„Vademecum survivalowe” – recenzja książki P. Frankowskiego i W. Rajcherta

Omawianą na niniejszym materiale książkę „Vademecum survivalowe” dostaliśmy do zrecenzowania od autorów. Można ją kupić m.in. tutaj albo tutaj.

Jest to kolejna książka tych autorów, po „Przygotowani przetrwają” i „Sztuczkach survivalowych”, które też mieliśmy w ręku i omawialiśmy tu na blogu.

W zasadzie można byłoby powiedzieć, że książka łączy w sobie w 2/3 informacje dotyczące tradycyjnego survivalu i bushcraftu, oraz w 1/3 odnoszące się do przygotowań na sytuacje awaryjne. Z punktu widzenia naszych zainteresowań najciekawsze są właśnie dwa ostatnie rozdziały: „Survival w mieście” oraz „Niewola, ucieczka i unikanie pościgu”.

Do treści książki zastrzeżeń większych nie mam, natomiast techniczne błędy w niej są dość upierdliwe. Na przykład, w spisie treści trzy rozdziały noszą ten sam tytuł, zaś w tekście jest sporo literówek, pominiętych przecinków i innych tego typu drobiazgów. Mnie one irytują w tekstach moich i cudzych, ale da się zrozumieć, o co chodziło autorom.

Więcej na temat moich spostrzeżeń — w powyższym materiale wideo. W sumie daję książce „Vademecum survivalowe” ocenę 4/5.

Krzysztof Lis
"Vademecum survivalowe"
41star1star1star1stargray

Krzysztof Lis

Magister inżynier mechanik. Interesuje się odnawialnymi źródłami energii, biopaliwami i nowoczesnym survivalem.

Mogą Cię zainteresować także...

6 komentarzy

  1. Tomasz pisze:

    Mam i czytałem, z doświadczenia wiem, że drobne techniczne wpadki zdarzają się każdemu. Także i na tym blogu. Jak pewnie wiesz w dodruku można poprawić to i owo. Osobiście uważam, że recenzja była słaba, jakby ktoś na siłę szukał dziury w całym. Tak wiem, konkurencja względem waszej książki.

    • Krzysztof Lis pisze:

      W książce jest może 30 stron materiału, który można byłoby uznać za bezpośrednią konkurencję dla naszej książki (mam na myśli rozdział „Przetrwanie w mieście”), bo o całej reszcie w naszej nie ma ani słowa.

      No ale cóż, ze względu na to, że sam współtworzyłem książkę na podobny temat, mam świadomość, jak moje uwagi mogą być odbierane.

    • Piotr pisze:

      Drobne wpadki (jakieś literówki itp.) ok, ale żeby skopać spis treści (który w większości softu do składu generuje się automatycznie) i tego nie zauważyć przed puszczeniem do druku, to już trzeba się postarać 😀
      Co do błędów w tego typu książkach (ogólnie, bo tej recenzowanej jeszcze nie czytałem), to osoby 'w temacie’ bez problemu je wyłapią, ale ktoś zaczynający zapoznawanie się z tematyką już niekoniecznie, a 'błąd techniczny’ w postaci na przykład przesunięcia przecinka w stężeniu nadmanganianu potasu czy chlorowego wybielacza przy uzdatnianiu wody może zakończyć się zejściem. Przy pisaniu książek, od których może zależeć ludzkie życie, niedbałość i pochopność są moim zdaniem niedopuszczalne.

      • Krzysztof Lis pisze:

        Cenna uwaga, tu na szczęście takich błędów nie zauważyłem.

      • Tomasz Górski pisze:

        Tytułem „skopania” spisu treści, zapewnie nie widziałeś go na żywo i zatem wydaje ci się że jest tragedia, otóż nie. Po prostu nazwy dwóch rozdziałów zostały zduplikowane, ale treść w nich jest w 100% poprawna. Chyba tym razem to błąd ludzki, a nie automatu. Nie zauważyłem podobnie jak Krzysztof błędów, które w jakikolwiek mogłyby wpłynąć na życie, zdrowie czytelnika. Wręcz przeciwnie, książka daje do myślenia.

        • Piotr pisze:

          Dlatego napisałem, że nie wypowiadam się konkretnie na temat recenzowanej książki, tylko ogólnie (recenzowanej książki nie czytałem).
          Są na przykład książki, które są znakomite w oryginale, ale są skopane przez tłumaczy (przykłady: „Gdy rozpęta się piekło” /Cody Lundin/ – źle poprzeliczane wzory z jednostek anglosaskich na metryczne, skopane słownictwo /i jakieś kurioza typu „promieniowanie długofalowe” gdy w oryginale autor pisze o promieniowaniu cieplnym słońca/; „Podręcznik survivalu” /Peter Darman/ – błędy w procedurach pierwszej pomocy, miejscami błędne rysunki roślin jadalnych/trujących itp.; „Kompas i GPS dla początkujących” /Rainer Hoh/ – tłumacz nie miał zielonego pojęcia co tłumaczy i używa pojęć w rodzaju „kąt kierunkowy”, „linie północne” czy kurioza typu „wysokościomierz ma przejrzystą 10-metrową skalę” :D).
          Stąd moje podejście z rezerwą do niedbałości wydawcy – skoro przeoczono coś takiego jak błąd w spisie treści (łatwo rzuca się oczy), to ile jeszcze innych błędów (nie w „rękopisie” autorów, tylko zrobionych przez ludzi od składu) mogło powstać i zostać przeoczonych przed puszczeniem do druku? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Piszesz, że w treści 100% jest ok, nie mam powodu Ci nie wierzyć, po prostu parę razy miałem styczność z książkami (fakt, że to były głównie tłumaczenia), gdzie autor napisał znakomitą książkę, ale wydawca ją „zepsuł”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

banner