Scenariusz: zagubieni w obcym mieście

Nowoczesny survival to nie tylko zapasy i sprzęt, który kupujemy, ale także procedury, które wdrażamy i zaczynamy stosować w życiu. A wszystkie te nasze działania mają nam pomóc przetrwać nie tylko apokalipsę zombie, ale i codzienne, kryzysowe sytuacje.

Po to właśnie wymyśliliśmy ten cykl survivalowych scenariusz, w którym prosimy Was o wykonanie myślowego eksperymentu. O zastanowienie się, co byście zrobili, gdyby taki scenariusz Wam się przytrafił. O opisanie tego możliwie szczegółowo w komentarzach.

Taka analiza pomoże Wam poznać słabe i mocne strony Waszych przygotowań. Ale także pozwoli innym zainspirować się Waszymi rozwiązaniami.

Tylko nie zmieniajcie założeń scenariusza i nie dopowiadajcie sobie czegoś, co nie zostało napisane. 🙂

Scenariusz na dziś podesłała nam Czytelniczka.

Pojechaliście na wakacje gdzieś gdzie Was jeszcze nie było. Może do Budapesztu, albo Mediolanu.* Zaparkowaliście samochód na jednym z wielu parkingów w centrum i poszliście zwiedzać miasto. Akurat odbywa się festyn. Jest tłoczno, kolorowo i wesoło. Chwila gapiostwa i zgubiliście się w obcojęzycznym tłumie. Dopiero teraz jedno z Was orientuje się, że zostawiło w samochodzie komórkę i nie bardzo zwróciło uwagę gdzie został zaparkowany samochód.

Jak się znajdziecie? Czy macie ustaloną procedurę, gdzie w takim przypadkach należy się spotkać?

*Wybraliśmy kraje, w których trudno się dogadać w rozsądnym języku

Wariant trudniejszy wymyślony już przeze mnie.

Jesteś z bliskimi przejazdem w mieście, którego nie znasz. Zatrzymaliście się na chwilę w dłuższej podróży i poszliście pieszo zwiedzać okolicę. Rozdzielacie się na kilkanaście minut i kilkaset metrów, by odwiedzić toaletę, sklep, czy cokolwiek innego.

Wybucha bomba podłożona przez terrorystów/bomba zrzucona w czasie II wojny zdetonowana przez mało uważnego operatora koparki/butla z gazem w knajpie z kebabami. Wskutek wybuchu zawala się cały kilkupiętrowy budynek, uszkodzone są kolejne, wiele osób zostaje ranionych m.in. odłamkami szkła.

Sieć telefoniczna (komórkowa i stacjonarna) jest przeciążona. Miejsce, w którym się rozdzieliliście, jest już niedostępne dla pieszych (odgrodzone przez służby).

W jaki sposób nawiążecie ze sobą kontakt? Czy każdy z Was będzie potrafił do umówionego miejsca? Czy w ogóle macie jakieś umówione miejsce?

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

27 komentarzy

  1. ja pisze:

    Bardzo ciekawe i trudne scenariusze. Zarówno w pierwszym jak i drugim scenariuszu domyślnym miejscem spotkania jest środek transportu, którym mamy ruszyć w dalszą drogę. A więc samochód, stacja kolejowa, lotnisko. Nawet jeżeli nie było to wcześniej omówione to szukamy się przez ok. godzinę sprawdzając miejsce rozstania i okolice, a potem udajemy w stronę samochodu/dworca/lotniska. Dlatego absolutnie konieczne jest, aby każdy z grupy wiedział gdzie jest zaparkowany samochód albo z którego dworca ruszamy w dalszą drogę. Ponieważ zgubienie się i zapomnienie gdzie jest samochód już mi się zdarzyło (koszmar!), to teraz bardzo się pilnuję, staram zapamiętać jak najwięcej szczegółów drogi powrotnej itp. Oczywiście jeżeli się da, to w czasie szukania się wysyłamy sobie sms’y. Gdy doszło do wybuchu, a minie godzina odjazdu/odlotu i nie ma całej grupy to sytuacja robi się naprawdę poważna. Chyba trzeba zwrócić się o pomoc do konsulatu i zacząć szukać po szpitalach. Dlatego od dzisiaj, jadąc za granicę będę miał przy sobie numer do polskiego konsulatu w państwach które odwiedzam.

  2. Shott pisze:

    Scenariusz z bombą trudniejszy.
    Zazwyczaj z ludźmi z którymi przebywam ustalamy że wracamy do auta, lub miejsca zakwaterowania. Porozumiewamy się smsami (jak sieć znajdzie lukę to sms wyjdzie) Nie ma co gwałtownie zaczynać szukać sie nawzajem bo duża ilość służb ,ludzi w panice itp. tego nie ułatwi. Podejść w ustalone miejsce i czekać.
    Jeśli jest podejrzenie że wśród naszych bliskich są ofiary wybuchu, to konsulat powinien pomóc jeśli nie zazwyczaj gdzie jest sporo ofiar są organizowane zbiórki krwi lub wolontariuszy zapisać się i przynajmniej bedzie można się dostać w strefę zamkniętą dla gapiów.

    • Shott pisze:

      Przeczytałem wyższy wpis, i no tak zapomniałem o miejscu zostawienia auta. Zazwyczaj rozgladam sie za najwyższym punktem i wg. niego ustalamy miejsce auta. To by był też dobry sposób na odnalezienie się. np. Zawsze kierujemy się na najwyższy punkt.

      • djans pisze:

        To jest bardzo dobry i sprawdzony przeze mnie wielokrotnie sposób. Zazwyczaj zawsze, gdy się wybieram w nowe miejsce, to najpierw szukam na mapie takiego charakterystycznego punktu odniesienia. Ewentualnie na miejscu rozglądam się za czymś, co widoczne jest z różnych stron i pozwala na określenie własnego położenia.

        Nie zawsze coś takiego na horyzoncie znajdziemy, ale wówczas warto rzucić okiem jakie linie przejeżdżają przez najbliższy przystanek , albo jak się nazywają dwie ulice z jakiegoś większego pobliskiego skrzyżowania. Nie trzeba wówczas w ogóle znać lokalnego języka, aby samodzielnie znaleźć drogę na podstawie jakiejkolwiek tablicy z rozkładem miejskiej komunikacji.

  3. Bardzo ciekawy temat. Co do miejsca spotkania w przypadku zgubienia istnieje zasada że zawsze spotykamy się w miejscu lub rejonie miejsca w którym widzieliśmy się po raz ostatni. Jeżeli oczywiście to miejsce jest bezpieczne. Kolejnym miejscem domyślnym jest zawsze miejsce „główne” w danym obszarze. Główny Hol, główne wejście, główny wjazd itp.
    Pozdrawiam

    • ja pisze:

      Gorzej, że właśnie to miejsce „główne” może być celem ataku terrorystycznego. Niebezpieczne miejsce zbiórki, podobnie jak dworce i lotniska. Ta wada jest i w mojej odpowiedzi na scenariusz, dlatego uważam zagadnienie za ogólnie „trudne”. O wiele łatwiej jest zapobiegać takim sytuacjom czyli nie rozdzielać się w obcym mieście np. grupa (rodzina, ekipa przyjaciół) podróżująca wspólnie samochodem również wspólnie śpi, zwiedza, chodzi na siku i festiwale. I nie pchać się tam, gdzie można być rozdzielonym przez tłum, np. w wąskich przejściach. Oglądać się na siebie, czekać gdy ktoś robi zdjęcie itd. Odbiera to trochę radości i spontaniczności w zwiedzaniu, ale…

      • Zgadza się. Miejsce musi być przede wszystkim bezpieczne. W przypadku gdy nie mamy ustalonego planu awaryjnego musimy miejsce odnalezienia określić intuicyjnie. Dla 90% myślących ludzi właśnie takim miejscem będzie punkt lub okolice punktu w którym widzieliśmy się po raz ostatni.

  4. Piotr pisze:

    Generalnie zawsze przynajmniej pobieżnie przeglądam plan miasta w którym zamierzam spędzić więcej czasu niż „jestem przejazdem”. Poza tym mam nawyk zapamiętywania kluczowych punktów orientacyjnych (nie muszę się już nad tym świadomie skupiać, po prostu dzieje się to automatycznie tak jak „przebieranie nogami” przy chodzeniu), więc nigdy nie jest tak, że jestem totalnie zagubiony, zawsze wiem chociaż mniej więcej w którym kierunku się udać. Zawsze też zapamiętuję nazwę ulicy na której parkuję (czasem wręcz zapisuję albo robię telefonem fotografię znaku/tabliczki z nazwą ulicy), nawet jeśli nie zna się języka, to można po prostu pokazać komuś kartkę/zdjęcie z nazwą ulicy i ludzie „migowo” wytłumaczą w którym kierunku iść.
    Współcześnie praktycznie każdy telefon ma wbudowany GPS, więc jeśli ktoś ma słabą orientację, to może sobie zapisywać POI w telefonie (sam tego w miastach nie robię, ale zostawiając samochód gdzieś w większym lesie i wypuszczając się dalej, POI zapisuję, bo bywa, że wracam do samochodu w środku nocy i tak po prostu jest łatwiej go znaleźć :D).

    W Chinach to nie wiem co bym zrobił, bo nawet nie wiedziałbym które „krzaczki” to nazwa ulicy a które to szyld reklamowy, nie wspominając już o zapisaniu tego na kartce 😀

    • djans pisze:

      W Chinach, to byś zapamiętał najbliższą tabliczkę przystankową, a potem w razie czego wystarczy poszukać schematu miejskiej komunikacji.

      No i nawet gdyby nie dekryptażowali na alfabet łaciński, to te ich szlaczki aż tak tragiczne nie są – o ile jeden od drugiego bywa rozpoznać trudno, o tyle raczej byś nie pomylił dwu kilkuznaczkowych kombinacji 😉

      http://onestop.globaltimes.cn/wp-content/uploads/zhanpai.jpg

      • ja pisze:

        djans, byłeś w Chinach, widziałeś co się dzieje na ulicach np. Pekinu? Bo ja byłem i jest tak jak pisze Piotr, tzn. nie wiadomo co jest nazwą ulicy, a co szyldem sklepu lub warsztatu. Podobnie na przystankach: nie wiadomo co nazwa przystanku a co nic nie znacząca tabliczka. Nazwy ulic często się różnią jednym tylko znaczkiem, co jest trudne do wychwycenia dla osoby przyzwyczajonej do alfabetu łacińskiego. W razie zagubienia trzeba wezwać taksówkę i pokazać wizytówkę hotelu, inaczej się nie trafi bo kierowca nie mówi po angielsku. Zresztą w ogóle mało kto mówi (wyjątkiem są prostytutki).

        • djans pisze:

          Na stronce z której pochodzi podlinkowane przeze mnie zdjęcie tabliczki przystankowej facet napisał:

          „What you see in the photo below is a fairly standard sign, as found at a bus stop. This one is from Beijing, but you’ll find the route signs in other cities are generally fairly similar.”

          • ja pisze:

            No tak, wygląda prosto i logicznie. Ale ja takiej tabliczki nigdy nie widziałem. Może dlatego, że w Pekinie ludzi czekających na autobus jest tyle, że aż nie mieszczą się na chodniku. Pewnie mi zasłonili 😉 To samo w metrze: ludzi tyle, że ciężko się przecisnąć do wagonu, nawet w niedzielę. W tłumie trudniej o orientację – to też należy brać pod uwagę. Dodatkowo w sytuacji kryzysowej ten tłum będzie roz-emocjonowany.

  5. djans pisze:

    Może jestem paranoikiem, ale takie rozdzielanie się z bliską osobą, jak w scenariuszu, u mnie po prostu nie ma miejsca. Nawet jak druga połowa jest „spuszczana ze smyczy”, żeby swobodnie buszować w kosmetykach, czy ciuchach, to zgłaszam, że będę czekał na jakiejś konkretnej ławce (zazwyczaj kilkanaście metrów od wejścia).

    Sam dla orientacji w nowym terenie najpierw robię drobny risercz i często zapisuję printskrina z googlemap na komórce. Do tego zapamiętuję jakiś charakterystyczny wysokościowiec, a przy jego braku najbliższą dużą krzyżówkę, albo linię komunikacji miejskiej.

    Gdyby jednak mimo wszystko do jakiegoś nagłego, a więc nieplanowanego, rozdzielenie doszło, to siłą rzeczy trudno jest mieć przygotowaną procedurę. Ciężka sprawa…

    Kiedyś były w USA przymiarki do wypuszczenia takich przystawek dla smartfonów, które w awaryjnych sytuacjach miały pozwalać na korzystanie z nich jako walkie-talkie na odległości chyba mniejszej, niż 1 km. Niby niewiele, ale samo urządzenie wielkości pudełka zapałek, więc bez problemu do noszenia w męskim EDC, tym bardziej w kobiecej torebce, a w takich sytuacjach (niesprawność sieci telefonicznej) mogłoby być zbawienne.

  6. bardziej realista niż preppers pisze:

    Haha dobry scenariusz 🙂 nie widzę w nim żadnej trudności od 10 lat mieszkam za granica i średnio co 2 miesiące jeżdzę gdzieś na weekend za granice, dodając do tego wyjazdy służbowe od czasu do czasu – żaden problem znaleźć sie w obcym mieście, to raczej dobra zabawa. Mając telefon i karty bankowe nie widzę żadnych problemów, od tego jest internet w telefonie i odpowiednie aplikacje aby sie szybko odnaleźć. Co do drugiego scenariusza to sprawa sie komplikuje ale o ile nikt tzn ja czy osoby z którymi podróżuje prywatnie (bo dla ludzi z pracy nie koniecznie bym ryzykował) nie ucierpiał to poza wydostaniem sie z budynku dalej sytuacja sie nie zmienia. Co do przeciążenia sieci to jak widzę autor nie wie ze w większości krajów bardziej rozwiniętych działa one znacznie lepiej niż w Polsce i o przeciążenie nie jest tak łatwo.

    • Piotr pisze:

      Co do niedziałających komórek: nie zawsze wynika to z przeciążenia sieci, często gdy jest podejrzenie ataku terrorystycznego, to sieć jest blokowana (za wyjątkiem połączeń alarmowych) aby uniemożliwić ewentualne porozumiewanie się zamachowców czy odpalenie kolejnych ładunków (bo za pomocą komórki najłatwiej jest zrealizować zdalną detonację, można to zrobić z drugiego końca świata).
      Co do blokowanie się od przeciążenia, niestety ale fizyki oszukać się nie da, pasma GSM mają tyle kanałów ile mają i jak nagle tysiąc osób postanowi połączyć się przez ten sam BTS, to cudów nie ma, sieć klęknie. UMTS już radzi sobie znacznie lepiej, ale klasyczne GSM mają swoje ograniczenia których się nie przeskoczy. GSM 900 to 124 kanały, GSM 1800 to 374 kanały, czyli razem 502, każdy kanał ma 8 szczelin czasowych, jest jeszcze mechanizm wykorzystywania co drugiej przydzielonej szczeliny, czyli w 8-śmiu szczelinach może być 16 kanałów logicznych (o znacznie pogorszonej jakości dźwięku ale awaryjnie zrozumieć się da), czyli razem około 500 kanałów częstotliwości, w każdym max 16 kanałów logicznych, to daje razem około 8 tysięcy możliwych równoczesnych połączeń z danego obszaru (niezależnie jak gęsto się „ućka” BTS-y, po prostu więcej się nie pomieści w eterze), normalnie to i tak jest dużo za dużo przy pokryciu BTS-ami w mieście co kilkaset metrów (sąsiednie BTS-y, a czasem i dalsze, nie mogą pracować na tych samych częstotliwościach, bo będą się wzajemnie zakłócać w miejscach styku komórek) ale w razie jakiejś „zadymy” gdzie co drugi w dzielnicy chwyci za komórkę, to cudów nie ma, najlepsze sieci GSM nie dają rady (dopiero UMTS rozwiązuje problem, ale dużo ludzi to wyłącza w telefonach, bo internet po EDGE do normalnych rzeczy wystarcza, a telefon wyłącza moduł UMTS co istotnie wpływa na czas pracy baterii).
      No ale to tylko taka dygresja techniczna 😉

      • erpi pisze:

        Piotrze.
        Cytując Ciebie:
        „Co do niedziałających komórek: nie zawsze wynika to z przeciążenia sieci, często gdy jest podejrzenie ataku terrorystycznego, to sieć jest blokowana (za wyjątkiem połączeń alarmowych)…”
        To tylko teoria. Nie słyszałem, aby gdziekolwiek na świecie to zastosowano. Łatwo można położyć całą sieć (np. wyłączając STP-y – najszybciej lub MSS-y i MME), ale wtedy blokujesz również emergency calls, a tego nie można zrobić z powodów prawnych. Nie znam również technicznych możliwości pozwalających na bezpieczne wykonanie takiej operacji.
        W sytuacjach o których piszesz, najlepiej byłoby zablokować wszystkie połączenia terminowane na komórki. Zarówno Nokia jak i Huawai nie posiadają na chwilę obecną takich mechanizmów.
        Jeśli chodzi o Polskę, to nie ma prawnej możliwości wprowadzenia takiej blokady. Na niższym poziomie nie ma również procedur ani umów umożliwiających takie działanie. Jak jest pod tym względem na świecie – nie wiem. Jeśli ktoś może sobie na to pozwolić, to tylko najbogatsze kraje. Każda minuta przerwy, to straty finansowe dla operatora. Ktoś musiałby za to zapłacić. A na jednym obszarze może działać kilku, kilkunastu operatorów. To dość skomplikowane.
        Poza tym, po co blokować, jak i tak jest przeważnie zatkana przez próby połączeń? I w którym rejonie?
        Póki co to tylko teoria.

    • erpii pisze:

      Jeśli chodzi o sieć komórkową, to nie masz racji. Każda sieć telekomunikacyjna (a także energetyczna, wodociągowa, drogowa…) jest projektowana na określone parametry i w sytuacjach kryzysowych bardzo łatwo o ‚korek’. Nikt nie projektuje sieci pod takie sytuacje, bo było by to nieekonomiczne, a konkurencja na tym rynku jest spora. Tak jest na całym świecie – nikt niepotrzebnie nie przepłaca.
      Przepustowość łączy to kilka procent wszystkich użytkowników sieci – normalnie wszyscy na raz nie rozmawiają. W kryzysowej sytuacji już często tak. Dlatego sieć dostępowa (czy to radiowa, czy tradycyjna) łatwo może się zatkać. SMS-y skolejkują się i przyjdą po paru godzinach. MMS-y podobnie.
      W dużych miastach jest jeszcze gorzej, bo pomimo dużo większej ilości przekaźników radiowych, gęstość użytkowników jest tam dużo większa.
      Wyjątkiem jeśli chodzi o odporność może tu być transmisja IP – o ile jakiś element nie przeciąży się i nie wywróci, to będzie działać, tyle że wolno. Teoretycznie więc e-mail z telefonu jest dość pewną formą komunikacji w początkowej fazie kryzysu. Mało kto w takich sytuacjach myśli o pisaniu przez pocztę elektroniczną. Bardziej połączenia głosowe i SMS-y (ew. MMS-y), a te momentalnie się zatykają.
      Nie potrzeba nawet kryzysu, aby się o tym przekonać. Wystarczy wysyłanie życzeń na Święta czy Sylwestra. Może też być nieoczekiwany wynik wyborów, czy katastrofa Tu-154. Lokalnie to może być anomalia pogodowa lub problem komunikacyjny (np. awaria metra lub pożar mostu) sieć w danym rejonie pracuje na granicy przepustowości. Od tego tylko krok do przeciążenia.

      Jeśli jesteś ‚realistą’, musisz wziąć to pod uwagę.

      • Piotr pisze:

        No bez jaj, obecnie jeden użytkownik LTE generuje większy ruch niż kilka tysięcy połączeń GSM Phase2 – przepustowość sieci (od BSC dalej) jest wystarczająca, po prostu brakuje kanałów radiowych (obecnie operatorzy migrują do rozwiązań „All IP” i ruch UMTS, GSM, LTE itp. idzie przez tę samą sieć, a pojedyncze połączenie głosowe to tylko 13 kilobitów/s FR lub nawet niecałe 6 kilobitów/s przy HR, w pojedynczym „kanale” LTE takich rozmów się mieści kilkanaście tysięcy, więc nie opowiadaj bajek o „zapychaniu łączy”). Przykład T-Mobile: pasmo GSM 900 – 22 kanały, pasmo GSM 1800 – 12 na wyłączność i 50 współdzielonych z Orange, czyli gdyby nawet olać użytkowników Orange, to mają do dyspozycji 21+51=72 kanały radiowe (po jednym w każdym paśmie na kanał kontrolny), a 72 kanały nawet przy HR daje raptem 1152 połączenia jednocześnie na danym obszarze – więcej z GSM Phase2 operator T-Mobile nie wyciśnie choćby nie wiem ile kasy władował, bo to jest limit fizyczny PASMA RADIOWEGO, a że tam gdzie nie trzeba, to się instaluje infrastrukturę obsługującą mniej kanałów, to już zupełnie inna sprawa (dla mnie oczywista).
        Co do tego, że nie ma prawnych ani technicznych możliwości blokowania komórek, są zarówno prawne (zarówno wynikające z Ustawy Prawo Telekomunikacyjne jak i z tych bardziej „obronnych” a nawet są odpowiednie zapisy w regulaminach świadczenia usług przez operatorów ) jak i są możliwości techniczne, nie trzeba odcinać fizycznie ruchu, wystarczy blokować na poziomie MSC Serverów czy wręcz na poziomie BSC (nie trzeba odłączać ich od sieci, wystarczy nie zestawiać połączeń poza numerami trzycyfrowymi), takie rzeczy są zresztą robione podczas na przykład wizyt zagranicznych Prezydenta USA w różnych krajach (jako ciekawostka: Prezydent USA i jego najbliższa „świta” jeżdżą ze swoim własnym BTS-em, który jest wpięty w sieć drogą satelitarną – komórka Prezydenta USA działa nawet jeśli terroryści wysadzą wszystkie BTS-y wokół).

        Wracając do „problemów komunikacyjnych” – nie mam absolutnie jakiejkolwiek potrzeby natychmiastowego komunikowania się z pozostałymi, niedziałająca komórka (bez względu na to z jakiego powodu nie działa :D) nie jest jakimkolwiek problemem, po prostu pewne rzeczy są oczywiste. Jeśli wcześniej się umówiłem „spotykamy się tu i tu”, to po prostu tam idę i czekam, jeśli nie mogę tam (bo ogrodzone) ale mogę w okolicy (od strony z której przyjdą pozostali), to czekam w okolicy, jeśli nie mogę w okolicy albo nie było umówionego miejsca, to idę do miejsca gdzie był zostawiony samochód i czekam (czy wracam do hotelu itp.). Prędzej czy później „szał” minie, za godzinę czy dwie sieć komórkowa się „odetka” i jeśli do tego czasu pozostali nie przyjdą tam, gdzie na nich czekam, to się dodzwonię i umówię. Nic nikomu przez tę godzinę czy dwie „rozłąki” się nie stanie.

        • erpi pisze:

          Spokojnie Piotrze.
          Napisałeś:
          „w pojedynczym „kanale” LTE takich rozmów się mieści kilkanaście tysięcy, więc nie opowiadaj bajek o „zapychaniu łączy”).”
          W Polsce połączenia głosowe nie idą po radiu LTE. Na czas rozmowy terminal abonencki przełącza się na 3G (ew. 2G). Chyba o tym wiesz?
          Piszesz również:
          „obecnie operatorzy migrują do rozwiązań „All IP” i ruch UMTS, GSM, LTE itp. idzie przez tę samą sieć,”
          To prawda ale jeszcze długo tak nie będzie. To jest ewolucyjna zmiana. Ponadto sieć 2G jeszcze długo pozostanie na tradycyjnych łączach. Pisząc o zatykaniu się łączy miałem na myśli również łącza radiowe.
          Co do prawa telekomunikacyjnego i procedur to powtórzę: Nie ma w Polsce przepisów wykonawczych i procedur, jak takie coś wykonać, zarówno od strony formalnej, jak i technicznej.
          Owszem wykonuje się incydentalnie pewne nietypowe działania i aranżacje (mające głównie chronić sieć) ale przygotowuje się je tydzień lub dwa. Nikt nie robi takich rzeczy at hoc, a o takiej sytuacji tu rozmawiamy.
          Odpowiadam krótko, bo nie ma sensu rozwijać kwestii technicznych w wątku o komunikacji w grupie na wyjeździe.

          Od siebie dodam, że swoim córkom (niecałe 6 lat) powtarzam, aby zawsze się trzymały razem. Jeśli się zgubią, mają stać w tym miejscu gdzie się zgubiły i czekać na rodziców – to my ich będziemy szukali.
          W awaryjnych sytuacjach mają się zwrócić do matki z dzieckiem (typowa wrażliwa osoba na krzywdę dziecka) lub policjanta.

  7. Wojtek pisze:

    Wiele osób pisze iż zwiedzanie powinno być bezpieczne. Nie zgadzam się. Celem zwiedzania nie jest bezpieczeństwo, a dostarczenie rozrywki, poznawanie miejsc, kultur, ludzi itd.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Jedź do Państwa Islamskiego. Tam dowiesz się wiele na temat ciekawych miejsc, nieznanych kultur, nowych ludzi, a niewykluczone, że nawet będziesz miał szansę się rozerwać. Słyszałem, że goście nierzadko dostają tam od władz naszyjniki z materiałów wybuchowych.

      • Wojtek pisze:

        Chyba zostałrm źle zrozumiany. Nie chodzi mi o to, że zwiedzanie nie musi być bezpieczne. Chodzi mi o to, że bezpieczeństwo nie jest celem, a jednym z warunków. Dla mnie wystarczy by miejsce, które zwiedzam było w miarę bezpieczne, nie sądze, że potrzebne są jakieś szczególne środki ostrożności czy procedury itp. Perspektywą pewności i bezpieczeństwa dię nie buduje świata!

        • Piotr pisze:

          Ok, chyba wiem do czego zmierzasz, niektórzy boją się wyjścia poza tzw. strefę komfortu i niepodejmowanie skalkulowanego ryzyka nazywają dbaniem o bezpieczeństwo. To czy sytuacja jest bezpieczna czy nie jest, jest niezależne od tego czy się boimy czy nie. Kierowanie się strachem i unikanie podejmowania skalkulowanego ryzyka może nawet prędzej czy później doprowadzić do zmniejszenia naszego bezpieczeństwa (na przykład finansowego jeśli będziemy się kierować zasadą „aby tylko na 100% nie stracić”).

    • Piotr pisze:

      To że zwiedzanie powinno być bezpieczne nie oznacza, że bezpieczeństwo jest CELEM, celem jest rozrywka, poznawanie itd. a bezpieczeństwo jest jednym z WARUNKÓW.

      Krótka piłka: masz ciekawy rejon świata, ale wiesz, że masz tylko 50% szans na to, że wrócisz żywy z dwutygodniowego wypadu – pojedziesz? 😀

  8. Różnica pomiędzy realnym niebezpieczeństwem, a niebezpieczeństwem które ma na celu dostarczać nam emocji i jak gdyby „symulować „zagrożenie w warunkach szkoleniowych jest taka sama jak różnica pomiędzy odwagą a głupotą. Skok spadochronowy dostarcza emocji i wymaga niewątpliwie odwagi, a skok spadochronowy bez spadochronu zapasowego nie specjalnie wymaga większej odwagi za to wymaga posiadania niezmierzonej głupoty. Więc zwiedzanie niebezpiecznych miejsc owszem, ale nie widzę przeszkód by podczas powyższego zwiedzania nie zapewnić sobie maksimum bezpieczeństwa. Nie wkładajmy głupoty z odwagą do jednego wiadra bo w parze idą one tylko w naprawdę wyjątkowych, ekstremalnych sytuacjach.

    • Piotr pisze:

      Dokładnie! Odwaga to nie to samo co brawura, odwaga żywi się mądrością, a brawura głupotą (choć adrenalina ta sama).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner