Scenariusz: utknąć samochodem w śniegu

Dziś mamy piątek, a więc dziś ćwiczymy survivalowe scenariusze. Jeśli przegapiłeś (przegapiłaś) ostatni wpis, dotyczył braku prądu. Dziś skupimy się na utknięciu samochodu w śniegu.

Zasady cyklu są następujące:

  • my wymyślamy dla Was scenariusz,
  • którego nie zmieniacie (chyba, że np. mowa w nim o dziecku, którego nie macie, ale przecież „w każdej chwili mieć możecie”),
  • następnie Wy opisujecie sposób postępowania w tym scenariuszu,
  • przy czym uwzględniacie tylko to, co zostało do tego momentu przygotowane — zarówno jeśli chodzi o zapasy, jak i o zwyczaje czy procedury.

Wspominam o tych zwyczajach, bo radzimy zawsze, by samochód mieć zatankowany co najmniej do połowy. Ale to wymaga wyrobienia sobie dość upierdliwego nawyku. A dziś ten nawyk by się bardzo przydał.

Tymczasem nie będziemy wymyślać scenariusza, tylko zacytujemy komentarz, który pozostawił tu na blogu jeden z czytelników, który chciał pozostać anonimowy.

Zdarzyła mi się kiedyś taka sytuacja – jechaliśmy z południa Polski do Warszawy z malutkim dzieckiem (mniej niż 6 m-cy) w zimie. To był mroźny wieczór, na zewnątrz naprawdę kupa śniegu. Droga dwupasmowa była strasznie oblodzona i kilka kilometrów przed nami doszło do wypadku, który ją zablokował.

Policja urządziła objazd przez okoliczne wsie. Sznurek pojazdów ruszył, przerywany przez policję na krótko co jakiś czas. My ruszyliśmy z kilkoma tirami (przed i za nami), kilka busów i osobówek, my. Pojazd prowadzący konwój zwyczajnie pomylił się na którymś skrzyżowaniu (objazd był nieoznakowany) i wjechał w boczną drogę, potem jeszcze bardziej boczną i jeszcze… aż pierwszy tir stanął, zdecydowaliśmy z resztą, że wracamy. Na dworze ciemno, -10°C, śnieg pod stopami skrzypi, dookoła kilka domów, wszędzie okna ciemne – domy puste. Tir z tyłu również utyka w śniegu.

Zostajemy utknięci na pustkowiu we trójkę. Dobrze, że miałem zatankowane auto, duży termos, a żona karmiła piersią.

Dzwonię na policję, słyszę „uzbrójcie się w cierpliwość, pomoc przyjedzie rano”. Tłumaczenia o małym dziecku nic nie pomogły. Spędziliśmy noc na pustkowiu, o poranku ok. godziny 5tej, dotarł do nas sprzęt odśnieżający, wyciągnięto tira i mogliśmy ruszyć dalej. Od tej pory zmieniłem zestaw apteczki i zawsze tankuję do pełna przed dalszym wyjazdem. Polecam każdemu być przygotowanym na taką ewentualność.

Chciałbym wprowadzić tylko jedną zmianę w tym scenariuszu. Autor komentarza miał zatankowany samochód i termos. A Ty? Czy w takim przypadku byś go miał? Jeśli nie, opisz, jak poradziłbyś sobie bez paliwa w baku i termosu.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

16 komentarzy

  1. Jan pisze:

    Sprawdzam na GPS gdzie jestem i czy istnieje alternatywny wyjazd. Jeśli istnieje, to jadę.
    Samochód zawsze mam zatankowany lub wożę kanister. W bagażniku zawsze są koce do owinięcia i wytłumienia bagażu lub śpiwór. Kiedyś woziłem też kuchenkę gazową i zupki chińskie/gorące kubki.
    Przeczekujemy do rana. Co 2-3 godziny włączam silnik, aby się nagrzał. Zużycie paliwa nie powinno przekroczyć 2 litrów na godzinę.
    Scenariusz bardzo prosty, jeśli mamy paliwo lub koce.
    Dobrą praktyką jest zabieranie ubioru dostosowanego do pogody na zewnątrz, a nie ciepłego wnętrza auta.
    Rano w zależnośc

  2. banczuk pisze:

    W podobnej sytuacji kiedy auto nadaje się jedynie do schronienia się w nim bo droga jest zablokowana z każdej strony w dodatku na odludziu zrobił bym następująco:
    1. ogarnięcie sytuacji – zostawiam towarzystwo w aucie na włączonym silniku póki jest paliwo, oceniam ile go jest, idę pogadać z innymi kierowcami, zasięgam języka via CB radio o sytuacji i perspektywie, sprawdzam gdzie dokładnie jesteśmy używając GPS w komórce (nawet jeśli nie ma zasięgu internetu to mam fajną mapę offline OsmAnd).
    2. informuje rodzinę lub przyjaciół telefonicznie o sytuacji, prosząc żeby byli w gotowości np podjechać gdzieś w tą okolicę (np do zagubionego objazdu).
    3. Kontaktuje się z policją i informuje o sytuacji : zbłądziliśmy, utknęliśmy, dziecko na pokładzie, ograniczone zapasy benzyny.
    4. dogaduje się z kierowcą TIRa żeby przechował mamę z dzieckiem. To najbezpieczniejsze miejsce w okolicy. Kabiny ciężarówek jeżdżących na długich trasach to istne domki kempingowe, jedna albo dwie koje, niezależne ogrzewanie itp. Biorę numer od niego.
    5. Pewnie próbuję z innymi kierowcami spróbować jakoś ratować pojazdy, ale dla scenariusza zakładam że obydwie ciężarówki tak skutecznie utknęły że niezbędny jest ciężki sprzęt a nie moja sapereczka i to nie jakiś w pobliżu złapany ciągnik rolniczy tylko specjalistyczna wyciągarka, odpowiednia ilość piachu, żwiru itp. Ewentualne szanse szybkiej ewakuacji dają ci kierowcy którzy byli za nami i nie utknęli. Proszę ich o pomoc w ewakuacji np do miejsca gdzie dotrą poproszeni o to znajomi. Jeśli jest z tym kłopot to trudno. Siedzimy.
    6. Mapa pokazała że jesteśmy w zupełnej dupie. Nigdzie się nie ruszam i albo korzystam z gościny kierowcy albo idę do siebie. Bieżąca łączność z żoną przez krótkofalówki / CB radio w samochodzie lub telefoniczna.
    7. Czekam do rana na pomoc. Mogę roztopić trochę sniegu w jakimś naczynku ogrzewając od nawiewu. Mam w aucie koc, włączam je co jakiś czas. Paliwa na ogrzewanie starczy do rana. Jak nie idę się gdzieś przytulić. Jak nie tam gdzie żona i dziecko to gdziekolwiek.
    8. W polskich warunkach brak pomocy przez więcej niż 24h w podobnej sytuacji raczej nie jest możliwy. Ale gdyby sytuacja się przeciągała to wyruszam z jakimś ochotnikiem w stronę najbliższych zamieszkanych zabudowań czy wsi aby zorganizować odsiecz. Cały czas jestem w kontakcie z policją, jak komórki wysiadają mogę próbować VHF.

    PS w zimie na trasę, zawsze biorę wodę w manierce i metalowy kubek do kompletu, esbit, jakieś niepsujące się snaki typu, orzeszki ziemne, skłądaną saperkę BW, często radyjka. To prawie nie zajmuje miejsca. Zwyczajne EDC, i dobrze zaopatrzoną apteczkę mam zawsze w aucie, tak jak podstawowe narzędzia typu klucz do kół. Paliwa nigdy nie jest na styk.

  3. Piotr pisze:

    Zakładam, że nie ma jakichkolwiek szans na „wykopanie się” bez pomocy ciężkiego sprzętu i nie ma szans na pomoc od „mieszkańców pustych domów”. Pierwsze co, to sprawdzam gdzie jestem (GPS) i informuję osoby na mnie czekające o tym że się spóźnię i nie ma powodu do niepokoju (nie uległem wypadkowi itp.), następnie dzwonię do kogoś bliskiego/znajomego (najprawdopodobniej Brat) informując jak wygląda sytuacja i żeby w razie czego był pod telefonem. Następnie przez CB radio „żuję szmaty” z innymi kierowcami stojącymi w korku i próbuję się dogadać czy u któregoś kierowcy TIR-a (z ogrzewaniem postojowym) mogę spędzić noc. Jeśli się dogadam, to biorę z bagażnika jedzenie, picie, śpiwór i idę spędzić noc w ciepłej kabinie kierowcy. Jeśli się z nikim nie dogadam, to biorę z bagażnika bańkę 5l wody i „torbę skauta” (mam w niej śpiwór, dodatkowe ubrania, kaloryczne jedzenie na 48h, kawę, dwie lampki czołowe z zapasowymi bateriami, zestaw „kuchenny” BCB Crusader z zestawem kostek Esbit-a, dwoma zapalniczkami oraz krzesiwem, nóż, małą siekierkę, sznurek, taśmę, ręczne radio CB i wiele innych drobnych akcesoriów). Dodatkowo w 99% przypadków (jeśli jadę swoim samochodem) mam w bagażniku plandekę 3x5m, benzynową lampę ciśnieniową Coleman Northstar, kuchenkę benzynową Optimus Nova i 5l benzyny ekstrakcyjnej. Jeśli mam paliwo w samochodzie i silnik działa, to spędzam noc w samochodzie wykorzystując ogrzewanie (nie zasypiam! znam przypadek, kiedy jeden myśliwy w takiej sytuacji uległ zatruciu spalinami, wiatr wiał „od tyłu”, spaliny szły pod samochodem i „zaciągała” je klimatyzacja – zasnął i się zatruł). Gdyby silnik samochodu zawiódł (a było na prawdę zimno typu -30 stopni), to nie zostaję w samochodzie (stanowi bardzo kiepską izolację) tylko albo włamuję się do jakiegoś „pustego” budynku (przy założeniu, że żaden inny kierowca mnie nie wpuści do siebie), albo (jeśli są w pobliżu jakieś drzewa, krzaki itp.) z plandeki robię prowizoryczny szałas oraz rozpalam ognisko (na pewno będzie cieplej, niż w samochodzie bez ogrzewania).
    Rano jeśli służby drogowe rzeczywiście próbują odkopać samochody, to czekam aż pomoc dotrze, a jeśli jednak pomoc nie dotrze, to orientuję się gdzie jest najbliższa przejezdna droga (na podstawie informacji uzyskanych przez CB), informuję telefonicznie rodzinę/bliskich oraz pozostałych kierowców w korku o swojej decyzji, zostawiam „za przednią szybą” kartkę z informacjami (w tym imię, nazwisko, nr telefonu itp.), zabieram najistotniejsze rzeczy (w tym ręczne radio CB) i idę „do cywilizacji”. Samochód zostawiam otwarty i z rozblokowaną kierownicą, aby służby udrażniające drogę mogły go po prostu przeciągnąć/przepchnąć, złodziej jak będzie chciał ukraść, to i tak szybę wybije, wolę stracić radio za 200zł niż mieć samochód potraktowany pługiem śnieżnym 😀

  4. Bunkier pisze:

    A ja jestem w ciemnej dupie. Nie mam żony ani dziecka, ale to akurat nie zmienia faktu, że jeżdżę samochodem rodziców, którym zawsze jeździ się ‚na oparach’. Także nie mam ogrzewania, siedzę, i chyba tyle, bo silnik włączam jedynie, jeżeli zaczynam umierać z zimna. A też tylko do wypalenia gazu, bo benzynę (wystarczającą na przejechanie może 120km) zostawiam ‚na czarną godzinę’…

    • Piotr pisze:

      To że jedziesz sam, bez żony i dziecka, to akurat plus: nie musisz uzgadniać podejmowanych decyzji, potrzebujesz mniej zasobów (woda, jedzenie, śpiwory, koce itp.), nie bierzesz też odpowiedzialności za kogoś innego, łatwiej jako pojedyncza osoba się „wkręcisz” do kogoś innego do samochodu (komu działa ogrzewanie), łatwiej też złapać „stopa” gdy zdecydujesz się aby dojść piechotą do przejezdnej drogi itd. Oczywiście jeśli nie jesteś „twardy”, to ma to też swoje minusy typu nuda (nie ma z kim pogadać), łatwiej się poddać (nie ma zewnętrznej „presji”), może spaść morale (że zostałeś sam na zadupiu), z małym dzieckiem możesz mieć łatwiejsze „negocjacje” jeśli chodzi o wpuszczenie do przypadkowego domu (mieszkańcy okolicznych domów mogą się obawiać wpuścić obcego ale nad dzieckiem się „zlitują”). Najważniejsze, to rozpatrzeć wszystkie możliwości jakie masz do dyspozycji (nigdy nie jest tak, że nie da się nic zrobić aby poprawić sytuację) i po prostu działać.

  5. Domi pisze:

    Nie mam samochodu, zakladam, ze jesli jestem w aucie i jest zima, to najpewniej siedzimy tam w piatke. Ja, moje dzieci i moi rodzice. I jedziemy w gory. Co robimy? Coz. Przede wszystkim trzeba uspokoic dzieci. Skoro sluzby beda mogly zadzialac rano to szykujemy sie na noc w samochodzie. Sprawdzamy stan paliwa i zapasy. Zazwyczaj mamy zapasy kanapek i przegryzek na droge, wode, jesli jedziemy w gory to najpewniej kilka pieciolitrowych baniakow. Przygotowujemy legowisko dla dzieciakow. Skladamy tylni fotel, tak, by byl dostep do bagaznika. Ukladamy ubrania i inne bagaze i tak dalej. Silnik wlaczony, jest ogrzewanie. Kolacja. Szybka toaleta w sniegu. Nie mamy kuchenki, czyli kanapki i cieply napoj. Dzieci ida spac. Dzielimy sie czuwaniem, bo i tak w piec osob nie sposob zasnac. Jedna osoba moze kontrolnie dzwonic pod 112/na straz pozarna i wyjasniac sytuacje, prosic o wsparcie. Na wszeli wypadek sprawdzam jeszcze, gdzie dokladnie jestesmy i staram sie sprawdzic, czy w poblizu nie mam znajomych i czy nie moga nas wesprzec w jakikolwiek sposob. Jesli rano nie pojawia sie sluzby, czas zaczac wspolne dzialania z kierowcami tirow, moze nawet wyslac jedna/dwie osoby na poszukiwanie zamieszkalego domu.

  6. komentator pisze:

    Sytuacja się zdarzyła.

    Godzina ok 22. 10 km od domu. Duże i nagłe opady śniegu. Temperatura ok -5 stopni. Samochód zatankowany do połowy. Wracać na piechotę nie warto, ściągać drugi samochód=również utopić go w śniegu. W samochodzie saperka, w kieszeni scyzoryk. Próby przekopania się przez zaspy są bezsensowne bo samochód jedzie parę metrów i znów się zakopuje. ok 4 rano przyjechał pług.

    Postępowanie:
    – nagrzewanie samochodu
    – słuchanie muzyki i gadki do 4 rano żeby nie umrzeć z nudów. Śmierć głodowa w takim czasie nie grozi.

    Pozdrawiam

  7. GNOM pisze:

    Kilka lat wstecz stałem ponad 5 godzin w korku na A4 pod Gliwicami z dwójką małych dzieci i żoną w aucie. Po tej „przygodzie” wprowadziłem kilka zmian.
    1. Sprzedałem swoją Astrę i kupiłem terenówkę/crossovera Antare. Dlaczego? bo ci którzy mieli terenówki zjechali z autostrady, przejechali przez pas zieleni i wycinając nożycami do metalu dziurę w płocie pojechali w chole…ę polną drogą biegnącą wzdłuż autostrady.
    2. Benzyny w baku mam zawsze około połowy, a gaz tankuję w miarę potrzeb.
    3. Moje auto na biegu jałowym z włączoną klimą pali około 1 litra paliwa na godzinę więc 30 litrów benzyny starcza na co najmniej 30 godzin, a mam zawsze jeszcze gaz 🙂
    4. W zimie ZAWSZE wożę ze sobą łańcuchy (do Zieleńca bez łańcuchów nawet Czak Norris nie da rady ) i szeroką łopatę z krótkim trzonkiem. Odkopywanie się saperką to porażka.
    5. Gdy jadę gdzieś z rodziną dalej niż do mamy zawsze w aucie mam termos herbaty i kanapki dla tych głodomorów.
    6. Apteczkę mam bogato wyposażoną, w tym 5 folii termicznych- brałem kiedyś udział w pomocy po wypadku aut i folia bardzo się przydała.
    7. W związku z częstymi pobytami w tzw. terenie w aucie wożę czajnik typu Kelly Kettle ( lub inaczej zwany Wulkan), herbatę i sok malinowy (cukru nie używam)- opał do niego znajdę wszędzie, więc i herbatka będzie świeża.
    8. Latarka, CB, telefon (aby zadzwonić do znajomych lub rodziny) to chyba już w samochodzie standard.
    No i najważniejsze w takim przypadku to : spokój. Zachowanie spokoju przez polskich kierowców jest bardzo bardzo trudne.
    Najpewniej kierowca który pomylił drogi zebrał by tyle !:(X!!.. inwektyw, że zamknie kabinę i nie pomoże już nikomu.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Do Kelly Kettle to ja bym jednak woził choć garstkę szyszek w samochodzie, bo w tej opisanej sytuacji na autostradzie mógłbyś palić w nim co najwyżej tę trawę. A co gdyby była mokra? 😉

  8. czekista pisze:

    Część rozwiązań problemu wygląda na dość teoretyczną, 5-osobowa rodzina i jeszcze jakieś baniaki z wodą przy wyjeździe w góry, zimą… gdzie mamy jeszcze (zakładam, iż w góry to na narty) kaski, buty, sanki walizy pełne ciuchów o nartach nie wspomnę – gdzie Ty to wszytko miescisz ;), bądź jeździsz Vanem i jedyny Twój problem to taki jak zapakować aby nie latało po podłodze bo miejsca czasem aż nadto.

    Zejdźmy jednak na ziemie i przestańmy konfabulować.

    Do rzeczy, jeżdżę Vanem, zatem nawet przy komplecie 7 osób mam sporo miejsca na:
    – CB, mały VHF – czasem mocny KF (w rozsypce, czyli potrzebuje około 30-45 min. na uruchomienie stacji razem z rozciągnięciem anteny, co w zimowych warunkach jest średnio łatwe – chcę to zmienić stosując typowo mobilowy KF/VHF/UHF (kosztem właściwości odbiornika), zainstalowany w aucie z możliwością szybkiej deinstalacji,
    – małą wojskową składaną saperkę, która nie raz wyprowadziła mnie z opresji,
    – łańcuchy – wożę nawet latem,
    – zestawy kluczy – różnych,
    – wkrętarkę :),
    – małą przetwornicę 230V
    – linkę hol.,
    – termos z herbatą na drogę,
    – gotowane jajka, bułki, soki dla dzieci – ogólnie nie umrzemy z głodu, 6 osób, nawet przez 2-3 dni,
    – termos z gorącą wodą (ten coraz rzadziej, gdyż dzieciaki coraz starsze i wciągają suchy prowiant),
    – 3 czołówki oraz 2 latarki na korbkę
    – apteczkę (w zasadzie nie wiem po co), mdleje od widoku krwi :)))))
    – kilka zapalniczek,
    – prostownik (w polu zero przydatności),
    – kable rozruchowe,
    – dodatkowo zimą jadąc w góry mamy ubrania na zmianę (po dwie kurtki itd), czyli będzie ciepło.

    A propos zatrucia spalinami, swego czasu woziłem spory kawałek szlauchu pasował do rury wydechowej i spaliny w górę na kawałku kijka (zimą może być narciarki, albo nawet narta wsunięta w szparę w karoserii (daje to około 3-4 m poniesienia względem gruntu) lub umożliwia odsunięcie wylotu rury wyd. na bok – ogólnie może uratować życie. Obojętnie jednak od tego typu patentów, koniecznością jest wolny wydech czyli końcówka nie w śnieg, a sam śnieg należy obowiązkowo usunąć z pod auta aby był przewiew – czasem syzyfowa praca przy zamieci.

    W Polsce myślę, iż w razie problemów jesteśmy na siebie zdani maks. kilka godzin, to nie Ukraina czy wysokie Alpy, gdzie można utknąć nawet na kilka dni. Ale każdy mierzy swoją miarą i osobiści będąc mieszczuchem powrót do domu mogę odbyć na piechotę, a wypady gdzieś w dzicz odbywam mocno okazjonalnie, inaczej podchodził bym do tematu mieszkając gdzie w głuszy, wtedy począwszy od zmiany auta na wyższe i prawdziwe 4×4 po całkiem inne wyposażenie.

    Dziękuję za rzeczowe wpisy, uświadomiły mi czego mogę potrzebować mimo jakiś tam skromnych przygotowań z mojej strony (koce termiczne, szyszki, jakaś nawet prowizoryczna kuchenka, rozpałka itd..) i będę powoli rozbudowywał swój arsenał.

  9. Rafał M. pisze:

    Raczej nie wybrałbym się w trasę zimą z pustym bakiem. Do tego zapas 5l w karnistrze.

    Myślałem nad czajnikiem 12V, widziałem w sklepie całkiem przyzwoity (już nie ma), ale w końcu zrezygnowałem. Taki czajnik byłby lepszą opcją w samochodzie niż kuchenka.

    Na pewno w trasę zabrałbym trochę wody, a więc i pojemnik na wodę (można rozpuścić śnieg). Może termos z herbatą.

    W samochodzie jest koc (+ koc piknikowy, polar z jednej strony pokryty folią), dwie poduszki, kurtka polarowa z odblaskami, być może zabrałbym plecak z kolejnym kocem.
    Zakleiłbym szyby (mam 3 worki 250l + taśmę klejącą, opcjonalnie w plecaku jeszcze 2 takie same worki), to nieco spowolni wychładzanie się wnętrza. Bo z tego co zauważyłem, najwięcej „ciągnie” od okien, kiedyś zmarzłem przy 7 stopniach.
    Łopatę śniegową bym zabrał w trasę, czeka.

    Ale generalnie unikam jazdy zimą, szkoda mi ostatniego samochodu, sypią solą drogi i strasznie żre.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Osobiście nie marnowałbym prądu na gotowanie wody — zamiast elektrycznego czajnika na 12V wolałbym jednak kuchenkę na benzynę.

  10. robert pisze:

    Nie mam własnego auta, ale często jeżdżę służbowym w delegacje (cała Polska). Raz mi się zdarzyło że utknęliśmy w śniegu. Śnieżyca zaczęła się o 15.00, wyjechaliśmy 15.30 i na pierwszej górce d..a. Odcinek 20km jechaliśmy ponad pięć godzin.
    Kupiłem pulki wędkarskie – takie sanio skrzynia transportowa 40x60x17cm. Mam tam schowaną ciepłą kurtkę i spodnie z demobilu. Lekko znoszone zimowe buty, czapkę, butlę, kuchenkę epi gaz, termokubek, menażka, jakieś koserwy, czekolada,herbata, cukier, SU-2 :-), folia termiczna x2, cb-radio z kompletem litowych baterii, czołówka peztel tika1, kilka foliowych worków, dwie butelki wody, zapałki, rozpałkę parafinową i flarę morską czerwoną. Skrzynka ma dorobioną pokrywę.
    Jak jadę na delegację – to ja po prostu wrzucam do bagażnika.
    W razie czego – zakładam ciepłe ciuchy, pulka na sznurek i w drogę szukać cywilizacji 🙂
    CB radio ma przewagę nad GSM nie potrzebuje przekaźnika. A pomimo buńczucznych deklaracji operatorów – po wyjeździe poza miasto często jest z tym problem.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Gdzie można te sanio-skrzynie kupić, bo to wydaje się ciekawy pomysł, nie tylko na takie sytuacje (ale też np. na zbieranie opału w lesie)?

      • robert pisze:

        Trzeba szukać pod hasłem
        „sanki transportowe” , „sanki wędkarskie” Rozmiarów jest dużo. Od takich malutkich jak moje -60cm. Do 180cm, te są przeznaczone do ciągnięcia za quadem. Ewentualnie jeżeli ktoś jeździ na wschód – można pytać wołkusze/wołokusze. Mają tego bardzo dużo i w niskich cenach. To u nich, jak u nas taczka.
        A właśnie – w sklepach budowalancych są czasem aluminiowe taczki – powinny się nadawać.

  11. MikeKilo pisze:

    Z zasady poza osobistym EDC (2 komórki, scyzoryk Victorinox, latarka led+zapasowy aku, słuchawki do telefonu, kilka plastrów+gazik dezynfekcyjny, zapalniczka, ołówek+papier i parę drobiazgów typu sznurek, drut itd.) w samochodzie na stałe mam poza obowiązkowym wyposażeniem trochę dodatkowego: hol, kable rozruchowe, zapasowe żarówki, kabelki, taśma izolacyjna, apteczka zgodna z normą DIN, rękawice robocze, mniejsze opakowania oleju i płynu do spryskiwaczy, ręcznik, papier toaletowy, pałatka, duże butelki wody-kranówa do mycia i nieotwierana mineralna 1,5l. Wszystko mieści się w niedużym kartoniku, do tego w kabinie 2 kamizelki odblaskowe, ładowarki do telefonów, rozdzielacz do zapalniczki, zapasowy scyzoryk (Huntsman), mała latarka+zapasowe batere, lampka 12V, zapalniczka oraz po dużej paczce sucharów, herbatników i jakieś cukierki. Poza tym dbam o zapas paliwa-benzyny średnio 3/4 zbiorniki, a do tego jeżdżę na lpg – przed trasą zawsze tankuję do pełna. I w zimie zawsze łopata śniegowa w bagażniku. Także dokładając do tego ubranie się w drogę stosownie do pogody, to punkt wyjścia jest niezły – wielu ludzi rusza w trasę na rezerwie, do tego ubierając się zbyt lekko, bo przecież w samochodzie ciepło. Dzieci nie ma, więc to pomijam, ale moja koncepcja w takiej sytuacji to wykorzystanie samochodu jako schronienia z ogrzewaniem go od pracującego silnika (tylko trzeba pilnować przepływu powietrza wokół wydechu), można też się z radia orientować o sytuacji, doładować telefony, ustalić pozycję, wysłać ją bliskim i jeśli sytuacja wygląda poważnie wskazać ją także służbom, jest jakiś niewielki ale zasób wody i żywności. Do tego gdyby była potrzeba np. schronić się w lesie, to jest czym rozpalać ognisko i budować jakiś szałas, folią nrc, ręcznikiem i pałatką można kogoś nieco docieplić itd. Te kilkanaście godzin (zakładam, że w Polsce w czasie poniżej doby nas jednak uwolnią) przetrwać się da, może trochę postnie, ale najważniejsze nie zamarznąć i się nie odwodnić. Zakładam raczej liczenie na siebie plus ewentualnie przygarnięcie w wolne miejsca w aucie kogoś potrzebującego pomocy, ale warto z ewentualnymi towarzyszami niedoli łączyć siły (np. próbować udrożnić drogę i przebijać się grupą aut), a jakby robiło się kiepsko wypatrywać na horyzoncie zabudowań i nie wstydzić prosić o pomoc.

    Scenariusz przygotowania z góry na taką sytuację mam na szybko, ale przećwiczony w praktyce niedawno. W grudniu 2013 r. szalał w Polsce orkan i najbardziej poza Podhalem dostało się m. in. Kujawom i Pałukom, przez które miałem trasę ważnego dla mnie wyjazdu. Drogi od Gniezna do Szubina i bodajże Inowrocławia zablokowane głównie tirami (ta pierwsza ponad dobę), utknęły tam masy ludzi, strażacy przedzierali się przez zaspy wywożąc dzieci z autobusów do remiz i szkół, potem dowozili paliwo i posiłki uwięzionym w wielkich korkach, pomagała ludność, ogólnie nie przelewki.
    Z kumplem we 2 chłopa mimo wszystko podjęliśmy 2 próby przedostania się przez ten rejon, pierwsza była bez sensu, bo nie mieliśmy pełnej wiedzy o powadze sytuacji i musieliśmy zawrócić ze skraju zablokowanego rejonu, druga następnego dnia po info o opanowaniu sytuacji i odblokowaniu dróg pomyślna-wolniej w dużym ruchu, ale już dało się jechać. Niemniej jednak zdecydowaliśmy się próbować jechać po szybkim (w oparciu o to, co ja miałem w domu, a kumpel w ramach EDC), ale jednak wyekwipowaniu – obaj mieliśmy solidne buty i ciepłe, wygodne ubrania, dodatkowe bluzy polarowe, do tego wersja wycieczkowa EDC: duże blokowane Victorinoxy, mocne latarki ręczne plus czołówki, źródła ognia itp. u mnie także m. in. kompas, apteczka osobista. Poza tym wyposażeniem standardowym do bagażnika zapakowałem to, co miałem na miejscu i uznałem za przydatne: 2 śpiwory, kolejne 1,5l mineralnej, ileś kanapek, nieco słodyczy, 2 kompletne racje żywnościowe SR (w nich m. in. obiad z podgrzewaczem), 2 termosy herbaty (razem ponad 2 litry), kubek blaszany, kuchenka na paliwa stałe, herbaty i kawy granulowane.
    Plan był rozwojową wersją poprzedniego, czyli w razie utknięcia mieć ciepło, co pić, jeść oraz podstawowy typowy ekwipunek, żeby dotrwać do czasu możliwości uwolnienia się, co na szczęście nie nastąpiło (ale doświadczenie przygotowania na takie coś jest bez wątpienia przydatne).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner