albo weźmie ze sobą i odda za kolejne 60 dni. A tak właśnie wyglądała reklamacja mojego produktu bankowego.

        Pewne zaufanie i prywatne i publiczne to ja mogę mieć ale do lekarza jak mnie operuje, a nie do jakiegoś czarodzieja finansowego.

        Co do frankowiczów to prawda jak zwykle leży po środku. Ja takowego kredytu nigdy nie miałem i stać mnie na obiektywność.
        System prowizji pracowników oraz kalkulatory wyliczające zdolność kredytową delikatnie mówiąc preferowały franka szwajcarskiego. Na dobitkę kredyty te jak już wspomniał tomek21 realnie nigdy franka nie widziały,bo gdyby widziały to miało by to wpływ na jego kurs – sporo jest wiarygodnych opracowań na ten temat także w internecie.

        Oczywiście u wielu ludzi zabrakło zdroworozsądkowego myślenia, ale skoro nasze państwo jest takie troskliwe i dba o nas wymyślając ZUSy i inne Chore Kasy, to dlaczego nie zadba o prawo które chroni obywatela przed kompletnie szkodliwymi idiotyzmami wymyślanymi przez różne instytucje finansowe. Tu nie trzeba wymyślać koła na nowo – w wielu krajach takie systemy funkcjonują od bardzo dawna i należało tylko przeszczepić na nasz grunt. Bądźmy też szczerzy – małżeństwo prostych ludzi załóżmy on budowlaniec, ona jako krawcowa po jakiś tam zawodówkach chcą kredyt na mały domek – czy możemy od nich wymagać znajomości meandrów sztuczek finansowych i kruczków w umowie? Tacy ludzie liczą że prawo w jakiś sposób ich chroni.

        Kredyty na 110% ceny nieruchomości – to z zasady wiało idiotyzmem. W krajach gdzie prawo lepiej chroni obywateli takie coś by nie przeszło, bo bank musiał by lepiej skalkulować ryzyko.
        I gwarantuję że w ostatecznym rozrachunku i tak zapłacimy za tą niewiedzę ludzi i chciwość banków. Zapłacimy w podatkach które będą przeznaczone na różnego typu zasiłki dla ludzi którzy potracą mieszkania, którzy przejdą na różne zasiłki socjalne. Zapłacimy w tym, że część ich dzieci nie wykształci się lub zejdzie do marginesu społecznego.

        Daleki jestem od tworzenia różnych spiskowych teorii dziejów, ale dzieje się coś niedobrego ze społeczeństwem a nasi politycy są tylko odbiciem w krzywym zwierciadle nas samych. Ludzie stali się okropnymi egoistami i myślą w kategorii JA a nie MY lub jeszcze szerzej PAŃSTWO. Obywatele i państwo to system naczyń połączonych – jeżeli z jedną grupą osób dzieje się coś złego, to odbije sie na pozostałych. Jeżeli 700 tys. osób ma kredyty we frankach a część a nich nie jest w stanie ich spłacać, to jak myślicie – kto za to zapłaci?
        I nie dotyczy to tylko sektora finansowego. Są takie słowa jak patriotyzm, uczciwość i szacunek dla drugiego człowieka. Ja na przykład nie mógł bym pracować w instytucji gdzie w ramach obowiązków musiał bym z premedytacją oszukiwać ludzi, ale jak widać wokoło – brak wartości moralnych nie przeszkadza robić to innym.

        • Piotr pisze:

          Moim zdaniem nawet najlepsze prawo nie zastąpi świadomości obywateli. Nie da się stworzyć paragrafu chroniącego przed własną głupotą, niezależnie od tego czy chodzi o banki czy o cokolwiek innego. Wymaganie aby prawo zwalniało takiego budowlańca czy krawcową z myślenia jest jak wymaganie aby producenci samochodów robili takie samochody, aby wypadek drogowy był niemożliwy.

          Z całym szacunkiem, ale moim skromnym zdaniem czym mniej prawo (i ogólnie państwo) pcha się w sprawy obywateli tym lepiej. Wszystko powinno zależeć od tego jak ja się dogadam z bankiem (czy pracodawcą/pracownikiem, kontrahentem itd.) a nie że prawo powoduje iż mamy „związane ręce”. Jeśli komuś się marzy państwo, które reguluje wszystko i w 100% myśli za obywatela, to Korea Północna zaprasza 😀
          W pełni zgadzam się ze słowami Thomasa Jeffersona „Wolę być narażony na niedogodności związane ze zbyt wielką wolnością, niż cierpieć z powodu jej braku. Ten rząd jest najlepszy, który rządzi najmniej, ponieważ wtedy obywatele sami się dyscyplinują”. Obecnie państwo „wie lepiej ode mnie” gdzie powinienem pobudować swój dom, czy mam jeść wędzoną kiełbasę i pić zsiadłe mleko czy nie, czy wolno mi zmierzyć temperaturę ciała termometrem rtęciowym, nie mogę sobie kupić w aptece na przykład Polseptolu (aby w razie czego móc go użyć od razu, tylko dopiero po fakcie muszę pójść do lekarza, dostać receptę i dopiero z nią pójść do apteki i zastosować lek z wielogodzinnym opóźnieniem), to państwo wie lepiej czy będę się czuł bezpieczniej mając swobodny dostęp do broni czy nie itd., przynajmniej niech to państwo odczepi się od moich finansów prywatnych i niech nie decyduje gdzie i na jakich zasadach wolno mi pozyskać pieniądze na moje potrzeby. Państwo nie może zwalniać obywateli z myślenia, bo to nie jest bezpieczeństwo tylko niewolnictwo.

        • Piotr pisze:

          Państwo nie może ani myśleć za obywatela ani nawet dawać obywatelowi poczucia, że bierze odpowiedzialność w postaci regulacji prawnych (obywatel nie może żyć w przekonaniu, że wszystko co jest zgodne z prawem jest bezpieczne a wszystko co może być niebezpieczne jest na pewno zakazane), to obywatel ma ponosić odpowiedzialność za swoje SUWERENNE decyzje (odpowiedzialność nie w sensie konsekwencji karnych, tylko w takim sensie, że skoro JA podejmuję decyzję, to JA biorę na siebie obowiązek przemyślenia wszystkich plusów i minusów oraz JA ponoszę wszelkie konsekwencje związane z moją niewiedzą).

        • tommies pisze:

          Nie popadajmy w skrajności.
          Nie chodzi mi o zwalnianie z myślenia, tylko o lepsze bardziej chroniące nas prawo. Ludzie mądrzy w danej dziedzinie sami sobie poradzą, ludzie zamożni wynajmą specjalistę a po d.. dostanie jak zwykle ten biedniejszy i mniej inteligentny.

          Teraz wszyscy jesteśmy cwaniacy, bo powiedzmy do 55 roku życia będzie i zdrowie i umysł dopisywał. Ale mając 70 lat i zawierając jakąś umowę bardzo bym chciał aby właśnie prawodawstwo i jego egzekucja trochę mnie chroniły. I aby było jak najmniej historii o cwaniakach handlowcach, co potrafią 80 letniej babci wcisnąć Neostradę mimo że ta nie ma w domu komputera, ale płacić musi.

          Jak cofniemy się w historię naszego kraju, to im więcej było wolności tym kraj był słabszy.
          Gdyby na przykład nagle zezwolono na niepłacenie składek emerytalnych to przynajmniej połowa obywateli by nie płaciła, ale i nic by nie odkładała na starość. Efekt byłby taki że za kilkadziesiąt lat było by mnóstwo bezdomnych żyjących z pomocy społecznej.
          Taki kraj z niby wolnościami jak USA a ma zastraszające ilości ludzi bezdomnych. Szacuje się, że ok 1,5 miliona. Moja siostra która mieszkała 10 lat w Nowym Jorku opowiadała że strach wieczorami było wyjść z domu.

          Niestety duży odsetek społeczeństwa sam sobie nie poradzi, myślę że nie musimy stosować już praw dżungli.

          • Piotr pisze:

            1,5 miliona bezdomnych w kraju liczącym 320 milionów mieszkańców (oficjalnie, bo tych przebywających nielegalnie też jest sporo) daje tylko niecałe 0,5% bezdomnych, w Polsce liczba bezdomnych waha się między 30 tysięcy (oficjalne dane rządowe) a 300 tysięcy (dane z fundacji zajmujących się pomocą bezdomnym, takie jak Monar itp.), czyli w przedziale od 0,08% do 0,8% w zależności od źródła.

            Co do „im więcej było wolności tym kraj był słabszy” – owszem, bo za tą wolnością nie szła odpowiedzialność obywatela a jedynie „luzowanie smyczy”. Są kraje gdzie nie ma państwowych systemów emerytalnych (w czasach gdy Polska była potęgą na skalę Europy tez nie było państwowego systemu emerytalnego) i jakoś starcy nie umierają z głodu na ulicach, tymczasem w bogatych państwach wymyśla się koncepty typu hospicja, eutanazje itp. To jest kwestia kultury, dojrzałości i odpowiedzialności społeczeństwa. Twoja siostra bała się w Nowym Jorku wyjść na ulicę, a mój brat cioteczny mieszka na przedmieściach Toronto i nie zamyka domu wyjeżdżając do pracy (drzwi są po to, aby zwierzęta nie właziły, no i dla izolacji ciepła) a jak raz na jakiś czas pod jego nieobecność jakiś biedak wejdzie i weźmie sobie coś do jedzenia z lodówki czy z kibla skorzysta, to tragedii nie ma – zupełnie inna mentalność, swoją drogą jak byłem parę miesięcy w Szkocji (Inverness) to zaskoczył mnie brak publicznych toalet w mieście, gdy zapytałem miejscowego o co chodzi, to odpowiedział, że wystarczy zapukać do najbliższych drzwi, każdy wpuści, pozwoli z toalety w domu skorzystać i jeszcze zapyta czy się czegoś nie napijesz (sprawdziłem z ciekawości kilka razy, rzeczywiście tak jest). W 1991 roku byłem pierwszy raz w Austrii i zaskoczyło mnie, że tam funkcjonowały kioski na zasadzie kosz z gazetami pod parasolem (jak u nas na ogródkach piwnych) a na rurce od parasola skarbonka, każdy sobie brał gazetkę jaką chciał, wrzucał odpowiednią kwotę do skarbonki i wszystko działało (w Polsce nie dość że by nikt nie płacił, to jeszcze ktoś by kosze powywalał i skarbonkę ukradł), teraz już tak nie ma, bo Polacy mają swobodę podróżowania po Europie 🙂 W Norwegii byłem w samoobsługowym, w którym nie było w ogóle personelu (raz na kilka dni właściciel przyjeżdżał uzupełnić towar i opróżnić skarbonki), po prostu bierzesz co potrzebujesz i wrzucasz kasę do urny. Z drugiej strony w czasach studenckich (lata 90-te) w ramach wymiany studentów przyjechał do nas Rosjanin spod Uralu i podziwiał jaki to u nas piękny kraj, bo u nich to trzeba w czasie żniw zboża na polu pilnować żeby złodzieje nie ukradli. Analogicznie w Rosji pieszy jeśli nie wymusi na kierowcy zatrzymania się przed pasami (poprzez wejście na jezdnię), to będzie czekał godzinę aż ktoś go przepuści, w Polsce co dziesiąty się zatrzyma i puści pieszych a w Londynie jako pieszy miałem czerwone, a Policja zatrzymała się (mając zielone) i policjant dał mi sygnał ręką abym przeszedł. Jak wieczorem w UK szedłem piechotą do wioski oddalonej o kilka mil, to policjanci z drogówki zatrzymali się i pierwsze pytanie brzmiało czy nie potrzebuję podwózki, bo i tak jadą, więc mają po drodze. I tak można wymieniać bez końca.
            To dzięki kulturze i dojrzałości obywateli w tych państwach jest tak jak jest. Niestety państwo policyjne (w którym każdy kradnie i oszukuje jeśli się przy nim nie postawi pilnującego policjanta) jest drogie i dopóki obywatele nie nauczą się odpowiedzialności za swój kraj i świadomości, że to jak im się żyje zależy od tego jak postępują, to prawo nic nie pomoże i nie zmieni. Jak jest przyzwolenie społeczne, to wymiar sprawiedliwości jest bezradny (jeśli postawa „przecież nie wsypię kumpla, który prowadzi po spożyciu alkoholu” będzie pochwalana, a ten, który zadzwoni na policję aby o tym poinformować będzie napiętnowanym społecznie „kablem”, to jedynym rozwiązaniem będzie postawienie policjanta z alkomatem na każdej drodze, a to koszt za który zapłacimy wszyscy z własnej kieszeni).

            Brak ingerencji państwa spowoduje, że prędzej czy później obywatele będą zmuszeni wziąć sprawy w swoje ręce, teraz każdy narzeka, że „tyle bandytów chodzi po ulicach a policja nic nie robi” (ale jak trzeba złożyć zeznanie na łobuza, to nikt nic nie widział, bo wie, że będzie sam, reszta nie ruszy palcem w jego obronie gdyby łobuz chciał się zemścić) ale jest pewien poziom frustracji (nie mylić z deprywacją :D, frustracja to pozytywne zjawisko, jej brak rodzi poważne problemy, nie zabraniajcie dzieciom frustracji, bo zostaną zafiksowanymi życiowymi „inwalidami”) po przekroczeniu którego ludzie po prostu zaczynają działać w kierunku zmiany.
            To właśnie przez ślepą wiarę w państwo ludzie myślą, że cokolwiek zrobią, to prawo jest sprawiedliwe i ich „obroni”. Mój dziadek ma ponad 90 lat i jakoś nie ma problemu z tym, że bierze pożyczkę od każdego przedstawiciela Providenta jaki zapuka do jego drzwi i powie „za to kupi pan wymarzony rowerek swojemu wnuczkowi”. Gdyby nie było takiej ślepej wiary, to i nie byłoby głupców biorących każdy kredyt jaki da im bank (na przykładzie jednostek szybko „ten biedniejszy i mniej inteligentny” by się nauczył, bo skoro nauczył się jak można na przykład wyłudzać zasiłki z MOPS/GOPS, jak być „wiecznym bezrobotnym na zasiłku” czy komu i jak dać w łapę aby rentę zdrowotną dostać, to i zasad działania kredytów by się nauczył), bezwzględna konieczność to najlepszy nauczyciel.

          • Piotr pisze:

            Tak z ciekawostek z serii „kraje cywilizowane a Polska”: gdy studiowałem pod koniec lat 90-tych na UMK w Toruniu, to na zaproszenie Wolszczana przyjechał do Torunia jakiś profesor z Uniwersytetu w Pensylwanii (nie pamiętam już nazwiska, bo na wydział astronomii przyjechał a ja matematykę i informatykę studiowałem) i wielkim zdziwieniem dla niego było, że w Polsce trzeba studentów pilnować na egzaminach aby nie oszukiwali – to taki mały przykład różnic mentalności, tego, że w Polsce ludzie wolą udawać że wiedzą (aby tylko dostać papier) zamiast skorzystać z nadarzającej się okazji dostępu do fachowców i się od nich czegoś nauczyć 😀

  13. tomek21 pisze:

    wszystko prawda panowie a tak na marginesie banków przypomina mi się kilka akcji Goldamna np. Poźyczki dla Grecji i dalsza gra na jej bankructwo. Skoro więc od prostych ludzi wymaga się odpowiedzialności z czym się zgadzam to tym bardziej powinno to tyczyć banków ot nie dalej jak wczoraj w tv było o PKO BP, ktore zabroniło deweloperowi sprzedaźy mieszkań a chce jego bankructwa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner