Scenariusz: zima zaskoczyła (nie tylko drogowców)

Jak co piątek, tak i dziś prezentujemy Wam do przemyśleń survivalowy scenariusz, który może przydarzyć się każdemu z nas.

Celem tego cyklu jest zmuszenie Was do przemyśleń i sprawdzenia sobie w głowie, na ile skuteczne będą Wasze dotychczasowe przygotowania. Zasady są takie:

  • prosimy o pisanie w komentarzach poniżej, jak poradzilibyście sobie z przedstawioną przez nas sytuacją,
  • zależy nam na jak najbardziej szczegółowych opisach, bo one będą z pewnością inspirujące dla innych Czytelników, może dla kogoś będą naprawdę odkrywcze,
  • możecie uwzględniać tylko te zapasy, które już macie, tylko te procedury, które już opracowaliście — czyli jeśli Twój samochód dziś ma pusty bak, to na potrzeby tego scenariusza nie możesz uznać, że jest zatankowany do pełna i gotów do drogi,
  • nie możecie zmieniać opisanego scenariusza, poza niezbędnymi szczegółami (jeśli np. piszemy o dzieciach, a Ty dzieci nie masz, to nie bierz tej części scenariusza pod uwagę),
  • jeśli czegoś nie opisaliśmy wprost w scenariuszu, to znaczy, że to nie miało miejsca (jeśli nie piszemy, że nie ma prądu, to znaczy, że dostaw energii nic nie zakłóca).

A scenariusz na dziś jest bardzo na czasie: zima zaskoczyła (nie tylko drogowców).

Prognozy przewidywały umiarkowane opady śniegu i siły porządkowe zostały postawione w stan gotowości. To nie pierwszy opad tej zimy, więc wydawało się, że wszystko pójdzie gładko. Niestety, okazało się, że opady śniegu były kilkukrotnie bardziej intensywne, niż przewidywano.

I zamiast 15 centymetrów śniegu, w ciągu jednej nocy spadło 90 cm śniegu. Takich ilości śniegu pługi nie były w stanie uprzątnąć.

Jest piękny, piątkowy poranek. W radiu i telewizji mówią o paraliżu województwa. Wyglądając za okno widzisz samochody przysypane śniegiem, niektóre w zaspach po dach. Kilka ma nawet odśnieżone szyby i dachy — widać właściciele planowali wyjechać, ale poddali się widząc, że drogi są zasypane.

A drogi są zasypane…

Nie jeżdżą autobusy komunikacji miejskiej. Pociągi i owszem, tory udało się odśnieżyć. Pewnie pomogło w tym też to, że niektóre odcinki są na nasypach i z tego powodu nie robiły się tam zaspy.

Nie jeżdżą samochody dostawcze. Świeży chleb można kupić tylko bezpośrednio w piekarni. Równiutko połowa sklepów jest pozamykana, bo nie dotarli do nich pracownicy, którzy mieli je otworzyć. Ciebie też szef nie wzywa do pracy, bo wie, jak wygląda sytuacja. Prosi tylko, byś był dziś pod telefonem i nie oddalał się od komputera za bardzo — żebyś po telefonie mógł w ciągu 30 minut usiąść do komputera i ewentualnie odpowiedzieć na pilny e-mail.

Szkoły i przedszkola są zamknięte — rodzice dostali o 7. rano SMSy, żeby nie wieźć dzieci do szkół.

Czy potrzebuję pisać, że nie jeżdżą karetki, policja i straż pożarna? Że nie jeżdżą szambiarki?

Jest piękna, słoneczna pogoda. Prognozy przewidują, że opadów przez następne dni nie będzie. Służby szacują, że w ciągu 4 dni uda się doprowadzić drogi do przejezdności.

Ale co będzie się działo do tego czasu? Czy poradzisz sobie bez kupowania żywności w sklepach?

I co będzie, jeśli okaże się, że te 4 dni nie wystarczą? Że ostatniego dnia ponownie napada znów tyle samo śniegu? Że paraliż potrwa kolejny tydzień?

W skali kraju taki paraliż jest mało realny. Ale w skali województwa, czy powiatu — już dużo bardziej.

Taka sytuacja przydarzyła się w tym tygodniu w USA. W ciągu 2 dni spadło tam nawet 180 cm śniegu. Temperatury są raczej styczniowe, ocieplenie zapowiadane jest na weekend. Na autostradach i na ulicach w miastach zasypane pojazdy. Duża część jest porzucona. Dostawczaki z żywnością są plądrowane przez głodnych mieszkańców miasta. Ludzie by wyjść z domu muszą odkopywać chodniki spod metrowej warstwy śniegu.

Dużo do myślenia daje ten artykuł z dailymail.co.uk z masą zdjęć, które pokazują, jak to naprawdę wygląda. Polecam szczególnie przewinięcie niemal do samego końca strony, gdzie widać zasypany całkowicie wjazd do garażu od środka, po otwarciu bramy.

Albo ta fotka, na której koparka toruje drogę dla karetki…

zima zaskoczyla

Autor: nieznany. Źródło: dailymail.co.uk. (C) AP.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

13 komentarzy

  1. LosowyNick pisze:

    Do pracy mam 20 minut piechotą, w kopnym śniegu pewnie będzie to 40-50 minut ale i tak dotrę. Spokojnie sobie idę ubierając się ciepło. Po drodze szukam sklepów, które są jeszcze otwarte i w których można kupić brakującą żywność na parę najbliższych dni.

    Jeśli nie uda się zdobyć żywności czyli wszystkie sklepy zamknięte – zostaje mi zapas makaronu, ryżu, ziemniaków, cebuli i herbaty. Spokojnie przeżyję nawet tydzień na frytkach, spaghetti, risotto i pijąc herbatę z miodem. Zapas miodu też mam.

    A właśnie – miód daje się rewelacyjnie przechowywać. Co roku jeżdżę do zaprzyjaźnionego pszczelarza i kupuję hurtowo zapas wystarczający na cały rok.

  2. Tomasz pisze:

    Odpalam ciągnik i odśnieżam podwórko.
    Zapasy mam na zimę, działam normalnie.
    A jak to się na wsi mówiło – z biedy to można i samą kiełbasę bez chleba zjeść

  3. dario pisze:

    Wstaję a tu zasypało, jest ciemno pradu nie ma bo odcięło linię wyglądam przez okno auto zasypane droga też. Żona lata i odpala świeczki (mam) krzyczy co robić. Proponuje jej podróż pociągiem ale gwarancji nie ma bo te tez stanęły. Pańka coraz większa, w końcu dociera do niej że nie dotrze pieszo 35 km do pracy po śniegu dzwoni po koleżankach. Żałuje że nie dała mi pieniędzy na skuter śnieżny. Świeczki się palą właczamy wode na kawę i herbatę (gaz z butli) oceniając co dalej. Wychodzi że nic trza przeczekać. Organizuję prąd przynosząc z garażu akumulator i przetwornicę (zestaw przy piecu CO) właczamy TV aby zobaczyć co się dzieje a tam paraliż. Czyli zostajemy w domu i czekamy na pomoc. Syn dalej śpi w najlepsze. Odnosze akumulator i przetwornicę powrotem podłączam i nakładam drew do pieca przykładam zapałkę i po chwili ogień się rozpala. Akumulator z przetwornica zapewnia napęd dla pomy CO i CWU. CO centralne ogrzewanie, CWU ciepła woda użytkowa. Jedyny problem na tą chwilę ile wody zostało w boilerze. Pijemy kawę cos na ruszt i patrzymy co dalej, ciepło powoli zaczyna rozchodzić się po domu. Stop psy nakarmione nie mogą wyjść na zewnątrz a gdzies muszą sikać. Ubieram się i próbuję udeptać trochę śniegu. Teraz czas na druga kawę. W chałupie ciepło już jest bo było tylko 15 stopni po nocy. Wyglądam przez okno i cieszę się jak dziecko że tak fajnie i biało w koło.
    Czas zacząć działać. Łopata do śniegu i do roboty, wychodzę oczywiście garażem bo drzwi zasypało. Metr po metrze odgarniam ścieżkę w stronę furtki i samochodu z przednim napędem który został na zewnątrz, w garażu jest tylny napęd a ten na śniegu nie daje rady. Ważne jest tez to żeby odpalić silnik bo to generator prądu z moja przetwornicą. Ciągnę kabel przetwornica podpięta i przez balkon mam zasilanie TV. I siedzimy i obserwujemy co się dzieje, jak działa telefon żonka siedzi i rozmawia z teściową 2 godziny a ja prowadze obserwację czy pociągi kursują załóżmy że nie.
    Zapasy drobne są więc żarło jest, opał jest, gaz z butli jest, gaz w samochodzie jest aby był prąd jak nie jednym to jest drugi w garażu.
    Mogę siedzieć miesiąc tylko ścieżkę do drewna na zewnątrz trzeba wydeptać.
    Największy kłopot z wodą do picia i toalety bo pompa nie działa a z przetwornicy nie da rady uruchomić. Woda do picia ze śniegu bądź hydrantu wiejskiego ppoż na zewnątrz.
    Jak napisałem drewna do wiosny, jedzenia jak oszczędnie gospodarować na tydzień dwa. Po tygodniu ktoś mnie uratuje a jak nie to faza druga.
    Faza druga; kuję dziurę do drugiego komina, podłaczam wcześniej przygotowaną kozę i jest ciepło i kuchenka bez potrzeby prądu. Woda śnieg, jedzenie zaczynam zbierać roślinki wkoło domu jak się da jeśli nie przygotowuję się do polowania ale żona jeszcze nie pozwala. Zgłodniała a syn mdleje z głodu. Idę rozstawić pułapki a jak coś podejdzie pod lufę to też sru. Trudno bez pozwolenia poluje ale siła wyższa.
    I tak cempimy do wiosny, najgorzej to jednak z jedzeniem będzie bo na 3 miesiące to się nie przygotowałem, czasami mam 10X25 kg opakowań chrupek dla psów to można będzie pociągnąć na psich chrupkach choć one niezbyt dobre. Bardziej się martwię tym że sąsiedzi będą chcieli zjeść moje psy i podejdą pod lufe i wtedy sru.

  4. Artur pisze:

    Dopóki nie muszę nie używam samochodu. Na drogach za duża nerwówa i ryzyko. Odpowiedni strój, buty i w mieście chodzę załatwiać sprawy na piechotę. Do pracy jeśli trzeba 4 km również pieszo. Rakiety śnieżne i sanki są pomocne. Worek ziemniaków można przyciągnąć. Doświadczenie w zimowych przechadzkach mam, odpowiednią kondycję również.

  5. djans pisze:

    „Prosi tylko, byś był dziś pod telefonem i nie oddalał się od komputera za bardzo — żebyś po telefonie mógł w ciągu 30 minut usiąść do komputera i ewentualnie odpowiedzieć na pilny e-mail.”
    Trochę wydumany ten handicap, bo co jeśli jestem spawaczem i nic nikomu po moich maila, albo jeśli na mail mogę odpowiedzieć skądkolwiek via firmowy blackberry? Zdecydujmy się – albo w scenariuszu chodzi o to, jak się dostać do pracy, albo jak przetrwać cztery, albo i więcej dni w odcięciu.

    Zatem przy założeniu, że robotę mam z głowy i wszelkie media są dostępne – cieszę się tym niespodziewanym urlopem uszczuplając odrobinę zwyczajne domowe zapasy.
    Jeśli brak prądu, to nadrabiam zaległości w lekturach przy świecach i lampach olejowych. Trochę gorzej z gotowaniem, bo turystycznej kuchenki gazowej jeszcze nie przysłali. Trzeba na balkonie rozpalić grill i gorącą wodę sieciową doprowadzać do wrzenia w garze – opał rośnie kilkaset metrów od bloku.
    Jeśli brak też gazu, to niefajnie, bo i grzejniki zimne i kranówa też. Może coś te świece i lampy zgromadzone w jednym pomieszczeniu nagrzeją. Trzeba też będzie za pazuchą stale nosić napełniony wrzątkiem z balkonu termofor, a spać pod wszystkimi kołdrami i w dresie. Do łóżka, prócz termofora, zabieram napełnione wrzątkiem szklane butelki zawinięte w ściereczki. Ostatecznie, jeśli mi się chce nosić tyle opału, albo jest aż tak nieznośnie zimno, duże ilości zagotowanej wody gromadzę we wszelkich miednicach i naczyniach poustawianych w pokoju – improwizowane promienniki ciepła.
    Dodatkowy brak wody to już tylko drobna uciążliwość w porównaniu z poprzednimi – wychodzę na dach i zbieram śnieg. Do mycia ogrzewam w garnku na balkonie.

    • Survivalista (admin) pisze:

      Masz rację, można to było rozpisać bardziej szczegółowo… Nam chodziło o to, by przetrwać tych kilka dni w domu, bez konieczności wychodzenia do pracy.

  6. Leszek LJM pisze:

    Zakładając, że może być kolejna fala śniegów, wykorzystuję okazję do odchudzania, wprowadzając uboższą dietę z niewielkich zapasów, jednocześnie „sportuję się” z łopatą do śniegu – bo pewnie pług nie odśnieży mojego wyjazdu z garażu, ani mojej drogi od drzwi do furtki.
    Jak się okaże, że śnieg dalej sypie i skończy mi się jedzenie, to mam jeszcze kolekcję alkoholi – trochę żal wypijać, ale jak mus, to mus. W końcu gram alko to aż 7 kcal, oceniam, że przez około miesiąc mógłbym zapewnić sobie i żonie 100% wymaganej liczby kalorii z tego źródła. Sposób na odwodnienie po alko: topienie śniegu, alko i tak wybije wszelkie bakterie.

  7. Rafał M. pisze:

    Byleby zimą nie odcięło prądu, bo pompę CO mam w budynku na prąd. Inaczej, po kilku dniach budynek zacząłby się wyziębiać.

    I tak do wiosny nie ruszam się z domu, zimno się robi i mi się nie chce.

    Samochodu zimą nie używam, więc stan dróg nic mnie nie obchodzi. Sypią solą, ta breja wszędzie się wciska i szkoda samochodu.

  8. Piotr pisze:

    Jako informatyk większość rzeczy i tak robię w domu (soft/projekty robię w domu, a większość instalacji/konfiguracji/poprawek mogę zrobić zdalnie). Żywność jest, brak chleba przez kilka dni to nie problem (najwyżej gdy mocno zatęsknię, to upiekę swój, choć ostatnio robiłem to kilkanaście lat temu :D).

    Przy nagłych dużych opadach śniegu najbardziej obawiam się nie tego, że drogi będą niedrożne dla mojego samochodu, ale że będą niedrożne także dla energetyków. Jeśli gdzieś będzie awaria linii napowietrznej (na przykład drzewo w lesie obciążone śniegiem przewróci się na słup i linia zostanie zerwana), to energetycy nie będą mieli jak podjechać aby naprawić słup i linie energetyczne, więc… to że śnieg przestanie padać i drogi z czasem udrożnią jeszcze nie oznacza, że elektrycy będę mieli swobodny dojazd do miejsca awarii – takie coś może potrwać 😀
    W przypadku dłuższej awarii prądu zawsze elektrycy podjeżdżali do wsi z awaryjnym generatorem i wpinali się bezpośrednio w transformator, więc prąd jako taki był, rzecz jasna trzeba było z niego oszczędnie korzystać, więc wszystkie małe zakłady w wiosce typu tartak, kamieniarz, producent europalet itd. były nieczynne, można było używać tylko drobnych odbiorników prądu (do mniej więcej 1kW na gospodarstwo, czyli oświetlenie, pompy obiegu wody itd. mogły działać, hydrofory też, bo wprawdzie większy pobór, ale „chwilowy” i nie u wszystkich na raz). Gdyby jednak energetycy nie mogli podjechać z agregatem, to też tragedii by nie było:
    – obieg wody w grzejnikach mam „podwójny”, tzn. gdy nie działa pompa, to pozostaje zwykły konwekcyjny (czy też grawitacyjny, nie wiem jak to się fachowo nazywa), wprawdzie sprawność ogrzewania wtedy spada, ale mam „zapas mocy” pieca i po prostu zużyję więcej paliwa aby utrzymać właściwą temperaturę w mieszkaniu
    – gdy hydrofor przestanie działać, to mam jeszcze wodę z wodociągu (jednym zaworem mogę przełączyć całą instalację w domu na wodę wodociągową) a gdy i ten zawiedzie, to mam jeszcze na podwórku klasyczną starą studnię z wiaderkiem na łańcuchu i trzeba będzie wodę przynosić ręcznie (normalnie tam też jest pompa i woda z tej studni zasila budynki gospodarcze, ale bez prądu nie zadziała)
    – w kwestii oświetlenia mam zarówno kilka worków świeczek-podgrzewaczy oraz dwie lampy naftowe jak i jedną lampę benzynową (ta ostatnia w zasadzie tylko do oświetlenia obejścia – jest za dużej mocy i produkuje dużo dwutlenku węgla, co jest niekoniecznie zdrowe w pomieszczeniach zakmkniętych), mam też oczywiście kilka latarek LED oraz kilka lampek LED na 12V, które mogę zasilać z akumulatora żelowego 12V (mam zawsze co najmniej dwa w pełni naładowane w domu – używam do celów krótkofalarskich podczas wypadów w teren, ale awaryjnie można wykorzystać do wszystkiego :D). Żelówki mogę zawsze podładować z samochodowego alternatora, niestety mimo że przeciętny alternator samochodowy byłby w stanie naładować akumulator 40Ah w godzinę, to akumulatory kwasowe nie znoszą tak szybkiego ładowania po tzw. głębokim rozładowaniu (a alternatory nie znoszą długotrwałego dużego obciążenia) – trzeba ładować przez kilka godzin poprzez opornik 2-3Ω, co wiąże się ze zużyciem paliwa, ale… coś za coś 😀
    – Komputer pobiera mi w trybie „oszczędnym” około 25-30W, więc na akumulatorze 40Ah może działać kilkanaście godzin, w razie takiej potrzeby jestem w stanie zdalnie wejść na systemy, którymi administruję i odpowiednio zainterweniować (internet przez komórkę, wolniejszy niż „po kablu” ale da się zadziałać)

    No ale to takie „gdybania”, bo scenariusz zakłada, że prąd jednak jest 😀

    PS: Chyba mieszkam w „szczęśliwym” rejonie, bo tu tylko najstarsi wspominają jak to były drogi nieprzejezdne 😀 Obecnie gdy spadnie więcej śniegu, to drogowcy udrażniają drogę w maksymalnie 24h (typu dzisiaj pada, to jutro rano już jest przejazd, bo w nocy się uwiną z odśnieżaniem), oczywiście nie jest to odśnieżenie „do czarnego asfaltu” ale warstwa śniegu grubości 10cm a drodze czy jakieś małe zaspy to nie jest problem (oczywiście zawsze trafi się jakiś „niedzielny kierowca”, który nie opanuje samochodu na ośnieżonej drodze i utknie w hałdzie śniegu przy drodze albo wpadnie do rowu, ale ktoś, kto umie jeździć po śniegu i nie „szaleje”, to nie ma problemów z przejazdem :D).

  9. Hektor pisze:

    W naszym klimacie śnieg NA OGÓŁ nie leży zbyt długo. To znaczy, są częste okresy odwilży i topnienia w zimie. Jeśli ma się zapasy na tydzień, nie powinno być problemu. No, chyba że się mieszka z dala od świata. Wtedy trzeba mieć naładowaną komórkę na wszelki wypadek.

  10. Przemek pisze:

    Siedzę w domu, szefa informuję, że będę pracował z domu no i na trochę komputer włączę, kilka maili wyślę, żeby nie było, że nic nie robiłem. Razem z rodziną zjadam zapasy i piję wodę z zapasów – starczy na co najmniej 2 tygodnie, a na tyle śnieg nie sparaliżuje miasta.
    Dla sportu i dobra ogółu może wyjdę trochę odśnieżać.
    Scenariusz wydaje się być softowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner