Skala zagrożenia a nasze przygotowania

Niniejszy tekst Czytelnik podpisujący się jako Kris przesłał w formie komentarza. Zdecydowałem się jednak opublikować go jako osobny wpis, opatrując moim komentarzem. Jest bowiem na tyle długi i ciekawy, że z pewnością będzie początkiem ciekawej wymiany poglądów.

Chcialbym, korzystajac z istnienia tego portalu, przedstawic kilka osobistych przemyslen zwiazanych z tematyka podjeta na tej stronie.Uprzedzam, ze jestem laikiem w kwestiach opisywanych tutaj , a ponizszy tekt , to tylko moje prywatne fantazje na rozne sprawy – zapewne mniej , lub bardziej trafne, lub calkiem bledne.Jesli ten tekst okaze sie zbyt dlugi, prosze o wybaczenie.Byc moze bedzie to rowniez jakis pretekt i zacheta do dalszej dyskusji.

Osobiscie mozliwe scenariusze wydarzen podzieliłbym na trzy rodzaje.

  1. Zdarzenia o lokalnych rozmiarach ( lub w przypadku Polski wystepujacy na obszarze powiedzmy wojewodztwa ), gdzie mimo wszelkich katastrof naturalnych ( powodzie, wielkie pozary, etc ) , lub niepokojow spolecznych na wielka skale ( zamieszki, pladrowanie i niszczenie infrastruktury publicznej i prywatnej, itp ) , sluzby rzadowe ( rowniez ratownicze ) sa w stanie wykonywac swoje dzialania i sprawuja jakakolwiek kontrole nad zniwelowaniem skutkow tych wydarzen, a ostatecznie sa w stanie zaprowadzic porzadek.To krotkie okresy od kilku dni , po kilka tygodniu , nie dluzszych niz zalozmy 3 miesiace – gdzie przygotowane osoby, lub grupy osob , a takze ludnosc calkowicie nieprzygotowana, moze liczyc na to, ze w jakims okresie czasu poprzez dzialania struktur panstwa nastapi powrot do tzw normalnosci.Mozliwosc pomocy/interwencji zagranicznej (?)
  2. Zdarzenia o charakterze lokalnym, lub obejmujacych kilka wojewodztw ,  znaczny, lub caly obszar panstwa – o niemozliwej do przewidzenia dlugosci trwania , gdzie zanikaja wszelkie struktury kontroli, wladzy panstwowej, gdzie nie dzialaja sluzby ratownicze, gdzie rzad nie chce , lub nie moze prowadzic dzialan pomocowych i zmierzajacych ku unormalizowania sytuacji.Wszystkie sluzby sa niewydolne, lub przestaja istniec , ludnosc jest skazana tylko na siebie bez nadziei na pomoc zewnetrzna.Wlasciwie calkowita destabilizacja, rozpad panstwa i chaos ( cos w stylu sytuacji na Haiti ). Mozliwa pomoc/interwencja zagraniczna(?).
  3. Zdarzenia o charakterze kontynentalnym, lub globalnym.Wszelkie kleski/katastrofy naturalne o kolosalnym zasiegu. Rowniez konflikty zbrojne , wojny ( rowniez uzycie wszelkich niekonwencjonalnych metod ), promieniowanie, skazenia chemiczne, biologiczne etc.Zamieszki, ofiary katastrof, lub dzialan wojennych.Trudna do okreslenia wydajnosc sluzb panstwowych.Bezterminowy chaos ,ludnosc zdana tylko na wlasne dzialania zmierzajace ku przetrwaniu.Sluzby ratownicze , rzadowe dzialaja slabo, lub wcale.Niemozliwy do okreslenia czas jako takiej normalizacji.W sposob glugotrwaly/trwaly zmieniona egzystencja calych narodow.

Teraz cos o przygotowaniach na te scenariusze.W wariancie pierwszym i drugim osobiste przygotowania maja sens, jesli bedziemy w stanie przetrwac kilka tygodni/miesiecy dzieki zgromadzonym zapasom wody, pozywienia, narzedzi, wszelkiego innego sprzetu.Zakladamy, ze dzieki temu przetrwany okres , potrzebny by nastapila normalizacja warunkow ( dzieki sluzbom panstwowym, dzialaniom sktruktur wladzy, lub zagranicznej pomocy/interwencji).Co jednak, jesli sytuacja bedzie sie przedluzac ? Wariant trzeci – mozliwosc przetrwania do czasu wyczerpania zasobow – co dalej ?

Z tego co zauwazylem wiekszosc osob tutaj jest zwolennikiem raczej idywidualnego i skrytego przygotowywania sie na ewentualne zagrozenia.Owszem, takie zapasy nalezy chronic i miec swiadomosc , ze nie uratujemy wszystkich – zatem priorytetem jest ochrona wlasnej rodziny.Osobiscie jednak wybralbym droge tworzenia lokalnych struktur/grup – jakiejs formy samopomocy/samoobrony/milicji.
Oczywiscie tylko w sytuacji kiedy wszyscy czlonkowie grupy maja wlasny wklad w przygotowania, a potem wspolna egzystencje i ochrone spolecznosci.Moim zdaniem jesli ktos bedzie robil to indywidualnie wcale nie uchroni sie np przed utrata zasobow wskutek przemocy.Zorganizowana grupa silnych, zdrowych mezczyzn moze stanowic wazny atut w kierunku wspolnego przetrwania.Wspolny wysilek, wspolne gromadzenie dóbr, wspolna ochrona grupy.Jedna rodzina ma moim zdaniem gorsze szanse na przetrwanie , niz grupa rodzin, lub zorganizowana spolecznosc.Zwlaszcza w ekstremalnych warunkach rozkladu panstwa, przy tworzacych sie napewno grupach szabrownikow, ktorzy dla zdobycie srodkow do przetrwania beda zdolni popelnic kazda niegodziwosc.

Oczywiscie kazda grupa to zbior roznych charakterow, osobowosci, a w ekstremalnych sytuacjach zawsze objawiaja sie ciemne strony ludzkiego ducha.Grupa winna miec silnego lidera/liderow z mocnym poparciem spolecznosci o odpowiednich predyspozycjach mentalnych.Unikac nalezaloby wszelkich oszolomow, lub ludzi rozchwianych psychiczne, ktorzy z czasem moga stanowic zagrozenia dla grupy ( by z czasem nie doszlo do jakis patologicznych ekscytacji np natury religijnej, zbiorowych samobojstw, lub innych destrukcyjnych dzialan). Ludzka psyche calkowicie moze wysiasc w obliczu zmiennych, zatrwazajacych warunkow.Bardzo latwo z pozoru spokojni ludzie , o dobrym sercu w obliczu nieludzkich warunkow zmieniaja sie w bestie.Zatem w takiej grupie zaraz po zasobach, nalezy zadbac i pielegnowac zdrowie psychiczne , morale i optymizm.Zauwazmy takze, ze w takiej grupie moze sie znalezc np lekarz, ex/zolnierz, osoby z zdolnosciami manualnymi i pomyslowoscia techniczna ( elektrycy, elektronicy, slusarze, etc ), oraz inni z pozadanymi atrybutami ( np specjalista od krotkofalarstwa, osoby biegle w jezykach obcych , chemik, biolog, przyrodnik ) , lub osoby z niebanalnymi zainteresowaniamim, ktore moga wspomoc grupe na jakimkolwiek poziomie.Jak powiadali starozytni – w kupie sila !

Pamietajmy rowniez, ze w czasie wszelkich wydarzen o ktorych tu wspominamy i tak beda sie tworzyc grupy.Glownie wszelkiego rodzaju bandy.Jesli nie bedzie juz czego pladrowac w przestrzeni publicznej ( sklepy, magazyny, zaklady pracy …) nastapia ataki na mienie prywatne.Wtedy jedna rodzina bedzie zakatowana na smierc za kilka puszek, lub baniak wody.Jak wiecie, nawet w spokojnych czasach mozna zginac ” za 10 złotych”.Zwyrodnialcow nigdy nie brakuje, a w momencie katastrofy na duza skale zjawiska te beda spotegowane do ogromnych rozmiarow.Dlatego jestem zwolenikiem jednoczenia sie ludzi, wspolnego trudu i wzajemnej pomocy.

Miasto, czy tereny przyrodnicze?Terene naturalne maja pewnie przewage w temacie zdobycia wody ( z wykorzystaniem filtrow szelkiego rodzaju ) – jesli jestesmy pewni jej bezpieczenstwa – bez skazenia chemicznego, biologicznego itp.Mamy dostep do opalu , czy roslin jadalnych, lub wrecz uprawowych ( np wieś).Lowiectwo odpada , ze wzgledu na ilosc zwierzyny w lasach i brak broni ( np chyba, ze sidla ).Poza tym mysliwi stworza napewno wlasa, uzbrojona milicje, ktora moze „rządzic ‚ po lasach.
W miescie latwiej stworzyc jakis azyl, punkt oporu, „bunkier” – chronione miejsce z zasobami i ludzmi.Niestety co do ochrony to najbardziej trudna sprawa z wiadomych powodow.Bron beda mieli wylacznie sluzby mundurowe, mysliwi i nieliczni obywatele.Zostaje bron biała ,luki ( mozna nabyc , nawet on – line kusze mysliwsko- sportowe – chyba nawet legalne ? ), jakas bron drzewcowa.Zakladam, ze w razie powaznych zdarzen PRAWO przestaje obowiazywac na rzecz BEZPRAWIA.No chyba, ze mowimy o krotkotrwalych zdarzeniach, gdzie ład spoleczny jest mimo wszystko zachowywany, a obywatele postepuja w miare godnie , sluzby ratowniczne/panstwowe dzialaja , etc.

Gromadzenie zapasów.Tu nie tylko przydaje sie pomyslowosc, zaradnosc, ale rowniez odpowiednie fundusze finansowe.Na dzien dzisiejszy wiele osob , singli i cale rodziny zyja od pierwszego do pierwszego, bez zadnych oszczednosci, lub mozliwosci odlozenia kwot na ” organizowanie srodkow na przypuszczalny koniec swiata”.Nawet jesli nie mowimy o ” koncu swiata ” , krotsze , lub dluzsze okresy bez dostaw pradu, bez dzialania wodociagów , z brakiem zaopatrzenia sklepow sa jak najbardziej mozliwe , a ryzyko takich zdarzen jest bardzo wysokie.Sloiki w piwnicy to tradycja ktora odeszla do lamusu – z malymi wyjatkami.Ludzie zyja z dnia na dzien, uwazajac , ze wszystko jest na wyciagniecie reki , ze wszystko jest niezmienne, trwałe i zapewnione.Bez dostaw pradu, wody i bez zaopatrzenia sklepow wali sie cala ludzka cywilizacja.

Sama zasadnosc takich przygotowan.Przy zdarzeniach lokalnych, oraz krotkotrwalych jakis domowy zapas narzedzi, sprzetow, zasobow jest jak najbardziej wskazany.Przy estremalnych zdarzeniach , jesli juz wykorzystamy te zasoby..a nie bedzie mozliwosci pozyskania nowych, co dalej ?
Inna sprawa.Mozna poswiecac czas, fundusze i cale swe zycie na przygotowywanie sie do katastrofy , ktora nigdy nie nastapi ( lub nie nastapi za naszego zycia).

Zatem , jak nie uczynic z wlasnego zycia absurdu, paranoi, psychozy.
Zakladam, ze potrafimy rozroznic sprawe pewnej zapobiegliwosci ( z zachowaniem zdrowego rozsadku ), od szykowania sie na armagedon, przed ktorym raczej sie nie obronimy , nawet z piwnica pełna jedzenia i picia …
To tylko luzne przemyslenia.Sam nie jestem zwolennikiem „opcji strachu przed koncem swiata” , natomiast towrzenie zapasow na „czarna godzine” uznaje za calkiem uzasadniona.

Gdy rozmawiam z kimś nowym na temat nowoczesnego survivalu, kto zaczyna się buntować i mówić, że przecież nie da się przygotować na każdą ewentualność, gratuluję mu zdrowego rozsądku. Po pierwsze dlatego, że buntuje się słysząc coś nieprzyjemnego. To dowodzi tego, że myśli, a bunt to pierwszy krok do zrozumienia o co w tym wszystkim chodzi. Po drugie dlatego, że ma rację — nie ma opcji, abyśmy byli w stanie przygotować się na każdą ewentualność.

Od tej myśli trzeba zacząć własne przygotowania. Zamiast przygotowywać się na wszystkie ewentualności, zaczynamy od przygotowań na te najbardziej prawdopodobne. Z jednej strony staramy się analizować skutki zdarzeń, które mogą się nam przytrafić, z drugiej strony staramy się przygotowywać się tak, by każda kupiona (zrobiona, nauczona) rzecz miała możliwie dużo zastosowań.

Najprościej przygotować się na zdarzenia o charakterze lokalnym. Ot, zabezpieczamy sobie jakieś miejsce ewakuacji, z zapasem żywności, źródłem wody, schronieniem. Gdy nasza dzielnica zostanie zalana wodą i zniszczona, po prostu się tam przeniesiemy (albo do rodziny, znajomych, przyjaciół). Trudniej przygotować się na zdarzenia o charakterze ogólnokrajowym, tu najlepiej mieć paszport, walutę i złoto, by w razie czego móc uciekać za granicę…

Nie ma szans by przygotować się na jakieś zdarzenie w taki sposób, by nie wpłynęło ono w ogóle na nasze życie. Nawet najlepsze przygotowania nigdy nie zapewnią nam pełnej samowystarczalności i niezależności od systemów wsparcia (prądu, gazu, żywności z marketów, wody z wodociągu, pensji od pracodawcy czy emerytury od rządu). Przygotowania muszą łączyć samodzielność i samowystarczalność. Przykładowo, jeśli padnie sieć elektroenergetyczna, najpierw będziemy korzystać z latarek na baterie, a potem przestawimy swoje życie tak, by starczało nam prądu wytworzonego przez baterie słoneczne. Kupienie tylu baterii słonecznych, by móc wyprodukować prąd dla pralki, zmywarki i bojlera elektrycznego kosztowałoby zbyt dużo, lepiej wydać te pieniądze na coś innego. I nie mam tu na myśli agregatu prądotwórczego i olbrzymiego zapasu paliwa — to też słaby pomysł.

Nie możemy polegać wyłącznie na samych zapasach, żywności, baterii, paliwa. Musimy budować własne układy, które pozwolą nam samodzielnie produkować (lub kupować w zamian za coś, co sami wytwarzamy) żywność, energię elektryczną, paliwo do ogrzewania domu i samochodu (albo mieć pod ręką rower). Każde, nawet najbardziej obszerne zapasy się skończą, albo zniszczą, albo zostaną ukradzione. Bez czegoś dającego nam choćby częściową samowystarczalność nie przetrwamy długotrwałego braku prądu, Peak Oil, albo globalnej finansowej katastrofy.

Rzeczywiście, w kupie siła. Mimo wszystko w naszych warunkach, zwłaszcza w miastach, trudno jest budować społeczności, które w pełni będą mogły na sobie polegać. Tylko na wsi, w miejscach, gdzie od pokoleń żyją te same rodziny, mocno ze sobą zintegrowane, jest na to szansa. Ale ktoś, kto wyprowadzi się na taką wieś z miasta, przez kilkadziesiąt lat może nie zdążyć zapracować na to, by miejscowi traktowali go jak swojego.

Osobiście uważam, że lepiej w dłuższej perspektywie przygotowywać się do mieszkania na wsi. Tam łatwiej o zasoby — żywność i energię. Do miast one zawsze będą musiały trafiać z zewnątrz, chyba że miasta mocno (bardzo mocno!) się przerzedzą. A w takim wariancie mimo wszystko wolałbym nie mieszkać w mieście.

Survivalista (admin)

Artur Kwiatkowski. Magister inżynier, posiadacz licencjatu z zarządzania. Samouk w wielu dziedzinach, ale nie czuje się ekspertem w żadnej. Interesuje się zdrowym życiem i podróżami. I przygotowaniami na trudne czasy, rzecz jasna!

Mogą Cię zainteresować także...

13 komentarzy

  1. Grimm pisze:

    Właściwie muszę się zgodzić ze wszystkimi zawartymi tu postulatami. Dość gładko panowie to ujęli. Szczególnie jeśli chodzi o budowanie grup-społeczeństw. Uważam, że to jednak tak skomplikowany problem, że można by o tym nie jedną książkę napisać. Dodam jedynie od siebie, że ja w swoim otoczeniu na dzień dzisiejszy raczej nie widzę takiej możliwości. Bardziej przemawia do mnie model grupy połączonej więzami rodzinnymi i ewentualnego wzbogacania jej o pożyteczne (bo o to w dzisiejszych czasach też nie łatwo) osoby, które będzie nam dan spotkać na naszej drodze.

    Co do przygotowań… to moim systemem jest zaczęcie od „podstaw” i w miarę budżetu rozszerzanie przygotowań na co bardziej prawdopodobne zagadnienia.
    Za owe „podstawy” uważam solidny zestaw EDC, porządny ubiór oraz plecak. Są to rzeczy, które noszę na co dzień i na co dzień również mi się przydają (więc gdyby apokalipsa nie przyszła… nie będę stratny :P) Dodatkowo uwzględniają one dość prawdopodobny aspekt, zastania przeze mnie ciężkich czasów z dala od domu. „Z dala” jest założeniem względnym- czasami przedarcie się z jednego na drugi koniec dużego miasta, zakorkowanego i ogarniętego paniką, z niedziałająca komunikacją i oświetleniem może być nie lada wyczynem. Zawsze wychodząc z domu staram się o tym pamiętać, co sprawdza się np:podczas awarii samochodu gdzieś na odludziu, albo nagłego pogorszenia pogody.

  2. Johnny pisze:

    Przygotować się trzeba wedle prawdopodobieństwa wystąpienia zdarzenia – to fakt. Inne jest prawdopdodbieństwo braku prądu a inne ataku zombie.

    Brak prądu (krótkotrwały) wszyscy przeżyliśmy. Można więc ocenić to jako zdarzenie, które prędzej czy później się ziści. Na tą okoliczność mam specjalną szufladę ze świeczkami oraz latarkami na dynamo. Mogę do niej trafić po ciemku i zawsze jest w niej źródło światła. W planach mam zakup zasilacza awaryjnego lub małego zestawu solarnego z akumulatorem.

    Zwróćcie jednak uwagę, że są zdarzenia, których normalnie nie traktujemy jako zagrożenie.

    Co w sytuacji, gdy wieczorem kończy nam się papier toaletowy, pasta do zębów, mydło a w następny dzień sklepy są ustawowo zamknięte? Mi zdarzyło się to 2-3 razy.

    Trzeba przestawić się z kupowania na bieżąco na gospodarkę magazynową. Założyłem sobie zestaw zapasów higieniczno-kosmetycznych. Hermetyczne pudło w szafie, w którym trzymam dwie rolki papieru, szampon, chusteczki, wodę utlenioną, olejek, mydło, płyn do prania, zapasowe soczewki i płyn itp. Kupując coś z kosmetyków zawsze kupuję po dwa (chyba, że trafię na promocję, wtedy czasem więcej) zgodnie z zasadami przeczytanymi na tym blogu.

    Założyłem to pół roku temu i od tego czasu przydało się kilka razy. W razie ewakuacji (mniejsze prawdopodobieństwo) można złapać takie pudło i wrzucić do auta.

    Obok zestawu higieniczno-kosmetycznego myślę nad zestawem medycznym (najważniejsze leki), elektronicznym (podstawowe akcesoria, ładowarki itp) oraz ubraniowym.

  3. Marcin pisze:

    Bardzo podoba mi się podejście Pana Jacka Spirko. Przygotwujmy się, ale tak, żeby poprawić nasze zżycie już teraz, nawet jak żadna (oby) katastrofa nie przyszła.

  4. ona pisze:

    „Trudniej przygotować się na zdarzenia o charakterze ogólnokrajowym, tu najlepiej mieć paszport, walutę i złoto, by w razie czego móc uciekać za granicę…”

    Niekoniecznie – w naszym kraju jest wiele miejsc, które ani nie zostaną zalane, ani nie są zniszczone przemysłem, a na dodatek nasz kraj ma tą zaletę, że nie ma (wielkich) trzęsień ziemi, wulkanów, a anomalie pogodowe są sporadyczne.

    Ponadto są też inne cechy, których trudno nie docenić:
    znamy język, znamy w miarę geografię kraju, jesteśmy przyzwyczajeni do tutejszej pogody.

    Wyjątkiem mogłoby być całkowite zniszczenie kraju jako jednego z niewielu zniszczonych na Ziemi, np po pechowo ulokowanym deszczu meteorytów, ale to szanse na przeżycie krajan drastycznie spadają, trudno mówić wtedy o emigracji…

    Popieram przedmówców: gromadzenie się w mniejszych skupiskach ludzi, najlepiej na wsi, chociaż i w mieście można świetnie sobie poradzić – więcej miejsc do ukrycia, większe zasoby gotowego pokarmu, itp.

    Czyli moi drodzy – przystępujemy do tworzenia naszych małych grup lokalnych, klubów, itp, pod nazwą podróże, surwiwal czy sport – bo w naszym kraju towarzyskość została sprowadzona do wspólnego picia alkoholu i nie znamy nawet wszystkich swoich kuzynów i wujów…

    Pozdrawiam 🙂

  5. night_rat pisze:

    Pełna zgoda. Dodam, że podział zagrożeń na prawdopodobne i mało jest z natury szuczny i niebezpieczny. Np. skażenie albo wirus tak są postrzegane (gł. przez znajomych), podczas gdy podst. środki zabezpieczenia są proste i uniwersalne. Chocby zwykły kombinezon, maseczki, folia i taśmy do okien, radio i dalsze, troche późno będzie, gdy rano dowiemy się, że teren jest np. skażony z zakazem wychodzenia z domu (czasem pomieszkuję 10 km od elektrowni atomowej).

    Ad. wariant 3.- tym bardziej warto sie przygotować, zapasy, narzędzia i umiejętności dadzą nam przewagę nad resztą

    Temat grup samopomocy- każdy w imię przetrwania MUSI go rozwiązać samemu i to teraz, zanim. PO TO jest społeczeńswo a nie dla złudzeń. Niemożliwe nie jest, wszak nie chodzi o komunę komandosów na samowystarczalnej, odludnej farmie. Grupa to nie werbunek świrów, tylko nasze realne kontakty i umiejętności z miejscem, kóre daje profity w zagrożeniu. Podstawa rodzina, da się wynaleźć, chocby przy okazji śledzenia jej historii, genealogii itp. Inny przykład, wcale nie grupa paramilitarna: nie znasz nikogo w obcym mieście i sam nie poradzisz sobie. masz wolontariat w szpitalu, tam będą potrzebować pomocników, będziesz blisko dostaw leków, żywności, opieki medycznej. Poza tym każdy może się nauczyć bezcennej kwalifikowanej pierwszej pomocy. Nie lekceważmy też emerytów, mają czas, ogromne doswiadczenie i przydatne umiejetnosci a lubią być przygotowani. Jeśli działa sie społecznie czy ma podobne zainteresowania nie ma problemu dotrzeć i… wręcz być docenionym. Nawet w 2 tygodnie (na początek). Jak widać nie chodzi mi o stworzenie organizacji survivalowej, tylko o przygotowania w ramach istniejących grup, tak by mieć własny bank cennych przysług. Skoro już teraz trzymają sie blisko razem, zdrowi minimaliści, mają zapasy, niekórzy są niemal samowystarczalni, to czy nie będą żyć i pomagać sobie wspólnie w kryzysie?

  6. macieq41 pisze:

    Ja też się zgadzam z tymi postulatami. To co jest zawarte w tym artykule jest zgodne z różnymi możliwościami jakie się mogą zdarzyć. Ja osobiście mieszkam na wsi (woj lubelskie) i nie mam zamiaru się przeprowadzać do miasta, bo też uważam tak jak autor strony że na wsie zawsze jest coś do jedzenia ( w ostateczności same ziemniaki, w razie jakichś sytuacji nie przewidzianych ( i tu zależy co brać pod uwagę, tak jak zwrócono na to uwagę – od kilku dni braku prądu – do w najgorszym wypadku chaosu) na wsi jakoś się przetrwa. Zresztą rolnicy każdy zawód potrafią wykonywać, z prostej konieczności.A i zwykły człowiek nie ma pieniędzy żeby się na coś przygotowywać, żyje od pierwszego do pierwszego.
    Polecam przeczytać książkę pt. Forstchen William R – Sekundę za późno daje dużo do myślenia

  7. Ryszard pisze:

    Dlatego najlepszym sposobem na przetrwanie jest działanie w parafialnych grupach , oazach czy wspolnotach katolickich. W miescie to najlepszy sposob na przetrwanie.

  8. night_rat pisze:

    @Survivalista (admin) …bo na najniższym szczeblu, jak sądzę, zaraz nad rodziną (a zjednoczonej bardziej niż osadka czy osiedle). W niekt. krajach parafia to też najmniejsza jedn. administracyjna. kwestia wiary i ideowej wspólnoty jest też stanowczo niedoceniana, to nie sekciarskie grupy ale w wielu krajach kręgosłup społeczności lokalnej i pomocy społecznej bez agitek, ludzie którzy polegają na sobie na codzień. sporo takich widziałem (różnych), współdziałałem i jestem nadal pod wrażeniem.

  9. Taki jeden łoś pisze:

    Przejmujesz sie jakis dziwacznym komentarzem i starasz sie odpowiadac to nie dziw sie ze wychodzi dziwacznie.
    Nie chce nikogo obrazac, ale autor komentarza po prostu urwal sie z choinki.
    Podzial jaki zaproponowal pasuje do jakiegos centrum kryzysowego,a nie czlowieka.
    Czlowiek przygotowuje sie do zupelnie innych rzeczy.
    1. czy bedzie musial uciekac czy zostaje na miejscu.
    2. czy bedzie zagrozenie biologiczne, chemiczne czy radioaktywne
    3. czy bedzie musial borykac sie z innymi glodnymi (uchodzcy, bandy, rzad czy komunisci)
    To jest postawienie problemu na glowie i nie dziw sie, ze nikt nie rozumie za bardzo o co komu chodzi.

    przygotowania zazwyczaj sprowadzaja sie do dwoch rzeczy.

    umiejetnosci i wiedzy

    sprzetu

    Mamy tez na dobra sprawe 2 rodzaje sprzetu do transportu (rower, samochod, sprzet do noszenia) albo do siedzenia w domu. Czyli las i miasto. droga, konwoj, zsylka lub zanieczyszczenia.

  10. WildChild pisze:

    Przygotowania grupą były by o wiele lepszym rozwiązaniem, problem polega na tym, że jak komuś o tym choćby wspomnisz to 95% albo cię wyśmieje albo stwierdzi, że jesteś „poje@!#!”. Bo niestety większość ludzi tak ma teraz wygodnie (bez względu na sytuację materialną), że nie są w stanie zrozumieć, że któregoś pięknego dnia ten ich bezpieczny, „łatwy” świat może się zawalić. I to jest olbrzymi problem.

  11. ralfik80 pisze:

    Zgadzam sie ze w kupie sila.Jestem laikiem w tych sprawach i od niedawna zaczalem sie interesowac survivalem i takze mam kilka przemyslen na ten temat.Mieszkam w UK i wiem ze w razie „W” ten kraj padnie szybciej niz np.Polska.Ludzie tutaj nie maja podstawowego pojecia jak przetrwac dzien bez wody,jedzenia itd.To mnie przeraza bo ucieczka do lasu lub na wies odpada poniewaz w Anglii nie ma lasow (prawie wcale)a rolnicy na wsi wiedza tylko jak pielegnawac nieuzytek.Bo rolnictwo w Uk jest praktycznie zniszczone przez UE.Druga rzecz to kilkadziesiat milionow ludzi bedzie probowalo dostac sie na wies lub znalezc jakis skrawek lasu/pola wiec probujac to co inni jest bezsensu.Tu na ratunek moga przyjsc roznego rodzaju ruchy lokalne zrzeszajace ludzi lub organizacje poza rzadowe/charetatywne majace doswiadczenie w organizowaniu struktur spolecznych i nie tylko.Laczenie sie w grupy nawet w miastach ma sens.Tutaj w anglii kazdy praktycznie ma ogrodek pod domem nawet w centrum jest duzo parkow czy skwerow,ktore mozna zamienic na dzialki uprawne.Wiec ucieczka gdziekolwiek,jezeli to nie jest lokalna katastrofa mija sie z celem.Zostaje takim ludziom organizowanie sie w duze spolecznosc,wzajemne edukowanie ,wymiana doswiadczen a takze organizowanie samoobrony przed bandami szabrownikow bo i takich niezabraknie aczkolwiek uwazam ze bedzie ich niewiele bo ludzie widzac ze wiecej skorzystaja na wspolpracy wiec nie beda ryzykowac konfrontacja.Inwidualny surwiwal ma sens jednak tylko na krotki okres.Organizowanie sie w spolecznosci ma wiekszy sens bo skrajnych przypadkach mozna by nawet w ten sposob odbudowac struktury malego panstwa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner